Pan Tealight i Wiedźma Umęczona…

„Zdechła, padnięta i kompletnie bleeee… Naprawdę tak się czuła.

Bolało ją wszystko.

To, co miała w tym świecie, oraz to, co przechowywała w innych wymiarach. Zwyczajnie, jakoś tak, nagle. Pojawiło się z chorobowo zdechniętym Chowańcem i nie chciało odpuścić. Męczyło i kaszliło, ciurkało z nosa, wszelako przeszkadzało, spowalniało ruchy, aż w końcu uśpiło ją… w ciągu dnia. Jakby wiedziało, że może wszystko. Że nikt onego nie pokona.

Jak nic była to Zaraza Wielowymiarowa, Pogańska Forma Wszelakiego Zagrypienia, Kara Bóstw Niewyznawalnych oraz… pewno coś jeszcze, ale wiecie spis był tak długi, że nie miała siły tego czytać. Nie miała sił na wątpliwości, na walki, nawet bijatyki, nie miała woli wszelkiej, ni nawet zmysłu jakkolwiek obronnego. Niczego nie miała. Po prostu leżała i tyle. No, a co miała zrobić i wtedy… I wtedy przybyła Ona Odpowiedzialność Babska, skopała jej boląca dupę i zmusiła do zachowań kobiecych. Suka jedna!!!

Wszetecznica sekutnica!!!

Najpierw, ale nie pomagając ino stojąc nad nią niczym on Upiór Wszelakiej Nierobotności, niczym Ta Odezwa Do Ludu Cipkowego, niczym Jebany Waginalny Stwór Od Nieumytych Okien i Ta, Która Odgryza Łeb Chujowej Pani Domu… wymusiła na niej zrobienie rosołu i Wiedźma Wrona go zrobiła. Wcześniej zabrała się za ogródek, wszelakie sprzątania, wycierania, różne tam takie domowe, no wiecie, a potem… potem na chwilę straciła przytomność, a może i zwyczajnie zaliczyła zgon a ta Kurna Wszeteczna przywróciła ją do życia, by tylko wiecie, zabrać się za zwyczajową robotę. Tutaj pędzle, tam zdjęcia, zapiski, notatki. Wszelkie nadganiania roboty, przesadzenie hiacyntów, zakupy. Bo przecież mimo wszelkich dziwnych zachowań Wiedźma Wrona Pożarta była kobietą. I choć nienawidziła onych pewnych zachowań swej płci, to jednak… nie byłaby w stanie być facetem.

No weźcie, ten zarost i tak dalej… eeee, nie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1735

Z cyklu przeczytane: „Wdowa” – … ona. Czy wiedziała? Czy naprawdę znała swojego męża? A może zrobił to dla niej? Może to nie była jego wina?

Sprawa zaczyna się od śmierci.

Śmierci mężczyzny oskarżonego niegdyś o porwanie dziewczynki. Nigdy nie skazanego, ale jednak… na pewno zostracyzownego przez społeczność. W końcu to niewielka miejscowość. Każdy tutaj go zna. Każdy znał ich. Każdy ma coś do powiedzenia. Śmierć mężczyzny sprawia, że na wdowę rzucają się dziennikarze – udaje się jednej – oraz detektyw, który tę sprawę uznaje za swoje fatum.

Czy rzeczywiście wiedziała?

Książka jest specyficzna.

Trudna.

Psychologiczna.

Jeżeli nie uzmysłowicie sobie na początku co to znaczy wcześnie wyjść za mąż i być molestowaną psychicznie… nie zrozumiecie jej samej – wdowy. A powinniście. Bo jakiekolwiek będzie zakończenie, to na pewno będzie jej opowieść. Jej opowieść o rodzinie, o rym, czego tak naprawdę nigdy nie otrzymała. O zmarnowanym życiu, o szkieletach w zbyt wielu szafach, o smutku, który nie pozwolił dziewczynie stać się kobietą. O krzyku, który nigdy nie wybrzmiał. O jednej z tak wielu… I choć domyślicie się jak pewne sprawy zaszły tak daleko, dlaczego on zginął, i czemu ona milczała, to jednak… warto. Nawet jeżeli miejscami może was znudzi, to i tak warto spojrzeć na tę powieść jak na wykluwanie się kobiety – w końcu – ze swego kokona.

IMG_6450

Człowiek w Rønne…

Nie oszukujmy się.

W stolicy ląduję tylko jak trzeba, chyba że zachce mi się fajnych zdjęć domków, tudzież dziwnych zakupów. Sorry, ale taka prawda. Nawet moja ukochana plaża kąpielowa, choć znajduje się rzut beretem od Rønne, jakoś mnie tam nie przyciąga. Bo to w końcu miasto. No sorry. Wiem, dla większości z was to zwyczajna wiocha i tyle, ale dla mnie nadmiar ulic, chodników, domków przytulonych do siebie, bez ogródków i drzewek, no i oczywiście ludzi… yyyyy. Bleeeee!!! Tutaj w końcu znajduje się największy port, najwięcej mamy autobusów i oną kolorową człowieczeńskość, która nazbyt przypomina mi zbyt ciepłe kraje, a ja tam jednak zimę wolę. No i ostatnio, tak jakoś dziwnie mało bezpiecznie tutaj jest… ale czasem trzeba. Przejść się po rynku, zajrzeć do sklepów, które choć miniaturkowe w stosunku do onych kontynentalnych, ale jednak to sklepy. Wiecie, ta tam cywilizacja. I zawsze można znaleźć coś nowego. Na przykład kilka dni temu odkryliśmy nowy sklep z suwenirami… zamknięty oczywiście, ale na pewno tam wrócimy. Tchnął dziwną egzotyka i chińskimi napisami.

Oczywiście… za każdym razem coś jest tutaj nowego. A to targ, tym razem z kwiatami, a to nowa budka z kawą, czy kiełbaskami, otwarta nawet pomiędzy sezonami. A to… dziwna kostka brukowa, którą po raz pierwszy zauważyłam. No serio. Te kaczki w locie na ziemi, czy one serio zawsze tutaj były? Czy ja po prostu zawsze jednak mknę w kierunku toalety, więc wiecie, mocno mi umykają? Kto mnie tam wie? Jakoś zwykle zamykam oczy, gdy mam przejść przez miasto, a pamiętam czasy, gdy łaziłam tutaj dzień w dzień… który to był? 2003? Tak, nasz pierwszy przyjazd, dwa tygodnie spania w namiocie i to serio spania, bo zarazem spania w ciągu dnia jak i w nocy. Jakoś człek taki zestresowany był, że na nic innego nie miał siły… poza plażą i kąpielami. Ech, te plaże dookoła Rønne, naprawdę są niesamowite.

Ale jednak tym razem poczułam się bardziej, niż zszokowana. Wybraliśmy się w ramach bicia influenzy, a ja wiecie na aspirynę mam uczulenie, więc kurcze chcieliśmy coś innego i oczywiście odesłali nas z kwitkiem, ale mniejsza… szok przeżyłam na rondzie przy stacji benzynowej. Wiecie, po prawej Lidl, szara bryła, niczym z całkiem innej bajki, a po lewej kurna nie ma tego ślicznego domku. Tego żółciutkiego, z którego zawsze wybiegała dziewczynka i z tatą szli na hotdoga. A teraz… kolejny sklep. I na kiego się pytam? Przyszłe Lidl i Rema 1000 stoją na przeciwko siebie szczerząc zębiska. Już widzę jak będą się prały o kibiców oraz konsumentów zdesperowanych. Jedni przekupywali kiełbaskami, inni koszykami z żarciem… ale jak tylko się zbudowali, to strona Lidl kocha Bornholm zniknęła z Facebooka.

Widzicie, skurczybyki, taka to ich miłość.

IMG_1721

UFO UFO UFO

No UFO widzieli między Gudhjem a Christiansø. Wiecie, jak się trollinguje przez dłuższy czas, to pewno wszystko można zobaczyć, co nie? No sami popatrzcie na ten rysuneczek trzymany przez świadka naocznego… kogo on wam przypomina? Rysunek, nie świadek!? No kogo? Jedni mówią, że robota z Walle’ego, inni znowu widzą w tym pszczółkę, beczkę ze skrzydełkami… Hmmm, wiem, że u nas dookoła Wyspy występują syreny, więc może to one coś kombinowały z tymi spoza naszego, znanego mniej, lub bardziej spejsu? A tak, serio, są nawet dokumenty o syrenach z Morza Bałtyckiego. I ludzie wciąż twierdzą, że coś widzieli… ja tam niewiele widzę, bo mi zawsze tak niedobrze i tak buja, więc wiecie, avio i kima!

Ale… było UFO.

Czy to zwiększy ilość Turyścizny?

Czy od dziś ludzie zaczną się tłoczyć na morzu i wpatrywać się w niebiosa? Modlić o jakiś spodek, talerz, filiżankę, tudzież cały zestaw zastawy stołowej w dyskretne rąbki i niebieskie kwiatuszki? Koniecznie z pojemniczkiem na śmietankę. Wiecie, musowo z nim!!! Żeby było kompletnie. Jeżeli o mnie chodzi, może ktoś stamtąd chciał zwyczajnie wyśmiać nasze coroczne próby rakietowe? Wiecie, te, co to zawsze kończą się klapą i kosmicznym klopsem? Ale i tak są słynne?

Jednego nie rozumiem.

Mówimy o kilku osobach.

O trollingu.

O dzisiejszych czasach. Ludzie mają zawsze te różne urządzenia, no wiecie, te do fotografowania… to telefon, to aparat mikruskowy, to znowu nie wiem, czip w oku, czy trzecie oko, a jak zwykle nikt nie zrobił zdjęcia? Are you fucking kidding me? No wiem, że na kuterku to buja, ale trzeba było robić!!!

IMG_1743 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Umęczona… została wyłączona

Pan Tealight i Kopleks Wiedźmiej Niższości…

„Ostatnio, gdy go mierzyli, to miał ponad 2,3o cm. A przecież zwyczajowo kompleksy rosły, no wiecie, od onego zapisanego w każdym ziarenka, tylko do średniej krajowej wzrostu człowieczego. Ale nie ten. Nie no. Pewno… skurczybyk musiał się wyróżnić!!! Kompleks Wiedźmy Wrony Pożartej był oczywiście inny. Był specyficzny i jedyny w swoim rodzaju. Wiecie, udzieliło mu się od niej widać… No przecież jak mogło być inaczej? Jak mógł tak wyrosnąć? Tak się ubogacić na długość, ale i na szerokość. A tak… Kompleks Wiedźmy Wrony był też tłuścutki. Coś pomiędzy zwyczajowym wojownikiem sumo, a figurką Michelina. I na dodatek był różowy.

W malutkie stokrotki.

Był wszystkim tym, czym ona sama nie była.

Był wielką, mocarną i przesilną pewnością siebie, w swojej wysokiej, kulistej, kompleksowej cielesności. A przecież chodziło o niższość, czyż nie? O ono dziwne uczucie, które sprawia, że od razu wiesz, iż jesteś niczym, więc wtaczasz się pod najbliższy stół i udajesz, że nie umiesz oddychać i jesteś li ino matą tatami, tudzież czymś w rodzaju dywanika. Wiecie… czymś, co niby jest potrzebne i wymagane w domu, ale po pierwsze w tej szerokości geograficznej tego się nie używa, a po drugie, to raczej wolicie podłogę drewnianą. Taka była Wiedźma Wrona. Osobnik dostrzegany wyłącznie przez mokre psy, które uznają zawsze za najistotniejsze wytarcie się o nią, a jeśli ucieka, to chociaż otrzepanie się… i sorry, ale ona to jakoś akceptowała. Żyła w końcu z sobą przez jakiś już długi czas i zwyczajnie nie chciała tego zmieniać. Była w tym jakaś nuta bezpieczeństwa, była ona znajomość… no i Kompleks serio potrafił opowiadać żarty. Niestety tylko po procentach, no ale…

Dlatego Ona i Jej Kompleks żyli ze sobą zwyczajnie. I choć czasem nie mogli serio jakoś tak zwyczajnie żyć, oddychać i funkcjonować we wszystkich wymiarach, to jednak wiecie, jednak… byli sobą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2999

Z cyklu przeczytane: „Czterdzieści i cztery” – … zaskoczenie. Znaczy niewielkie, ale jednak. Bo wiecie, z jednej strony człek wiedział czego się spodziewać, przeczytał opis, czekał na świat prawdziwy, historyczny, a jednak i histeryczny i jeszcze steampunk i oczywiście wszelaką magiczność maszynową, a jednak…

Zaskoczenie.

Książkę czyta się całkiem fajnie.

Wciąga, czaruje.

Mocno na początku miesza retrospekcjami, ale jak już załapiecie rytm, to nie uwierzycie, w jaki sposób tego wszystkiego nie łapaliście? Bohaterkę… no cóż, albo polubicie i zrozumiecie, albo nie. To niestety coś, czego nie da się przewidzieć. Sama mam co do niej mieszane uczucia. Wciąż nie wiem, czy czasem bym jej nogi nie podłożyła, ale z drugiej strony dziewuszka skrywa tak wiele tajemnic, że warto dać jej szansę. Bo to w końcu skarb tej powieści. One tajemnice, których jest coraz więcej i jeszcze więcej.

Dobra książka dla zwolenników tematyki i autora. Niech nie przerazi historyczność tych, którzy od historyczności dostają wysypki. To nie do końca wszystko jest tak!

Dig in!

IMG_8492

Tak…

Na Wyspie czasem zdarzają się dni, które określa w całości słowo gloomy.

Pochmurne i ciemne. Dziwnie pomroczne. Takie wiecie, że jedyne, co możecie zrobić, to czekać na to, co spadnie z nieba, ale nic nie spada. Ni deszcz ni śnieg ni kosmici. Ni nawet aniołkowie, którzy to już mieli dość onej ambrozji i nektaru i wiecie, chcieli poszaleć na ludzko. Jest tylko pochmurno. Jakby światło było, ale ktoś nakrył je gęstą, ciężką szmatą. Możliwe, że nawet smrodliwą. Możliwe, że taką, która nie przepuszcza niczego. Możliwe… ale też z drugiej strony światłem, które zdaje się przenikać przez wszystkie gałązki i listki. Które jakby z nich wyłazi i zdaje się bawić z całą oną naturą. Wiecie, no światło, które naładowało wcześniej Wyspę, teraz powraca. Jakby wiedziało dokładnie do kiedy się zachować. Ukryć, przytulić do płatków i listków, wtulić w gałęzie i korę. I nagle… nagle wszystko jest takie inne. Takie magicznie napromieniowane, ale wiecie, całkiem nieszkodliwe!

Świetnie się wtedy idzie przez las, nawet taki wczesnowiosenny, nagusi jeszcze, pełen zeszłorocznych liści. Bo wszystko staje się światłem. I kora, która dziwnie pulsuje na rubinowo i bursztynowo i gałęzie, zielonkawe od mchów i srebrzyste od porostów. Człowiek może odkryć całkiem inny świat. Goły, ciekawy, odrobinę sprośny miejscami, gdy tak się nagle dotrze na plażę i spojrzy na niektóre głazy i niektóre drewienka wyrzucone przez morze.

Nader sprośne.

A może tylko filuternie zachęcające do wiosny. No i te łabędzie. Te ich kupry czochrające się o fale, podnoszące się do góry, gdy nurkują… ekhm. Nadmiar czystego powietrza, czy co?

IMG_7173 (3)

Wyspa się remontuje i czyści na święta.

Serio. Okna pucują, drogi łatają. Oczywiście robią to w momencie, gdy ty człowieku chcesz sie w końcu przespać, ale nic to. Przecież na to nie poradzę nic kompletnie. Trzeba przecierpieć. Oczywiście, iż widocznym jeszcze bardziej staje się to, że nakłady państwa na wszelaką infrastrukturę i to po czym chodzimy i jeździmy są nie tylko cięte, ale i nie łatane, więc gładkie, cudowne szosy wyspowe, to już tylko wspomnienie. One grupy mężczyzn w wyprasowanych ubrankach zamykający kawałek drogi na dokładnie od do, też wspomnienie. Wszystko się wali i szmaci. Ino przyroda wciąż piękna, choć jej życie utrudniają wycinając co popadnie. Nosz po prostu kurcze nie mogę już. Chodziłabym i mordowała idiotów, ale wiecie, nie wolno. Bo przecież tacy jesteśmy wszyscy cywilizowani, czyż nie?

Pierwsi Turyściznowi już przybyli. Oczywiście tacy wiecie znajomi, duńscy, nie bojący się błota i wiosennych deszczów. Tacy, którzy polują na czosnek niedźwiedzi i kochają marznąć. Bo co jak co, ale typowy Tubylec jest nader ciepłolubny, serio. Przykręcają te kaloryferki i dmuchawki na takie numerki, że człowiekowi po prostu się poci na samą myśl… wszystko się poci. Ale widać próbują nadrobić coś po wikińskich czasach. Wiecie, ciągnęło od wody, nabawili się pradziadkowie jakiś rwów kulszowych, czy czego i teraz atawistycznie wszyscy wolą przedobrzyć i przecieplić.

Niby rozumiem, ale… nie rozumiem.

PS. Co myślicie o całorocznych campingach? Oczywiście nie pod namiotem, ale w tych drewnianych domkach? Przyjechalibyście?

IMG_6928

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kopleks Wiedźmiej Niższości… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Nawiedziona…

„Stała w drzwiach sypialni, gdy te główne chatkowe się otworzyły, drzwi znaczy… Stała tak, wiecie w onym ledwo wybudzonym półnegliżu, ale z portkami w ramionach. Gotowa na dzień, a może i noc? Zaspana, ale też i dziwnie zmęczona. Z tyłu oświetlona słońcem, które wciąż wygrywało bitwę ze szmacianą żaluzją, z przodu wyłącznie zadziwiona. Może i jednak zawstydzona…

Może i przyłapana?

Ale na czym?

Co zbroiła?

Co mogła w ciągu tych kilku godzin dnia zrobić takiego, by spąsowieć, odczuć kopniaki wszystkich grzechów przeszłości, oraz tych jeszcze niewypełnionych, tych upragnionych, tych ledwo liźniętych… A może jednak był to sen? Może przysnęła i coś się stało, coś wylazło ze snu, namodziło dookoła niej i…

Ale nie no, przecież to było już południe. Całkiem właściwie słoneczne, które miała spędzić przekopując ogródek, plotąc zaklęcia ziołowe i wszelako zabawiać się w kamieniarza. Nie wiedziała jeszcze o tym, ale od tego dnia tydzień drastycznie się zmieni, a jej wczorajsza wyprawa, silnie czarnoszlakkowa oraz wybitnie wspinaczkowa, odbije się i w udach i w łydkach. Oraz cudownie zespoli się z jebaną influencą.

Nie wiedziała tego, nawet nie myślała jeszcze o tym, gdy drzwi się otworzyły. Wiecie, ale nie jakoś magicznie ino kluczykiem, jakby może ktoś sobie dorobił, ktoś nie chciał sprawiać dziwnego wrażenia, ktoś… Nie owijajmy w bawełnę. Za nic w życiu i światach równoległych nie spodziewała się ujrzeć w nich chorego Chowańca własnego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0339 (4)

Z cyklu przeczytane: „Izabela. Wojownicza królowa” – … ona. Kobieta, która nie miała innego wyjścia, jak być wielką. Ale jakie naprawdę było jej życie?

I kim była?

Ta książka, to prawdziwa biografia. „Praca doktorska” obejmująca nie tylko samą Izabelę, ale i jej czasy, zawirowania religijne, sprawę islamską… trochę tego jest i trochę… to wszystko czytelnika przytłacza. Nagle narodziny dzieci nie są tak istotne, stosunki między małżonkami, ona sama zdaje się być tylko i wyłącznie… duchem wytyczającym chronologię. A przecież powieść miała być o niej.

Jej samej.

Oj, oczywiście, że się nie da bez kontekstu, ale czy kontekst winien przytłaczać główną bohaterkę?

Tylko i wyłącznie dla wielbicieli prac historycznych, na pewno nie dla tych, którzy chcieli coś może nie tyle lekkiego, co raczej wyłącznie izabelowatego? I nie do końca dla tych, którzy naprawdę chcieli poznać samą Izabelę, bo jakoś… strasznie jej mało. Tak, Izabeli mi w tej książce brakowało najbardziej. Bez urazy, wszystko inne jest. Zarys chronologiczny, geograficzny, państwa ościenne, polityka, społeczeństwo i religijność, a tylko ona jakoś tak po macoszemu potraktowana. Dziwnie. Jakby nie pasowała do tej układanki.

Jakby wzięła się z całkiem innego świata.

IMG_5342

Po prostu znowu idę.

Wiecie, jedni biegają, inni pilates, czy inne tam jogi, a ja chodzę. Zwyczajnie. Na nogach. Bez czaderskich butów i utensyliów mierzących mi kroki, bez kijków, czy innych wynalazków, ale z flaszką wody, aparatem i stertą całkiem niepotrzebnych rzeczy. Innym niepotrzebnych… Idę. Jakoś tak mnie ciagnie na północ, więc wybieram północna ścieżkę, tą dotykającą nabrzeża. Przechodzę przez Gudhjem, ciche i spokojne z jednej strony, z drugiej strasznie rozkopane i dziwnie głośne. Wciąż jeszcze jakieś dziwnie zimowe. Ale pięknie słoneczne. Potem port, Ogród Księżniczki, o którym w końcu coś się dowiedziałam… podobno posadzono tam drzewacnader egzotyczne, ale tak serio, to nie do końca wiem dlaczego… może jednak była tu jakaś księżniczka… potem kilka przepaści. Stojący kamień po lewej, Hestesteneny po pawej i włażę w dzicz. Dzicz kompletną. I nagle uświadamiania sobie, że w nocy bardzo padało, a ta moja wycieczka, która miała się zakończyć przy kunstmuseum, może mnie kosztować więcej… sił.

Idę.

Ziemia pod nogami chlupocze i wciąga. Po prawej morze, które stara się wygrać w konkursie na najbardziej niebieskie mazy a po lewej drzewa i czosnek. A tak, oto nadszedł czas na nasz cudowny, wiosenny aromat. Czosnek niedźwiedzi. Wyłazi tutaj na pięć centymetrów, tam znowu już prawie naście. Nie ma co, spieszy mu się. Podłoże wilgotne, więc widać mu sprzyja. Ale kwiaty dziwnie się pochowały. Strasznie dziwnie. Jakby nie miały zamiaru w tym oku w ogóle wyłazić. Gdzie niegdzie tylko przebiśniegi, po ranninkach tylko liście, śnieżyce raz na milion… czosnek wszędzie. Szczególnie tam, gdzie mokro, spadkowo, drzewiaście i niebzyt słonecznie. Usz, spryciarz jeden. Ma swoje ulubione miejsca. Mija mnie rodzinka z czosnkowymi bukietami, taka dwa plus dwa… pewno będzie coś dobrego na obiad. A ja ślizgając się w końcu dowiaduję się jakie spustoszenia poczyniły te wielkie fale. Wjazd na parking przy plaży Salene Bugten zamknięty. Ziemia się obsunęła, ale jakoś łabędziom to nie przeszkadza. Płaska, aksamitna morskość zdaje się gilgotać ich w łapy. Tu coś skubną, tam coś skubną… nikt im nie przeszkadza, a spacerowicze są tacy nieważni. Za to most na Bobbeå… ten, który dość daleko stał od plaży, teraz dziwnie prawie unosi się na wodzie, która z koryta uczyniła niezłe jeziorko, ale da się przejść.

Byle dalej… przystaje człowiek i patrzy na te tony wody pędzące do… wody, i nadziwić się nie może owym kremowatościom i błękitom niezdolnym się wymieszać. Skąd jej się tyle wzięło. Właściwie cała ścieżka do tego miejsca poznaczona była maciupkimi strumykami, jakby w końcu gnejs i granit zaczął łkać nad swym losem.

A może czyimś innym?

Może?

IMG_0738

A potem idziemy dalej.

W górę i w dół.

Obok umocnienia poszwedzkie, wszelkie pozostałości po darmowych campingach, które zniknęły z powierzchni ziemi. Cała masa powalonych drzew i pierwszy mostek, który nie tyle stoi na brzegach, co unosi się na wodzie… i po raz kolejny omal nie ląduję w rzece. Skurczybyk przechylił się z głośnym rechotem w prawo i gdybym nie złapała równowagi, która się łapaniu opierała, to byłoby… nieźle.

Idę teraz pomiędzy skalistymi występami, a morzem, które zdaje się oddalać ode mnie. Coraz niżej i niżej są te fale, za to wodospadów coraz więcej. Wszędzie woda, mokrość i coraz węższe te ścieżki. W niektórych miejscach całkiem znikają i przełażę okrakiem na pniach. To chyba już czarny szlak jak nic, no weźcie no!!! I w końcu ścieżka znika. Woda zmyła ziemię, drzewo przewracając się dołożyło swoje, a teraz jeszcze i rozpadlina i rzeczka. Dwa śliskie kamienia dają jakąś nadzieję na przekroczenie tej przeszkody, ale czy się uda? Bo po drugiej stronie przepaść i raczej nie sądzę, że drzewa by mnie zatrzymały. Oj nie… na dodatek słońce się skończyło i witamy deszcz. Bosko. Ale przecież się nie poddam.

Nie mam zresztą innego wyjścia, jak dojść do celu. Bpladsen. Tylko tam są budki, które uchronią mnie od całkowitego przemoczenia, a potem to już można dzwonić po Chowańca, może uratuje Wiedźmę swą z opresji?

Może?

A może zostanę tutaj, gdzieś zawieszona pomiędzy przepaścią, błękitem morza, które teraz zmieniło się w stalową szarość, a tymi powalonymi drzewami, omszałymi kamieniami? Może zmienię się w jeden z nich? Bo przecież skądś się one biorą, co nie? Może właśnie z takich zagubionych wiedźm, co to się im wydawało, że podołają, a jednak to je przerosło? Ale z drugiej strony, no zaraz? Przecież doszłam. Przecież już kurcze tutaj jestem! A powrót zwykłą asfaltówką to pikuś w porównaniu z tym wszystkim, więc może jednak nie zostanę…

No to pa!!!

PS. Chowaniec przyjechał!!!

IMG_0494 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Nawiedziona… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Podglądacz…

„Na omszałej ławeczce, na skraju lasu i pola, z widokiem na morskość… siedzi Podglądacz. Siedzi i patrzy. Ma nawet i lornetkę i statywek i patrzy, i nikt mu nie przeszkadza, bo to przecież starszy pan z brodą długą i siwą, ubrany w wielowarstwowe, barwne ciuszki, w kurteczkę i blezerek, koszulę i kamizelkę i podkoszulek i portki, szalone skarpetki i wielkie, brunatne buciszczaki. I jeszcze rękawiczki… wiecie, takie bez palców. Serio, jaki jest sens w takich rękawiczkach, jeżeli kurcze najbardziej człowiekowi marzną palce? No serio, co to za wynalazek? Wiem, że ma ułatwić klikanie migawką, tudzież trzymanie pędzla, ale jak kurcze nie jesteś w stanie robić tego w normalnych rękawiczkach, to sorry, ale cienias z ciebie i powinieneś siedzieć w domu i tam się swoimi palcami zabawiać.

Serio…

No więc on tam siedzi i niby patrzy i niby nie patrzy, z krzaków po lewej podgląda do Wiedźma Wrona Pożarta, bo wiecie, ona jest takim na kolory się rzucaczem. No po prostu szaleńcem. Ja tylko widzi, to chce sfotografować. Nie może się oprzeć. Tak naprawdę człowiek jej nie obchodzi, jego patrzenie też nie, tylko te kolory, te kształty ciuszków, te wszelakie tekstury. One cudowności marszczenia się… ale przecież to Podglądacz?!!! Czyż nie powinien być czymże bardziej intrygującym? Czymś właściwie złym? A może nawet zagrażającym? Ale przecież patrzył na ten białym dom, na trawy, na drzewa i morze, więc… czego miała się bać?

Co jednak, jeżeli nagle obróci lornetkę?

A co, jeżeli tak naprawdę ma oczy z tyłu głowy, a co jeżeli… jeżeli… A co tam. Nie ważne. Ważne są tylko te jego kolory, te szaty czarowne, dające i ciepło i przewiewność. Ale też ta broda, która zdaje się skrywać w sobie coś więcej? Może i nawet kogoś więcej? A może nawet więcej niż jedną bytność? A może i coś innego? Ale przecież się do niego nie zbliży. Przecież za bardzo się boi, a tak naprawdę chciałaby dotknąć tych ubrań, które zdają się być warstwami świata, jakby sam Dziadzia Czas po prostu przysiał sobie i patrzył, jak… upływa. Jak przemija, a jednocześnie wie, że zawsze będzie tym samym… czasem. Tylko i wyłącznie sobą.

Tylko, czy to on?

Naprawdę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9168

Z cyklu przeczytane: „Helisa” – … no tak. Było „Black Out” i „Zero”, więc czas zająć się genetyką. A to problem, który serio mnie ostatnio przeraża.

Mocno.

Wyobraźcie sobie świat, w którym dzieci się programuje. A może raczej nie wyobrażajcie sobie, bo przecież to już się dzieje. Chcecie dzieci z takimi oczami, dostaniecie, a może mądrzejsze, głupsze, z lepszymi włosami… bez chorób, bez ułomności, bez wszelkich cielesnych błędów. Mądrzejsze, szybsze, lepiej przyswajające żywność i wiedzę. Geniusza, czy sportowca? A może dwa w jednym? Kto nie chce mieć zdrowego dziecka? Każdy… ale kto nie marzy o dziecku, któremu ciało da wszystko to, co może ofiarować mu szczęśliwe, bezproblemowe życie? Bez chorób. Bez zmartwień. Z możliwościami robota… Tylko, czy to wciąż człowiek? A może homo novus, to tylko kwestia czasu… ale kogo będzie na to stać? Na super potomka?

Oto sensacyjna opowieść o doktorze Frankensteinie i jego potworkach, które… są różne. O małych dzieciach wyglądających jak dorośli, a jednak wciąż dzieciach. Oto opowieść o manipulacjach, jakim człowiek poddał cały świat. GMO, sztuczne zapłodnienie… czy ktoś w ogóle jeszcze to kontroluje? Czy ktoś jeszcze wierzy w to, że robią to wyłącznie dla naszego dobra? Dla dobra ludzkości? Bo te doskonałe dzieci chyba w to nie wierzą. Gdy wszystko wychodzi na jaw, świat zaczyna płonąć. A wplątane w to kobiety wątpią w we wszystko. Bo, czyż matka nie pragnie najlepszego dla swojego dziecka? Ale… czy najlepsze, nie otworzy drzwi ku końcowi świata?

Dobra powieść. Przyciężka miejscami, otwierająca oczy, lekko naukowa, prawdziwa. Tylko kto z was w nią uwierzy? A kto wsadzi w szufladkę opisaną słowami: „teorie spiskowe”? Bohaterów cała masa, jak to u tego autora, łatwo się zagubić, łatwo się zniechęcić, ale warto przeczytać do końca. Naprawdę. I przemyśleć. Może to nie wielkie dzieło, ale jedno z tych, które daje do myślenia.

IMG_6446

I pada.

Nagle w nocy słyszę huk, dziwny poszum i wszelakie łomotanie. Które trwa. Oto i deszcz… porządny i wszelako mocny, a jednak dziwnie niewidoczny. Zaraz po chwili znika, a cały ogródek wygląda, jakby od dawna nie zaznał wody. Ona mokrość, która przez dłuższy czas charakteryzowała Wyspę, w końcu gdzieś zniknęła. Kolejna sobota płacze, ale zachód słońca przepiękny. Nie wiem jak to możliwe, ale wiecie, słońce ma swoje umiejętności. Pochmurny dzień kończy się niesamowitym zachodem. pomarańczami i fioletami, różami na niebie wszelako niebieskim, błękitnym, a w jednym paśmie nawet lekko seledynowym. Dziwne to i piękne. Spogląda człek na ten świat pod sobą, bo doczłapała na pagórek i kocha ten świat. Nie, nie jest w stanie się do tego przyzwyczaić. Nie, nie mogę tak po prostu uznać tego, za coś codziennego.

Coś… wiecie, nudnego.

Wyspa się nie nudzi. Wprost przeciwnie wciąż jest w stanie się zachwycać. nawet onym chłodnym, wieczornym zapachem rybim w porcie, gdy to skrada się do sklepu w celu nabycia żółtego sera, bo wiecie, znowu kurcze braki w sklepach. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy w seryjnej dupie. W tym tygodniu listonosz był dwa razy!

Ech… dwa.

Od razu rano, gdy tylko słońce wyłazi, wytrzepujesz się z piórek kołderki i wylatujesz w oną naturę. W te plaże zmienione, które nagle się zapiaszczyły i te, którym nagle zabrakło sypkiego. Spogląda na odkryte głazy, które fascynują kształtami… ekhm, może i serio jakaś bazyliszka w naszym świecie mieszka. No wiecie, a może i meduzica? Bo te kamienie wyglądają tak bardzo ludzko. Albo te chmury nad nimi, które układają się w maskę z filmu Mumia i której usta się tak roztwierają i roztwierają i roztwierają… i omal nie wpadasz na zdechłą, prześliczną, rudą wydrę. Piękną niesamowicie, chociaż totalnie sztywnę. W blasku słońca jej futerko lśni jak odmiana fioletowo-różowej tęczowości. Wiecie, niby tęcza, ale kolory z trochę innego pakietu. Niby zdechły zwierzak, a oczu od niego oderwać nie można. Straszne to i piękne zarazem.

IMG_6344 (2)

Wybierasz się na spacer i wracasz na miękkich nogach.

Leziesz i leziesz i jakoś serio przestać nie możesz. Żadna osoba cię nie mija, auta możesz policzyć na palcach jednej ręki. Cisza, spokojność, ptaszki ćwierkają. Wiosna gębą całą, aczkolwiek wiecie, z temperaturką nie przesadza. Mieliśmy nawet trochę śniegu z deszczem. Nie mam nic przeciwko takim chłodnościom.

Ale pewno ino ja, co nie?

Słońce nas na razie nie zmusza do wszelakiej aktywności nadmiernej i możesz się pocić na gimnastycznych spacerach w sposób umiarkowany. A fajnie jest się tak spocić. Tym bardziej, gdy uświadomisz sobie, że za dwa tygodnie zacznie się zwalać Turyścizna. Na razie ino wszelako rodzima, może garść Polaków, których zatrudnią już do jakichśtam remontów jednoczesnie jęcząc, że przecież kurcze te Polaki to są jakie są… Sklepy nie przesadzają ze świątecznością, więc tak serio można by je przegapić. Dzwony żadne nie biją, nikt do postów nie zmusza, ani palmami nie napierdala… ale jakby co, to bazie już wyłażą. Cholerne paskudzielce. Tak, jak co roku przeżywam moją fobię. I nie, to, że sobie wsadziłam je w uszy ponad 30 lat temu, wcale jej nie osłabiło. Sorry. Pewne koszmary nie mijają. Niektóre wprost przeciwnie… wzrastają. A ja zwyczajnie od razu czuję pociąg, by sobie bazię w ucho wsadzić.

No krejzolka, no!!!

A i rybki zdechły.

Z dość najnowszych wieści… zdechły rybki. I to zdechły na gotowano, więc nie do końca wiem, czy zdechły, czy raczej seryjnie, ktoś chciał sobie zrobić zupkę rybną, no wiecie… ekhm. No co? Czyż różnicą w tym momencie nie jest ino to, że jedna była kotna, czy raczej rybna, a może ikrowa? Nie… różnicą w ugotowaniu rybek w akwarium PRZEZ CAŁKOWITY PRZYPADEK, bo ktoś kurki pomylił jest CENA!!! Rybaski kosztowały sporo tysiączków, więc wiecie, jest afera. Na dodatek ugotowały się u pewnej persony wyspiarskiej, więc może nawet będzie jakieś śledztwo? Kto to tam wie? Jeża niegdyś sekcjonowali… znaczy sekcili?

No sekcję mu robili!

Rybkom pewno też się da?

IMG_9184 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Podglądacz… została wyłączona

Pan Tealight i Opowieść Ślicznotki…

„Była śliczna.

Wiecie, w ten eteryczny sposób, ze szklistą skórą, porcelanowymi policzkami, blond włosami, długimi w loczki, długie rzęsy, ciemne oczy, prosty, śliczny nos i pełne usta, zgrabny podbródek, szczupła, ale kobieca sylwetka… wszystkie formy żeńskie i kilka męskich, znienawidziło ją od razu, ale ponieważ była gadatliwa, więc raczej słuchali wszyscy:

Matka moja zmarła w przeddzień moich urodzin. A tak. Przez cały dzień i noc leżałam w niej nieruchomej, skazanej na śmierć. W końcu zadźgać kobietę w ciąży, oznacza dwa życia, za jedną zbrodnią. Dwa problemy z jednej głowy. Ale nie ze mną. Gdy nas napadli jechałyśmy karyską – taka dwuosobowa minikaroca z otwartym frontem, zdobiona nadmiernie, ocieplana magicznie – podobno to moja matka ją wymyśliła i pod jej przewodnictwem ją zbudowano – jechałyśmy oczywiście do Księżnej Babki. Marudna była, ale i przekochana. Wyrozumiała i oczywiście była wiedźmą. No przecież. Inaczej nie wypędziliby jej do małego zameczku w głębi lasu, gdy w kraju zaczął władać Wuj Blodek. Brat mojej matki i oczywiście ten, który miał nas dość. Matka nie chciała rodzić w zamku, pod jego okiem, bała się, więc… no dobrze, pewno, że nie było to mądre, a bóle porodowe też nie ułatwiały sprawy, ale gdyby nie to, pewno obydwie byśmy nie żyły. Może tak byłoby lepiej? Ucieczka położnym nie była łatwa, zrodziła masę kłamstw i pozbawiła Matkę ostatnich klejnotów, gdy zauważono jej mokrą suknię… Pojechałyśmy przez las, a tam… tego z opowieści nie wiem. Wiedzą tylko ci, co to mi, nam, zrobili.

Tylko oni.

To Babka nas odnalazła. Miała przeczucie, znaczy psa Przeczucie i dziwny metaliczny posmak w ustach odczuwała, więc już wiedziała, że coś jest bardziej niż nie tak. Że może i nawet jest za późno. Że ktoś ją oślepił, dlatego wydawało się jej, że wszystko jest okay. No i oczywiście nie chciała się wtrącać, wiecie… Duch Matki jeszcze wtedy nie był obłąkany i podobno malowniczo rozświetlał miejsce, gdzie leżałyśmy. Nocą nas napadli i nocą przyszłam na świat. Babka, dzięki światłu wykroiła mnie z ciała własnej, jedynej córki – wuj zrodził się ze służącej – i łkając zrobiła to, co trzeba było… Tak, nie powinnam była przeżyć, a jednak. Może to magia, a może jednak jakieś siły życiowe tliły się w Matce Nierodzicielce i dostarczały mi tlen? Nie wiem.

Przeżyłam.

Problem w tym, że wszystkie przepowiednie oznajmiały, że zginę z Matką i wraz z nią będę oną dziwną duchowością straszącą każdego, sprowadzającą wszelki mór i pomór, a na dodatek będziemy doprowadzać złych na bagna a dobrych… no cóż, wybór zależeć miał od nas.

Ale przeżyłam…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2129

Z cyklu przeczytane: „Za garść amuletów” – … mniam. Chociaż wkurza, że trzeba było czekać na tę część tak długo. I pewno z kolejnymi też trzeba będzie. Strasznie to wkurza. Bez urazy, pewni, że czasem fajno poczytać wielce mądre książki, ale też czasem trzeba się pobawić z wilkołakami, magią i czarownicami i wampirami i… no wiele ich!!!

Oto niesamowity świat po.

Już wiadomo, że magia i wszelkie inne cuda istnieją, więc wiecie, nie ma zdziwienia w wielkim mieście, ale poza nim wciąż ludzie się dziwią. I tym razem udajemy się własnie w takie miejsce. Razem z naszą czadową bohaterką i jej przyjaciółmi. Nie powiem dokładnie z kim, bo to fajna niespodzianka, ale spodoba się wam. A jeśli nie znacie Rachel Morgan, to sorry, ale powinniście zacząć od początku. Bo z jednej strony można czytać tę opowieść dopiero od tego tomu, dostaniecie coś magicznego i sensacyjnego, coś malowniczego, krwistego, ale też i pełnego napięcia. Coś z jednej strony lekkiego, ale z drugiej odpowiedź na wiekuiste pytanie: kiedy dać sobie spokój z byłym.

Tym razem jest wampirycznie i jakby wakacyjnie, wiecie poza domem. No kościołem właściwie, ale jednak. Trochę niczym wycieczka, ale też i dość przerażająco, gdy tak dyszą na was tony wampirzych watah. Na pewno ciekawie. Na pewno inaczej i na pewno znajdziecie tutaj coś nowego. Bo nagle linia między białą a ciemną magią się zaciera, ale przecież… jeśli chcecie uratować przyjaciela, to zrobicie wszystko?

A może jednak nie?

IMG_6449

Wieje…

Wiecie, czasem wianie zaczyna się strasznie dziwnie. Nie jest to stopniowe narastanie mas powietrza, dźwięków i telepania ścian, ale raczej coś na kształt gigantycznej pięści, ktra z nienacka uderza w ścianę. Tak to się słyszy, czuje i dobiera. I tak to było. Dziwny wiatr, do tego przedpełnia księżyca i ogólnie rąbiący Jowisz w okno, no chyba że to zapomniane oko jakiegoś Zagubionego, obecnie jednookiego boga? Może on szuka onego oka, a ono dziwnie zboczone, wgapia się mi w szybkę. Widzę je, jak tak połyskuje niebiesko, nawet przez zasłonkę, jak wgryza się w zagniecenia na onej czerni szmatki, jak bardzo chce podglądać.

Świntuch jeden.

I wieje.

I poczta jeździ ino dwa dni w tygodniu. No wiecie, nie ma co, cywilizacja, co nie? Ciekawe jak to wszystko się skończy, bo przekręty wychodzą pocztowe wielkie i na zer całą masę. Ktoś zakosił kasę, a teraz PostNord ma nas mówiąc niedelikatnie w dupie wyłożonej kolcami, żwirek, oblanej kwasem i oczywiście oszklonej… Miliony przelały się z kieszeni do kieszeni i nie pocieszą nas medale dla pracowników. Wiecie, te od królowej. Bo tutaj, gdy osiągacie specjalny czas pracowniczy dostajecie od królowej bajerancki medal. Tym razem dotarł on też na Wyspę. Ale… dostaniecie je wyłącznie jeśli pracujecie w firmach państwowych, więc bidulek Chowaniec już smutkuje, że dla niego nie będzie, bo jego firma, choć wykonuje prace dla państwa, to jednak wiecie, całkiem prywatna. Ech… Aż mi go szkoda, serio. Wiecie, królowa to jednak poważna sprawa w naszej Chatce. I znowu przypływa na Wyspę!!!

Już niedługo!

IMG_8501

Trochę o duńskiej balladzie.

Już nawet nie chodzi o fiolet. Wiecie, fiolet to fiolet, i każdy czasem sobie musi pofioletować, ale balladę. Albo konkurs. Takie dwa pozytywne słowa. Już widzę minstreli i one panny o licach różowiutkich, albo wiecie, brzoskwiniowych cerach, słuchające pieśni, zerkające spod długich rzęs na onych książąt i panoczków świetlistych, muskularnych jurnych i niechmurnych… Ekhm. No co? Naczyta się człek tych książek, to potem wizje ma takie na dane słowo. Ballada to ballada. Utwór niesamowity. Takie Ballady i romanse, pamiętacie… albo wiecie, one ballady pod oknem wybrzmiewające, budzące tych wkurzonych, co się zorientowali, że to nie dla nich one strofy, oraz tą jedyną, która teraz się czerwieni, bo jej potem sąsiedzi wkopią za zakłócanie nocnej ciszy, ale i rumieni się, bo zakochana taka…

A u nas kolejny, tym razem piętnastolatek, zrobił ballade w Rønne i kurcze nic w tym śmiesznego nie ma. Serio, ten pomysł z otwartym sklepem przez dzień i noc, to idiotyzm wywołujący wszelaką agresję. Bo wiecie, u nas ballada, to ogólnie mówiąc rozróba. Tak jak konkurs nagród nie przynosi, tak i ballada najczęściej mało śpiewna, a jak już to na pewno po pijaku. A konkurs… ech. Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłam wielki napis KONKURS w gazecie. Durna szukałam nagród, ale to tylko informacja o klęsce totalnej, upadku i fiasku. Wiecie… co język to język, co zmiany to zmiany, co słowa, to jak z kurvą, nie zawsze panna obyczajów wolnych.

Choć czy panna?

Poza tym najnowszy obraz Olufa możliwe, że jest fałszywką, co zdaje się być wielką niespodzianką. A może i nie? Kłócą się o one szpetne niby dzieła sztuki na rondzie, zdjąć czy nie… ja jak nic jestem za spaleniem na stosie, obwinięciem w smołę, pióra i zakopaniem na dnie morza, pod sypialnią Władcy Krakena. No i jeszcze dzięki pomyłkom czterech osiemdziesięciolatka nie żyje. Wiecie, tu pigułka, tam pigułka, i znowu pigułka… zwykły świat.

IMG_8439

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Opowieść Ślicznotki… została wyłączona

Pan Tealight i Lampa Nastrojów…

„Ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta najchętniej nie wychodziła z domu, a jak już to w durnym amoku, z kapturem na oczach, słuchawkami w uszach i wszelaką niechęcią do wzystkiego ludziego, co żywie. Dorobiła się koszmarnych otarć od nowych, zbyt nowych butów i wciąż utykała. Ogólnie mówiąc nie była ani w sobie ani w zalewie, ani w galacie, więc lepiej było schodzić jej z drogi. Na dodatek przestała lubić czekoladę i ogólnie słodycze, więc w ogóle już nie wiedzieli co z nią zrobić. Finansów na nowe książki nie było, bo było MARZENIE, a dodatkowo jej urodziny szczerzyły się już zza rogu swoimi starszymi o rok ustami. Opuchniętymi, spierzchniętymi i wszelako już zdradzającymi zwisłe, widoczne obwisanie…

Naprawdę nie miała z górki. Zresztą pod górkę też nie miała, tak serio siedziała w tym swoim dole, znajdującym się pod innym dołem, kupą kurzowych kłaczków, warstwą żwiru, betonową postacią Lenina i piętnastoma pudłami cegłówek i po prostu starała się to wszystko jakoś przetrwać. Jakoś. A świat nie ułatwiał. Niby wiedziała, że wszelaka szczęśliwość i radosność to jest dostępna dla każdego, ale jakoś u niej brakowało chyba tego gniazdka, czy wtyczki, czy czego kto tam wie, coby to podłączyć. No innego wytłumaczenia być nie mogło. Może jeszcze jakieś mazidła dobre by były i napary… w pigułkach najlepiej. Wiecie, łatwe do połknięcia. I od razu się uśmiechasz i od razu nic nie czujesz… bo inaczej, taka Lampa Nastrojów wygląda strasznie kiepsko. Niby świeci, a światła nie daje, niby szarawa, a jednak jakoś mrocznie czarna. Niby zdają się w niej srebrzyste migać gwiazdeczki, ale zdajesz sobie z tego sprawę, że ktoś koło ciebie beknął, albo odbija się w niej reklama kolejnej nawiedzonej trenerki życia…

A tak, Lampa Nastrojów istnieje.

Stoi przy cybuchu Pana Tealighta, i dlatego nikt nie chce wchodzić do jego pokoju, bo widzicie, ona wyciąga nastroje ze wszystkiego i wszystkich. Wyciąga i kumuluje w sobie, ale nie zamienia ich na inne. Nie zamienia ich na lepsze, czy gorsze. Po prostu… jak z lizakiem, nażre się, a patyczek zostawia, a wy musicie posprzątać po niej i czujecie się z tym, jakby to była wasza wina, że te wszelkie słodycze zeżrą jej plomby i zrobią wałeczki. Ale Pan Tealight nie ma nastrojów, więc wiecie, używa jej jako ochronnego pieska, i idealnego zamka do drzwi, ale ostatnio… ostatnio Wiedźmie już i tak było wszystko jedno, więc przyszła i potarła lampę…

I stało się to, co zwykle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6608

Z cyklu przeczytane: „Harry Potter i przeklęte dziecko” – … nie. I szczerze, nie chodzi tylko o to, że mamy przed sobą scenariusz. Serio? Nie można było tego uksiążkowić? No weźcie no! Toż to zakrawa na lenistwo.

Nie, nie dlatego, że to rąbany scenariusz, ale raczej, że coś przewidywalnego. Coś, co właściwie każdy fan mógł by wymyśleć. Coś… co nie zaskakuje i nie ma klimatu. Coś, co nie ma w sobie magii. Co zostało stworzone przez jakichś rąbanych Mugoli!!! I serio, tak pokrzywdzić biednego dzieciaka? Serio? Nie no, pewno, że fajnie by było poczytać o niesamowitym Hogwarcie raz jeszcze, ale tak naprawdę, to pokazywaniem nam tylko tego, co było. Ciągłe operowanie przeszłością, jakby kurcze zaklęcia im się nagle skończyły… jakby się już nikomu nie chciało pisać.

Wymyślać.

Wejść w ten świat.

Nie.

Nie polecam.

Oj pewno, konflikt: tatuś znany, synek niekochany, mamusia, co nie głaszcze… do tego szalony wujek – dobra, on jest super, no i trudna przyjaźń. Serio? Podróże w czasie? Ile jeszcze? Przecież, bez urazy, ale nawet dziecko wie jak to się może skończyć. Nawet takie skotłowane w onych niekochających – jego zdaniem – ramionach rodzica. Nawet ono powinno to wiedzieć. A scena na pociągu? SERIOUSLY? Nie… i nie.

IMG_3085

Dawno nie było…

No wiecie, doniesień z pierwszych stron policyjnych doniesień, znaczy stron, znaczy… eee, no wiecie, kurcze, no chodzi o to, gdzie oni wypisują to, co się stało i tych, których złapali. No i widzicie, ostatnio w necie największą śmiechawę robi Polak w szwedzkim aucie, który to szmuglował pół tony ponad wagę pyntegrøntu. Ekhm, tak serio, to nawet nie mam pojęcia, jak to się po polskiemu nazywa. No wiecie, listki, ozdóbki, wiechecie pod wieńce? Ale przeca to nie te święta i nie te listopady! Mniejsza, gość oczywiście podążał w kierunku promu. I tak teraz pierun wie co o tym myśleć. Czy policja użyła innego słowa, by nie powiedzieć czegoś innego? Czy chodziło o inne zieleniny? Ale może kurcze macie takową potrzebę na zieleninkę? Pierun wie, Dania to porąbany kraj, ale Polska tyż!!! Może teraz pali się inne rzeczy? A może ktoś tam w środku siedział?

Kosmita?

No nie wiem, ale kurcze dziwna sprawa. Dziwniejsza tym bardziej, że jako jedyna taka intrygująca intryga, trafiła na wszystkie strony pisemek wszelakich. Od razu można zaobserwować w jaki sposób działa dzisiejsza tak zwana dziennikarskość… jedni napisali, że Polak szmugluje, inni znowu, że kurcze szwedzki samochód przewoził oną dziwną zawartość.

A tak w ogóle, to nadal nie wiemy, co to było dokładnie? Listowie, czy jednak iglistowie? Bardziej to drugie, ale jeżeli tak, to czy nie wolno? Są jakieś normy na ilość przewożonych gałązek? Wiecie, samo słowo można przypasować do tak wielu dziwnych roślinek, że wyobraźnia puchnie i się nadmiernie rozrasta w boczkach. Tyje jak nic. Bo wiecie, zieleninę czuje.

IMG_7180 (4)

No mniejsza. Zostawmy polityki.

Cieszą się wszyscy z podobno wiosny, pomijając dyskretnie poranne przymrozki i szklistość i wszelaką srebrzystość Wyspy. Wiecie, gazetowa filozofia. Nie no, pewno, że jest cieplej, ale ono wietrzysko, co mi się właśnie przewala nad głową, zimne jak sopel nielizany. Dziewiczy taki, zwisający się w cieniu, u powały, nieznający słońca. Ale tak, wiosna…

Jedno wiadomo na pewno, szykujemy się na ferie. Lodziarnia w Gudhjem otwiera się 1 kwietnia i podobno nie jest to żart, chociaż… wiecie, no mam nadzieję, że nie jest to żart. Bo życie w takim miejscu, w którym rzeczy trwają wyłącznie przez krótki czas, rzeczy obecne rok cały w innych miejscach świata, jakoś tak wiecie, uczą tęsknoty. Od nowa. Tu na Wyspie nic nie jest na szybko i od razu. Kurier informuje cię pięć razy, że chociaż paczka od rana jest w Kopenhadze, to jednak jej nie dostaniesz, bo przecież nie mieszkasz w Danii, ale w Narnii. Ino zamiast onej lampki i kozieła, to mamy morską latarnię i tłuściutkie foczki. Człowiek szybko się uczy nie tyle cierpliwości, co tego, że w świecie od razu, to w pysk można oberwać, a co do reszty, to czasem też musi się wiecie, jakoś wykazać w robocie.

Ogólnie mówiąc, nie jest źle. Krokusy zdychają, pierwsze pączki pojawiają się na forsycji. Połowa marca, ale tak prawdę mówiąc wydaje mi się, że rok temu było cieplej. Mam zdjęcia na dowód. Nie żebym tęskniła za ciepłem, ale to fakt. Morze piękne, pachnie świeżością, jakoś na ten moment, a fale umiarkowane, poza tymi, które bujają teraz promem…

Sztormowo!!!

IMG_6129 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lampa Nastrojów… została wyłączona

Pan Tealight i Szafa Przegranych…

„Trzydrzwiowa.

Drewniana.

W połowie wycięta z pnia, a w połowie grube dechy. Wieszaki w niej i półeczki. Patyczek z wieszaczkami małymi, dużymi, emaliowanymi, kolorowymi i drewnianymi. Metalowymi giętymi w zwierzątka i autka i misiaczki i oczywiście kwiatuszki. Półeczki za to wiecie, no w mnogości wszelakiej: maciupcie i wielkie, wysokie i szerokie, węższe i całkiem cienkie, z wydzielonymi kubikami i jeszcze szufladki. Szufladeczki w tej grubej ścianie. Ale jednak to półeczki są najlepsze. To półeczki są najfajniejsze, najbardziej widoczne.

No i dostatecznie widoczne.

Na jednej ci pokręceni, na drugiej same głowy.

Czarodzieje, co przegrali z magią, ale i ci, którzy położyli sami siebie. Wiecie, wszelakie wypadki przy pracy, wszelakie kawałki odrzucone, odcięte, oderwane. Włoski z nóżkami, noski z łapkami, uszka z płatkami róży porżniętymi różowym futerkiem, które dziwnie się uśmiecha. Magowie, którym wyszło inaczej niż miało, czarownice, którym wyszło tak jak chciały, ale jednak po chwili się ogarnęły i zmieniły zdanie… wiecie, jak to kobiety, no i nie dało się tego inaczej odkręcić.

Widzący…

… no tak, po nich pozostały tylko puszki z przepowiedniami, skrole z zapisanymi rymowankami i oczywiście okulary. Bo wiecie, mieli je, ale nie korzystali, no i oczy, bo wiadomo, też na kija widzącemu oczy, jeśli i tak widzi i oczywiście ci, którzy wiedzieli. A raczej wiedziały, bo to zawsze były one. Wiedzące. Ale milczące. Te po prostu z czasem schły, schły, podsuszały się, aż w końcu zostawały z nich większe główki z odrostkami, które dziwnie i szaleńczo rechotały.

… a na dole?

No buty!

Przecież trzeba jakoś miejsce wykorzystać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1684

Z cyklu przeczytane: „Mort” – … on. Niby miało być lżej. Wiadomo, z jednej strony nauka, z drugiej jednak następca, więc…

Dlaczego Śmierci nie wyszło z czeladnikiem?

Wcale nie uprzedzam faktów, no przecież gdyby mu wyszło, to nie byłoby Śmierci, a on wciąż jest, więc… no wiecie, jak zwykle wszystko przez baby. I tych, co nie umierają na czas. I wpadki, które przecież zdarzają się chyba w każdym zawodzie, czyż nie? A może jednak tylko przez baby? Bo kobiety, to jednak wielkie problemy. I nawet Śmierć nie mógł przewidzieć, że ten, którego sprowadza do swego domu…

… ten…

No i tyle. Oto opowieść o pracy i miłości i o tym, że nie jest łatwo łączyć jedno z drugim. I o byciu dziadkiem i rodzicem i oczywiście o Śmierci i śmierci. I umieraniu, odchodzeniu i o tym, że nie zawsze łatwo przeciąć nić życia, no chyba, że chodzi o wiedźmy, z nimi jest jakoś wiecie, inaczej całkowicie! One WIEDZĄ!!!

Niesamowita część „Świata Dysku”.

IMG_9549

Śnieżyca wiosenna…

Człowiek uczy się całe życie, ale takie pole, podmokłe, przytulone do kobaltowego morza… widziałam po raz pierwszy. Wiecie, w Saltunie, tu obok tego domku, co to był krwisty, ale już nie jest… No przemalowali go z onej krwistości na baby puke. Tudzież baby blue, jak to zwą, ale dla mnie to za każdym razem raczej mdłości niż radość. A kocham niebieski. W każdym odcieniu. Serio… ale to? Ten domek był taką cudowną wizytówką Wyspy. Małym rąbanym klejnocikiem. A teraz – z jednej strony fajnie, że ktoś kupił i jego i dom po drugiej stronie (teraz też baby puke), ale jednak coś się zmieniło. Coś się straciło. Coś odeszło się rąbać…

Ale miało być o kwiatkach.

No więc one małe, białe dzwoneczki, choć nie do końca takie małe, bo do 15 cm wyciągną, ze sporymi kieliszkami obwiedzionymi zielonym szlaczkiem, rozpostarły się koło onej budowli. Wiecie, od szosy do morza. Znaczy, bardziej do kamieni, ale jednak… widok niesamowity. aż człek ma wrażenie, że gdy człowiek przechodzi, to one dzwonią. No wiecie, tak serio dzwonią, mocno melodyjnie.

Przepięknie.

A wszystko oczywiście przez ono słonko, co waliło w sobotę. Mocno waliło. Nieźle. Wiaterek może ochładzał atmosferę, ale jednak przebiśniegi już zdychają, podobnie ranniki, za to w niektórych miejscach one krokusy, co to robiły za fioletowe pola, zniknęły. Może jednak serio coś wyżera krokusy? Może jest na nie jakaś ptasia moda? A może to te moje wrony? Wiecie… gdy tak człek patrzy na dzioby tych starych, czarnych wrońców, które to mają je u początka porośnięte gruzłowatymi porostami, je wyżarły? No wiecie, kto to wie? Czasem jak na nie patrzę, to boję się ich jak nader ostrego, ale sprawiedliwego dorosłego.

Jak Babci czasem…

IMG_1223

No dobra… wiosna.

Pewno jest, pewno idzie, ale mam już dość gadania o niej. Na razie czekam na kolejne wietrzności, więc trzeba zrobić pranie i dobrze je przymocować. Wiecie, coby nie odleciało. Ale się wysuszyło. Możliwe, że ona wietrzystość sprawi, że słonko się znowu objawi w onej bezchmurnej oazie, więc trzeba by poszaleć i pogapić się w fale.

I pofocić.

Świat dookoła wciąż jeszcze wcale nie zauważa nadchodzących świąt. A przecież to już za miesiąc. Jakoś tutaj, wiecie, w świecie pogańskim i świeckim i wszelako nawet jak włażącym do kościoła, to wciąż w roboczym ubraniu, jakoś tak ten czas to wyłącznie rodzinność i jakaś taka sprzątalność. Ogródek, dom, okna, sommerhus. A może jednak znaleźć nowe hobby? Bo przecież Duńczycy uwielbiają nowe. Nie cieszą się długo jednym hobby. Jakby zwyczajnie mieli w sobie przymus wypróbowania wszystkiego, a potem porzucenia onej nowej zabawki, gdy im się znudzi… Takie to trochę okrutne, ale wiecie, też trochę totalnie wolnościowe. Freedom na fulla. Ale też sprawia to, że każdy uważa, że zna się na wszystkim, bo przecież liznął każdego smaka z lodówki z lodami, ale, czy to przemyślał? Nie? No i nie wie, po czym się posrał…

PS. Coś z problemów pierwszego świata… chcemy, czy nie? Oczywiście chodzi o kolejny market. Pierun wie po co i już pisałam o Coopie, który właściwie opanował Wyspę, a teraz się pluje, więc nie będę się powtarzać, ale tak serio… Naprawdę potrzebujemy więcej marketów? Większość z nich i tak ma w sobie to samo. Lidl może wprowadził jakąś różnorodność, ale ostatnio sprawia wyłącznie wrażenie pustego, wielkiego salonu, w którym ktoś półki zapomniał uzupełnić. Rema 1000 to zmieni? No nie wiem. Za to Netto ma nadmiar i wszystko wsadzone do jednego koszyka. Niby wprowadzają intrygujące rzeczy, ale znalezienie ich to super moc, której chyba nie posiadam. No i te zapachowe świeczki. Dobra, te jedne nawet świecą, nie wiem po co, ale mnie to kręci i tak cudnie pachną, więc sorry…

Widzicie, u nas serio trudno coś kupić. A już ekologicznie, ekhm… może i rolnicy dostali bana na te najgorsze nawozy, ale wciąż… gdzie moja ekologia?

I moje nowalijki?

IMG_1242

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szafa Przegranych… została wyłączona

Pan Tealight i Wdzięk Wydźwięku…

„Nie dało się zaprzeczyć, że Wydźwięk miała Wdzięk. Ale i Wdzięk miał swoją Wydźwięk. Wiecie… no każdy jakoś znajduje w końcu swoje dopełnienie, a oni dwoje… malutkie ludzki, takie 30 centymetrów maksymalnie, ona trochę niższa, ale z dłuższymi włoskami, jasnymi niczym len. On wyższy, o ciemniejszej skórze i włoskach kręconych, niesamowitych pierścionkach. Niczym dwa rodzaje czekolady. Biała i jasnomleczna. Niczym wypełnione ying i yang.

Niczym nierozłączność, ale jednak w dwóch osobach…

Przybyli z walizeczką i tajemnicami. Oj, oczywiście, że książki w Wiedźmie Wronie Pożartej od razu zaczęły ze sobą walczyć o to, która z nich ma przedstawić tę historię. Kłócić się, że przecież to już było, że powielamy schematy, że przecież tak nie można, że to zrzynanie i powtarzanie, że to kopia kolejnej kopii… ale wszyscy zbyt byli zachwyceni oną idealną prawie człowieczeńskością zamkniętą w nich dwojgu. On szczuplutki, ale muskularny, w spodenkach do kolana i dużych butach, grubych skarpetach i kubraczku oraz kapelusiku z piórkiem. Ona w sukience w groszki, kurteczce w paseczki i tych pantofelkach, które choć nadziane na grube rajstopki w prążki, dziwnie sprawiały wrażenie skradzionych Kopciuszkowi.

Przybyli i niczego nie chcieli, ale jakoś tak wszyscy coś chcieli im dać. Jakby emanowali jakąś dziwną siłą, która zmuszała każdego w Białym Domostwie, by się nad nimi pochylić, potraktować jak dzieci, otulić, nakarmić, zająć się… nawet Wiedźma Wrona Pożarta, która oficjalnie dzieci tolerowała wyłącznie w formie potrawki, choć ostatnio dietę miała bardziej nieludzinową, więc wiecie, spiżarnia stała pełna i opróżniana wyłącznie przez pozostałych… nawet ona dziwnie się czuła w ich towarzystwie. Ale bez laktacji. No ma się swoje standardy!!!

Może i wyglądali jak dzieci, może i dziwna niewinność z nich emanowała i opętywała każdego, nawet Mikołajów Wszelakich, nawet Wygódkę, lekko ostatnio omszoną silniej, nawet Jednorożce Wielorogie, nawet… widzicie, oczywiście, że był ktoś, kto pozostawał poza ich wpływem. Ona. Jedyna wojowniczka. Jedyna taka… Ojeblik – mała, ucięta główka. I zajęła się sprawą. dwa słoiki i walizka zakopana zbyt głęboko, by sama wylazła i zbyt płytko, by komuś chciało się skarbów szukać.

I wszystko wróciło do normy.

Ale, czy na pewno?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1469 (4)

Z cyklu przeczytane: „Zagubieni w mroku dusz tom 2” – … dlaczego? Kurcze, dzielenie na dwa tomy, no dlaczego? Nie lepiej jak już poczekać. Nie lepiej… Oj pewno, kupiłam w zestawie, więc niby było taniej, ale…

Tom drugi, czyli ciąg dalszy.

Ciąg dalszy sprawy, miłości i jej braku. Obsesji, a może prawdy? Próby zwrócenia uwagi na to, czym jest rodzina i czym powinna być. Bo przecież nie chodzi o niego. No sorry, ale ten osobnik tak działa mi na nerwy, że mam ochotę burżuja kopnąć w zadek. Przesadnie i mocno. Dawno tak nie znosiłam jakiegoś bohatera, ostatnio Pinokia. No nienawidzę drewniaka!!! A on… Serrailler jest dziwaczny, nudny, drętwy i niedopracowany. Jego rodzina jest intrygująca, ale on.

Wycięcie go z tej książki serio nie zmieniłoby wiele…

… można by wstawić w to miejsce ziemniaka i też by było okej.

Jako całość. Jednak ze słabszych powieści tej autorki. Nie głupia, oj nie, naprawdę poruszająca ważną sprawę, ale niedopracowana i niemroczna.

A przecież taka miała być!!!

IMG_1451 (2)

W końcu słoneczny dzień, więc wylatuję z domu…

Mam gdzieś robotę. No dobra, nie do końca mam ją gdzieś, bo w końcu zrobienie zdjęć, to też część roboty, ale jednak… uciekam. Nie mam nawet zegarka, nie mam telefonu, ino ten rąbany błękit nad głową i słonko. Dziwne takie, mocne, nużące, a jednak kurcze zimne. Gdy zbliżasz się do portu, za przeproszeniem jak w kieleckiem się dzieje, więc wracam między puste uliczki, pomiędzy płotki, pączki kwiatów, listkowe zaczynki… ale dookoła wciąż cisza. Aż kurcze człek słyszy jak soki błąkają się w gałęziach. czyżby to znaczyło, że koniec przymrozków? Że moja kochana zima mnie olała? Nawet w urodziny nie dostanę zawiejki?

Czuję się oszukana!!!

Ale nic to. Lecę dalej. Ptaszki wariują, sikorki wymijają wróblowate wróble, które zdają się na nie nie zwracać uwagi. Wszędzie coś się dzieje, ale jednocześnie cisza i spokój. Mija mnie jeden człowiek. W ciągu dwóch godzin, jeden człowiek. Potem wracając w oddali widzę jeszcze kogoś, ale wiecie, zbliżyłam się do sklepu, no i po trzeciej już więc ludzie pewno z roboty wracają. Nawet kilka samochodów widziałam. I autobus. Właściwie to całkiem tłok, jak na nas. Miły pan w zielonym autku zatrzymał się, gdy robiłam zdjęcie. Wiecie, by nie wjechać mi w kadr. Dziwne to, co nie? Kurcze, podziękowałam i zwiałam, no bo… dziwne to.

Słonko nadal świeci.

Ciekawe jak długo pociągnie, bo ja w końcu muszę się zająć dorosłością. No wiecie, znaleźć balsam do ciała na wyprzedaży i kartki świąteczne. A to drugie całkiem nie jest łatwe w tej szerokości geograficznej. Nie żebym obchodziła, ale kartka z kurczaczkiem powinna być, co nie? Dlatego trzeba szukać… i znajduję kilka w księgarni. Po mojej wizycie zostało ich niewiele, więc jakby co Nexø. Mają tam też nowe magnesy z miastem. Gotowi na nowy sezon! Kurcze! No oczywiście, że sobie nabyłam jeden, no przecież… uzależnienie. I jak zwykle wzięto mnie za Niemca, bo któż inny poza Turyścizną nabywałby magnesy. Ekhm… no ja!!!

IMG_1459

I słońce nadal wali.

Wyłażąc ze sklepu człek widzi tylko niesamowitą łunę pomarańczy i fioletów. Ale… ale z drugiej strony jest port, a tam. Tam wszystko niczym lustro. Tam wszystko niesamowite. Każda łódka dokładnie się odbija, każdy kształt, każdy kolor, każda flaga… budynek, wiosło, stateczek i kuterek i jeszcze… wszystko jest tak cudownie symetryczne. Tak niesamowicie, idealnie sfotoszopowane. No przecież, kto mi uwierzy, że to prawda, że światło potrafi nadać taką malinową różowawość na oną strukturę rybacką. Jakie to wszystko wydaje się być lepsze nagle, dzięki tylko światłu, takie jakieś delikatniejsze, bardziej wyrafinowane, zdobione w kryształki i cholerne diamenciki naklejane na dobry cement.

Sterczy tak człek jak głupek i się gapi. A przecież to tylko natura, co nie? A potem idzie do Lidla i nabywa sobie pluszową gruszkę za 25DKK, bo promocja się kończy, a gruszka taka fajna, no i przecież dorosłość jest kijowa, więc lepiej dorzucę czekoladowego zająca, bo kurde wykupują je ludzie migusiem… podobnie moje budyniowe coś, co to niegdyś Zott robił. Wiecie, z pianką takie. Ktoś wybiera ino waniliowe, a mi zostawia czekoladowe… świństwo i tyle!!!

A potem wracasz do domu i to słońce znowu jest. Wiecie jak niesamowicie Gudhjem wygląda prawie nocą i nocą ze wzgórza nad Saltuną? Kurcze, skąd się u nas bierze tyle światełek… i jeszcze ten zanikający, pomarańczowy fiolet w oddali. Jakież to piękne. I wiecie, podobno bez szkodliwych dodatków.

Znaczy no całkiem niesztucznie barwione!!!

A potem… ten księżyc, który gonił nas przez cały dzień zmienia wszystko w noc i on znika, znaczy księżyc, no i są gwiazdy i jest ich cała masa i…

Wiosna idzie.

IMG_1450

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wdzięk Wydźwięku… została wyłączona

Pan Tealight i Banshee…

„Problem nie polegał na zwykłej, ludzkiej śmierci, oj nie. Może i na Wyspie istniały byty Pradawne, a i ludzie nie żyli tam aż tak krótko, ale jednak, ona… Widzicie, ona była od czegoś całkiem innego, kompletnie i dokładnie, a przez to sprawiała całkiem inne problemy, ona… Banshee od Zdrowego Rozsądku, który to umierał ostatnio jakoś tak w każdej osobie i to wielokrotnie… jakby umiał się odradzać, jakby do końca się człowieka każdego trzymał, jakby wiecie, nie chciał puścić. Może i się doradzał, ale w końcu nawet i on tracił moce i nadzieję…

… więc wrzeszczała.

Cholery można było dostać.

Serio!

Wyobraźcie sobie babę w wieku średnim, w tych szatkach poszarpanych, zamokniętych, z tuszem płynącym wraz ze łzami, bo przecież w chwilach przerwy zawsze starała się doprowadzić do rozsądku. Znaczy no rozsądnego porządku. Zawsze. A to tusz, a to szminka, a to znowu jakieś farbki, a potem…

Krzyk.

Włosy rozcapierzone, jakby tapirowane na cukier, jakby same miały już dość onego wspólnego bytowania, jakby chciały od niej uciec. Sylwetka wychudzona, paznokcie obgryzione wielokrotnie, we wszystkich wymiarach czasu, oczy dziwnie przerażone… ale przerażone tylko nią samą. Bo przecież cóż może być straszniejszego na świecie, niż umierający Zdrowy Rozsądek? I osoba, która wciąż o tym przypomina… i krzyk, który rodzi się gdzieś w głębi jestestwa, którego nie można pokonać zatkanymi uszami, który dźwięczy w kościach, mięśniach i duszy, oraz powoduje rozwolnienie i wrzody na wszystkich żołądkach…

Widzicie, Bóg Cholernych Rozsądków, Chorego i Zdrowego od dawna już mieszkał w Białym Domostwie. Wykopał sobie ostatnio jakąś dziwną jamę pod ścianą północną i odmawiał kontaktów ze wszystkimi poza Wiedźmą Wroną Pożartą. Bo wiecie, mieli o czym pogadać i razem fajnie klęli w wielu językach. I jakoś tak lgnęli do siebie i jakoś tak wiecie, mieli wspólne zainteresowania logiczne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6028

Z cyklu przeczytane: „Zagubieni w mroku dusz tom 1” – … no tak. Simon Serrailler. Postać kryminalna, której nigdy chyba nie będę w stanie zrozumieć. Oj pewno, uległa matka, ojciec z kompleksem boga, medycyna i tak dalej… a jednak, oto trzeci tom opowieści o najsłabiej zbudowanej i najsłabiej wpływającej na działania policyjne, postaci.

„W labiryncie ulubionych miejsc”, „Ludzie czystego serca” i dziwacznie podzieleni „Zagubieni w mroku dusz”, „Zaklęci w milczeniu”. Na razie? Autorka „Kobiety w czerni”. Oj tak, recenzje nie oszczędzają autorki i wcale się nie dziwię, bo coś tutaj poszło nie tak. Za dużo tego wszystkiego. Zwyczajnie. A z drugiej strony za mało. Jak groszki różnokolorowe porozrzucane na podłodze, w których nagle, jak się okazuje, nie ma żadnego nadzienia.

Są zwyczajnie puste.

W tej książce jest wszystko i nic.

Jest winny i jest kara, ale z drugiej strony, czy naprawdę? Kto jest tutaj tym oskarżonym. No i rodzina Serraillera. To mój ulubiony element. Jego siostra. Jej poświęcenie. Nie Serrailler. On jest durny i nielogiczny. Najchętniej wypieprzyłabym gościa za okno. A już jego związki z kobietami? Serio? I co to niby miało być? I dlaczego w każdej książce on zdaje się… nie uprzedzajmy faktów.

Lepiej nie. Można przeczytać, ale na własną odpowiedzialność. Jeśli lubicie puzzle, które do siebie nie pasują. Bo cała reszta, ono przemieszanie, nielogiczność, niekończenie wątków… tylko wkurza. Mrok? Nie zauważyłam.

IMG_1452 (2)

Listonosze…

Mają przegibane. Naprawdę i do końca. Kolejne cięcia. Już nie tylko nie mamy poczt, wyłącznie 2 stanowiska, gdzie możecie coś wysłać większego… ważniejszego, czy cokolwiek w ten deseń. Od tego roku poczta nie jest już dostarczana w soboty oraz poniedziałki. Oczywiście kurierzy mają swoje grafiki. Po wielkiej sprzedaży duńskiej poczty NordPostowi… coś się złamało. ktoś na tym na pewno zarobił gigantyczną kasę, biorąc pod uwagę różnice w cenie znaczków u nas i w innych częściach Skandynawii… oni zarabiają, a u nas planują w ogóle zrezygnować z listonoszy. Wyobrażacie sobie świat bez poczty? Na początku mają dostarczać wszystko raz w tygodniu, co oznacza gigantyczne zwolnienia i tak naprawdę…

Oj, oczywiście, że podobno to wszystko wina ludzi, bo zamawiają wszystko z odbiorem w sklepie, ale… wiecie co, jakoś trudno mi w to uwierzyć. Widzę jak listonosz jeździ… tylko cztery dni w tygodniu. Widzę ile tego ma, czasem serio aż nazbyt wiele. Do każdej skrzynki coś trafia. Potem kurcze przybywają oczywiście ci, którzy dorzucają wszelakie gazetki, nie tylko reklamowe. I… nie wiem, ale dla mnie jest to przerażające.

Świat bez listonosza?

Pojebało was?

Ale z drugiej strony, przecież to właśnie jest w typie duńskim. Bardzo. Jak coś tylko przynosi mniej dochodów, ucina się, wykopuje i wywala na śmietnik. A potem przychodzi żal i pomysły nagłego powrotu ku temu, co mogłoby przynosić fajny zysk, ale do niektórych rzeczy nie da się powrócić. Przykład? Kolej na Wyspie.

A teraz i poczta.

Czuję się okradziona już przed akcją. Jak to nie będzie poczty? Jak to? Gdzie moja wolność słowa pisanego? No serio? Gdzie, do cholery?!!!

IMG_5381

Lalki dmuchane.

Nie wiedziałam.

Przyznaję. Tak, wiem, że ten świat, którego jestem częścią, to państwo, dość swobodnie traktuje seks, ale jednak TO? Serio? No bo, czyż nie jest to już jakaś przesada? Rozumiem oną wolność wszystkiego, ale kurde… o co chodzi? Że zwierzęta? Człowiek myślał, że to nie do końca tak, może trochę się łudził, może jednak… Kurde, gubi się co jest prawdą, a co nie? Ale do cholery gumowa lalka-dziecko?

Serio?

Cała sprawa wylazła na wierzch, gdy pojawiła się pewna paczka, kierunek Norwegia, niby nic dziwnego. Nagle się okazuje, że nie, Norwegowie odmawiają przyjęcia. Nic z tego. Nic kompletnie z tego nie będzie. Nie przyjmujemy seksualnych lalek w kształcie dziecka. Takie lalki są w Norwegii zakazane. Zdrowy rozsądek podpowiadałby mi, że u nas przecież powinny być też, a jednak, kurcze, okazuje się, że nie.

I chyba wszystko mi oklapło.

Do końca.

Z jednej strony Dania krzycząca o prawa dziewczynek wydawanych za mąż jako dzieci. Te rąbane liczniki, z drugiej sprawa okaleczania dziewcząt, potem ta cała troska o wszystko to, co dzieje się poza granicami… a w kraju. Źle się nie dzieje w państwie Duńskim. Gorzej się dzieje. Dzieci tutaj są właściwie produkowane, szkoła winna dać im wszystko, i wszystko szkoły wina jak co… bo przecież. Ale z drugiej strony, czyż nie taki cały ostatnio jest ten świat?

IMG_5581

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Banshee… została wyłączona

Pan Tealight i Wyznawcy zimy…

„Rebelsi.

Nie wiedziała o ich istnieniu.

Nie miała pojęcia.

Zresztą jak mogła mieć, jeżeli zwykle chodziła na dość skończone odległości, a gdy latała, to wiecie… nie patrzyła w dół, żeby nie wypuścić wnętrzności na zewnątrz. Dlatego ją zaskoczyli. No wiecie. Każdy, nawet Wiedźma Wrona Pożarta musi powalczyć o hiacynty w cudownych, drewnianych pojemniczkach, niczym cebrzykach z zaświatów czasów, były ino dwa… zostawili jej ochłap… ale nie o tym miało być. Nawet ona musi czasem, a raczej chce serio, szczególnie w ramionach PMSa, iść na zakupy. Po pachnące świeczki, sałatę, grzybki, które podobno nie halucynują i może jeszcze bułeczkę. Ale tym razem była już prawie noc. Przed zamknięciem sklepów i mogła w swoim powozie zaprzężonym z niewiadomoile koni, obserwować Wyspę.

I zauważyła ich.

Rebelsów.

No dobrze, może ich uwielbienie dla zimy wiązało się z czystym lenistwem, musiała brać to pod uwagę, ale miała nadzieję. A może wiedziała? Te światełka na domach. Te choinki ustrojone, te cudownie pozostawione poświąteczności w obliczu pokarnawałowej kwitnieniowości… Te stroiki walczące o miejsce z krokusami i rannikami. Te bombeczki. Sporadyczne, ale jednak są. Tutaj krzaczek się błyszczy, tam cała choinka, tutaj te metalowe dziwne namiociki, co to miały robić za sztuczne drzewka, ale wiecie, bardziej z nich tipi niż choinka. Ale nie, to nie jest ważne.

Kompletnie nieważne jest dlaczego…

Najważniejsze, że są.

Rebelsi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7884

Z cyklu przeczytane: „Lichwiarz” – … nieźle. Naprawdę nieźle. Musze przyznać, że miałam gigantyczne opory przed tą powieścią. Z jednej strony chciałam i to mocno, z drugiej to znany autor z tematyką zwykle nie do końca mi przystającą, więc…

No ale się skusiłam i nie żałuję.

Oj nie. Bo opowieść była zabawna, z jajcem, bohaterem złożonym, ale nie nadmiernie. Do tego codzienność przetykana wymiarami retrospekcji, dzięki czemu wiemy… wiemy jak to wszystko się zaczęło. I dlaczego jest tym, kim jest. On. Lichwiarz. Kulawy. Człowiek, który nie pokazuje swojej twarzy.

IMG_3087

Świat może niezbyt złożony, zresztą poza gnomami i lekką magią cóż my o nim wiemy. Jest legenda, jest opowieść i chciwość zwyczajna i ludzka. I oczywiście osobnicy, który są w stanie postawić na pewne karty wszystko. I tajemnice. No i oczywiście młody książę, który… ale nie uprzedzajmy faktów. Lepiej nie. Wyobraźcie sobie miasto… widzicie te bramy? Czy jesteście gotowi je przekroczyć?

To tylko miedziak, a może zmienić wszystko!!!

Dobra książka.

IMG_3086 (2)

No i moje jedzonko… malutko, ale wiecie, z kasą krucho.

IMG_6441

I zimno.

No zrobiło się zimno. Dość nagle i zaskakująco. Pojawił się wiatr, spadła temperatura. Ci, co cieszyli się już z dwucyfrówek na termometrze zwisnęli nosy na kwintę. I tyle. Wiadomo. Przedwiośnie, więc normalne to. Tylko czy tutaj? Pierun wie. Ostatnio już całkowicie nie pojmuję pogody. Coś, co niegdyś było logiczne, jak burza po parnym dniu i zapach ozonu w powietrzu, teraz jest… właściwie nie pamiętam, kiedy ostatnio to czułam. Chyba strasznie dawno temu. Raczej nigdy na Wyspie. Dziwne to wszystko. Ale może tu chodzi o ryby? Wiecie, zapach wodorostów zabija wszystko czasem… a czasem i nawet więcej. Do tego rozlewana kupcia na polach… ale to przecież nie czas na burze letnie? Choć coś grzmiało. Grzmiało strasznie mocno. I dziwnie. A jednak, kurcze wciąż wydaje mi się, że to była jakaś omama słuchowa.

Może po prostu ponownie mają jakieś manewry? A może zwolennicy rybki mają jakąś nową broń? I nowe statki nawodne, które zdają się być seksualnie powabne dla każdego skrzela i wiecie… łowią więcej i z tej radości grzmią? Oczywiście, że bredzę, ale serio… pogoda od wielu już lat jest jakaś taka popierniczona. Całkowicie nie taka, jak… powiedzmy 35 lat temu. Choć, co tam człowiek pamięta poza zajebistym śniegiem w marcu? A może to tylko zbliżające się urodziny?

No co… jak człek zbliża się do tych sto lat, to staje się dziwnie niespokojny.

Jak pogoda.

Może więc po prostu nikt pogodzie nie kupił odpowiedniego prezentu i dlatego ona się tak miesza i walczy sama ze sobą?

Jak myślicie?

IMG_8748 (2)

Najdziwniejsze jest jednak to, że przez oddalone Święta Wielkanocne… no wiecie, oddalone na kalendarzu, jakoś tak dłużej mamy pustki na Wyspie. Wszyscy zamierzają się otworzyć dopiero w pierwszej połowie kwietnia. No pewno, że nie dlatego, że my tacy święci i pobożni, wprost przeciwnie, ale jednak święta to święta, wolne się należy i zabawa z rodziną. Tudzież raczej pierwsze sprzątanie sommerhusów czas zacząć. Tutaj liście zmieść, tam coś dosiać, może dosadzić, sprawić, że wszystko będzie wyglądało, jakby żyło, a nieumarte było na amen. Prawda taka, że mieszkających naprawdę i do końca na Wyspie tylko i wyłącznie tak niewielu… że powinni nas w ramki oprawiać i czcić.

No ale… będą święta. Påskeliljery już w sklepach. I te w kurvach i te w miseczkach i takie w zwykłych doniczkach, no i oczywiście te cięte bidulki, które zawsze marzną, no i potem nie wiadomo, czy w ogóle rozkwitną, czy jednak nie? Strasznie mi ich szkoda, jak tak leżą w tych skrzyneczkach, ale jednak nie kocham ich tak bardzo, by zaryzykować, czy się dla mnie otworzą. W ogóle, tak spoglądając na to wszystko, fajno, że skupili się na roślinkach, ale jednak takie to wszystko martwe, jak te somerhusy… i domy, które uzyskały status „niecałoroczności mieszkaniowej”. Takie to wszystko smutne. Takie straszne. A za tymi domami morze.

A może wiecie, piękne jak zawsze. Czadowe i cudowne. Na niektórych plażach znaleźć można takie kamyki, że szczęka opada, na innych tylko gapisz się w fale i dziękujesz Śpiącym Bogom, że akurat nie twoja pora wsiadać na prom. Oj tak. Wyspa jest piękna. Do tego te mgły, te drzewa, to całe oczekiwanie, to wszystko…

Cudowne.

IMG_8747

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyznawcy zimy… została wyłączona