Pan Tealight i Lateńka…

„No przywlokła swe dupsko.

Wiecie, taki model wszelakiej wkurwiającej pogodności, ale ogólnego braku zrozumienia, o tuszy sporawej, ale nadmiernie szczęśliwa i ogólnie czirful. Wielbiąca wszelaki majndfulnes, wielkie kiecki w kwiaty, malutkie torebeczki w kolorach ogólnie niepasujących i mocno rytmicznie trzęsąca podbródkami, które chyba kumulowała w różnych miejscach ciała. Nawet pod kolanami. A tak, do tego ta kiecka, niebieściuchna w wielkie, różowawo-burgundowe kwiaty, nie zakrywała jej kolanek, więc niestety człek…

… widział.

Nie nie podobało mu się to.

Bo co to miało znaczyć?

Że niby jakie miało być lato? Takie zdrabniające wszystko? Bo tak, ona reagowała wyłącznie na słowa takie jak: portfelik, pieniążki i kawusia. W pewnym momencie Pan Tealight pobladł, prawie zbielał i udał się za Wiedźmą Wroną Pożartą, która obiecała sobie zwiększyć ilość ćwiczeń, a potem zrzygała się obok schodków. Na szczęście Przedwieczny nie trafił w nią.

Zatrzęsło nim i posiał wiązkę dalej…

… do rzeczki.

Nie, co jak co, ale z tym Latem, oną Lateńką się nie dogadają. Nie, nic z tego nie będzie, oj nie. Kompletnie. I nie chodzi o to, że Wiedźma Wrona ogólnie raczej z latami sobie nie radziła. I tymi gorącymi i tymi upływającymi, więc wiecie, w jej wieku to już raczej nie ma co czekać na TAKIE zmiany.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sol over Gudhjem…

Kobieta wygrała!!!

Wciąż mi się ta reklama włącza, więc wkurzona olałam w tym roku. Zresztą ciepło, sobotę można inaczej spędzić niż w tłumie… A tutaj baba wygrała. No nie wiem jak to się stało i tak po prawdzie kij mnie to obchodzi, ale zobaczę raz jeszcze tego gościa, a moja pięść dokona spustoszenia w monitorze laptopa. To dziwne, że zwykła reklama może tak bardzo wkurwić człowieka. Już przypominam sobie dlaczego – poza wiadomościami i durnotą – nie oglądam telewizji. To jeden z tych kucharzy wielce tam wypromowanych przez oną kulinarną imprezę u nas.

Bo podobno ona taka wielka.

Ja tam do końca z rozmiarami ślubów nie wiązałam, wiecie, nie znam się, ale jakoś mi się nie zdaje. Spoglądając na to śliczne Gudhjem dziś, w piękny słońcu, wiaterek chłodny, morze w końcu trochę przybrało, jakoś tak pozostały po onej imprezie tylko jakieś przyczepy i kabelki. Pewno ściągną to po weekendzie. Śmieci na szczęście nie widać, co cieszy, no i zwyczajowy market w porcie też się dziś odbył. Ten market akurat uwielbiam, bo można kupić i roślinki i kryształy i minerały, skamieliny i biżuterię, cuda rąk własnych oraz oczywiście sztukę wszelaką. Naprawdę niesamowite zgromadzenie ludzi jeżeli o mnie chodzi. Gdyby tylko człek miał coś w portfelu, to i ten labradoryt był mój i to drzewko i oczywiście ten płaskacz z lapis lazuli. Ale dostałam trolla i kawałek labradorytu, więc zacieszam troszkę.

Jeżeli chodzi o market, to dziś – niedziela – odbył się też ten „Pa toppen”, czyli obok wiatraka. Wiecie, ono wielkie białe, lekko górą pleśniejące, co przez dwa sezony było takie modne, ale jak zwykle z tego zrezygnowano Bo tutaj jakoś tak łatwo wszyscy rezygnują, jeśli Królowa nie klepie po główkach, milionów i orderów nie ma… po prostu, idą gdzieś indziej, co innego robią. Market za okazał się zwykłym loppemarketem, czyli zbieraniną tego co wielu może zainteresować: stare, niepotrzebne ale intrygujące, ale co mnie osobiście przeraża. No i te wszechobecne papierochy…

Niemiła atmosferka.

Lepiej posiedzieć nad wodą. Bo Port Północny nagle przestał smrodzić!!! Hurrra!!! Przeczyściło się, na brzegu zielenina i piękne, malutkie jasnofioletowe kwiatuszki. No raj po prostu. Czysta woda i te kolory skał!!!

Cudowności.

Problem promowy mamy.

Znowu.

Widzicie na Wyspę, nie oszukujmy się, najłatwiej dotrzeć promem. Samolot może i lata, ale co prom to prom. I wziąć można więcej i samochód nawet… i jakoś tak pogodowo, no po prostu lepiej. Dlaczego jest problem? A bo chcą by ostatnie promy wypływały spoza w okolicach 18tej. A nie tak jak jest teraz ponad 2 godziny później. Oczywiście to dla dobra Turyścizny. Podobno, bo jej przedstawiciele twierdzą, że im tam okay, a jeszcze ci z dala co tutaj mają sommerhusy, t już w ogóle są z tych późnych promów szczęśliwi. Oczywiście szczęśliwi są też ciężarówkarze, bo wiadomo… no i ci, którzy pracują poza Wyspą i chcą wrócić do domu na weekend. Ale przecież Destination wie lepiej. Wiecie to, to jest ta najbardziej WKURWIAJĄCA sprawa, że ktoś, kto tutaj nie mieszka rządzi tymi, którzy tutaj żyją. Muszą ścierać się z pogodą, brakami w sklepach, suszą, marudzeniami pogodowymi…

Wszystkim.

Bo to, że kocha się Wyspę, nie znaczy, że miłość ona często nie boli. Bo boli i to nawet bardzo często. Szczególnie przy tym, jak chcą całkiem zniszczyć pocztę. Kurna, wyobrażacie sobie świat bez listonosza? Bo ja nie.

To będzie mnie dobijało. Bo przecież nie dość, że ludzie stracą pracę, a z tą krucho tutaj, to na dodatek… no co z przesyłkami? Ludzie kupują wszystko przez internet, więc kto to dostarczy? Mamy odbierać w sklepie? A co z tymi, którzy są starsi i zwyczajnie nie mogą, albo nie mają czasu? No ludzie!!!

Na stresy wszelakie najlepszy jest mały port.

Pełno ich na Wyspie.

A większości pewno nawet nie widzieliście, nawet jeżeli ktoś wam wmówił, że już pokazane wszystko. Nie wierzcie, bo większość perełek odkrywa się samemu. Na nogach, plącząc się w zaroślach – tu pamiętajcie o kleszczach, czyli długie portki, oraz o żmijach, które przez oną suszę, która wciąż trwa, choć chyba za oknem słyszę jakieś krople strasznie są agresywne, zresztą i jaszczureczki dziwnie wkurzone – łażąc po prawdziwym, pełnym nabrzeżu. Odważając się zejść ze szlaku i wpadając na stare chatki, na malutkie wycięcia w skałach, pogłębienia, betonowe, malutkie wsparcia i te kolorowe łódeczki. Czerwone, niebieskie, zielone i białe i różowe, i pomarańczowe… jak kto lubi. I jeszcze te różne, dziwne rybackie sprawy. Jakie to wszystko tajemnicze. A jakie barwne i zawsze pokryte łuską – na szczęście. Po prostu bajka. Stara bajka.

Z dawnych czasów.

Jak listonosze…

No ale.

Mały port, przycupnięcie w nim wieczorem, w zachodzącym słońcu, lekko chmurzącym się nieboskłonie. Jakbyście mogli zawsze wypłynąć. Jakby wszystko było możliwe, bo morze wciąż zdaje się być taką wolną strefą. Pozbawioną dziwacznych praw… zaleceń i całkowicie nieoceniające. Chociaż jeśli popełnicie błąd, to was ukarze. Dlatego zawsze uważajcie. Ale samo siedzenie i ta możliwość i te drzewa mewy, które wciąż drą się, jeśli jesteś na skałach, bo niektóre chyba późno zaczęły wysiadywanie… agresywne małpiszony. Niby rozumiem i staram się w pewnym okresie unikać tych miejsc, ale żeby tak długo siedzieć na jajach. No ludzie!!! Znaczy no ptaki!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lateńka… została wyłączona

Pan Tealight i Królewna z drzazgi…

„Ale ze świętego drzewka!

Żeby nie było, że plebs jakiś, czy coś. Nie no, pewno że z niej rąbana Calineczka, ale nikt nie wypomina, bo temperamentna co najmniej nieświętnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziecko” – … jeden szkielet. Zdawałoby się jedna opowieść, ale nie dajcie się zwieść. Co najmniej trzy kobiety poderwą się słysząc wieś o znalezionych szczątkach…

A może więcej?

Oto kolejna opowieść o matkach.

O tajemnicach z przeszłości, tajemnicach obecnych. I dziennikarce, która postanowiła nie popuścić. Której zawziętość, ale i jednocześnie współczucie, nakazuje wyjaśnić sprawę. I chociaż ci, którzy znają tajemnice kryminalnego DNA zajarzą pewno wszystko szybciej, to jednak warto. Warto dla obrazu, który składa się z kilku kobiet, kilku historii zazębiających się właśnie w tym jednym mianowniku: matka. Ale też i rodzicielstwo, miłość, odpowiedzialność, życie po stracie…

Codzienność kobieca.

To jedna z lepszych książek, którą połknęłam w jeden dzień olewając życie. A może po prostu ubogacając je o kolejne pytania, czasy rozmyślań i wszelakie tematy do rozmów? Chociaż, akurat TE sprawy wciąż pozostają tabu, czyż nie? Właściwie wszystko związane z kobietami, poza ich dążeniem do pięknej figury i idealnie napompowanej twarzy, jakoś jest dziwnie… nieczyste.

Tak, to brzmi średniowiecznie, ale… ta książka wiele tłumaczy.

Gorąc…

Dobra, żeby nie kłamać, trochę popadało.

Oczywiście z wiatrem i słonkiem tego samego dnia, więc… tak serio guzik to dało. Oj dobra, nie trzeba było podlewać ogródka tego dnia, ale nadal Sct. Hansowych ognisk nie będzie. Ludzie jęczą, jakby im odebrali diety poselskie, czy inne tam dodatki do papieru toaletowego, no ale. Jakoś nikt nie rozumie, że jest źle. Z pogodą, morzem się cofającym i ogólnym plastikowym szaleństwem.

A tak, jak już o tym pisałam i tutaj znaleźli się ci, którzy uważają, że plastik to cud wszelaki i lepszy niż szkło. Ciekawe… czy nikt już nie czuje jaką różnicą jest picie czy jedzenie z opakowań, które są właściwie naturalne jak szkło, kamionka, drewno, bambus, metale, a jebany plastik. Naprawdę? A wiecie, że jeżeli plastik czuć, oznacza to, że już was truje? A gdzie tam. Wiecie, to mit jak z tym, że komórki powodują raka mózgu. Są badania, ale nauka to rzecz, z której się korzysta jak ze stołu szwedzkiego. Jak pasuje to bierzemy, a jak nie, to pewnie zmyślili.

Nie żebyśmy w nauce nie zmyślali, no ale.

Ogólnie mówiąc, z Danią problem jest taki, że przez całość świata uznawana jest za przejaw ekologii największych i wzorów postępowania, a prawda jest taka, że Monsanto bawi się z nią jak kot z uległą myszką. Ludzie nie myślą, a wycinki drzew i krzewów postępują. Jeżeli masz kasę, wolno ci wszystko, od noszenia noża, po budowę na terenie zalewowym. Tia, rowery… są. A widzieliście samochody elektryczne? Niewiele, co nie? Choć w takim miejscu jak Wyspa, gdzie odległości są mniejsze, wydawałyby się idealne. Ale nie. Po pierwsze podatek samochodowy, czyli płacimy dwa razy cenę za auto, po drugie brak stacji ładowania.

I tyle…

Ale oczywiście, że są ludzie, którzy się starają. Razem z sąsiadem odplewiamy podjazdy ręcznie. Ale na całą ulicę tylko my. Sąsiedzi podleli paskudztwem swoje rośliny, bo chyba chcą minimalizmu i betonu dookoła. A czemu nie. I tyle z tej ekologicznej bajki. A plastik? Oczywiście, że kaucja za butelkę sprawia, że ludzie oddają je do maszynki, ale chyba tylko to. I tutaj stoją znaki „nie wyrzucać śmieci do lasu”. I tutaj ludzie pakują psie kupy w woreczki i wieszają je jak ozdoby choinkowe na gałęziach. Bo przecież im wolno jeśli zaraz obok żaden kosz nie stoi. A tak serio, myśleliście kiedyś co się dzieje z takim gównem zamkniętym w plastiku. Niezła bombka pewno.

Ale, kto by się martwił.

Masz rower i psa, znaczy dobry z ciebie człowiek. Hmmm, Hitler kochał swoje pieski też. Tak tylko mówię.

No ale… znowu wiatr i świeci słonko.

Znowu suszy, ale dziwny chłód w powietrzu, a to już przecież lato. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie, zwykle kwitnące mi w sierpniu roślinki już przekwitają. Nawet róże, które przecież mają wiele miesięcy na wypuszczanie pąków, zrobiły to w ciągu kilku tygodni. I teraz cierpią. Wsio im się obwisa i nie wyrabiają. Ale dziwnie, gdzieś w środku czuję, że one wiedzą coś, czego nie przeczuwają ludzie… że może to nie koniec? Że może ni będzie lata, ale za to będzie od razu zima?

W końcu dostaniemy „Pojutrze”?

Lawenda wygląda przepięknie jak tak się kołysze w wietrzny dzień. W pełni rozkwitnięta stoi sobie między szałwią, rozmarynem, tymiankiem a oregano… mięta lekko oddalona też już dawno obudziła się do życia, więc jak tak pocierają o siebie liśćmi, to serio uczta dla zmysłów. Ta różnorodność liści, zieleni, struktur i kolorów.

Bajka.

Za płotem, a dokładniej żywopłotem domagającym się przycięcia, krzyczą wnuki sąsiadów. Nie żeby ktoś się nimi zajmował, po prostu tak se wrzeszczą. Często też śpiewają, więc człek w swej starości może się dowiedzieć co teraz jest modne w muzycznym świecie najmłodszych koneserów. Zawsze to wartość edukacyjna, co nie? Znowu jaskółki szaleją, mewa mi tupie nad głową. Czasem jak przelatują, takie wielkie i wypasione, to człek myśli, że Casper, przyjazny duszek go właśnie nawiedza. Wiecie, złapanie czegoś takiego kątem oka serio przynosi mi właśnie to na myśl. No serio! Nie żebym była zwolenniczką filmu, fajny, ale wolę horror w swej prawdziwej krwistości. Po prostu tak mi się kojarzy ona duchowość odziana w stare, ale nie do końca splamione prześcieradło.

Żadnego udowadniania dziewiczości.

Przynajmniej dla nich.

No i się znowu zachmurza. Dziwna ta pogoda, właściwie niczego nie można zaplanować. A może jednak się uda? Może? Nie, nie udało się. Ani zachodu słońca ani deszczu, a pogodynka obiecała, ale jak to kobieta, zmieniła zdanie.

Ech!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królewna z drzazgi… została wyłączona

Pan Tealight i Wrona z Maku…

„Na wielkim polu, gdzie najpierw żółcił się rzepak nastąpiła dziwna zmiana… Początkowo były to dwa, trzy, no wiecie, kilka dziwnych skrzydeł czerwieni. Krwistej, miejscami lekko burgundowej, miejscami znowu lekko różowawej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sarna, mała wrona.

A potem jaskółka, co człowiekowi pod strzechę wlatuje i radź sobie z taką biegając za nią z krzesełkiem. No wiecie, jak ktoś nisoki, to radzić sobie musi. Nie ma innego wyjścia, więc targa to krzesło, a wystraszony ptak miota się na niewielkim metrażu. A człowiek się boi. Nie, nie ptaka, nawet nie tego, że obsra czy coś… ale tego, że po prostu ptaszka uszkodzi. Na szczęście w moim przypadku skończyło się dobrze. Jaskółka Chatki nie osrała, w końcu usiadła za kwiatkiem na parapecie w kuchni i zaczęła na mnie zerkać. Bo ja z łapką na muchy musiałam najpierw, by dostać się do okna, wdrapać się na cholernie wysoki blat. A tak, mim tego, że moja Chatka raczej niziutka, jak większość domów na Wyspie, to blaty i szafki oczywiście totalnie pełnowymiarowe. Ja serio czasem nie rozumiem jak oni, w większości dość wysocy Tubylcy mieszczą się w onych chatkach rybackich? W niskich domkach o nader małych okienkach, bo wiadomo, co najważniejsze, to nie tracić ciepła, nie dać się wywiać, przewiać i tak dalej. W końcu i tak większość czasu spędza się na zewnątrz…

Wracamy do jaskółki, dobra.

No więc patrzy się toto zza czerwonej doniczki na mnie dziwnie, gdy ją lekko odgradzam od świata wygiętą łapką na muchy, może i się podśmiechuje, może po prostu już zrezygnowała… a może podskubuje jakieś zagubione musze odnóża z łapki, gdy ja włażę na blat, przeciągam się, szarpię za nieotwierane zwyczajowo okno i czekam aż se ona wielce teraz niezainteresowana zewnętrzem menda… wyleci. W końcu wyleciała i siedzi mi na środku drogi, gapi się na mnie, gdy zdrapuję samą siebie, zestresowaną i prawie utopioną w pustym zlewie, z blatu… a ja znowu panikuję, że ją coś przejedzie.

No ale przecież skurczysyńca ma skrzydła co nie.

Przysięgam, że potem parsknęła, serio. Przed odlotem parsknęła i mrugnęła do mnie. Ech, czas ptaków uczących się latać. Może sarny to nie dotyczyło, ta tylko spała w naszym gródku… Serio, budzi się człowiek, zaspany i ogólnie nie w sosie wygląda przez okno na brunatności, bo susza nadal, do tego zimno-wrzący wiatr, jeszcze bardziej suszący ten cały świat i… widzi pełnowymiarową, czytaj wielką, sarnę. Zwiniętą, z kopytkami, czy co tam one mają, pod brodą i brzuchem, z tym sporym brzuszkiem wystawionym do wschodzącego słońca, z pięknym pyskiem, ale po prostu niesamowitym. Wiecie, te brązy, podpalenia, jasności, szarości, czerń nosa i wielkie, ogromne oczy.

Nosz kurcze, co to ja Śnieżka?

Serio tak pomyślałam, gdy po kilku godzinach i już wyprowadzce Pani Sarny – żeby nie było, tak nie otworzyliśmy drzwi czy okna, by jej nie obudzić, nie wystraszyć, ogólnie łaziliśmy po domu jak najciszej… a i tak wiem, że się na nas gapiła. Za to mała wrona była najzwyczajniej wrzaskliwa. Nosz kurde no. Myślę, że może woda, może jedzenie, więc wynoszę jej i to i to, daję jej też przestrzeń, a ta do mnie przychodzi, przez drzwi tarasu… myślę sobie, może ranna, więc sprawdzam niemacając, a ona nic. A poem nagle wzlatuje, więc o co chodzi? Leci, wraca i znowu wrzeszczy, płacze i łka. Nosz nie wiem co zrobić, piersią nie będę karmić… W końcu chyba matka przyszła ją opieprzyć i nakazała lecieć za nią na pole. Serio tak to wyglądało. Omal nie trzepnęła jej w ten lekko opierzony, świeżutki łepek.

Poleciały… a ja chyba przemyślę kieckę i czarne włosy z wstążeczką.

A co…

Kamienie na Wyspie

Wyspa jest wciąż jeszcze największym skupiskiem stojących kamieni, czyli menhirów i im podobnych, w Danii. Oczywiście, że kiedyś było ich więcej, ale posłużyły do budowy zagród, domów i kościołów. Kilka spokojnie można wymacać w murach, jeśli nie zaczynacie dymić jak ja na poświęconej ziemi. Kilka z nich, jak Hellig Kvinde wyglądają jak prototyp Piety. Dla mnie ona zawsze będzie Pietą. Świętą kobietą, ale taką, która właśnie straciła dziecię. Która może wyciągnęła go z morza, a może przywieźli go na łodzi dla niej, by mgła na zawsze go pochować, w końcu grób obok, krąg kamienny lekko łódkowaty w zarysie, wysuszone, niskie trawki, piękny widok na może, zatoczkę kamienistą…

… wycięte drzewa.

To akurat wkurza.

Ta eliminacja drzew w okolicach Listed i Bølshavn mnie dobija. Ale nie ona. Nie ten kamień. Niesamowity, strzelisty, spiczasto zakończony. Nawet stojąc zaraz przy drodze, po drugiej stronie mając wielki dom zwyczajowo rodzinny, jeżeli położycie się pod nią, obok niego, usłyszycie wiele historii. Bo to symbol. Symbol kobiet, które tracą. Kobiet, które wciąż muszą żyć, trzymać głowy wysoko, ale też które są w żałobie. Żałobie, o której nazbytnią łkliwość i ckliwość się je tak często oskarża.

Uznaje za słabość.

Kocham ten kamień. Nie no, kocham je wszystkie, ale kilka z nich ma dla mnie większe trochę znaczenie. Duch Louisendlund, Kamień Chlebowy, Ten z Nexø… jest ich kilka. Zostawianie ofiary, zwyczajne pogańskie zachowania, ale jak postępować inaczej. One są częścią tej Wyspy, a może i nawet nią samą?

W sprawie czerwonych dróg.

Dlaczego o tym piszę?

Bo niewiele osób wie w ogóle o co chodzi, a w Listed i Bølshavn je znajdziecie. Te dziwne ograniczenia czerwone na obrzeżach drogi dwukierunkowej. Jak jechać? Środkiem, a jeśli nadjeżdża ktoś z naprzeciwka, wtedy zjeżdżacie na czerwone. Nie bójcie się czerwonego. Nie, to nie jest miejsce tylko dla rowerów, jak głosi jakaś dziwna, wytłuszczona przez dziwych blogerów wieść. Na górze kliknijcie w artykuł. Tłumacz pomoże, choć pewno się uśmiejecie, ale… warto wiedzieć.

Pogoda update… jest ogólnie mówiąc… dziwna.

Przede wszystkim jasno pieruńsko.

To akurat normalne w okolicach czerwca i lipca, ale męczy. Do tego bardzo dużo słońca ale i dziwne zachmurzenia, z których nie pada. Plus ten szczypiący, zimno-wrzący wiatr, który ma się na dniach wzmocnić. Akurat na czas rozpoczęcia lata. Jest trochę strasznie z tym brakiem wody, cofającym się morzem i zmęczonymi zwierzątkami. Z już brązowym zbożem i ogólnie wszelakim smutkiem.

Jest źle…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrona z Maku… została wyłączona

Pan Tealight i Lawendowa Babka…

„Mimo suszy i całej onej słoneczności nadmiernej, no jakoś wyrosła. Wiecie, tak od butów, nogów, kiecki, korpusika, łapek, a potem PLUM i wyszła z ziemi i główka. Ona główka przynależąca do Lawendowej Babki, co doprawdy zaskoczyło wszystkich. Nie no, oczywiście, że Chowaniec podlewał lawendy, a Wiedźma Wrona Pożarta jak zwykle z nimi gadała, ale Babka?

Bo widzicie, według wszelkich legend, zapisków oraz wspomnień Pana Tealighta, Lawenowa Babka pojawiała się nieczęsto, ale też nie miała jakiegoś brutalnie i odgórnie narzuconego grafiku. Żadna z niej kometa, czy coś. Zresztą, kto by tam narzucał bóstwu jakieś ograniczenia. W końcu to żywioł, dodatkowo babski, więc wiecie, lepiej z nią nie zadzierać. A to, że jest niewielka, starowinkowa i przesłodka w swoim kapelusiku lawendowym, dobranej sukieneczce i kaloszkach, że ma w rękach i koszyk i niewielką parasolkę w kropelki, to niczego nie tłumaczy. I co więcej, niczego nie mówi o niej. Nie widać pamiętniczka, który ma w koszyku i małej szubienicy, kosy ze srebrną rękojeścią i obsydianowym grotem oraz…

Miętówek.

Oraz dużej paczki lateksowych ochraniaczy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co nowego w Svaneke…

Hmmm, chyba nic?

Nie wiem właściwie.

Dla mnie to zawsze taka dziwna inność, spacer po Svaneke. Wiecie, przejście się nad morzem, ten oszałamiający parking i latarnia w oddali. Pewno, że sprzedana i zmieniona na sommerhus. Ale wciąż bajka. Przespacerowanie się wzdłuż wybrzeża, przez port, przez tę przybrzeżną uliczkę, podziwiając kolorowe domki, wędzarnie, a potem ona… latarnia i plaża, która niegdyś była wszystkim a teraz jest lekko zapomniana. Nowy, zainstalowany w porcie ustrojstwo do skakania i drabinki wystarczą. No i w porcie od razu macie najlepszy sklepik z pamiątkami. I są w nim nowe magnesy… ból dupy, bo bida w portfelu. Co ja gadam, przecież ja nawet portfela nie noszę, bo nic tam nie ma.

Tak, jestem człowiekiem bez karty kredytowej, przyszłości i ogólnie śmieciem. Jak się okazuje dla wielu.

No ale, idźmy dalej.

Najpierw te uliczki wylotowe w kierunku na Nexø. Śliczniutkie z ogródkami, z kwiatami, kolorowymi domkami, ale już bez piekarni, która zostanie gdzieś przeniesiona… gdzie, się zobaczy. A teraz, zaskakując się dziwnie tymi wyciętymi drzewami wracamy na górkę svanecką. I tam znowu szał kolorów. Naprawdę warto. Pewno, że tą drogą dojdziecie do pomarańczowego kościoła, ale przecież to nie jedyny cud, w oddali niewielkiej majaczy też młyn, oraz cudowne miejsce/kiermasz z produktami… a teraz znowu w dół. Bo na głównym targu wciąż trwa targ. A tak, trafiło się nam w sobotę, więc mogliśmy się przekonać, że właściwie tutaj nic się nie zmieniło. Dziwne… kilka cudów ubyło, ale tłok autobusów, ludzi pijących, kupujących, oglądających, się miota. Ale przecież… jest szkło, więc teraz wróćmy głównym deptakiem do portu. I popodziwiajmy. Ten nowy zabawny markecik lekko ukryty, szkiełka nie do końca jeszcze otwarte oraz…

… kurnikowe bingo.

A niżej woda, kilka sklepików i może teraz zrobimy takie niewielkie kółeczko, uważając na samochody bo jak wariaty jeżdżą, a droga bardzo wąska, no i lody?

No co?

Posiedzenie w głównej lodziarni, tej najsłynniejszej to bajka.

Ich ogródek jest cudowny i chyba nieźle ostatnio odnowiony. A wróble to seryjnie skubańce tresowane mają!!! Oczywiście, że przechodząc obok pibermakera, gdzie po zmarłym artyście zostały ino cienie liter na ścianie smutno się robi, no ale… na czerwonym domku obok nie ma też wisterii… dziwne. W moim ulubionym sklepiku jak zawsze kwiaty, przyprawy, dobre ceny, ekologia i przekwitnięty niestety jaśmin. Ale idźmy dalej, najpierw do góry, jakiś cud architektury, pomniczek, galerie, a potem w prawo i w dół, tam gdzie czarna ławka przy brązowo-pomarańczowej ścianie, gdzie dzicz i nabrzeże, droga do Listed, gzie znowu ogródki, maciupkie domki, większe domki, wędzarnia, kolejna knajpka, armaty… niby można by już wrócić na parking, ale po co. Chodźmy nabrzeżem do małego portu. Popodziwiajmy niesamowite róże i sztukę w oknach.

I…

I naprawdę niech powali nas smrodek małego portu.

Żesz ja nie wiem co się tutaj stało. Coś jak płyn na niestrawność, ale w miętowym, mętnym, a nawet pudrowym kolorze. Kompletnie nieprześwitywalny. Na nim kołyszą się łódki dziwnie zaskoczone tym co się dzieje. Brakiem wiatru, brakiem wody z nieba i z morza. Tutaj uświadamiacie sobie, że Bałtyk to morze wewnętrzne. Kapryśne i poddane lądom. Zniszczone, ale walczące. Ale ten port? Serio… jakby ktoś wrzucił tabletki jakieś, czy coś, wsio mleczno-miętowe. Wsio dziwne.

Wsio nienaturalne.

Uciekam stamtąd.

Chyba mam już dość.

Właśnie dowiedziałam się, że na słynną wieżę, wiecie tego, co zaprojektował nie tylko oną Operę w Australijskich światach, nie można wejść. No serio? Można tylko raz na ruski rok. I to właściwie jak się załapiesz, a i wtedy kolejki straszne. Nie wiem czy kiedykolwiek się Chowańcowi uda tam wleźć, ale pewno będzie wciąż próbował. No bo czemu nie, co nie? No ale czas wrócić do auta. Jak myślicie, skusić się na fish and chips? Nie no, te kolejki z trzech wielkich autokarów pełnych polskich turystów mnie odstraszają. Człowiek jednak nienawykły do kolejek. Nie, chyba sobie daruję. W końcu były lody, co nie? I to czereśniowe… choć smakowały bardziej jak wiśniowe.

A w domu czekają młode ziemniaczki. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lawendowa Babka… została wyłączona

Pan Tealight i Golem Zdrogi…

„Zauważyła go po makach.

Nic dziwnego, że na początku myślała, że to było pod wpływem. No przecież zwykła logika, co nie? Ale jak się okazało… myliła się. Nie żeby golemy były czymś czego nie znała, w końcu w Sklepiku z Nieporzebnymi było ich kilka. W różnych rozmiarów, różnych kultur, materiałów i ekspresji. Ten najdroższy był diamentowy. Niezły mocarz, choć w pełnym rozmiarze w wysokości łokcia, więc, to nie była nowość. Może też i dlatego od razu go rozpoznała. Znaczy, kim jest. Nie figurką urodzinową, nie szaleństwem rzeźbiarza, ale prawdziwym…

… golemem.

Białym, stojącym przy drodze, przesuszonej podobnie jak pola, prowadzącej do Zapomnianego Gårdu, w którym nikt już nie chciał żyć z powodu nawału duchów, ale ziemia, jak o ziemia, chciała rodzić, więc ją uprawiano. Ale ludzi pośród tych duchowych pokojów nie, raczej nie. Nawet ci najbardziej zdesperowani wytrzymywali tam dzień, nie więcej. I nie, wcale nie były agresywne, znaczy duchy, ale jednak… no dobra, one były kosmiczne upierdliwe!!!

Widzicie, istnieją pewne granice w miłości bliźniego, zajmowania się gościami, przejawach onej gościnności, oraz… byciem z kimś. Po prostu. Ciągłego podsuwania kawki, herbatki, ciasteczek, kapciów, sprawdzania, czy bielizna nie uwiera, czy jednak fałdki na ciele się gościom dobrze układają, czy dotykanie wystarczające, czy jednak głaskać mocniej, czy słabiej i ile… bo przecież musi być głaskanie. I pomoc przy wszelkiej etykiecie higieny osobistej, ale bez podtekstów…

Czy papierków poddupnych wstarczyło, czy zapakowali wystarczającą ilość rolek? Zadane publicznie na spacerze zwykle przechylało szalę i ucieczka odbywała się już w milczeniu… ale golem. Dlaczego golem? I co on robi przy drodze. Może i nieruchomość była mu właściwą, no ale… co on tutaj robił?

Golem Zdrogi?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Raj nie istniej” – … nie ma czegoś takiego. Kobiety to wiedzą aż nazbyt dobrze.

One to wiedzą: Agatha i Meghan.

Obydwie zdają sobie sprawę z tego, że ich życie mogłoby być inne. Chociaż jedna osiągnęła pewien sukces, druga… marzy o życiu tej pierwszej. I oczywieście to nie może się skończyć dobrze. Zresztą, sama okładka sugeruje, jak to wszystko się potoczy. I tak, domyślicie się od razu co i jak i gdzie sprawa się zapadnie, ale jednak… warto przeczytać. Dlaczego? Ponieważ mimo pewnej oczywistości i przewiywalności, otrzymujecie opowieść dwóch kobiet. Ich historie, historie ich pragnień i marzeń oraz, co najcięższe… koszmarów.

Czy to wszystko może się skończyć dobrze?

Nie.

Bo dla mnie to przede wszystkim opowieść o matkach i to nie o onych głównyc bohaterkach, ale właśnie o ich matkach, Osobach, które je ukształtowały. Które stworzyły z nich kobiety. I które, poległy. Tak, to historia o matkach, których dorosłe dzieci zdają się już być dziwnie nieistotne, bo przecież są już dorosłe. Powieść, niesamowicie napisana, która piętnuje pewne postępowania i zwraca uwagę na bardzo istotne aspekty wychowania. Przypomina, że najpierw jest dziecko, bliższe zwierzęciu, a to właśnie matka kształtuje z niego człowieka. Tym bardziej – kobietę!!! I dlatego to bardzo ważna książka. Przypominająca o istnotności onej najmniejszej komórki społecznej. A nie współczesnym: przecież szkoła ma wychować moje dzieci.

Szkoła wszystkiemu winna.

Rodzic święty, bo spłodził i wydalił…

Tak, ten temat ostatnio jest dla mnie jednym z tych drażliwywch, bo nie jestem w stani zrozumieć ludzkiej ślepoty i wchłaniania durnot serwowanych przez media. Po prostu nie rozumiem. Może komuś co ta powieść wniesie w codzienność… choć, czy ja mam wciąż jakąś nadzieję? Chyba nie.

No dobra…

Znowu będzie ten cały międzynarodowy market, jakby ktoś coś.

Błąkają się po całej Europie, więc pewno znacie, no ale jeśli nie, to zawsze możecie zajrzeć. Trzeba pzyznać, że atmosfera jest, mają genialne sery, suszone owoce, które nie walą jak w sklepie i wszelakie dziwne żywności, których u nas nie ma. No i wiecie, kiełbaski dla wielbicieli onych cudowności. Po prostu, raj dla żerców, ale też i dla tych, którzy chą kupić coś z zagramanicy, ale jednak bez wydawania kasy na to. Niby nie to samo, ale powiew lekki obcości jest. Naprawdę warto. Szczególnie jeśli się trafi na taki moment, w którym nie ma masy odwiedzających. Wiecie, gdy człekowi się uda posmakować inności tak bez innych dyszących mu czosnkowym oddechem zza pleców i oczywiście ocierającymi się o plecki…

A jeśli o ocieractwie mowa, to…

Wiecie, że uwielbiam plażę przy Hasle, na której bardziej oficjalnie obowiązuje pozwoleństwo na kąpanie się w czym tam kto chce. Albo i niczym. Plaża jest długa, więc i ludzi niewiele i woda czyściutka i ogólnie cudownie jest, a jednak… a mimo owej przestrzeni ju drugi raz jakiś dziwny chłp na mnie wlazł. poprzednio był to totalnie goły dziadek, którego przepłoszył wynurzający się spodemnie Chowaniec. No sorry, ale o to chyba chodzi w onym nagusostwie, żeby się nie stykać, co nie? A drugi… no właśnie, wczoraj. Pusta plaża. Ciepła woda, choć sa fale, które umożliwiają dobrą zabawę, ale nie pozwalają na pływanie, więc trzeba się wysilić i pilnować przede wszystkim. Po wyjściu z wody, niczym podstarzała Miss Mokrego Podkoszuka oczywiście robię sobie zdjęcia, no bo sorry, ale nie usiedzę na piachu w takowej bezczynności i wiecie co… idzie taki w wyciętych gatkach, prezentując to co tam ma… Najpierw przeszedł blisko, ale pomyślałam przypadek. No kurna, może uznał mnie za czarny kamień, czy coś. Choć to dziwne, bo odwłok świecił mi się na kilometr. Nie no, oczywiście, że miałam gacie, ale światło pada tak, że mokre uda i gacie lekko połyskują, więc…

No więc ów osobnik wraca i wiecie co…

… plaża kurna na kilkadziesiąt metrów szerokości, a on co, on się o mnie prawie ociera. Nosz kurna no!!! O co w tym chodzi. Miałam mu ustąpić, czy mu się zachciało przeerminowanego mięska? Przyznaję, że przyłażę akurat na tę plażę bo ttaj każdy szanuje swoją i innych prywatność. Golastwo to raczej wiecie, całkiem aseksualna sprawa, raczej zwykły freedom, więc człek czuje się bezpiecznie. Może i ja się nie decuduję, ale chowąńcowi się podoba. Choć… wydaje mi się, że facetom zwyczajnie łatwiej. Wiecie, mało widać ponad powierzchnią, co nie?

I teraz nie wiem co myśleć. Nie chcę się nabawić kolejnych lęków, za bardzo uwielbiam tam pływać, to jednak ostatnio jedyne miejsce do względnych zabaw wodnych, b po naszej stronie to kicha. I mało wody i dziwne zapachy i glony i pierun wie co jeszcze… Na przykład w Svaneke… ale to zaraz…

No więc Svaneke.

Wiadomo jeszcze Folkemodet.

Obecnie oglądają mecze, no ale. Jako osoba kompletnie nie zainteresowana, to wiecie, wiem tylko, że coś z Peru i że Shell coś obiecał, ale czy mnie to obchodzi, nie. Za to para książęca na spotkaniu człowieków to już raczej ważna sprawa. Jak ktoś chce tutaj znajdziecie video. Śliczna księżna Mari, czyż nie? No ale, cały korek, który się zrobił dookoła już mniej śliczny. Ponieważ wybraliśy się na spacer do Svaneke, by zwyczajnie od teg uciec widzieliśmy i masę autobusów zmierzających do Allinge, masę ludzi, oraz wszelaki tłok kierujący się tam. Jednak zdjęcia w gazecie są po prostu zatrważające. Korek ciągnący się przez Tejn.

Serio?

Tutaj!

Oczywiście, że policja sobie poradziła.

Biedne chłopaki po robocie zaglądają w spokojniejsze miejsca i wpierniczjaą rybę z frytkami w porcie w Svaneke. Albo zmykają do domu. Umęczeni jak nie wiem co. Za to na drogach wolna amerykanka. Wiadomo, że glin brak, bo wszystkie na północy, więc ludzie wyprawiają takie durnoty, że eposy możnaby pisać. Ale who cares! Zadowoleni z siebie gliniarze stworzyli oczywiście objazd śmiejąc się, że no cóż, rolnicy będą musieli sobie z tym jakoś poradzić… Ja mam tylko jedno pytanie: nie można było choć przeprosić? Ja rozumiem, że w duńskim to przepraszam, to nawet nie jest przepraszam, ale kurna takie rzucanie żarciku w czasie suszy, takie sugestie, że hej rozjadą wam drogi, będą przeszkadzać, będzie głośno, może i jakiś samozapłon się przytrafi… takie to zabawne. Oj, no jakoś musicie z tym ży, no przecież musicie, no właściwie cieszcie się…

Naprawdę, ta znieczulica jest koszmarna.

I widać ją wszędzie.

Nobody cares. Podobnie z ekologią, wszelaką czystością i całym tym kramem. Mam dość. Ale, jeśli nie ten teges, to wiecie, trzeba się dołączyć do wron, co nie? Trzeba stać się nimi i tyle. Będzie trudno, ale damy radę. W końcu jak do przewożenia ludzi na spotkania sprowadzili spoza Wyspy autobusy, to widać, że jak jest kasa to można wszystko… ale oczywiście ino dla tych wybranych. Wybranych, którzy i ta złorzeczą.

Ale oni tak zawsze.

Może im tyłki spali i będzie spokój!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Golem Zdrogi… została wyłączona

Pan Tealight i Susza…

„Przyszła.

Szeroka, ale nie gruba, coś raczej jak dziwaczna meduza na dwóch cienkich nóżkach odziana w warstwy swojej, całkowicie niegruzowatej, gładkiej brązowawej skóry. Oczywiście owłosiona, ale tylko na głowie, i to właśnie te kłaki się tak za nią ciągnęły i niszczyły wszystko. Odsysały, wysysały… A, bo była goła. Całkowicie, ale przez te nawały skóry jakoś nie było w niej nic seksualnego. Kompletnie nic. Naprawdę nie chodziło o suszę, ale jakoś tak…

Nic.

Zbereźnego tak, ale wiecie, nic poza tym. Za to na pewno super zawzięta. Wypalająca trawę, marszcząca liście, mocno trzeszcząca w nowonarodzonych owockach. Wiedziała czego chciała. Chciała by wszystko płonęło, ale bez ognia. Chciała by wszystko zdechło i nabrało lekko brunatnego i szarawego odcienia.

Chciała…

A to, co ona chciała było najważniejsze.

Bo co jak co, ale nie miała niczego do stracenia. Nie miała dzieci, miłości, wszelakiego majątku… była wysuszającą zagładą i taką chiała być. Nie dbała o swój wygląd i tyle. Nie miała w planach szczeniaczka, czy koteczka, małego domku z ogródkiem, wszelakiej stabilności… nie, jej chodziło tylko o wysuszenie. I tak dobrze jej szło, że nawet majestatyczne Morze się jej poddało. Znacząc kamieniami i zwęglonymi prawie wodorostami dawną linię brzegową… Morze się cofnęło. Nie tylko zmieniło linię brzegową, ale zwyczajnie, odpuszczało.

Czy się jej bało?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Suszy ciąg dalszy.

Czyli wiecie, jest temat, jest monotonia.

Tylko ci w Ronne, jakoś pewno nie do końca na to zwracają uwagę. Ale nie ma się im co dziwić. Kompletna przebudowa portu trwa utrudniając życie wszystkim i napajając nieustającym hałasem całą okolicę. A co. W końcu pracować trzeba dzień i noc, nie ma tak łatwo. Terminy gonią, ogólnie rozwój postanowiły wszelakie władze w końcu zacząć od tej portowej strony. Wiecie, logiczne to takie, przecież to jedyna taka Wyspa w tym miejscu, więc pomysł wydaje się być dobry, choć trochę przeraża. Bo to oznacza znowu większe otwarcie, możliwości przemytu i tak dalej…

Jak każdy przemysł.

Poza tym nową wielką szkołę otworzył Kronprins, co to był u nas na jeden dzień ino w celu przecięcia wstążki. A co. Jak już rozpasanie, to rozpasanie. Teraz wszelakie szkoły, które mamy na Wyspie będą w jednym, betonowym miejscu. A wiecie te budynki, w których były szkoły to się je sprzeda i może jakoś da się wytłumaczyć wydanie na oną inwestycję 330 milionów koron. Może… ja tam nie wiem.

Ale Campus Bornholm istnieje.

Z serii wszelakiego absurdu, nowe centrum widokowe obok Hammershusa oczywiście dostało nagrodę. No bo przecież, czemu nie. To, że jak ostatnio widzieliśmy parkingi puste, zainteresowanie małe i tak dalej, ale widać nic to. To, że zauważone przeze mnie wpadki budowlane nadal sobie są a kto by tam patrzył… zwyczajne czycenie sobie wzajemnie pup istnieje w każdym kraju i tyle. Wystarczy posmarować.

No ale… nic to.

Zwiększona ilość ludzi na Wyspie sprawia, że miejscowi w większości się chowają. A tak. Czemu nie? Wolno nam. No przecież nie każdy musi być wielce towarzyski. Niby pewno, ludzie to zwierzęta stadne, ale jeżeli ktoś wybiera wyspę na miejsce swego życia, egzystencji, czy wegetowania, to jednak chyba coś z nim jest inaczej, co nie? Chyba jednak bardziej chce przyrody i wszelakiej jednak… względnej miejscami samotności. Chociaż i tutaj sporo ludzi uwielbia się grupować, śpiewać i jeść, gadać, plotkować… ale wciąż zauważam tych tylko z psami, potem tych, którzy siadają na skałach i siedzą, albo skaczą w fale i płyną, sami, całkowicie sami, a może jednak nie sami?

Bo przecież są z Wyspą, co nie?

Zimno…

Znaczy ciepło, ale wiecie, zimno.

Ciepło w ciągu dnia, choć ostatnio troszkę słonko zachmurzone, ale nie miejcie nadziei na deszcz, nic z tego. Wszystko zdycha. Małe pyrki może jeszcze będą, znaczy już gdzieniegdzie są, ale reszta, to raczej nic z tego. Wszelkie maliny i tak dalej też nie. Będzie kiła i mogiła. No serio. Niektórzy pewno się złamią i zaczną podlewać, ale to oznacza, że raczej ceny pyrek nie będą znośne, więc… Ile kosztują teraz? 30 DKK za kilogram w papierowej torebce. Czyli, nie no, nie wiem czy to drogo czy tanio. To taka cena dobrego chleba, więc… może nie tak drogo?

A że zimno?

No teraz, gdy już jakotaka ciemność nadeszła, nie żeby czarno czy coś, w końcu mamy prawie jedenastą, a na zewnątrz jeszcze względnie niebiesko… no więc kiedy teraz noc się przygina ku Wyspie, to jakoś tak chłodno. Zimno nawet. Takie 13 stopni spoko. I przyznaję, że to całkowicie cudowna temperaturka. Choć jak dla mnie to lepiej niżej. He he he. Woda nadal znika i z Wyspy i z jej dookolności, więc…

Nie wiadomo co będzie.

Się zobaczy. W końcu warzywa sprowadzane i tak są okropne w smaku, więc może zacząć żreć piach? No naprawdę. Zaczyna wyglądać coraz bardziej smakowicie. Może i trochę będzie zostawał między zębami, zetrze je też niemożebnie no ale. Co nie zostaje, co nie ściera, co nie? W końcu o wodzie człek nie przetrwa. Ciekawe, czy w końcu zakażą podlewania ogrodów, na razie ban lekki na trawniki raczej jest, ale kto by tam trawniki podlewał. Walić to. Niech se będzie beżowo, a co… w końcu architekturę mamy taką barwną. Będzie dobrze wyglądało. Przynajmniej inaczej, a nie wciąż zielono. A ten piach… widzicie, byłoby ekologicznie. Piach miejscowy, jest go sporo, styknie dla wszystkich. Ryby foki potratowały, więc co… fok przecież nie pozwolą jeść, co nie? Zresztą i tak podobno niesmaczne.

Jak na razie to chyba ino spoglądanie na te konie, krowinki i owce czy kozy na skałach jeszcze jakoś człekowi nadzieję robi na to, że coś z tej ziemi się da jeszcze zjeść. Ale czy ja wyglądam jak koza? Albo owca?

No serio!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Susza… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Empatii…

„Ogólnie mówiąc namotało się tych duchów ostatnio na Wyspie. Serio, nie wiadomo dlaczego tak je tu garnie, no ale. Jak już są, to niech se będą. No przecież nikt ich nie będzie wyganiał, czy coś w ten deseń. Zresztą, takie egzorcyzmy, to raczej nie na obecne siły Wiedźmy Wrony Pożartej, to raczej nic z tego…

Ale ten akurat był… trochę zdechły.

Nie no, oczywiście, iż wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że duch to jednak duch, no wiecie, taki raczej duchowy nie cielesny i tak dalej. Ale z tym naprawdę było coś innego. Nie chodziło o to, że był nieruchawy i zwisał z brzózki wiedźmowej niczym jakaś tam plastikowa torebka, nawet nie chodziło o to, że seryjnie było wymiarów mikro bardziej, niż ludzkiej postury, ale… widzicie, nie można było z nim pogadać, ni go pobujać, ni nawet przenieść gdzieś, bo jakoś brzózka zdawała się być jego i nie chciał jej zostawić. Na szczęście Chatce Wiedźmy to nie przeszkadzało, więc dyndał tak sobie całkowicie i mikrowymiarowo zdechle…

Wiedźma Wrona Pożarta obrała sobie za punkt honoru, by dokładnie i profesjonalnie zbadać ten byt, ale tak naprawdę od początku zaczęła traktować go jak pluszowego misia, wszelaką zabawkę, przytulankę, przyjaciela i tego tam, wiecie, no osobnika, któremu się zwierzyć można i który, choć słucha, to innym nie rozgada, więc… marnie jej szło. Ale wiecie nie poddawała się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A już myślałam, że o suchym pysku będę… ale nie, na szczęście będzie co czytać!!! HURRRRRAAA!!! Cudownie!!!

Maki…

Jest sobie takie pole rzepakowe, które oczywiście już dawno zmieniło się w zielone, nie ma w nim nic żółtego, zwyczajnie jest takie może mocniej zielonkawo-pożółkłe niż zielone, raczej rzadkie i suche dołem… nic interesującego, a jednak.

A jednak w pewnym momencie pojawiły się w nim maki.

Wielkie i krwiście czerwone.

Ale takie wiecie, ciężko krwiste, takie żelazisto niesamowite. Ogromne. Początkowo było ich niewiele, ale z czasem zaczęło ich przybywać. Jakby miały jakąś misję do wykonania, tudzież brały udział w castingu do kolejnej ekranizacji „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Pewno, że nęciły moją fotograficzną duszę. No ale kilka, no dobra… potem jedziemy dwa dni później, pół pola, pewno, że idę… aż w końcu, kolejny dzień, bo przecież człek jeździ teraz opłotkami przez te postoje, przez te święta, przez wszelakie remonty, no i tak trafia na takowe cuda. Na czerwone pole. Rozlaną krew, zasypiające lwy, odbieraną odwagę, wszelakie zmienności.

Cudowności, zapytania, brak odpowiedzi.

Gdy świat nagle przestał mieć pola makowe, z wiadomych, narkotycznych powodów, to jakoś tak zaczął się nad tym wszystkim zastanawiać. Że wiecie, że jakoś tak to wszystko jest nie fair. Że jedni gotują kompoty, a inni znowu nie mają już pól, z którymi związane mają wielkie sentymenty. O których marzą nocami… no i sam mak. Dlaczego? Oj pewno, że od mleczka makowego można się uzależnić, ale czy współczesność nie ma lepszych dragów? No serio? Może więc warto przywrócić makowe pałki? Kwiaty, a potem muzyczne cudowności? Może warto? Bo tak bardzo za nimi tęsknię?

Może warto?

No ale… gdy tak człek stoi w onej czerwoności, dziwnej, sztucznej, jakiejś takiej nie do końca znajomej, to czuje się prawie jak w Biblii. Jakby miał przepowiedzieć jakąś zagładę, czy coś? Jakby w końcu został namaszczony na proroka, chociaż serio wcale się na to nie pisał i wie, jest tego pewnym, że kasy z tego nie będzie. I nagle to całe piękno, ta czerwień, błękit nieba i żrące słońce ma jakiś sens. Że to wszystko jest tutaj tylko po to, by to podziwiać. By uczyć się mieszać farby, by doświadczać piękna, by na nowo poznawać maki, by fascynować się tymi ich włochatymi środkami i onymi fascynującymi malunkami… Bo kiedy ostatnio widzieliście maki? Te większe, ale nie wielkie? Wiecie, że one tam w środku, w miejscu, w którym stykają się z nastroszonym, choć gubiącym włoski, pręcikiem, to mają takie biało-czarne barwy…

Takie wojownicze…

Morze znowu.

Bo trzeba.

Co jak się ono morze skończy nagle?

No i maki są po drodze do morza, więc dlaczego nie. Zresztą, co rusz tam jesteśmy, na plaży, to ciągle wody mniej. Wielka łacha, na którą można się wdrapać zaczyna być coraz suchsza i to jest dziwne. Woda co prawda chłodna, ale nie zmarzliwa, więc kąpiel cudowna, toń całkowicie i niesamowicie przezroczysta, piękna i zapachowa, ale… wciąż człeka to wszystko zastanawia. Tego jeszcze nie widział. By morze tak uciekało… Tak się oddalało od plaży, jakby naprawdę nie chciało mieć nic wspólnego z tymi ludźmi, a może i statkami, które oczywiście wzmogły przy braku fal swoją pływalność. Tyle ich na horyzoncie i bliżej, że człek czuje się taki…

… najechany!!!

Ale pływa.

W prawo, w lewo, jako jeden z niewielu młóci te maciupkie fale łapkami, by po prostu się tym nacieszyć, by zwyczajnie wiecie, na chwilę poczuć się na jakiś wakacjach, przestać wglapiać się w komputer, zwyczajnie jakoś tak pobyć gdzieś indziej, no wiecie, poudawać zwyczajnie, jak co roku. No i jeszcze sobie połazić po lesie, po szyszkach, powdychać ten jedyny w sobie, żywiczny aromat, bo może i niedługo do lasów nam wstępu zabronią? Jak nie zacznie padać.

I jeszcze ten Folkemødet…

… znowu kłótnie o przeprowadzkę imprezy. Jak co roku ludzie się żrą, czy to dobrze, że Wyspa, czy jednak niedobrze. Tak w ogóle, to nie mam pojęcia czy oni w ogóle cokolwiek tam uzgadniają, bo unikam spędów ludzkich wyraziście, no ale… wiecie jak to mówią, taka tradycja i tyle.

Każdy kraj jakąś ma.

PS. Z ostatniej chwili. Zabronione jest grillowanie, ogniska i wszelkie użycie otwartego ognia. Czyli oficjalnie Sct. Hans w Gudhjem został odwołany. Jakby kurcze nie mogli bez tego ognia, no serio? Nie no, rozumiem, że to ognisko cały ten marsz z pochodniami, ale nie można inaczej? nie wiem, pobawcie się, ponieście sztuczny ognień, potańczcie, popijcie, no jakoś tak na sucho, bezogiennie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Empatii… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Nieśmierci…

„Istniał.

Zapomniały, lekko skostniały omszały, ale istniał. Wiecie, w końcu jak śmierć miała swojego Ducha, to dlaczego Nieśmierć miała być gorsza. No błagam, Polityczna Poprawność się kłania… choć po tym, jak Wiedźma Wrona Pożarta skopała jej dupsko to często chodziła skulona, więc może się nie kłania, ino wiecie, tak jej już zostało? Bo Wiedźma Wrona miała jej tak dość, że postanowiła się prawom nie kłaniać i ogólnie w końcu wyrazić swoje zdanie…

… ale miało być o nim.

O Duchu.

Szczuplutkim, niziutkim, bardziej homunkulusie, niż człowiekowatym, którego wpuściliby do knajpy. Nawet tej, która wpuszcza wszystkich i tak dalej. No więc był on, zakutany w stary sweterek, w krótkie spodenki i buciki mocno rozchodzone, ale nie żeby nie mógł mieć nowych, po prostu te lubił. Wiecie, taki tam uniform do pracy. No i unosił się… nie chodził. Można by pomyśleć, więc po co mu te buty, ale każdy przecież ma prawo do jakichś sekretów, co nie? I tak chodzili po Wyspie. Razem. Nieśmierć i jej Duch. Ona niepotrzebna, przez wielu uważana za nieistniejącą i on, który już w ogóle właściwie nie powinien egzystować.

Ale byli… byli gdyby ktoś ich potrzebował.

Byli dla balansu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śpiące królewny” – … nie. No nie, po prostu kompletnie nie. Po pierwsze ta powieść nie jest zgodna z biologią, czy zachowaniami społecznymi, a po drugie…

Serio?

Okay. Na świecie znikają kobiety. Niby tylko zasypiają, ale wiecie, jakby ich nie było, niejedną maluczką duszą i tak dalej. I co robią chłopy? Szaleją i się napierdalają. Zaczynają mordować, bawić się, ogólnie… odczłowieczają się. Jeżeli jeszcze można używać takiej definicji jak „człowiek”. W tym czasie pojawia się też dziwna osoba, kobieta, która może zasypiać. I oczywiście są tacy, którzy pragną władzy nad nią i jeden, który chce jej chronić i tutaj… sprawa się rypie. Mocno. Nawet jak uwzględnimy i drzewo i Biblię i cały ten szajs, to wciąż nie ma sensu.

Ona nie ma sensu.

Bo czy miała dać kobietom wyzwolenie?

Czy miała im pomóc, czy może jednak zmusić je do przemyślenia pewnych spraw? A nawet jeżeli nie, to sorry, ale wkracza tutaj nieubłagana biologia, która szybko w jednopłciowych społeczeństwach naprawia sprawy. Tworzy byty obojnacze, rodzi męskości… a jeśli nawet to pominiemy, to przecież jak to, od kiedy w babach brak wściekłości? No serio? Ktoś je wydrenował z hormonów, czy co? Moja najukochańsza kwestia… kto wychowuje facetów? Matki, czyż nie, więc czy to nie one ponoszą winę za ono męskie zło? Dlaczego brak tego stwierdzenia?

Nie.

W tej powieści nic nie ma sensu, poza tym jest nieprzemyślana i przewidywalna, a przez to strasznie nudna. Mdłe postacie, poza kilkoma, strasznie mnie drażnią i już przypominam sobie dlaczego Kinga nie czytam. Ale widzicie, potomkowie Kinga są nieźli i dlatego się skusiłam. Tym razem zaliczając glebę…

Folkemødet.

No więc się zaczyna. Oczywiście, na początku tylko nowe pasy na drodze, dziwna cichość w Allinge i Sandvig. I te białe namioty. Kompletnie wszędzie. Jakby przeszło jakieś tornado, czy też raczej rąbana apokalipsa i byli gotowi na przyjście ocaleńców. Jakby wszystko to zmieniło się w jakąś wioskę post apo.

Naprawdę.

Wiem, że spora część ludzi się wyniosła gdzieś indziej, gdzie się dało, wzięła na te kilka dni wolne i ogólnie mówiąc chce uniknąć onego piekiełka logistycznego. Ci bardziej przedsiębiorczy z Allinge oczywiście powynajmowali swoje domy i mieszkania, i na te kilka dni przenieśli się do jakichś klitek. To im się naprawdę opłaca. Bilety na prom wykupione, więc jakby co, to tylko wpław, ale raczej nie polecamy. Chociaż z drugiej strony poziom wody w morzu tak niski i coraz bardziej niski, że zaczynam odczuwać dziwny strach podświadomy lęk, że ci wszelacy wariaci, którzy gdzieś mają ono nasze małe środowisko, nas sfajczą. Niby nie wolno palić ognisk, więcej, zakazane są też od teraz grille. A kary za nieprzestrzeganie onych nakazów są wielkie. Jednak, czy przyjezdni w ogóle się im poddadzą…

Bardzo możliwe, że nie, więc się boję.

Tym razem, po ponad dwóch miesiącach bez opadów chyba w końcu do wszystkich dotarło jak jest źle. I już nawet nie chodzi o trawniki, bo przejeżdżając Wyspę widać, że ludzie mają to wszystko gdzieś. Niektórzy próbują chronić swoje ogródeczki, pojedyncze roślinki chociaż, ale… malwy odmawiają współpracy. Są albo niziutkie, albo nie ma ich wcale. Nie ma kwiatów zwykle towarzyszących trawom. Więcej, nawet same trawy nie są jeszcze pokoszone wzdłuż dróg.

Jakby wszystko to już nie miało sensu…

W lesie ptaki są dziwnie zaspane.

Na plaży dwie pliszki kręcą się w kółko starając się przetrwać, ale i dla nich to, że mogą stanąć na kamieniu zwykle podwodnym, jest chyba dziwne. Jednak nie przejmują się tym. Bo przecież co mogą zrobić. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża widać tylko skał. Skały nieznajome, skały poszarpane, skały dziwnie niegładzone. Skały… które nagle stają się nowością. Nowym wybrzeżem. Nową linią brzegową. Czymś, co wyznacza nowy świat. Ale czy na zawsze, czy tylko na chwilę?

Na chwilę suszy?

Spacer…

Chodźmy na spacer, serio. Tak by nie myśleć o palącym słońcu i o tym, że po powrocie trzeba będzie podlać zioła i jeszcze kwiatki może kilka drzewek, bo te tez już wyglądają coraz gorzej. Trawa niech sobie schnie. Jest nie do uratowania. A może raczej, po prostu, wiecie… może raczej nie stać nikogo na to. W końcu woda jest w cenie. A co, jeśli jak na Lesø sól nam przejdzie do wód podziemnych? Nie no, nam raczej nie przejdzie, przeca jak, przez granit? No weźcie no… ale jednak. To wszystko nagle ogarnęło całą Danię i jest coraz gorzej. I jakoś nikt nic nie wie. Wiecie, natura. Może warto sobie w końcu uświadomić, że z naturą nie warto ni zadzierać ni jej kopa w dupsko.

Jedno, co wielkie z tego wszystkiego, to to, że pobijamy wszelakie rekordy. Najpierw najcieplejszy maj, a teraz najsuchszy i maj i czerwiec. Czyli ogólnie, od 10 lat nie było tak źle. Ciekawe… Przecież to jednak wyspy. Kraj składający się z kawałków lądu i wielkiej morskiej dostępności, więc na pewno można się tego spodziewać, co nie? Wiecie, te ruchy powietrza i ogólna ludzka bezmyślność… na pewno się mszczą.

Tylko teraz, do którego z bogów się zwracać?

Polecacie Odyna, Thora, czy Freja i Freję, a może… tego najpiękniejszego? No wiecie. A może jednak należy złożyć ofiarę komuś nieznanemu, czy coś? Zawsze warto spróbować, ale po tym, jak naoglądałam się dokumentów o Czarnej Śmierci, to jakoś tak, wiecie, zbyt jestem przerażona. Czy ludzie obecnie są za leniwi by przeprowadzać samosądy? By złożyć w ofierze rajcowną sąsiadkę?

I gdzie tu znaleźć takową?

Serio?

Ale miał być spacer, a taki fajny zaplanowałam.

Wiecie, od ruin do portu, Spokojny, z widokami, owczym zaśpiewem, w oddali Szwecją się wiatrakami kumulującą, ze wszelkimi statkami i różnorakimi monsterami pływalnymi… może jeszcze zdążymy, co? Bo oczywiście idziemy na czas. Nie ma zmiłuj!!! Chcę zobaczyć zachód słońca. Oną kulę zanurzającą się w morzu, one kolory na niebie, wszelaką przemijalność, więc przyśpieszmy. Walić ruiny fortecy, szybko przez lasek, potem w dół drogą. Żadnego skręcania nad jeziora, bo tam skały zasłonią wszystko. Nie, nie, nie, szybko w dół, bo zachód nie będzie na was czekał. Oj nie… a właściwie już się zaczął, na szczęście już doszliśmy do małej plaży, cichego portu, kilku aut, głównie miejscowych, kilku osób, które czekają… siedząc na rozgrzanych kamieniach czekają.

I wszystko najpierw wygląda bardzo mało obiecująco.

Serio.

No po prostu żadnych chmur, słonko jakieś takie mocno mdłe… ale z czasem zwykła, jasnożółta kulka się zmienia. Zakrywa się chmurami, które wyglądają jak brązowawe pazury. A potem nagle wszystko się miesza. Jakby nagle, gdy mrugnęłam jakiś porąbany malarz, z dziwnie dziurawym i poszarpanym pędzlem pomazał niebo. I wszystko jest niesamowite. I błękitne i niebieskie i fioletowe, i pomarańczowe i żółtawe jeszcze, i białawe i jeszcze perłowe takie… i ta woda, w której to wszystko się odbija i przedszkole maciupkich, włochatych kaczuszek przepływających ono płynne złoto…

Takie to wszystko po prostu piękne.

Zwyczajne ale i tajemnicze. I jeszcze te mazy, które pojawiają się po tym, jak słoneczność opuści tę część ziemi… takie cudowne. Takie ostre, smocze, ogniste. Takie szalone… nie możesz po prostu jechać i się gapić, więc się zatrzymujesz i patrzysz. Bo zimno wygnało cię już z portu. No niestety… noce tutaj są wciąż trochę chłodne. Za co jestem naprawdę straszne wdzięczna. I te kształty, te odcienie, ono całe szaleństwo. Te barwy, te przenikania i ten błękit oraz jasność morza.

Biel właściwie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Nieśmierci… została wyłączona

Pan Tealight i Havgus Innostronny…

„Innostraniec.

Jakieś dziwadło, a może jednak zwyczajowa mutacja? Nikt nie wiedział, a ci co wiedzieli, nie chcieli się do tego pewno przyznać i tyle. Wiecie, zawsze dobrze mieć jakieś tajemnice w zanadrzu, szczególnie, że czasy są takie niepewne, ludzie znowu zwalają się na Wyspę i nie dbają o wszelakie świętości, a susza… no tak, ta się ma aż nazbyt dobrze i doprawdy kwitnie we swych wszystkich aspektach.

Ale gdy tego dnia jedli obiad, przy oknie, wiecie, każdy tak jak chciał, jedni na krzesłach, fotelach, dywanikach czy ścierkach latających, inni na parapecie, u powały, zawieszeni, bujając się dla wzmocnienia trawienia… Pan Tealight jak zwykle przy stole, Wiedźma Wrona Pożarta jak zawsze nie jadła tylko piła kolejną cuchnącą herbatkę… Ojeblik – mała, ucięta główka chłeptała z malowanej filiżanki jakąś zupkę obok jej nogi… Mikołaje zwinęły się z kociołkiem do siebie, Smok wiadomo, w kominie, a znowu Księżniczki i Królewny, co z Wiedźmami jakąś nową i wielce innowacyjną dietę kombinowały, na pocieszenie przed jej rozpoczęciem, wpieprzały za Zasłonką już trzydzieste opakowanie lodów pistacjowych.

Niby byli zajęci, ale go zauważyli.

Mglistość oną.

Zimność wilgotną, wszelaką szarość i dziwną niesforność krawędzi i kantów, która jednak nie szła od morza, ale do niego. Widzicie, zwykle było odwrotnie. Więcej, zawsze było odwrotnie, więc… ale z drugiej strony morze przecież było wszędzie, więc, może po prostu się zapędził… no a oni mieli obiad, więc postanowili się tym kompletnie nie interesować zadowoleni tym, że choć na chwilę słońce się schowało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwa razy…

Dwa razy znowu walnęło i oczywiście znowu nikt nie wie o co chodzi. Sejsmografy nic nie wykazują, ale moje ściany się trzęsły. Jedno, czego się nie spodziewałam, to to, że piszą już o tym za granicą. Bo wiecie tutaj wmówią ludziom, że to nic.

Samolot przekraczający linię dźwięku nie robi czegoś takiego. Straszy, ale ludzie, nie sprawia, że wnętrzności wam się telepią. To coś więcej. Tylko co? Nikt pewno nie jest zainteresowany tym całym ziemskim się płyt i północy z południem zmienianiem, więc nawet nie będę o tym pisać. Prawda jest taka, że są dowody na to, że to już było, więc ponownie nie jesteśmy oryginalni jako planeta. Powtarzamy błędy, albo je naprawiamy. Wolałabym to drugie, jeśli chodzi o mnie. Jest jeszcze jedna sprawa… wszyscy ci bardziej otwarci na naturę i o nieba mądrzesi ode mnie, szamani i wszelkiego rodzaju święci ludów wciąż jeszcze, choć w większości minimalnie, pierwotnych, donoszą o tym, że niebo się zmieniło.

Ale kto ich słucha, co nie.

Przecież nie wiedzą kto to lady Gaga, więc co tam oni mogą wiedzieć. No przecież nie mają nawet sklepów Vuittona czy innych tam szanelek. A w tym świecie to jest wyznacznikiem inteligencji. Tak, walę teraz łbem w ścianę. Tak walę boleśnie, bo z tym światem coraz trudniej. Już nie ma nadziei, bo sorry, ostatni myślący umierają, pozostają ci wykształceni przez telewizję i powtarzający te same teksty. Jakby byli dziwnie zaprogramowani. Jakby nie dorośli do samodzielnego myślenia. Jak te dzieci, którym na katechezie powiedzono coś i teraz myślą, że zdobyli mądrość największą i się nią chełpią, nie pytając: ale czy na pewno, dlaczego, po co? Byłam takim dzieckiem. Niestety czytałam w tym samym czasie mitologie i jakoś kurka nic mi nie pasowało…

Echnaton już to odkrył!!!

Takie wstrząsy zaczynają się nasilać i być coraz częstsze. Może i w linku macie zabawne teorie, ale wiecie, żyję wystarczająco długo, by widzieć jak one teorie, wyśmiewane niegdyś, zmieniały się w prawa. Jak będzie? Jak zwykle czas pokaże. Wiem jedno, rośliny zdychają, susza się nasila, a mnie słońce boli. Rani mi oczy, męczy mnie i zatyka zatoki, co jest absurdalne!!! No przecież to nie tak działa…

A może teraz właśnie tak działa.

Wiem jedno. Trzeba żyć i to teraz, bo potem to wiecie, będzie po ptokach. Człek się musi zabawić i tyle. Tylko za co? Wiecie, finansów brakuje, więc jeśli ktoś coś, to pamiętajcie o tym, ze moje zdjęcia są na sprzedaż, a i obrazy też.

No dobra, podobno wyszło im, że to F16… ale jakoś mi się nie wydaje. Bo te odgłosy akurat znam boleśnie i koszmarnie zbyt dobrze.

Bardziej logicznym wytłumaczeniem onych dziwnych dźwięków będzie, że nasze miejscowe underjordiski coś tam w swoich kopalniach bęcnęły. Może wynalazły kamień fizjonomiczny, czy coś? LOL No wiecie, w końcu krasnoludki są na świecie. W tym miejscu głównie pod ziemią, w lasach i wszelakich ustroniach, zrzucając brody w okresie jesiennym i wprowadzające się do domów na zimę. Ale tak naprawdę, wszelakiego rodzaju duszki i byty zdają się zamieszkiwać każdy skrawek Wyspy.

I nadszedł wieczór.

Po tej stronie Wyspy dość zimny.

A nawet dziwnie mroźny, aż mnie palce bolą, gdy tak stukam przy otwartych drzwiach tarasu. Ale szkoda zamykać. Bo ptaszki tak ślicznie śpiewają i choć znowu zaczyna się nalot wszelkiej maści jednośladowych zwolenników, to jednak, zaraz to wszystko ucichnie i znowu zostanie tylko przyroda. Czereśnie dojrzewają, kilka truskawek, na które było zbyt wielu zwolenników, więc wiecie, trzeba było zainwestować w siatkę, bo człowiek zawistny i dzielić się nie chce. Może dlatego wrony znowu zrzuciły nam z dachu jakąś dziwną wypluwkę. Twarda jak głaz, mieszanka kości i… wolę nie myśleć że kupy, ale jakoś tak. Brak mikroskopu, więc sorry, nie będzie badań.

W oddali drzewa lekko szumią, rzeka raczej nie, bo pozostało z niej bardziej coś na miarę mokrych kamieni, niż potoczek, ale co tam, może w końcu popada? Kiedyś na przykład? No wiecie… trzeba mieć nadzieję. Ale jak długo można ją mieć? I czy stan posiadania onej nadziei w ogóle w czymś pomaga?

Nie jestem pewna.

Mam problemy z nadzieją.

Nie przepadamy za sobą. Ja ją uważam za kłamliwą sukę, a ona mnie za nieokrzesaną pogankę, nieznającą swego miejsca w szeregu. Cóż. Przecież nie będę się dla niej zmieniać, no! Przerwa jakoś ów wyłom w bezmiarze czasu, który zaludnia swymi wyznawcami. Od zawsze pewnikiem. Ale wróćmy do wieczoru, który potrwa. Spokojnie pociągnie w okolicy północy, bo jakoś ona jasność nocy już się zaczęła. Ciemność nadchodzi na krótko i jest dziwnie obszarpana na brzegach.

Niepewna, niedoszyta, niesfastrygowana i niedobarwiona.

Tęsknię za zwyczajową nocą, która wyznaczała skrajności. Ta niepewność dnia i nocy, odpoczynku i pracy, jakoś źle na mnie wpływa. No ale wiecie, Wyspa ma swoje przejawy pogodowe. Czy susza, czy wietrzność, czy opadanie. To ona decyduje…

W sprawie suszy… jesteśmy czerwoni.

A i jak myślałam, ogniska na Sct. Hansa odwołane.

To tak z ostatniej chwili.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Havgus Innostronny… została wyłączona

Pan Tealight i Kiszone Krasnale…

„W takim garze kamionkowym.

Wiecie, wielkim takim starym, antycznym może nawet, rzeźbionym w leśne ścieżki, znaczonym jakimś pismem chyba, którego nikt już nie pamięta, a którego zbadać nie można, bo zakryty… całkowicie ogacony jest jakimiś sznurami, smołą i słomą, ale też ma śliczne, malownicze, małe, kamionkowe oczywiście drzwiczki i to z okrągły okienkiem. I dodatkowo jakimś wieńcem, bo w tym miejscu ono ogacenie lekko prześwituje i jakoś tak to widać i zajrzeć można…

Tylko… tylko, że stamtąd spoglądają na niego dziwnie niebieskie, kompletnie bławatkowe i wielorakie, wilgotne oczęta!!!

Gar pojawił się nocą.

Z dziwnym drżeniem i wybuchem, który zatrząsł Chatką Wiedźmy. Z jakimś zapachem, którego nie mogła opisać i piskiem, który wpędził ją pod kołdrę. Gdzie oczywiście już do rana została. No i oczywiście, że Chowaniec to wszystko przespał, no przecież jak inaczej. Jak czas temu Wyspa się zatrzęsła, to też spał i wielce dotąd jest na nią obrażony, że go nie obudziła… No ale ten gar. Ten dziwny, wielki, lekko wyższy niż ona, więc by obejrzeć kamienne wieko musiała wejść na stołeczek… stał teraz w rogu, tuż pod Komórką na Wszelkie Dzieci, gdzie stała jej miotła i inne takie, jak Maszyna Stokrotkowej Zagłady, czy Konewka Wiekuistej Wodności. I naprawdę nie do końca wiedziała co z nim zrobić. No wiecie, niby mogła go zutylizować, ale te oczy…

… przecież nie mogły się jej przewidzieć, co nie?

Nie mogły?

Chociaż z drugiej strony tylko ona go widziała, tylko ona czuła dziwny, kwaskowaty odorek pełen ziół i czosnkowych kiśnięć, więc może tak naprawdę nie istniał? Może to była tylko jakaś pokrętna próba? Wiecie, coś co miała przejść, coś co miało czegoś dowieść, a może i nawet sprawdzian jakowyś. Nie no, jak ją znowu egzaminowali, to miała to głęboko w miejscu, gdzie nic nie dociera.

Nie da się… oleje to!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyobraźcie sobie…

Dziwny dzień.

Ni to gorąc ni ledwo ciepło.

Z jednej strony Wyspy wieje, z drugiej niby nie, a ty zagłębiasz się w las. Taki wiecie, niepiętrowy, za to z kopcami, kurhanami, starością drzemiącą pod ziemią, zeszłorocznymi liśćmi wciąż brązowymi, bursztynowymi miejscami, starymi, madrymi… nie znaczy ich zieleń poza kilkoma kilkuletnimi świerkami. Chudzinami, ale wiecie, w typie fighterów, co to wiedzą, że się nie dadzą. Bo przecież trafiła się im prześwitka, więc będą tutaj i wyrosną i pokażą tym liściastym…

Bo tak, jak na razie las liściasty. Raz biegacz, raz rower, a poza nimi nikogo tylko ptaki i te promienie słońca. Ptaki świergolące, plączące się między gałązkami i liściami, zajmujące się swoimi, bardzo ważnymi sprawami, a promienie… oj tak, przemykają się poprzez oną, wciąż świeżą zielonkawość liści, plączą się z błękitem prześwitującego nieba. I jest pięknie. Chociaż pieruńsko sucho. Na razie Sankt Hans lekko chyba odwołany. W kilku miejscach może i będzie na pewno, się zobaczy. No ale powiązane z nimi ogromne ogniska raczej nie są obecnie nature friendly.

Oj nie są.

Ale idźmy dalej w las…

… droga szeroka, więc wiecie, można się rozbrykać i pokopać szyszki. Ściółki po prawej i po lewej wciąż liściaste i wszelako brązowawe. Szeleszczące. Dźwięczące jakąś muzyką, która cudownie splata się z drogą zasnutą coraz większą ilością sosnowych igieł. Bo pojawiają się sosny. Wysokie sosny. Stare, doświadczone, piękne i tak bardzo żywiczne. Pachnące. Jakby się roztapiały w promieniach tego słońca. Zresztą nie tylko one. Pod nimi szyszki wciąż w pełnym ruchu i jeszcze to igliwie i ziemia coraz bardziej piaszczysta. I brąz i biel dołem, a po prawej i lewej pojawia się odrobina zieleni. I te pojedyncze, przepiękne wąskie ścieżynki. I te zagajniki tylko iglaste między liściastymi dominacjami, przez które prześwituje takie światło, jakby szarawo-niebieskie, a potem burgundowe nagle, czerwonawe i fioletowe… i te pajęczyny, które rozbłyskują tęczami i…

I już słyszę morze…

Zresztą, przecież ten piękny piasek nie wziął się znikąd, co nie.

Morze musi być, no jak tak bez morza. Ja już chyba nie mogę bez morza. Bez zapachu, szumu, onej dziwnej zwyczajności fal, tudzież połyskiwań na powierzchni, tych kamieni gładzonych i tych bardziej postrzępionych i wodorostów i wszelakich porostów, no i w ogóle…

Ale jeszcze chwila…

Trzeba przejść obok brzozowych sióstr. Tych zaskakujących, dziwnych, tak sporadycznie stojących pojedynczo. Tak rzadko wybierających samotność w tym miejscu. Co prawda wiem, że na końcu tej drogi będzie jedna starsza, względnie samotna, woląca towarzystwo dębczaka, ta przytulona do plaży, co jest taka pochylona, ale te tutaj. Te tutaj się kumulują. Wyrastają prawie z jednego pnia, by zaraz nad powierzchnią się rozdzielić na osobne twory. Czy są razem z własnego wyboru, czy to jednak jakaś brzozowa klątwa? Po prawej i po lewej gromadzą się takie mutanty, albo siostry nierozłączki. Piękne, niesamowite twory, ale jednak… dziwnie też niepokojące.

Z jednej strony magiczne, przemądre, ale z drugiej…

… zastanawiające.

Zawsze mnie nęcą.

Tak usiąść między nimi i przenieść się do innego świata. Świata, w którym może to one królują? Może to one wydają wszelkie rozkazy? Świata pełnego bieli, szarości, srebrzystości i zieleni. Gdzie te ichnie robaczki na gałązkach są panami na włościach, a wszelako lekko człowiecze byty czyszczą im korzenie… no wiecie, człowiek zaczyna myśleć przez nie za dużo. Za mocno i za zbyt wiele.

Ale też cudownie.

Jednak nie mogę tutaj zostać. Chociaż z drugiej strony, może bym mogła. Tak zniknąć między nimi? Może bym mogła, no przecież poza mrówkami, kto może mnie przepędzić, no kto? Przechodzę między leśnym parkingiem rowerów, które tutaj chyba rosną, czy coś, a potem pod jarzębiną, ślizgając się lekko spadam po tej ścieżynce w dół, niżej i niżej, wypłukanej, poruszonej zimą… I już jest.

Plaża.

Zmieniła się.

Ale nic to. Biały piasek wciąż jest. Woda szklista i połyskująca też. No to bach w nią i… kurna kaczka niemorska, jaki lód!!! Nie wiem, czy prądy się zmieniły, czy co, ale woda nagle zamiast robić się coraz cieplejszą, jest zimniejsza. Kości bolą, skóra sie czerwieni, mięśnie drętwieją. O co chodzi? Próbuję jeszcze raz i jeszcze raz i znowu, ale nic się nie zmienia. No tak jeszcze kurcze nie było, a to już czerwiec!!! O co loto w tym morskim stanie? Czy jakiś ajsberg nam się serio zaraz wyłoni zza węgła? Może wrócić do rozgrzanego lasu? Może jednak dać za wygraną?

No nie, nie mogę…

I wiecie co, biorę się za zdjęcia i oczywiście, dziwnie kompletnie, bo chmurki i chwila moment, a jednak spaliło mi połowę kadłubka! No w jaki sposób się ja pytam, serio, w jaki sposób. Flarą jakąś dostałam, czy co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kiszone Krasnale… została wyłączona