Pan Tealight i Bóg Od Knota…

„Stworzyła go…

Tak zwyczajnie. Przerażająco naturalnie.

Po prostu.

Chyba nawet nie myśląc. Może podświadomie wyczuwając potrzebę w świecie, może po prostu instynktownie zdając się na swój umysł? Kto to wie. W końcu ostatnia dowiedziała się o jego narodzinach. Większość już od dawna umawiała się z nim na ciasteczka z czekoladowymi kawałkami i bitą śmietanę w zielonych kubeczkach – inaczej smakowała, serio. No i na herbatę. Tę pijał jak każdy inny. Wysoki, smukły, dziwnie podatny na wszelkie wiatry i przeciągi, a oną jaśniejąc głową, blond z rudawymi końcówkami, choć w rzeczywistości był raczej w podeszły wieku. Zakochany w ogniu, skrzący iskrami, gdy tylko był wkurzony…

I cały jej.

Niby bóg, a jednak w pewnym sensie jej przyporządkowany. W jakiś dziwy sposób poddany, a jednak będący nad nią, we wszelkiej maści pozycjach i annałach zawsze wymieniany pierwszy, opiewany w modlitwach, opsalmiany i znowenniany… ale wciąż… jej. Stwórca ze swą stwórczynią, co kompletnie narzuca nowe spojrzenie na wszelakie mitologie, nawet te obecnie panujące. No wiecie, te właśnie! Jedynie słuszne. Bo jeżeli ona mogła, tak po prostu, to przecież na pewno nie była pierwszą, więc…

Na razie Bóg Od Knota cieszył się wszelakimi przejawami świeczkowości, pobłyskiwań, trzęsących się cieni na ścianach, ciepełka, zapachu przypalonych brwi czy też oną knotowatością. Taką zmienną. Taką inną. I tymi aromatami. I onymi kształtami, wielkościami samych świec, formami i pojemniczkami, w których można je było usadzać. Był zwyczajnie jak zauroczone wszystkim dziecko. I na pewno nie można mu było dawać zapałek.

Jeszcze nie. A może nigdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nadzór” – … zaskoczenie. Przynajmniej na początku, potem cudowna gotyckość, wiktoriańskie rozpasanie, magia… chcę więcej.

No dobra, takich powieści już było sporo. O tych stojących na straży tego, lub innego, pełnego mocy świata. Było wielu strzegących mocy w swoim świecie, a i było niemożebnie wiele takich książek, w których wszystko skąpane było w wiktoriańskości, ale… hmmm, widzicie, tutaj jest coś więcej. Ale i jest coś znajomego, coś takiego niesamowicie przyjaznego jak stara, wytarta, ale cudownie miękka, rozciągnięta koszulka, którą zakładacie, gdy jest wam źle. Bo to chyba opowieść właśnie na taki czas. Gdy już zwątpiliście w dobre opowieści.

Mamy tutaj głównych bohaterów, mamy tajemne bractwo, mamy wszelką magię, nienachalną, pełną zwyczajnych ludzi z ich prostymi, a czasem i pokręconymi historiami. Mamy tych rozumiejących, tych zaskakujących, tych czujących, pamiętających. Ale przede wszystkim wciąż mamy ich… ludzi. Pełne postacie. Doskonale dopracowane od początku do koca. Silne kobiety, dzielnych mężczyzn i komiczność. Bo ta opowieść nie ucieka od żartobliwości, choć ich świat się wali. I choć toczy się tak trochę równolegle, biegnie dwoma torami, to po pewnym czasie one tory się przeplatają, by w zakończeniu znowu… się rozstać.

Chyba chodzi o bohaterów?

Takich świetnie skonstruowanych. A może jednak to ten świat? Nie, jednak bohaterów i sposób w jaki historia została spisana. W jaki jest nadzwyczaj ludzka, choć przecież magiczna… ale czyż magia nie jest człowiecza?

Polecam!!!

I czekam na ciąg dalszy!

Nie miałam o tym pisać, ale jak ktoś znowu przytacza mi piejący na temat poprawności duńskiej artykuł, to mnie trzepie. I dlatego poruszę ten temat, który kilka postów temu zasygnalizowałam. A chodzi o opiekę nad starszymi osobami.

A może chodzi ogólnie o opiekę medyczną, która tutaj leży i powiewa? Nie wiem… wiem, że ludzie umierają i nikt za to nie bierze odpowiedzialności. Że zabicie garstki staruszków jest dziwnie OKAY. A ostatnio, by po prostu wiecie OSZCZĘDZIĆ, nie tylko nie mamy poprawnych dróg, ale będzie ścieżka rowerowa, ale postanowiliśmy nie myć staruszków!!! Wyobraźcie to sobie. No przecież… serio, już karmienie ich kocim żarcie zdaje się pikusiem przy tym. Niby raz tylko się zdarzyło i pewno to pomyłka, wiecie, podobne puszeczki, no ale… i jeszcze to gotowanie jedzenia dla nich w betoniarkach.

Oj, co tam.

Teraz ich nie myjmy!!!

Zacznę od tego, że przekonacie się co to znaczy mycie i jak jest ważne, gdy unieruchomieni w łóżku, po kilku dniach, leżąc z otwartym brzuchem… ktoś umyje wam nogi i włosy. Naprawdę. Dopiero wtedy człowiek rozumie jak bardzo kluczowe może być mycie. Jaki to pieruński luksus taki prysznic i własna łazienka. Oj tak, po użytkowaniu wspólnych w akademikach doznałam niezłej ekscytacji mając własną w pokoju hotelowym. I teraz nagle, onej, zdawałoby się podstawowej potrzeby, prawa do czystości, odmawia się tym, którzy nie mogą po prostu sami siebie umyć. Którzy potrzebują pomocy. Dla których tak niewiele zostało… Ale wiecie, jakby co są rąbane mokre chusteczki. Nagle się okazuje, że mokre chusteczki wystarczą, no i wiecie, taniej to niż pomóc w myciu staruszka.

Naprawdę?

Seriously?

Nagle starsze osoby stają się persona non grata. Kimś doprawdy znienawidzony. Młodych się pieści, pozwala być dziećmi do czterdziestki, ale wystarczy, że pofruną 20 lat więcej i już po nich. Już nie są interesujący, zajmujący, potrzebni… Gdy w UK daje się staruszkom kury – czego serio nie rozumiem, bo ptak łażący po stole, z którego się je, to dla mnie co koszmarnego – tutaj odbiera się wszystko. Łącznie z godnością. Dla wielkiej i potężnej, wszelakiej kasy państwowej. Ale bez urazy, na wypłaty, nagrody i wszelkie tam dla kacyków rządzących jest. I nie, nie wspominam tutaj o rodzinie królewskiej, bo to, co oni robią dla kraju jest czy gigantycznym. No i mam bzika na punkcie korony.

Spóźnione 200 lat dla naszej Królowej!!!

Ludzie są oburzeni, ale tak naprawdę, poza kilkoma wpisami w mediach, to większość cicho siedzi. Bo w Danii człek się nie wychyla. Ona powszechna równość, wymagana i narzucana, niestety też wpływa na małą buntowniczość Tubylców. Zresztą, gdy przypomnę sobie jak nas broniących drzewa obsmarowali, to wiecie co… nic ino se w łeb strzelić. Nie wiem czy to wina telewizji, bo nie oglądam, czy taka wada narodowa, a może dzieje się to na całym świecie, ale głupota boli!!!

Mnie fizycznie!!!

Cierpię!!!

Na zewnątrz niby słońce, niby mgła. Dziwna pylistość wisi w eterze. Przyznaję, że nawet mi się nie chce wychodzić. Zresztą, jakoś nigdy nie byłam zwolenniczką wiosennych uniesień. nie ruszają mnie drzewa kwitnące, choć fajno pachną.

No jakoś nie…

Niby jest ta cała wiosna, a jakoś tak jej nie ma. Nie wiem o co chodzi, le może rok temu tak długo była i tyle zużyła tych wszelakich kwiatowości, że w tym roku postanowiła olać sprawę. No wiecie, wyjechała gdzieś może na urlop; może te roztapiające się lodowce zobaczyć, czy coś? Albo na zakupy… jakieś wyprzedaże, czy coś? Pierun wie. Serio. Ja tam jej ni nie czuję w powietrzu, ni w kościach czy jakoś tak. Staram się sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek się cieszyłam na wiosnę i raczej nie pamiętam.

Sorki.

Pewno sytuacja się wyklaruje w ciągu kilku tygodni, ale jak na razie szaro, chłodno i chociaż zapowiadają naście ciepłości, to ja tam się nie wyznaję. Mi jak na razie wciąż zimno i ogólnie pochmurnie. Ale wiecie, to, że nad Gudhjem chmury, nie znaczy, że gdzieś indziej nie jest inaczej. Zawsze można sprawdzić jak ktoś chce. Podobnie jak one nowe cuda wianki, które to szykują się w kwestiach wszelakiego gotowania. Jak nic Wyspa ma zamiar ostatnio przejść na stronę łyżki i widelca. Malarze się wynoszą. W końcu ile tych obrazów można kupić, co nie… tak, to sarkazm. A jeść zawsze widać się wszystkim chce, więc… więc ona kursy i takie tam widać mają powodzenie. W końcu kto nie chce być kucharzem!? No dobra, ja nie chcę, ale przecież ja jestem taka dziwaczna.

Za to wędkarze serio obrodzili.

Stoją w onej szarości, w płytkiej nader wodzie, dziwnie odstępującej od lądu i czekają. Czasem mam nadzieję na jakiegoś potwora, który wiecie ich tak, jak my żelki misiowe, ale chyba raczej nie. Widać i te nasze stwory zwane potworami, jakoś nie mają smaka na ludzinę. Ptaki się gniazdują, ale też z jakąś niepewnością, i tylko one kije maczane w wodzie. I tylko ono oczekiwanie na srebrzystość łuski, ciężkość na haczyku… napięcie żyłki, trzeszczenie patyczka, wszelkie poruszenie, dreszczyk emocji.

No dobra, kiedyś mnie zmuszono do wędkowania, nie podobało mi się. Nie wiem, jak oni tak mogą stać i maczać, maczać i stać. I że się nie ślizgają na kamyczkach, i że wiecie, wciąż im się to podoba i jeszcze… kurna, że wszyscy mają takie same, wystrzałowe ciuszki. Czasem, a raczej zawsze wyglądają jak jakoweś modelki. A może to jest plan sesji tylko nikt mnie o tym nie poinformował? No wiecie…

… może i tak być przecież.

Wychodzi na to, że to bardzo popularny i ekscytujący sport?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Od Knota… została wyłączona

Pan Tealight i Klocki…

„No wiecie, czasem po prostu, tak jakoś, zwyczajnie trzeba się rozerwać.

Po prostu i krzywu trzeba, i nie ma na to innego, tak genialnego sposobu, jak naprawa nabrzeży nocą. Wiecie, lepiej nocą niż za dnia, bo zwyczajnie ludzie nie są przyzwyczajeni do gromady zawierającej taki miks stworzeń, która układa z powrotem zrujnowane przez wiatry wapienne klify.

Klocek po klocku.

… chodzili tam, jeździli, latali. Nawet ostatnio często, bo przed latem sporo trzeba było klifu odbudować i bawili się przecudownie. Czasem rozpalali ognisko, czasem piekli też kiełbaski, a jeszcze częściej straszyli skoczków, gdy udało się im dotrzeć na kamienistą plażę przed zmrokiem. Bo wiecie, z tymi skoczkami, to aż wstyd się nie zabawić, jak się tak latać umie. Przecież nikt im nie uwierzy. Powiedzą, że to niedotlenienie, czy oszołomienie, czy inne dziwactwa ciała i natury i już…

Ale najważniejszy był zawsze klif.

Może i mikry w porównaniu z onymi bardzo sławnymi i znanymi, ale jedyny w swoim rodzaju. Skrywający miliony kości i wszelakie wspomnienia, opowieści, chrupotania, beknięcia, pierdy i cały ten FUN. I jeszcze te klocuszki niesamowite i to dziwne uczucie podsuszania się. No co, niektórym to odpowiadało! Tylko najpierw trzeba było się napić, ale naprawdę napić się po cebulki wszelakiego owłosienia… i wtedy już się było gotowym. Na zabawę!!!

Sami sobie wyobraźcie taką układankę 3D. Pustkę plaży, na której kamienie wieczorem najpiękniej śpiewają, gdzieś lądy w oddali, ale tak bardzo niewidoczne, niewyczuwalne, że właściwie nieważne, więc… i jeszcze ten zakręcający kawałek lądu, który chronił ich przed wzrokiem niepowołanych. Po prostu idylla. Miejsce dla takich jak oni idealne. Nikt nie podeżre kiełbasek, nikt nie zepsuje zabawy, no chyba że wodna policja, ale ci raczej o tej porze roku w to miejsce nie zaglądają…

Za płytko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I młyn znowu…

Chyba jestem tutaj po raz drugi w życiu. I jest to dziwne. Zapisuję sobie, by przybyć tu za kilka tygodni, gdy w końcu drzewa zakwitną, ale jestem niepewna onego kwitnięcia. Na razie wciąż tylko krokusy, kilka hiacyntów, pojedyncze dzikie fiołki i kilka żonkili w pełnym odlocie. Cała reszta drzemie.

Sama bym się walnęła do łóżka i nie wstawała, i co gorsza: naprawdę i na pewniaka. Coś źle ze mną chyba. Bardzo źle nawet. Słońce zastąpiła mgła, też nic dziwnego, ale jakoś to jeszcze nie jej czas. Gdzie ono ostre słońce, które tak bolało? I czemu z tą mgłą wcale nie jest lepiej? Jakby tlen ktoś odbierał? A może tylko podbierał? Może gdzieś tam w oddali za oną całą zasłoną z havgusa czai się wielki ufo statek i wiecie, takim odkurzaczem modernym nam zabiera oddychanie? W końcu przecież to, że go nie widzę, nie znaczy, że go nie ma. Że nie istnieje.

Ale ten młyn.

Taki jak zwykle. Woda tym razem nawet przez ono miejsce połowowe płynie. Słychać oną zaprzeszłą przeszłość w tych kamieniach i strzesze pobielałej, miejscami poznaczonej mchem, gdzie indziej znowu zeschniętymi kwiatkami, a jak zajrzycie do środka, to… no tak, tylko dla czytelników o nader mocnych nerwach: pajęczyny. Zawieszone u wysokiej powały, grube dywany, już nie kotary, ale dywany pajęczyn. Kokony Pierunwieczego. Straszne. Przerażające… bo jeśli przeszłość ma coś, co mnie przeraża, to są to większe ilości robali… a już pająki…. AAAAAAAAAAAa!!!

Ale młyn.

Spokojne koło. Spokojna cisza. Nikogo. Pewno tylko przez chwilę, ale jednak… można pomacać kamyczki, one specyficzne, domowe krystaliczne. Można. I te odrzwia czernione, dziwny zapach, trolle pod kamieniami, ofiary zakładzinowe wyciągające swoje macki i odnóża w twoją stronę.

Oj tak, czasem tu straszy w Slusegaardzie, gdzie knajpka wciąż zamknięta, okolica pełna poświątecznych ozdób, trochę bałagan.

No musi gdzieś!

Plaża.

Idąc od młyna z biegiem, a raczej przeciwko biegowi rzeki – bo pokrętna jakaś, zobaczycie koszmar… powycinane drzewa, dziwnie ogołoconą przestrzeń, smutek. A potem od razu, nagle, morze. Szare, dziwnie zamglone, pełne wodorostów tym razem i kilku rybaków. Bo przecież im widać brak widoczności nie przeszkadza. A dzieci i ryby, no sami wiecie jak to jest dziwnie, więc idę w tę mgłę. W oną szarość i dziwną srebrzystość słońca z lekka prześwitującą przez chmury i nagle, gdy już dochodzę do miejsca, które widzę po raz pierwszy, no wiecie, nawet mi się zdarza… słońce przebija się przez chmury i jest niebiesko, do tego rudy pies, stare łodzie, mały, betonowy port… maleńkie domki, potem więcej tych czysto letnich, cisza, gdy tylko pominąć osobnika pitolącego biedne drzewko. Szkoda mi cię brzózko tak bardzo…

I zataczając koło człek wraca do młyna z drugiej strony. Przez łysawy lasek, między jednym sommerhusem a drugim… chyba ich się znowu wszędzie więcej zrobiło, jak onych domów między Svaneke a Listed… Tyle też na sprzedaż. Gdzie się człowiek nie rozejrzy, coś czeka na człowieka. Jedno w cenie porąbanej i nierealnej, drugie, nie oszukujmy się i tak mnie przecież na nic nie stać.

Ale znowu pod młynem.

Ze słońcem odbijającym się w onej wszelkiej wodności, poszumem drzew, wody rozbryzgującej się o kamienie, zapachem niedźwiedziego czosnku… małymi stokrotkami pod podeszwą buta… No tak, wiosna. Może i mikra, dziwna, lekko lęki wszelakie budząca, ale jednak wiosna.

I krowy. W końcu to ich czas…

Znaczy te wiecie kudłate, z lokowanymi grzywkami, czesane przez elfy i wszelakie podziemne ludki, które wciąż nie chcą opuścić ludzkich domostw i przenieść się w one cichsze, sezonowe swe domki… to siedziały na zewnątrz przez cały czas. W końcu u nas te minusy skąpe, a trawa się trawi przez cały rok.

I to na zielono.

Ale one łaciane siedziały w swych oborach do weekendu, teraz mogą już pląsać po okolicach swych wypasionych z widokiem na morze i wiecie… no żyć zwyczajnie, normalnie, po krowiemu… dziko nawet!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klocki… została wyłączona

Pan Tealight i Ta, która zawsze miała rację…

„Zawsze ją miała, co wkurzało wszystko i wszystkich. No bo sorry, ale co to za życie z taką pewnością? Żadnych niespodzianek, żadnych fajerwerków… niczego. Bo ona przecież wie. Kompletnie wszystko.

No dobrze, prawie wszystko, naprawdę prawie. Ale na tyle, by zwyczajnie wkurzać innych tekstami w stylu: a nie mówiłam i wiedziałam. Zawsze miała rację. Cokolwiek nie powiedziała, chociażby i dziwaczne w tym momencie, pokrętne i wynaturzone, obracało się w prawdę, więc… może tak naprawę tworzyła przeszłość, naznaczała przyszłość i dodatkowo jeszcze wkurzała w teraźniejszości? Bo przecież nie była prorokinią. Nawet i nie wielką uczoną. Chociaż z drugiej strony była, ale nie wielką…

Zresztą, nawet nie chodziło o oną rację. I oną wiedzę. Chodziło o to, że już nawet nie mówiła im tych wkurzających słów, tylko patrzyła z tym niepokojem, dziwnym zagrożeniem w oczach i jeszcze kpiącą miną. A czasem tylko tym dziwnym, rozlewającym się po jej twarzy, bolesnym smutkiem. Niełatwo było to znieść, naprawdę, szczególnie w takim miejscu. Bo widzicie… czasem im się wydawało, że chcieliby wiedzieć. Że może byłoby łatwiej, spokojniej, prościej, ale przecież, ona nie była ciasteczkiem z wróżbą, odpowiednim na każdą okazję, włożonym do właściwej przegródki, woreczka i papierka, który po prostu wyciągasz, ściskasz i czytasz… a ono mówi ci, co masz zrobić, a czego jak najmocniej unikać.

A może najgorsze było to, że już się do tego przyzwyczaili, przestali na to zwracać uwagę, a potem pluli sobie w brodę? A niektórzy mieli je naprawdę gęste i jakoś tak, wiecie, trudno się je czesało. Jadło i spało. Trudno było laskę wyrwać na takie nierozczesane owłosienie i postawę nieczystego drwala…

A może zwyczajnie popadli w rutynę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzonko… Cóż, nie będzie przez pewien czas, więc będę sobie wydzielać, ale na razie jest co jeść i trza się tego trzymać! Może w końcu ktoś kupi jakieś zdjęcia, albo kupi mnie? Czy staruszki bywają jeszcze atrakcyjne na rynku?

Jakimkolwiek?

Starzenie…

Upływ czasu.

Nie możemy przed nim uciec. Wszelaka erozja ciała i zmysłów, pamięci i czucia. Po prostu zanikanie. Chyba nawet znikanie. Wymazywanie się z codzienności innych. Bo przecież starzy człowiek to i brzydki i niepotrzebny… Czyż tak nie mówią. Oni? Zbyt wielu onych? Posłuchajcie głębiej, mocniej. Zapominając, że to się przytrafia wszystkim, którzy przeżyją i dojrzewanie i młodość dziwnie obecnie pojmowaną i dorosłość.

Nie oszukujmy się.

Ona granica młodości nagle przesunęła się tutaj w okolice trzydziestki. Tak, to jest dość zabawne, że dorośli ludzie mieszkają z rodzicami, którzy UWAGA wożą ich na imprezy i tak dalej. Z jednej strony im zazdroszczę, bo ktoś za nich rozwiązuje to wszystko przez co ja, w wieku 18 lat musiałam przechodzić. Tak to jest jak się idzie na studia praktycznie wynosi z domu. Decyduje za siebie. Walczy z polityką, biurokracją, daje sobą pomiatać i szybko się uczy, że by wygrać, często musi najpierw bardzo oberwać.

Poniżyć się…

Tutaj tego nie ma.

Młody to biedulek, no taka po prostu osobliwość, którą chronić trzeba i nagle… nagle zaczynam im zazdrościć. Tak, to nad podziw pokrętne, ale jeśli nie miało się prawdziwych rodziców, wiecie, takich że dwoje, że bez dziwnej przeszłości, świadomych tego, że to wydalone coś trzeba zmienić w człowieka… to wtedy człek nawet już jako dorosła bestia zaczyna łkać nad samym sobą. Współczuć sobie z przeszłości. Głaskać poprzez niemiłe wspomnienia. Tulić. Muskać. Zapewniać, że przetrwa. Pokazywać, że będzie lepiej, może nie cudownie, ale jednak lepiej.

Z mniejszą ilością bólu i cierpienia.

Nawet kłamać.

Domy dla starszych osób tutaj zawsze były czymś ważnym, zadbanym, czymś jak wizytówka i kraju i Wyspy. Teraz, po aferach z wybijaniem staruszków – i nie to nie jest metafora – nagle okazuje się, że może i nie trzeba im pomagać.

W ogóle…

A szacunek?

Hmmm… a co to jest w dzisiejszych, popierniczonych czasach? Tak naprawdę? Popatrzcie tak dookoła. Czy wciąż instytucja „babci” jest dostępna dla każdego? Nie. A tutaj… nawet nie wiem czy kiedykolwiek była. Nawet za tych dawnych czasów. Postrzeganie osób starszych wybucha wyłącznie, gdy pojawiają się autokary z niemieckimi turystami w okolicach posezonowych. Wiecie, gdy taniej, pogoda niepewna, a oni może nie będą marudzić o kąpielach słonecznych i innych dyrdymałach.

Może to już sprawa całego świata? Ale tutaj jest bardziej widoczna, bo jeszcze tak niedawno starość i one domki były taką idyllą. Wycieczki starszych, ale wciąż dziarskich osobników, którzy po prostu wolą być sami, albo tylko w grupie sobie podobnych, więc się kumulują i wyprawiają w znane i nieznane. Z przewodnikiem lub bez. Wpisanie w anonsie, że kocha się naturę zawsze było MUST BE.

Czy wciąż jest?

Tak, Tubylcy tutaj kumulują się często, nawet i raz w tygodniu i albo biegają – ci, co mogą – albo jeżdżą na rowerach, albo wyprawiają się w objazd Wyspy onymi starymi autami. Wiecie, panie w kapeluszach i takie tam. Ubaw roku, jak nagle za ciągnikiem prowadzonym przez dżentelmena w wieku podobnym sunie taka armia wymuskanych aut… ekhm, no i ten zapaszek ekologii w powietrzu! Ale nie ma mocnych, znaczy są, dachy w dół i jedziemy!!!

Co teraz z domami opieki? Nie wiem… ale to wszystko, cały ten upadek otoczenia, naprawdę mnie dobija. Jak te drzewa, które wciąż karczują, rżną i łamią, jak te kwiaty, które już nie chcą wychodzić, które tracą odpowiednie do wzrostu środowisko, jak… właściwie wszystko, upadają. Jak jeszcze długo to wszystko będzie się trzymało jakiejkolwiek kupy? Nie wiem. Wiem jedno, pamiętam co kilka lat temu powiedział jeden z polityków, że należy się nas wysiedlić i potworzy tutaj wyłącznie ville dla bogatych… może właśnie to się dzieje. W końcu obowiązek zasiedlenia umiera nawet nie w męczarniach, więc czego jeszcze trzeba. Jedyne pocieszenie, to to, że można po pewnym wieku mieszkać w sommerhusie. Jakby co, damy radę. No kurna trzeba jakoś przetrwać… tylko, dlaczego jest tak trudno, a prasa pieje, że tak łatwo?

I kto kłamie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ta, która zawsze miała rację… została wyłączona

Pan Tealight i Ostatnie słowo…

„Zawsze je miała.

Ale ostatnio stawało się coraz mniejszej, mniej wyraziste, jakieś takie chudsze, mikrzejsze, jakieś wiecie, takie mniej widoczne, dziwnie niewidoczne. Czasem tylko jego cień, czasem tylko jakieś mgnienie zauważalne w kącie oka. Jakby ktoś je wycierał zbyt często, polerował, domagał się poklasku, połysku, którego Ostatnie Słowo nie potrafiło dać. A może zwyczajnie nie chciało. Nie czuło takiej potrzeby?

Lub…

… nie mogło?

Czyżby wszystko miało się zmienić? Ona codzienność, którą tak dobrze znali: misie gadające, jednorożce, krasnale piorące sprośne ciuszki w rzece, trolle, którym trzeba wyczesać grzywki ale nie tył kamiennych łbów… no wiecie, normalność. Kompletna, znana i bezpieczna. Zapewniana przez Ostatnie Słowo.

A może po prostu miało nadejść nowe? Może zwyczajnie to się zużyło i należało czekać na wyklucie się nowego? No wiecie… po prostu jak wszystko w końcu się sprało, nie było czego cerować, więc należało poszukać jakiegoś jajka, albo może kwiatu? W czym wzrastało Ostatnie Słowo? Nowe Ostatnie Słowo? Bo przecież bez niego jakoś będzie dziwnie i nazbyt niepewnie. Jak będą wiedzieć czy rozmowa w końcu dobrnęła do bardzo grząskiego, ale jednak końca?

A Ostatnie Słowo tylko się przemieniało. Rzeczywiście było cichsze, spokojniejsze, milczące, ale wciąż w niej było. Przeobrażało się. Miało stać się sobą, ale innym, ulepszonym, może głośniejszym, a może tylko bardziej wyrazistym? Przyczesanym w innych miejscach, ale i nastroszonym w całkiem tych zaskakujących. Tutaj wzrosła mu jakaś dziwna, mała rączka, tam znowu wie nibynóżki. A tam… cóż, tego nawet ono nie wiedziało, dziwnie nie do końca świadome tego, co się z nim działo. Dziwnie zaskoczone tym, co mu się przytrafiało…

Ale tak to jest z pierwszymi razami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Noc” – … dziwny. Tak, tym jednym słowem można określić mój stosunek do serii Miniera. Mam do jego książek dziwny, może i pokręcony stosunek. Bardzo pokręcony. Z jednej strony go lubię, kupuję, ale z drugiej… gdzieś w połowie każdej wszystko zaczyna być…

Tak przewidywalne.

I się wkurzam.

Tym razem cała historia jest jeszcze bardziej przewidywalna, ale przeczytanie poprzednich części tej historii jest aż nazbyt konieczne. Serio. Zacznijcie od początku, bo pierwszy tom jest najbardziej klimatyczny. Tom pierwszy to cały początek, bez którego nie da się dotrzeć tutaj. W to miejsce, gdy znowu oni, wielcy wrogowie, wciąż pamiętający ten pierwszy raz… stają na przeciwko siebie.

Który przeżyje?

I który tak naprawdę jest dobrem, a który czystym złem? Czy można to zdefiniować i w ten sposób, jeden, określony, zawsze widzieć?

Powieści Miniera zawsze zawierają więcej rozmyślań o definicjach dobra, zła, bieli i czerni oraz ocieniach szarości, że nie można od nich uciec. Zawsze będziecie myśleć o tym, co się stało, nawet wtedy, jeżeli wszystko zdaje się być tak oczywiste. Zawsze. Z tych powieści nie da się ot tak po prostu wyjść bez żadnego ubogacenia mózgownicy, a nawet i serca, czy też szeroko pojętej duszy… a podobno to ino kryminały…

Pamiętajcie, czytajcie od początku!!! LOL

Słonko słonko słonko…

Po dwóch wrzących dniach się ochłodziło. Nagłe przejście z 20 stopni na 2 dziwnie papra człowiekowi w kościach i ogólnie frustruje przyrodę. Może i hiacynty wyszły, ale mikre są jakieś, dziwnie chudawe i rzadkie. Może i są pojedyncze zawilce, może, przebudziły się jeże i są tak głodne, że wyłażą nawet w ciągu dnia poszukując jedzenia… Może i kalendarzowo to już trwa to od kilku tygodni, ale… jakoś tego nie czuć.

Naprawdę.

Niektóre sklepy oczywiście są otwarte, nowe afery narastają, winni są nieścigalni, niewinni obrywają, ale… coś wisi w powietrzu. Coś większego. I nie mówie o tej rąbanej drodze rowerowej, której nie chcę. Dlaczego? Nie dlatego, że jestem im przeciwna, ale mam dość wycinki drzew. Wycinają je na potęgę, a budowa takiej trasy znowu zrujnuje nam lesistość. Niby to tylko krótki odcinek – więc w cholerę czemu nie używać pobocza? Sprawdziłam, da się. Po co niszczyć przyrodę, do której przecież chcecie zachęcić ludzi, więc…

Znowu.

Gdzie tu sens?

Zaczynam odczuwać strach.

Boję się Wyspy. Pewnikiem to zwykła paranoja, może i trochę silniejsza niż moje zwyczajowe życiowe maksimum, ale jednak… coś jest nie tak. Gałęzie wciąż nagie, drzewa zdają się umykać przed dotykiem ludzkich rąk, tych, które znają, które nie chcą ich skrzywdzić. Psy rzucają się na ludzi. Wróblowate wymierają. Czy przesadzam? Nie, tylko obserwuję. I czuję. Więcej. Bo mieszkając w takim miejscu nie da się od niego umknąć. Ono włazi w człowieka, zmienia mu światopogląd, uczy nacjonalizmu totalnego i… już nagle nie ma niczego poza tym miejscem, więc gdy je niszczą wściekasz się. Wkurwiasz. Targa tobą taka złość i przemożna niemożność uczynienia czegokolwiek, że aż się w końcu zatrzymujesz i dociera do ciebie, że oni po prostu nie myślą. Bo nie muszą chyba. Są tylko Homo sapiens telewizjon oglądajus i to im wystarczy. Mniej drzew to lepszy widok, nie tlen czy utrzymanie ziemi w normalnym położeniu, do którego się przyzwyczaiłeś… nie. One zasłaniają widok.

Podobno w Londynie drzewa znikają nocą.

Ech, tam przynajmniej mają jakieś poczucie wstydu widać.

Tutaj go nie mają. Tutaj ekologia nagle dostała w zestawie do podstawowej definicji jakieś inne, pokrętne, które nagle są panujące i prawdziwe. Jedyne prawdziwe. I wszyscy je przyjęli. I nie protestują. Nie ma szans.

Boję się Wyspy.

Już nie boję się o nią, ale boję się jej. Opadła mnie ona niemożność opuszczenia domu i trzyma mocno. Nie puszcza. Niby Chatka to też część Wyspy, ale jednak… Co się dzieje? Ruscy? Serio? Kolejna fala strachu, kolejne morderstwo, a ja pieprzę o drzewach? Ciekawe ilu by tak powiedziało? No ale… drzewa są ważne. Zdrowe żarcie, woda, powietrze są ludziom niezbędne, a nadmierna ilość osobników jest zbędna.

Coraz więcej wszelakich trucheł na drogach.

I nie mogę powiedzieć, że to tylko taki czas, bo przecież chodzę od zawsze, ale teraz, to już przekracza moje pojęcie. Futerkowe ścierwa przyklejone już do asfaltu wątpliwej jakości, bo przecież innego już nie dostajemy. Czasy pięknych dróg, którymi tak się w Polsce zachwycali kilka lat temu, zniknęły. Jakby ich nigdy nie było. Może zostaniemy zawróceni do czasów ubitych traktów? Byłoby bardziej logiczne, niż ciągłe zrywanie onych strzępków i niszczenie tego, co jeszcze się ziemi trzyma.

No ale… kolejny temat, bo mnie serce boli od poprzedniego…

… minigolf.

Niech mnie ktoś oświeci, co jest w tym takiego super? Bić piłki obok szosy? Nie no, widok na kościół jest, ale serio? Mniejszy minigolf na sprzedaż, czy już teraz sprzedany – ten od Kalas-kalas – a kolejne poukrywane przy campingach, to całkiem inna sprawa. Ale ten w Ostelars… ekhm, co w nim takiego super? Żeby nie było, byłam, obejrzała sobie i nie rozumiem nadal. Naprawdę. Że niby rodzinna rozrywka? Czy chodzi może o współzawodnictwo? Ale to takie trochę… nie wiem, dziwaczne. Ta piłka, kijek, te miniaturki. Słonko walące po glacy… Golf jako golf jest dla mnie też nie do końca zrozumiałą rozrywką, ale doceniam oną zieleń równo przystrzyżonego trawnika i boję się panicznie ludzi, którzy pierdolnąć mnie w łeb piłeczką mogą, bo przez środek jednego z największych na Wyspie pół przebiega ścieżka turystyczno-rowerowa. A tak jakoś bezczelnie se tam biegnie…

No ale ten minigolf?

Bawicie się w to?

W upalne dni?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostatnie słowo… została wyłączona

Pan Tealight i Człowiek z czerwoną drabiną…

„Tak nagle obok nich przeszedł.

Machnął oną czerwienią.

A oni właśnie wracali, umęczeni spacerem, kolejnymi krokami, lekko zniechęceni onym wkraczaniem na górkę, ale przecież nie mieli innego wyjścia. To nie mogło tak po prostu nagle się skończyć i wtedy pojawił się on. I nagle zyskali nowe siły i zwyczajnie musieli, no wiecie, taki dissorder i tyle… poleźć za nim. Bo przecież musiał skrywać jakieś tajemnice, inaczej miałby ją srebrzystą, aluminiową, lżejszą, a nie taką… ciężką i aż nazbyt krzyczącą oną czerwienią krwistą…

A właśnie.

Czy to była farba?

A co jeśli była to krew, zmieszana z lakierami w taki sposób, by pozostać na niej na zawsze? A co, jeśli był to amulet, dzięki któremu ów osobnik, a może tylko pomocnik jakiegoś wąpierza, ssacza czy innej pijawki, jakowyś renfield, który po prostu szykuje miejsce, na kolejną krwawą rozprawę?

Dlatego za nim ruszyli.

Dla historii. Opowieści. Może wciąż odradzającej się legendy czy mitu? Dla jakichś może bóstw obcych, obserwacji, a może zapoznania? Dla jakiejś nowości, a może starości od nowa odkrywanej? Po prostu musieli. W końcu on miał czerwoną drabinę, a takie coś nie zdarzało się tutaj często…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Arnager…

Miejsce, które mnie przeraża i fascynuje. Właściwie martwe jeżeli chodzi o całoroczność, fascynująco żywe jeśli chodzi o przeszłość i to zarazem ludzi jak i zwierząt. I coś dla archeologa i coś dla paleontologa. Intrygujące, niewielkie, artystyczne, ale też biedne miejscami tak, że serce pęka… Bo to właściwie chwila, kilka większych sztormów i jakoś tak wszystko zniknie.

… więc macie tam dom, który po wyburzeniu tego, który stał przed nim ma być teraz ratowany przez nasze podatki. Przede wszystkim, kurde, kto zezwalał na budowanie tak blisko, po drugie, przecież kiedyś nie było tak blisko… no więc macie ten dom. Podparty. Coś, koło czego nawet nie chcę przechodzić, a już mieszkanie tam, na pewno nie dla mnie. Oj nie, nigdy. Zresztą, spora część z tych domów zdaje się poruszać nawet przy najlżejszym wietrze, ale gdy startuje samolot… No tak, lotnisko. Koszmar straszliwy!!! Głośno, ciężko, dziwnie. Jakoś tak niewyspowo. Oczywiście, że rozumiem, iż nie jesteśmy Szwecją i promy u nas są drogie jak cholera i dżuma wzięte razem, więc pewnikiem to lotnisko jest potrzebne. Nie znam statystyk. Mogę patrzeć tylko na gości, którzy sobie skaczą ze spadochronami i zastanawiać się, czy wcelują w ląd, czy wiatr powieje, czy może ciśnienie się zieni, czy coś… O pomarańczowa czasza!!! Mój lęk wysokości ma się tak dobrze. Bardzo dobrze nawet.

Molo…

Czy raczej mostek do portu?

Portu na morzu?

To kapitalna rzecz/miejsce w Arnagerze. Naprawdę. Polecam gdy wieje i gdy nie wieje, ale z rozważnością, uważajcie. Wciąż zbierają na remont i most się chwieje, zaczyna być wiązany sznurkami, ciekawe kiedy na skocza zaczną go łatać? Czyż to nie dziwne, że na to nie ma pieniędzy, a na durnoty są? Przecież i widok i port na środku morza – no dobra prawie – ona maleńkość kwadratowa, betonowa, te skałki, ten look w spienioną głębię, te kology łódek w większości stareńkich, ta szatnia, zlew, maciupki pomościk. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mi tam dobrze, gdy nikogo nie ma. Poza Chowańcem oczywiście. Obserwowanie dookolności tego dziwnej twierdzy, jej zmienności, to po prostu coś niesamowicie innego, jakby tylko mojego. Te narastające glony, te wodorosty, te momenty rozbryzgów… te krople wody… ona dzikość nieujażmiona. Perfekcyjna falowość, miejsce do kąpieli w niesamowicie barwnej wodzie…

Czad!!!

… a potem pod most…

Tam wszystko jest inne i tym razem, widzicie jest mniej wody, więc nrodziła się niesamowita, aczkolwiek pewnikiem tymczasowa, szeroka plaża… i te kolory pod moste, one zielenie, szmaragdy i wszelkie zażółcenia od piasków.

Po prostu bajka.

A teraz przed siebie. Obok maluśkiego mostka, na który nie można wejść dziś nie mocząc się zbyt bardzo, no i na kamienistą plażę, w te niskości wodne, one wodorosty, one kolory kamyczków, te zaróżowienia, żółcienie, nawet błękity!!! Tylko szlifować i oprawiać, a może nie… może to wszystko przynależy wyłącznie do dzikości?

Wolności?

I oczywiście wapienny klif. Może niewielki, może i właściwie dość krótki, ale jednak niesamowity. Krok za krokiem człowiek czuje jak wapień wyciąga z niego każdą wilgotność. Tę, której był świadomym i taką wiecie, całkiem nienamacalną. Dodatkowo od kilku dni jest ciepło, a nawet gorąco. Morze się nawet nie buja, w płytkiej wodzie stoją osobnicy w gumianych wdziankach, ale nic z Greya… i moczą sobie one patyczki. Nie mam do tego cierpliwości, więc macm sobie kamyki i daję się odwadniać. Ale one są takie czadowe. Poukładane niczym one klocki Lego. Pasujące do siebie, ale w zbyt wielu miejscach drapieżnie nadgryzione zębem czasu. A może raczej przyrody? Bo przecież to zwykłe wiatry, deszcze i fale… nic więcej.

No i czasem człowiek, ale tego się nie uniknie.

Za każdym razem gdy tutaj przychodzę, wszystko jest inne. Niezależnie od morza ono wybrzeże będzie odmienne. Wyłagodzone, a może całkiem zniszczone? Czy Wyspa zmieniła się w wielki pączek i ktoś nas nieźle, bezczelnie i całkowicie nie płacąc za zjedzoną usługę, nadgryza? A może tylko, wiecie, zlizuje lukier? Wysysa dżemik? Różane są the best jakby co!!!

Idzie człowiek aż wszystko zmaleje, aż odnajdzie strumień, który wdziera się gdzieś wgłąb plaży zamiast płynąć nad kamieniami… aż przycupnie sobie na chwilę by odsapnąć, bo nogi bolą nie tyle od kilometrów, ale raczej od onej nierówności terenu. Od tych kamyczków mniejszych, a potem nagle tylko większych… od piasków pojawiających się sporadycznie, od pustki… i majaczącego wybrzeża w oddali. Statków gdzieś na horyzoncie, których nie widać, bo świat dziwnie kończy się jakoś tak bliżej dzisiaj. Havgus nas ochroni, ale nie przed odgłosem pokładowych trąb…

I kolejny skoczek… ech, że też się nie boją?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Człowiek z czerwoną drabiną… została wyłączona

Pan Tealight i Czas kiszenia…

„A tak…

Nastał.

Dziwnie, że teraz, bo przecież zwykle zaczynał się w listopadzie i obumierał w marcu, ale nie, jakoś zaczął się teraz i tyle. Nie mogli z tym nic zrobić. Musieli się poddać naturze onego czasu i tyle. No serio… nie dało się inaczej. Po prostu musieli. Zresztą, kiszenie się w łóżku z książkami, okruszkami uwierającymi w pośladki…

No wiecie, nie było to jakieś wyrzeczenie, a jednak ona nie chciała. Buntowała się jak co roku i oczywiście znowu chorowała. Ale w przypadku Wiedźmy Wrony Pożartej, podobno metrykalnie dorosłej i dojrzałej i takie tam brednie… w grę nie wchodziło myślenie o odpoczynku, wyspaniu się, zdrzemnięciu i wszelakim odchorowaniu mikroba, wirusa, czy też jakiejś klątwy pieruńskiej, bo wiecie, te święta katolickie były, więc w mordę jeża, jak nic ktoś się za nią modlił.

Na pewno!!!

A to sprowadzało największe na nią zarazy. Jakoś modlitwy serio jej nie lubiły. Czas kiszenia też nie, bo nie chciała się mu poddać. Ale wiecie, nie przymuszał jej. Po prostu była dla niego zabawna, jak jakiś zielonkawy, czy szarawy osobnik z kosmosu, który zatrzymał się tutaj w poszukiwaniu wszelakich przejawów dematerializmu i słodkich ziemniaków, a co skończył wpierniczając schabowe, ogórki małosolne z mizerią i oczywiście frytki. Wiecie…

Zawsze to coś innego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Strajk…

No dobra.

Wiecie, ja najbardziej szanuję i tak dalej. Rozumiem, że czasem trzeba, zresztą to miało być tylko kilka godzin i tak dalej. No przecież widzę co się dzieje, więc jak najbardziej powinni strajkować. Powinni. Poczty pozamykane. Ludzie pozwalniani. Chcą to jeszcze bardziej ukrócić, a dokładniej W OGÓLE I NA ZAWSZE zlikwidować, bo WSZYSCY mają obsługiwać telefony, komputery i cały ten cyrk. To, że kompy nie działają, a już brak zasięgu w różnych częściach Danii jest permanentny i zaskakująco częsty…

Ale serio… strajkujecie, bo se peta nie możecie zdusić?

Dymka puścić?

No tak…

Widzicie, Dania to taki kraj rozpieszczonych ludzi, albo patrząc inaczej: mnie wychowanej w takim jakimś dziwnym, podejrzanym chyba bardzo, niewolniczym wyzysku się tak wydaje, że aż mi łeb pęka. Jeszcze do niedawna można sobie było spokojnie pić w robocie. Zresztą tutaj ludzie piją często i całkiem sporo. Może i one napitki mniej procentowe, ale jednak… dają w łeb. Tego zakazano. Obecnie zakazano też PALENIA w placówkach państwowych. No i zaczęli strajk. Dzięki temu poczta w piątek nie dotarła na Wyspę. No bo chociaż strajk trwał kilka godzin, to jednak…

Niby nic ważnego, ale czy na pewno?

Wiadomo przecież, że Dania chce wszystkich skomputeryzować, skodować, no i wszelako uzależnić od techniki, ale… plany dotyczące samochodów elektrycznych jakoś się nie ustały. Za to niszczenie poczty poszło im super! Jakoś pracownicy nie protestowali, choć wiele zostało na lodzie i szykują się kolejne zwolnienia.

Ale widać jestem zbyt głupia by zrozumieć, że papieros ważniejszy. Bo tak na chłopski rozum, jeśli ktoś w pracy pali i wyłazi co chwilę na dymka, to sorry, ale przywlecze ten smród ze sobą. Poza tym, zwyczajnie nie jest w stanie się skupić na tym co robi. To już mega uzależnienie. Nie można plasterka na te kilka godzin? Przecież macie przerwę w połowie, na razie wciąż płatną w państwowych firmach… wtedy można się napalić! No serio, ile wlezie przez pół godziny.

To jak?

Kto ma rację?

… a kto nie dostał poczty przed weekendem?

Wieje i świeci.

Świeci i wieje…

Od kilku dni pogoda postanowiła się ocieplić, zdechłe kwiatki się odnawiają, a inne znowu zdechły na dobre i już po nich. Zauważyłam pierwsze zawilce. Strasznie małe i tylko w dole Wyspy, ale jednak… są. A potem wbił mi się kolec z jeżyny w udo i przestało być pięknie. Strasznie boli.

Ale świeci…

Słońce jest mocne i ostre. Boli. Jest dziwne i mocno przerażające, albo… odzwyczailiśmy się od niego? Nie wiem. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. I do onej jasności. Nie mamy jeszcze jasnych nocy – pewno, że nie takich jak na Wielkiej Północy, ale jednak nocy – ale przyroda pracuje nad nimi. Mocno i dziwnie drastycznie. Jeże wyłażą na zewnątrz, wybudzone późno szukają jedzenia nawet w ciągu dnia, ale wiecie, trzymając się cieni i wszelkich zarośli. Czasem trzeba im pomóc, ale częściej lepiej zostawić, albo tylko przenieść w zacienione miejsce.

Przyroda się obudziła, ale…

No właśnie, ale!!!

Co z forsycjami?

Wciąż w pąkach, jakby się bały, jakby nie chciały wyjść? Co się dzieje?!!! Tak często wyłaziły już w zimie, a teraz nie? Może jednak ono ochłodzenie, które zapowiadają nadejdzie większe i mocniejsze?

Może…

W końcu to natura. A ona może wszystko. Totalnie wszystko. Nie będzie się nas pytać o zdanie. Nigdy tego nie robiła. Jakiegokolwiek boga ludzkość wymyśliła, cóż, był tylko wytłumaczeniem ludzkich potknięć i wtop. Bo on tak chciał. A nie przyznaniem się do popełnionej durnoty, naturalnie naturalnej.

Ludzkiej.

Powtarzalnej… przerażającej ostatnio. Bo tacy są ludzie. Bolą i należy się ich bać, więc boję się. Po ludzku całkiem i w pełni naturalnie. Bo tym jesteśmy, częścią natury, której się wydaje, że przeskoczyła wszystko i wszystkich. Że spuściła się na prawa i podtarła wątpieniem. Zwyczajnie. Wiecie, dawno straciłam wiarę w ludzi, na szczęście ostało się jeszcze kilka drzew. Ino kilka.

I skał… i morze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas kiszenia… została wyłączona

Pan Tealight i Przepowiednia…

„Przyszła sobie tłusta Przepowiednia do Sklepiku i po godzinie paplania o dobrobycie, jakoś tak wiecie, lepiej się rozejrzała, lepiej spojrzała na miejsce, w które weszła tak jakoś dumnie i pysznie, po królewsku, jakby jej tu chcieli, jakby zapraszali, jakby miała ze sobą tort, bezy, lody i dobre wszelkie procentowe napitki… i jeszcze prezenty, tak, bez prezentów to wiecie, już nie taka zabawa. Ale ona, przyszła tylko, rozsiadła się w akurat chwilowo wolnym fotelu Pana Tealighta i zaczęła swoją śpiewkę.

A potem, jakby wytrzeźwiała.

A może przyuważyła dramatycznie skuloną w kącie Wiedźmę Wronę Pożartą, no i wiecie, w końcu skumała, jak ta Południca ostatnio, co to wyła, dziabała i chciała jej misia odebrać, ale smutek owijający Wiedźmę tak ją sponiewierał, że została zakonnicą w hospicjum… No więc to chyba to. A może zaskoczony Pan Tealight wynurzający się w kuchni, nie wiadomo co mogło zadziałać na świeżutką, radosną, pączkującą i piękną w swoich kobiecościach Przepowiednię, ale czymkolwiek ono toto było, jak najbardziej zadziałało.

I zamilkła.

I poróżowiała… znaczy bardziej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Plus/Minus” – … okay. No dobra. Po pierwsze autorkę uwielbiam, ale… po drugie wydawnictwo kwasi książki, ale… a po trzecie ale będzie, że naprawdę kocham książki duetowe, damsko-męskie.

No i tyle.

Znaczy… nosz kurde, dlaczego te jej kobiety zawsze są takie biżuteryjno-kieckowe. I ogólnie mówiąc szminkowato-pudrowe? No naprawdę? A ten gość. Ja rozumiem PTSD, ale serio, aż taka rozwartość między nimi. Pewno i przeciwieństwa się przyciągają, no ale… ale jakoś one osobowości są aż NAZBYT soczyste.

Za bardzo.

I przez to powieść, która jest bardziej naciąganym kryminałem niż czymś osadzonym w świecie jaki znacie z książek Ilony Andrews, tak jak sugeruje opis, jest tylko sympatyczna. Na początku. Potem się robi dziwnie męcząca. Nie wiem, ale jestem mocno zaskoczona tym, co dostałam między okładkami. Ni to kryminał ni miłość, ni ciągłe picie. Jak najbardziej przegadanie i piękne opisy urzekają. Autorce nie można odmówić pomysłowości, ale… no w końcu to jest osadzone w Mińsku! Ludzie, przecież wy tam takie zajebiste bajki macie! Dlaczego nie sięgnąć po nie? No dlaczego nie dopracowano tej strony. Fantasy dodane na przyczepkę tylko by było? Wiecie co, chyba czuję się mocno oszukana!!!

Ale po następną powieść sięgnę, mając nadzieję na poprawę LOL

Młynek.

Wystarczy wyjść z Vangu, prosto w nadmorskie lasozarośla. Wystarczy przejść koło fantastycznej obecnie ściany – mur pruski – odartej i nadpalonej, która po prostu perfekcyjnie nada się na Instagrama. Wystarczy trochę pod górkę… no i jest. Lekko zagłębiony i z każdym rokiem właściwie coraz bardziej szlachetny. Wiem, że to durne mówić tak o rzeczach starych, wiecie, że niby czas uszlachetnia i takie tam pierdoły, ale naprawdę… mądrzejszy z każdym miesiącem, bardziej poważny może, ale i miejscami zaskakująco filuterny… ale tym razem, jeszcze kapiący topiącymi się śniegami, jest jakiś taki… bardziej wilgotny. W końcu strumień, który biegnie tuż obok – no przecież to młyn wodny he he he – stał się małą rzeczką.

Nawet z wodospadzikiem.

Lubię to miejsce. Jest niesamowicie zmienne, zwykle raczej ciche, bo przecież poza zdjęciem, to Turyścizna więcej nic nie zrobi, po prostu umknie dalej, jeśli w ogóle chce jej się iść dalej do miejsc zaprzeszłego świętego… tudzież by tylko zobaczyć metalowy, łukowaty most, lub na przykład kamieniołom… serio, czy wspominałam Instagrama? Wyspa jest niesamowicie instagramowalna!!! I tym razem, w końcu tyle tam filtrów, nie chodzi tylko o światło, ale i kształty, załamania, wszelaką…

… intensywność…

Tak, to jedno z niesamowitych miejsc.

Zresztą, całe Vang takie jest.

Deszcze potargały świat, gdy tylko wróciliśmy do domu. I okay. No przecież nie będę wymuszać dłuższej zimy na naturze, byłoby to skrajnie anaturalne… ale będę tęsknić za śniegiem. Chociaż mam jeden wyrzut w sprawie braku słońca i nadmiarze wilgotności, bo zdjęcia wolę zimowe takie rozświetlone… z kropelkami tęcz i pryzmatów bawiących się ze światłem. Tak wolę… ale deszcz może być też. Bo deszcz oznacza, że można odpocząć i nie dusić. I jakoś tak pospać dłużej. Jak ktoś umie.

Albo popracować. Hihihihi…

Havgus… to czy mgła?

I cieplej.

I wiatr ucichł, a potem znowu się zbudził.

I nagle deszcz ucichł, kolejny dzień i wszystko jest takie dziwne. Nie zanurzone równomiernie w mgle, ale wiecie, poznaczone pasmami. Na logikę one pasma powinny być w dole, ale nie tutaj, tutaj są na wzgórzach… jakby po prostu to miejsce uznało, że fizyka i inne brednie, to nie dla niej.

I gdy człek tak jedzie przez tą niby mgłę niby havgus, to czuje się… otulony, bezpieczny, póki nie zobaczysz tych świateł gościa z naprzeciwka zbyt blisko swojej maski. Albo lepiej, jedziesz powoli i nagle wyskakuje ci gość bez świateł. Ja już nie kumam tego świata… ale nic to. Przeżyło się. Wiatr też się zerwał, a jednak mgła wciąż stoi. Bardziej jakby ktoś porozrzucał takie pajęcze wstążki na Wyspie, niż zgromadził wilgotność i temperatur różnicę wszelaką. Po słoneczności taka dziwna szarość i krótkowzroczność narzucona, dość zaskakuje. Ale tylko na ten dzień i następny, bo potem wraca słońce. I od wczoraj daje nieźle. Może i wietrznie jest i chłodno, ale krokusy i wszelkie hiacynty, choć z opóźnieniem, t jednak wyłażą. Wiecie, te wszystkie kupione po sklepach, które człek sobie wsadził w trawnik. Fajne takie, dzielne i przebojowe…

Z najnowszych wieści morderczych… sprawca nadal upiera się przy tym, że to baby wina iż ją zarżnął. Serio jestem ciekawa wyników sprawy. Mam nadzieję, że nadmiernie wiosny nikt nie poczuje, bo wiecie… to dość przerażające tak patrzeć jak w przyśpieszonym tempie wszystko się tutaj wali. Nagle durnowate na pierwszy rzut oka prawa, zrzucone z ambony, zdają się być tak bardzo niezbędne. Może i absurdalne, czasem brutalne, ale jednak poprzez swoje istnienie jakoś powstrzymywały ludzi przed pewnymi uczynkami, a teraz… śmieciarz mi dyktuje ile i co mam wyrzucić do worka, drogi są tak rozpierniczone, że część jest obecnie zalana i jak nas lekko nie przesuszy, to będzie buba, bo wiecie, u nas traktory jak w górach, pod kątem i napięciem… a takie błotko ułatwia ślizganie i walki gołych babek może, ale nie orkę.

A jeszcze kilka lat temu takie piękne drogi mieliśmy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przepowiednia… została wyłączona

Pan Tealight i Stary…

„Był po prostu idealną mumią.

A przynajmniej tak uważała Ojeblik, mała, ucięta główka, która uradowana śniegiem postanowiła sobie pospacerować i wypuściła się dalej niż zwykle. Na te części plaży, gdzie rzadko ludzka noga staje, bo tam wiecie, stoczyć się tylko można… a jej to zwyczajnie odpowiadało. Nie oszukujmy się, dobrze wiedziała, że kula to idealność.

Stoczyła się po lekko chropawym, podmarzniętym brzegu i wpadła na niego.

Nie jakoś delikatnie, nie kompletnie przepraszalnie. Wpadła z całym impetem, bo się zwyczajnie go nie spodziewała. Ludzie, a i większość ptaków, jakoś unikali tego miejsca. Tylko ona i Wiedźma Wrona Pożarta potrafiły docenić ono surowe piękno, świadomość nagłej zagłady i takie tam sensacje. Ale z racji, że się Wiedźmie Wronie przytrafiły problemy odbytowo-żołądkowe, więc ucięta główka wybrała się w śnieg sama. Z woreczkiem na specjalne kamyczki, z wszelakim zapałem i włochatymi rękawiczkami na uszach.

Z przeceny.

… więc na niego wpadła, a on, wcale jej nie zauważył. Zatopiony we własnych myślach, wpatrzony w spławik dziwnie, afizycznie zachowujący się na lekko wzburzonej powierzchni morza. W patyk, który stał na baczność bok niego nic sobie nie robiąc z uwolnionego z żyłki spławika, czy też żyłki, oplatającej go niczym ów sławetny, medicusa wąż… niczym chciane i niechciane, ale znane…

Może i był mumią?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hammershus…

No dobra, w końcu przybyłam, zdobyłam, zobaczyłam. Znaczy oczywiście chodziło o otwarty W KOŃCU nowy Besøgcentret przy ruinach Hammershus. Wiecie, ono coś, co doprowadziło do zburzenia tego muropruskiego cuda, no i tak dalej, znaczy się wydania 100 milionów…

Najważniejsze fakty.

Architekt, to ten sam, co zaprojektował przepompownię w Listed – chyba to przepompownia, bynajmniej coś przy rzeczce; ten sam, co stworzył w Svaneke wieżę ciśnień, to drewniane tipi z gołym dołem i… tamdadadaaaam operę w Sydney. Tia, w Australiowie. Serio. Nie kłamię. No naprawdę. Jørn Utzon. Ostatnio najsłynniejszy duński architekt. Podobno ten obiekt, który sfinansowała jakaś prywatna instytucja zaprojektował wieki temu, ale ponieważ dopiero teraz jest sławny, więc wiecie, no doczekał się realizacji, ale… ech, nie wiem od czego zacząć. Po pierwsze budowali to wieki, burzyli za to migusiem. Powycinali masę drzew, więc ziemia się osuwa, oczywiście ono cudo szklano-drewniano-betonowe jest w połowie w skale, ale jednak…

Poza tym…

… jak większość naszego małego świata odwiedziliśmy ono miejsce w świąteczny poniedziałek. No i był tłok. Straszny. Był też śnieg, który był piękny i widok, wprost oszałamiający. Ale… w środku właściwie poza onym filmem nic ciekawego i mało kibelków. Fajne tablice, fajny pomysł, ale nie do końca rozumiem motyw główny. Widok od środka super, ciepło i oczywiście spora, w połowie otwarta restauracja, ale wszystko jest dziwnie niedokończone, jakby stan surowy, lekki bałagan. Drugie, ludzie kompletnie nie wiedzą po co tutaj przyszli, a trzy… dzieciaki łażące po wielkiej czaszce, która mogłaby być fajnym motywem dla instagramowych szaleństw. Wiecie, tutaj dzieci mogą wszystko, więc… ugryź się starucho i tyle.

Najgorsze?

Dach, czyli taras widokowy. Kupa mokrego śniegu i totalna ślizgawica. Ktoś nie przemyślał dorzucenia czterech wąskich pasków gumowego cudu, który by sprawiał, że czy niepełnosprawni, czy z wózkami, nie potykaliby się, tudzież padali na mordę. Taras jest drewniany. W pełni drewniany w klimacie, który ostatnio jest przerażająco wilgotny zaraz się nieźle zazieleni i będzie ślisko czy to słońce czy to deszcz… zresztą, deszczowi się nie spłynie, bo rynien brak.

No… brak rynien.

100 milionów!!!

Na lody.

Wiecie, z nerwów wylądowałam w onej wietrznej, ale słonecznej śnieżności na lodach w kalas-kalas. I jak zwykle są super. Jest w tym coś niesamowitego, że między skałami stoi sobie lodziarnia i właściwie możecie i wykąpać się z tymi lodami – ze stworzonego mola nieopodal, albo li tylko pomoczyć nogi.

Możecie zjeść idąc i podziwiając szalone kolorki domków, tudzież dodreptać do kiosku z hamburgerami. No wiecie, deser może być pierwszy. Hihihi… Możecie zagapić się w morze, które nawet po tylu latach powoduje we mnie takie dziwne coś w środku, takie zmieszanie niedowierzania z zachwytem.

Takie trochę to zaskakujące, bo po 10 latach powinno puścić, chyba… a może to nigdy nie puści? A może to tak ma być? Bo przecież jak inaczej? Jak kochać, to na zabój i na zawsze, nie inaczej. Nawet kawałek ziemi. Nawet fale. Nawet drewniane, śliskie powierzchnie. Nawet mgły, havgus i tak dalej… i jedzenie lodów, gdy jeszcze śnieg, choć to początek kwietnia. Chociaż wieje tak, że łeb urywa, chociaż… ale czy to ważne. Kulka truskawkowych, koktajl czereśniowy z kawałkami czekolady i granaty. Sorbety, ale bajer niesamowity!!!

Zabawa taka, że hej, bo kto staremu zabroni?

Zabawa jest!

I zwłoki…

Intrygujące w zwłokach, czy raczej brutalnym zabójstwie, onej młodej kobiety jest co? A to, że kochanek sam zadzwonił z informacją, że on ją wiedzie, no zrobił właśnie tak na śmierć i bez sosu. I jeszcze głośno zwala na nią winę, że to jej wina, że on jest tego winny. Po prostu trzymajcie mnie, bo nie zdzierżę!!! Ona ponad trzydzieści, on ponad pięćdziesiąt. Czy jestem za stara uznając, że to trochę spora różnica takie około 20 lat? No serio? Rzeczywiście, jeżeli ona mu rzuciła w twarz, że: nie zabijesz mnie… to jej to udowodnił. Kurde no, jakoś go rozumiem, co nie znaczy, że nie powinni mu zrobić tego samego. W końcu było z pełną premedytacją…

Ale co będzie?

Nie wiem, ale ma wrażenie, że ostatnio trup się ściele u nas. Dodatkowo nie wiem, czy czasem promieniowanie nie wzrosło, bo rak szaleje… ma ktoś licznik Geigera na zbyciu? Bo może nam wzrosło promieniowanie rzeczywiście? Kto to wie? Niby wiadomo, na granicie zawsze radon, ale niejednemu na imię zbyt wiele radów. Kurcze człek się martwił, że z morza coś wypłynie, a tutaj własna… zaraz, a może jednak to wina onych prób budowlanych? Onych testów, które przeprowadzają w sprawie głupiego tunelu? No wiecie… szaleństwo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary… została wyłączona

Pan Tealight i Orzeszek…

„Wtoczył się tuż za wchodzącą z mroźności wietrznej Wiedźmą Wroną Pożartą całkowicie nie pytając się o zdanie, kompletnie chamsko i ogólnie mówiąc targając domowy mir. Takie pewne, że go nie wywalą, takie w sobie zadufane, a może… a może jednak tylko przerażone?

Może w rzeczywistości przed kimś uciekające?

Ale ta jego mina wyrzezana w skorupce, połyskująca lekko połamanymi zębami i wielkim jęzorem wilgocąca co chwilę usta, ze sczerwienionymi policzkami, łysą czaszką, znaczy bezwłosą, ale jednak poznaczoną strzępkami starawej, już gnijąco zielonkawej czapeczki. Ta mina ich nie przekonywała. Bali się onej pewności, wszelkiej, nadzwyczaj przecież dziwacznej na tak mały obiekt, pewności siebie, specyficznej twardości, która dziadkowi każdemu się oprze…

Wtoczył się razem z zimą, która stała się wiosną, gdy Wiedźma Wrona Pożarta przyniosła tłuste od masła naleśniki, by nakarmić nimi Mikołajów, zdepresjonowanych w tym okresie podobnie jak ona zawsze. Mikołajów, którzy nie uznawali innych świąt poza ichnimy, poza zimowymi, a z racji śniegu, wiecie, oczekiwali, że będzie znowu… bombkowo.

Wtoczył się i zaraz za progiem zakręcił i z dziwnym, zaskakującym dla wszystkich postukiem, wrócił na zewnątrz…

Może nie byli tym, czego szukał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr znowu się budzi, znowu zapowiadają śniegi…

Co jak co, ale z onych kwietniowych spacerów to raczej na razie nici. Pogoda wyłącznie dla tych zabezpieczonych maksymalnie. Ale może Wyspa zadecyduje wkrótce inaczej. Bo cokolwiek bym nie robiła, to wiosna nadejdzie, no i wszystko znowu się potoczy… rąbane koło. Czas płynie przecież dalej, mamy ten porąbany 1 kwietnia, jeden z dni, których serio nie rozumiem, a dokładniej, to którego istnienia nie rozumiem, bo jakoś one psikusy to nigdy nie są zabawne, a jak jeszcze ktoś dobrze trafi, to…

No więc kwiecień się zaczął i tyle.

Świat postanowił się nie zatrzymać i zaraz będzie maj, lato, potem jesień, zima… i znowu. Czasem sobie myślę, że to już za wiele, że jakoś tak za ciężko, ale potem człowiek się wali w łeb i zwyczajnie robi kolejny krok. Choć cała dookolność strasznie boli. Choć ona dookolność taka piękna.

Jeżeli chodzi o Wyspę, to jest Turyścizna.

Bidoki nadal szlajają się po ulicach, psioczą na wicher i śnieg i ogólnie mówiąc warcząco egzystują zamiast docenić ono mityczne, legendarne, przecudowne podobne szalenie niedoceniane, ono słodkie lenistwo, jakie oferuje im to miejsce. No bo przecież można i popić i pojeść i ogólnie mówiąc zostać pod kołdrą, i jakoś tak zapomnieć o wszystkim. Może ja nie potrafię, ale większość, spoglądając na badania, to raczej bardzo, a nawet bardzo very much!!! A ja? Może pójdę w końcu na lody? Zabawne zdjęcia ludzi zmagających się z pogodą, ale jednak siorbiących słodkości rozbija mnie totalnie. Wiecie, no przecież to nie minus siedemset!!!

A może jednak…

… a może jednak zostać w domu, nie stawiać czoła pogodzie? Może wypróbować ogólną leniwość? Ech, kogo ja oszukuję. Nie dam rady. Nie ma co tamto, to raczej na pewno nie dla mnie.

No i rzeczywiście…

O piątej rano jeszcze było zielono, w godzinę później biało. Przez wiatr i pełnię nie mogłam spać, to niczym dziwactwo koszmarne wstałam zbyt wcześnie i siedziała klikając w klawiszki. Przyznaję, że zieleń mnie zaskoczyła i to mocno. No bo przecież wieje tak, a i temperaturka lekko poniżej, a oni mi tutaj… no obiecali mi śnieg, to winni się z obietnicy wywiązać, co nie?

Ale jakoś tak w okolicach dziewiątej zaczęło się.

Najpierw padało wietrzyście przez kilka godzin, zdawało się, że śnieg nie będzie zostawał, że przecież to już kwiecień, że raczej nie da rady, ale… ale zaczął osiadać, lepić się, dołem przypominać kaszkę. I do tego ten straszny wiatr. Wyjący, ale i dziwnie tulący człowieka, huk fal, wszelaka dźwięczność natury, bez której nie umiem już żyć… a jednak nie mogę spać, więc pracuję, ale kątem oka widzę…

Biel.

I tak zasypało, że po kilku godzinach ślicznie wszystko zabieliło i posypały się wypadki. Mógłby człek pomyśleć, że się kierowcy przyzwyczaili do śniegu, ale widziałam i dziadka stającego nagle na wzgórzu, przy kiepskiej nawierzchni i to na zakręcie, więc… serio, ja po prostu nie kumam tych ludzi. Przez niego jedyną opcją było wypchnięcie pasażera by polazł popatrzeć, czy zza domowego węgła się coś nie wynurza, bo inaczej mogiła i czołowe!!!

No serio.

Ale zasypało i wiecie co, Lany Poniedziałek wstał słoneczny i wciąż niesamowicie, czarownie biały. Piękny po prostu, cudowny i niesamowity. Ciepły dziwnie, czarownie czyste, błękitne niebo i jeszcze to słońce już nie zimowe, dłużej świecące, takie nie na miejscu… i gromady ludzi i wszelaka dziwaczność…

Ale o tym następnym razem.

Bo wiecie, jak nagle po wietrznej czasowości nastaje taka krystaliczność powietrza, to zwyczajnie człowiek wylatuje w naturę i maca, odkrywa na nowo, od nowa, a i nagle spotyka to, o czym wszyscy chyba już pisali, więc czekajcie na opowieść świąteczną. Warto… będzie i o spieprzonych architekturach i szalonych budowniczych, o duchach i tym, że ludzie nie myślą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Orzeszek… została wyłączona

Pan Tealight i Kwitnij…

„Zewsząd słyszeli te szepty, piosenki, nakazy, błagania, lekkie proszenia, myślowe przymuszania… by rosły, kwitłyby się wiosenniły wszelakie zieleninki, krzewiny i drzewa. Słyszeli je, ale nie brali udziału w onym zaśpiewie. Nie składali nowenn, nie pisali psalmów, po prostu wiedzieli, że natur sama zadecyduje, a Pani Wyspy wciąż piła podejrzany wywar z Zimą, więc sorry misie, ale popada tutaj jeszcze. Może już nie będzie nie wiadomo minus ile, ale będzie minus…

Jednak inni nie dawali za wygraną i wciąż nucili. Fałszując, męcząc uszy, czy też inne organy za nie robiące. Tak po prostu myśleli, że mogą zwyczajnie nakazać naturze by robiła, co im się podoba. Albo one ich kalendarze, które tak lekko zapomniały stare powiedzenia, które odrzuciły wiejskie mądrości…

A ona… ona się wkurzała.

Dziwnie przymuszona.

Dziwnie zaogniona.

Dziwnie niechętna przymusowi.

Kompletnie nienadająca się by jej rozkazy wydawać, do poświęcenia oraz wszelakiej radosności, więc sorry. Nie będzie kwitnienia, będzie to, czego chce. Nie to, w czym najlepiej widzieliby ją inni. Nie to, w czym żyć i trwać nakazują jej wielce modni, przemądrzali i wszelako powtarzalni.

Oj nie.

Nie jej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dobra córka” – … jaka jest dobra córka? Jaka powinna być? I czy naprawdę o tym jest ta powieść? O dobrej, poprawnej, wygodnej córce? A może jednak o czymś innym, a tytuł to zmyłka?

Oj tak, tytuł jest jak najbardziej zmyłką, bo i córka nie do końca dobra i powieść nie taka, jakiej się spodziewacie. No wiecie, nie do końca dobra. Coś w niej nie gra, coś jest za płytkie, coś znowu nazbyt poplątane, ale to chyba taki już styl autorki. Ale sama fabuła, sama opowieść i wstrząsające zaskakujące zakończenie mogą przyciągnąć.

Nasza bohaterka jest… straszna. Rozumiem, że wiele przeżyła, ale jakoś nie do końca pojmuję, że dopiero teraz, że nigdy wcześniej, że jakoś jej to pasowało? Dzieci kochają nadmiernie swoje matki, to się zdarza, ale przecież powinna była chociaż dociekać, ale nie ona… Dlaczego? Przecież nie było jej tak wygodnie. Dziecięciu przerzucanemu z miejsca na miejsce, niemogącemu zawrzeć przyjaźni, poczuć się bezpiecznym. Przecież to opis koszmaru, który znam zbyt dobrze. A jednak, jednak Dahlia nie pytała. Dopiero teraz, gdy wszystko się kończy ona wraca do jedynego miasteczka i domu, który może nazwać rodzinnym, by sobie przypomnieć… ale co? No i tu klops, bo przypomina sobie tak wiele, że szczęka człowiekowi opada i tyle. Wszystkiego tego jest tak zbyt wiele i wszystko jest przewidywalne i sztampowe, że nawet ona tajemnicza druga narratorka tego nie ratuje. Nie no, pewno że powieść w ten sposób zyskała ponadnaturalny lekko smaczek, ale duchów się zbyt wielu nie spodziewajcie…

Ogólnie… można przeczytać. By popatrzeć jak można zepsuć dobry pomysł.

Bo pomysł był świetny, tylko coś poszło nie tak.

Turyścizna

Takie to szokujące i nagłe, gdy człek wyłania się w piątek z domu i oni są dookoła. Napierają na niego, kręcą się, a raczej snują niczym zombie w mocno paskudnej aurze. W szarościach, falościach i właściwie jeszcze tylko brakuje, by zaczęło lać. Na razie zapowiadają kolejne śnieżyce, ale wiecie, się jeszcze zobaczy… ale popatrzmy na nich. Oczywiście, że się nie przyszykowali, więc ze sklepów znikają wszelkiego rodzaju ogrzewacze. Łącznie z piwem i innymi tam, kupowanymi na kartony, walizki, skrzynki, zgrzewki i tak dalej.

Zresztą, po co się rozdrabniać, co nie?

Ale wróćmy do mojego zszokowania.

Jak po prostu jakiś dziki plemienny osobnik, który ludzinę to od wielkiego dzwonu widuje, a teraz nagle walą na niego takie zombie tłumy. Jakby mnie wrzucili do dziwnego, znajomego basenu, ale jednak pełnego obcych rybek. I to takich pod wpływem wkurwa i ogólnej degrengolady. Nie no, ja ich rozumiem, że mieli nadzieję na słonko i wiosenny klimat i tak dalej, ale jednak… bez przesadyzmu. Wyspa wciąż piękna i niesamowita. Zapiera dech w piersi, szczególnie gdy schodzimy z Gudhjemowej górki do siebie. Niby tylko kilka kroków, ale jednak… to wybrzeże!!!

Problem, na który spokojnie Turyścizna może narzekać, to wykopki. A dokładniej cudowna bruzda okolona palikami w wiosennym, pomarańczowym odcieniu, która skutecznie utrudnia poruszanie się po mieście. Ale spoko, kilka sklepów otwartych, lody są i wszyscy ślicznie się nimi cieszą nie bacząc na wiatr. Naprawdę mają z nimi zabawę jak zawsze. I to cieszy. Można zjeść prażone migdały – zajebiste!!! Kupić kartkę, trudniej już ją wysłać, kupić coś świątecznego i dekoracyjnego, a nawet i bombkę, bo czemu nie… Większość miejsc jednak świeci pustkami albo zamknięciem, poza lodami i wszystkim tym, gdzie można usiąść i coś zjeść. Co jak co, ale placki i pizze oraz wszelakie inne tam posiłki mają wielu zalotników.

Siedzą i jedzą, w cieple i wszelkiej zapachowości.

Wróćmy do wykopków… nie mam pojęcia co to było tym razem, ale miasto wygląda strasznie. Serio. Niegdyś Wyspa nie pozwoliłaby sobie na jakiekolwiek nieporządki na czas świąt, ale od kilku lat wszyscy mają wszystko gdzieś. Do tego bałagan. Co ja mówię – kurna burdel. Zamiast krokusów mamy torebkę z Netto, zamiast wiosennych irysów, krótkich i słodkich, jakieś kawałki plastiku. Naprawdę jak nie u nas.

Już nie wiem co się dzieje…

Wiosna.

Nie oszukujmy się jest. Jest w pogniecionych krokusach, w tych, które jeszcze nie wyszły, w onych irysach, które dzięki zabukowaniu się w jakichś niedociętych krzaczorach przetrwały przymrozki i wszelkie śniegopadanie. Natura robi swoje mimo braku słońca, czy też wszelkiego ciepła… które podobno ma nadejść na chwilę jakoś w przyszłym tygodniu i dobić nawet 15 stopni?!!! No nie wiem, pożyjemy obaczymy.

I tyle.

Ale najpierw podobno znowu ma się obziębić, obśnieżyć i tak dalej.

Koniec marca oznacza, że campingi się pootwierały, ale raczej w takich temperaturach, to chyba dziwnych tylko ludzi przyciągają. Zawsze jednak są hotele i wszelakie tam mieszkania i domki do wynajęcia. No wiecie, wsio już gotowe. W niektórych może jeszcze jakieś remonty, w tych prywatnych nawet generalne. Za oknami, które nie zawsze widują ludzi po obydwu stronach ruch… wiecie, wszelakie uśpienie się powoli rozmywa. Już wszystko się budzi chociaż czasem funduje sobie jakąś drzemkę.

Czyli jak co roku…

Że tak powiem, ponownie czas koło zatoczył i budzi się w lekko zmienionym świecie. Tutaj brak drzew, tutaj całkiem ich brak, no i jeszcze ta rudera niegdyś nawiedzona w Gudhjem. Białe pustaki, trochę szkła i brak dachu na wzgórzu odartym z zieleni. Warto zobaczyć, choć straszy i kompletnie nie pasuje do otoczenia. To zielone wzgórze było jakieś tajemnicze i fascynujące, a to teraz jest po prostu straszne, brudne i oszpecające okolicę. Ale co zrobisz? No nic nie zrobisz, możesz się tylko pośmiać, że zaraz obok do kupienia jest działka za takie miliony, że łeb mały. A tak, malutka działeczka, ale wiecie z widokiem, taka, w której dyktują wam jak się macie pobudować i jak ogólnie żyć i jeszcze Turyściznę biegającą pod oknami tolerować, bo przecież dróżki nie zlikwidują, co nie? A… i jeszcze będą owce, które nieźle czasem trelują. To jak?

Kto kupuje?

Kto chętny?

Wiosna, zmiany.

Czyli jak wszędzie. Bo przecież bez tego nie da się. Nie można żyć w stagnacji. No nie można, ale jednak, jakoś tak przecież bezpieczniej, bardziej pewnie, znajomo. Jakoś tak człek ma tyle na głowie, że te zmiany w otoczeniu, to serio dają zwyczajnemu człowiekowi w kość.

No ale… wiosna…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kwitnij… została wyłączona