Pan Tealight i Kocia Opera…

„Pośród wichury i ulewy, gdy wszystko jakoś tak lata, unosi sie i nie dba o grawitację… one urządziły koncert. Pewno coś z akustyką, no ale…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3380

Z cyklu przeczytane: „Naznaczona” – … czwarty tom. I wiecie, wychodzi na to, że to jeszcze nie koniec, choć spoglądając na worki z krwią, znaczy tych no tam… ludzi, to chyba nie mają się najlepiej. Nie w tym świecie. A mogło by tak fajnie, gdyby tylko ludzie, jak zwykle, nie zapragnęli wszystkiego dla siebie.

Wszystkiego zniszczyć…

Tymczasem Dziedziniec i świat z nim powiązany szykuje się na najgorsze. Wizje są coraz częstsze, przeczucia męczą, wieszczki łkają… Wiadomo, że to wszystko nie skończy się dobrze. Ale czy przetrwają choć niewinni? A może pierwotne siły tego świata postanowiły zmieść wszystkich? Wszystkich, którzy nie są terra indingena? Simon się boi. Oczywiście, że nie o wszystkich ludzi, ale o nią… bardzo. Bo dla niego i innych mieszkańców Dziedzińca życie bez Meg nie istnieje. To ona ich związała i zmieniła. Uczyniła lepszymi i mądrzejszymi, ale to co cassandra sangue nosi w sobie, nie jest łatwym brzemieniem. Czy mu podoła? A może przegra? I co z tym wspólnego mają tajemnicze karty?

Dobra… jestem totalnym dzikusem. Nie pojmuję miłości ludzkości do wielkich budowli i betonu. Kocham drzewa i kamień, więc dla mnie LPiNW to zwyczajne skurwy… Czuję ulgę, gdy im się obrywa, ale też się boję ilu niewinnych zginie, nim ktoś zareaguje. Nim Natura odpowie. Bo ona w końcu odpowiada i otrzymujemy spójną, powiązaną z poprzednimi tomami idealną kontynuację historii tego cudownego świata. Może i okrutnego, ale taka jest Natura przecież. Świetnie napisaną, bo Anne Bishop nie potrzebuje wielu słów by oddać piękno i głębię, ale nadzwyczajnie umiejętnie potrafi ich używać. Nie wiem jak to robi, ale czułam i śnieg na skórze i deszcz i krew z ciała, które już nie żyło. Przemoc i miłość, wilcza dzikość, piękna i nienasycona, oraz ludzka delikatność, ale i obrzydliwa przebiegłość. W tej historii nigdy nie jestem jednym z ludzi. Raczej jednym z tych, co potrafią przyjąć ich kształt, ale zupełnie ich nie rozumieją…

Pamiętajcie, że ten cykl trzeba zacząć czytać od początku, ale ostrzegam… zaczniecie inaczej spoglądać na ekologię, dzikość oraz naturę. Po tych tomach nie ma już powrotu do betonowych miast bez dziwnego łkania w piersiach. Bo powieść, choć pewno na taką nie wygląda, inteligentna jest i przemyślana.

Zaczepiście mądra.

IMG_5338

Hmmm…

Idzie człowiek na spacer i zlizuje z gałęzi zamrożone kropelki. Wiecie, tak tylko niewinnie i lekko zamrożone… dziwnie miękkie, dziwnie nierealne, dziwnie nietwarde. Bo w końcu lekko buja się temperatura powyżej zera, a śnieg, ech pozostały po nim tylko czapy. I co zaskakujące, to więcej dookoła Gudhjem, niż w innych częściach Wyspy. Ale nic to. Może jeszcze napada, bo słonko, które waliło o poranku, nagle się schowało, zniknęło, jakby wiecie dostało wpiernicz od tej dziwnej, ciężkiej chmury… śniegowej takiej. Może więc lepiej zrobić zakupy? No wiecie, jakby nas znowu miało odciąć od świata, to lepiej mieć co jeść w domu. No chyba że znowu prąd zniknie, to kurcze na sucho będziemy makaron wcinać. Ciekawe, czy wtedy lepsze rurki, kolanka, czy jednak nitki?

Hmmm… no nie wiem?

Wiem za to, że trzeba sobie coś skołować, co choć zagotuje wodę na herbatę. Wiecie, podgrzewacz w wersji mini. Taki co wodę na herbatę i może jeszcze wiecie, zupkę chińską, którą akurat w moim przypadku lepiej zagotować niż ino zalać. No zboczenie takie. Ino nie gaz. Błagam, ja z czasów, gdy butla gazowa była obowiązkiem posiadania, uraz mam. No ale… na razie lepiej wiecie, się zabezpieczyć żywieniowo…

Lezie więc człek do sklepu, a tam co?

A bryndza. I to wiecie ona bryndzowa bryndza. Najpierw zagląda do Lidla, bo przecież mieli warzywka, a tam nic. Kurcze, totalne nic! Serio, puste półki, aż człowiek ma jakieś takie przebłyski z przeszłości. Tutaj żadnych warzyw owoców, kilka cytryn i limonek w maciupkiej skrzyneczce… serio? O co chodzi? Przecież morze spokojne, cudownie płaskie, na brzegach fioletowo-błękitne, w mokrości szarawe, a tutaj nic? W naszym sklepie tez bryndza, dopiero gdzieś w centrum Wyspy człek znajduje jakąś względną zieleninę. Nosz kurcze, bycie niemięskim jadaczem to koszmar totalny. Ech!!! A jeszcze takim, co etykietki czyta, to już wiecie, totalnie ma się przesrane. W dzisiejszych czasach głupota i analfabetyzm wzmagają spokojność w ludzkości. I wiara w jakiegoś boga… albo kilku, a jeśli o tym mowa…

To…

IMG_6935

Mamy nowy kościół na Wyspie!!!

Zwie się to Vineyard Church, coś o czym nie miałam pojęcia, więc wiecie, se wygooglałam. I dziwne to trochę, chyba lubią śpiewać. Ale, oczywiście nie oznacza to nie wiadomo jakiego budynku, a raczej dwójkę ludzi – kapłanów – on i ona plus ich trzy córki. I wiecie, pewno zaczną różne tam… pewno everybody welcome, ale…

W sprawie kościołów to wiecie, no są, znaczy na Wyspie. Kilka nawet do zwiedzania, a raczej wszystkie. Większość oczywiście ma przy sobie jakiś tam cmentarz, ale nie każdy. Dlaczego? A bo u nas kościół niekoniecznie oznacza budynek sakralny a i dom nie do końca niesakralny być musi… wiecie. Religią na pewno tutaj jest natura i Wikingowie. Młot Thora jest istotny i obecny, tym bardziej, że niektóre to kopie znalezisk z Wyspy, mam je na szyi i w innych miejscach… bo przecież czemu nie. Wchodzisz między wrony to kraczesz, aczkolwiek w moim przypadku, to kracząca byłam już wcześniej. Poganie są raczej codziennością. Nikt się nie afiszuje, nikt nie szaleje. Po prostu chodzą, dzikusują się i tyle…

Jaka będzie przyszłość nowego kościoła? Spoglądając na wyblakłe napisy na niektórych domach, to może być marna. No chyba, że serio będą tańce, śpiewy i ciasto. Jak będzie ciasto i pićku, to ludzie przyjdą. To cudowny przepis na zagonienie Tubylców w jakieś miejsce. Oczywiście wszystko musi być za friko. No sorry!!! Ale jeżeli ktoś myśli o przeprowadzce na Wyspę, to lepiej bez chrześcijaństwa. Serio, jeśli o to chodzi to nej, tak. Zwyczajnie nie lubią. Może i mają uraz, może i jakieś atawistyczności po przodkach, może kiedyś ktoś tam bubu, a może wiecie, moja teoria o tym, że Północ tak naprawdę nigdy się nie schrystianizowała ma rację bytu? Zwyczajnie pytanie o to, gdzie są msze po polsku, ekhm, no sorry, ale mnie zawsze coś świerzbi i reaguję tak jak ona dziewuszka z Egzorcysty. Lepiej zwyczajnie nie. Ale wolność mamy. Nie no, oczywiście że jest wolność wyznania, ale jednak lepiej wiecie, wyznawać Wyspę gdy na Wyspie. Bo to zwyczajnie mało uprzejme… tak z innymi bogami się tutaj pakować.

Zresztą…

Wyspa nie lubi nazbytniej konkurencji.

A raczej mocno jej nie toleruje.

IMG_6942 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kocia Opera… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Matematyk…

„Jeden do jednego daje dwa, ale nie zawsze, bo czasem… no właśnie, czasem wychodzi trzy, a czasem jeden i wcale nie musi to być bardzo zaskakujące. To dlatego Wiedźma Wrona Pożarta mimo swego zamiłowania do symetrii, wszystkiego po trzy, tudzież wyimaginowanych zachowań spektrum OCD i ukochania porządku, nie trawiła matematyki. Geometrię może trochę, może nawet cokolwiek widziała baśniowego w zadaniach opisowych, ale taka tabliczka mnożenia… do dziś stosowała dziwne triki, albo zwyczajnie kombinowała.

Czy dlatego się pojawił?

Gdy zapukał, Pan Tealight się wzdrygnął, mimo iż przez maleńkie okienko u szczytu drzwi widać było wyłącznie idealnie wysklepiony melonik w kolorze nieprzebranej czerni. Wyczuł sumy i różnice, pierwiosnki i pierwiastki i… no wiecie, te równania i mnożenia i inne tam. A jakoś serio nie do końca przepadał za tym wszystkim. I wcale nie chciał otwierać Panu Matematykowi. Powstrzymał nogą Wiedźmę z Pieca, tą chudszą i pokręcił głową, potem pogroził dłonią Ojeblikowi i jednemu z Kopciuszków. Drzwi zadrgały po raz kolejny przed pukaniem, ale jakoś Wilkołaczek wyczuł, że nie wolno się odezwać. Wszyscy się zatrzymali, nawet samo Białe Domostwo chłostane Kolejnym Wiatrem przestało drżeć. W Podziemiach i Jaskiniach też nastała cisza… oj oczywiście, że musiał coś wyczuć, bo już nie zapukał, za to zaczął coś skrobać kredą na Drzwiach, które oczywiście, jak to one, zaprotestowały.

Buchnęło, huknęło…

Wiedźma Wrona Pożarta, która dotąd kryła się w krzakach widząc ono dziwne zagrożenie, przeszła przez dziurę omiatając szarawy pyłek z powietrza, siebie i ziemi. Drzwi oczywiście zaraz się odrodziły piszcząc i skrzypiąc. Oburzone na cały świat, ale też i odczuwające ona wdzięczność płynącą z wnętrza Domostwa.

Czy on zginął?

Nie no, oczywiście że nie, przecież był czymś na kształt PoPradawnego… po jakimś czasie pył uniesie się, zmaterializuje, poleży w jakiejś idealnie kulistej dziupli czy dziurze w kamieniu i się odrodzi… niestety.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4784

Z cyklu przeczytane: „Zdążyć przed zmrokiem” – … straszna. Tak naprawdę i do końca przerażająca. Ale i inna trochę. Miejscami bardziej opowieść człowieka, historia pewnej przyjaźni niż zwyczajny kryminał i śledztwo…

Gdy na kamieniu ofiarnym zostają znalezione zwłoki dziewczynki do śledztwa, dziwnym zbiegiem okoliczności, przystępują „świeżaki”. Najmłodsi ze śledczych, dziwna para przyjaciół, których reszta gliniarzy nie do końca rozumie. Ale tak naprawdę to on ciągnie tą opowieść. Od swojego dzieciństwa, od dziwnych wydarzeń, od przeszłości, która teraz do niego wraca, ale czy na pewno? Czy to co stało się wiele lat temu teraz się powtórzy? Ale przecież to tylko jedno ciało.

Tylko jedna dziewczynka.

Książka jest inna. To kryminał oczywiście, ale i historia pewnej przyjaźni, opowieść o zniszczonym życiu, które tak naprawdę nie ma nadziei na poprawę. Opowieść młodego mężczyzny, ale też i historia rodzinności. Onej kruchej cząstki społeczeństwa, która kryje tak wiele tajemnic. Może i więcej, niż komukolwiek się zdaje. Może i są one bardziej bulwersujące… tak, ta powieść odziera rodzinę ze wszelkiej świętości. A może jest tylko prawdą, w końcu wyrzuconą na powierzchnię?

Warte przeczytania.

IMG_8490

30 lat temu Wyspę zamknął snestorm i mieliśmy prawie – 30… czy to się powtórzy? Pewnie nie, ale najpierw pojawiły się zapowiedzi, a potem nastała…

Biała ciemność…

Taka szarówka już teraz, ze zbliżającym się mrokiem nocy. Śniegiem padający tak jak mu się podoba, stroniącym od praw fizyki, olewającym grawitację. Wiecie, no ściana, snow globe cudowny, gdy tylko siedzisz w domu, bo mierzyć się z tym czymś teraz, to raczej nie jest dobry pomysł. Niektórzy umykają z pracy wcześniej, by nie zostać odciętym od rodziny, inni znowu kumulują się w sklepach, bo przecież pamiętają co działo się 7 lat temu.

A tak, 7 lat temu. Legendarne opady śniegu. Masa problemów, helikoptery i cudowna niemożliwość wyjścia z domu, ale internet i prąd był, więc bez urazy. Pewno, że niektórych wydobyli spod śniegu dopiero po tygodniu, ale jakoś wszyscy to przetrwali. A jednak, nagle prepersi zyskują na wartości, czyż nie? Nagle uświadamiasz sobie, że to co masz pod ręką, to pewnik, a to co w sklepie, nawet oddalonym o kilka kroków, to ino mrzonka wydumana. Zaczynasz na wszelki wypadek posiadać kilka puszek, jakieś ciastka, trochę wody, czegoś słodkiego, leki… papier toaletowy i mu podobne. I coś, co kurcze podgrzewa wodę, bo ja bez herbaty nie mogę. Pewno, piecyk zwykły żeliwny byłby mega, stawiasz na nim czajnik, masz i jedzonko i picie i ciepło. Że co, że ekologia? Hmmm, przy takim wietrze to jest ekologia.

Ekologia przetrwania.

Sklep oczywiście zamknięty, więc pluję sobie w brodę, że nie zaufałam przeczuciu i nie nakazałam Chowańcowi wcześniej wyleźć z pracy i zrobić zakupy, ale wiecie, znowu będzie się śmiał, że panikuję… a może jednak panika nie jest zła?

IMG_4223

Bo widzicie, w końcu…

Wyłączają prąd… w świecie, w którym normy ekologiczne wyrzuciły z domów one piecyki. Nie no, pewno że niektórzy jeszcze mają, ale palą w nich sporadycznie. Ci przeżyją. Nie będzie im zimno. Zagotują herbatę, a nie jak ja żuć będę suche liście zielonej.

Wytłumaczcie mi jedno, w jaki sposób brak prądu dzieje się na Wyspie, która sama ów prąd sobie robi? No do cholery jasnej w jaki sposób? Że niby nasz prąd idzie gdzie? Niemcy? A może inne tam państwa? Że my takie wieśniaki robiące na wielcepaństwo? A może to tylko kabelek jakiś. Ech, nie wierzę im. No bo jak, od tylu wiatraków i rozdzielni ino jeden kabelek i pogrążył Wyspę w totalnej ciemności? Serio? Ech, mój brak zaufania do władz wszelakich i wszystkich innych zaczyna być legendarny wręcz.

I wręczemocny!!! I…

No dobra, po prawie półtorej godziny prąd powrócił. W mitycznym Międzyczasie zdążyłam ocieplić się pod ostatkami wody w prysznicu, uświadomić sobie własne uzależnienie od herbaty i wiecie co, przemyśleć ilość koców w domu. Potrzebuję więcej, ale jakiś takiś ciepłych, ale wiecie nie pylących drobinkami włókien i mało sztucznych. Ale nie wełna, zatoki od niej mi szaleją. Coś takiego, wiecie, jak za dawnych czasów może? Czy takie koce jeszcze istnieją? Ciepła normalność nie wymagająca wnętrza dopiero co ubitego zwierza jak w Gwiezdnych Wojnach?

Wieje i sypie… dotarcie do sklepu zmienia cię w bałwana, po drodze widzisz tych, co się zakopali i autobus, który służby próbują wyciągnąć pod górkę. Nikt już nie odśnieża, bo przecież nie ma sensu. I tak zaraz zawieje, ale ostrzeżenie było. Miejmy nadzieję, że wszyscy posłuchali. Ja mam swój mały zapas jedzenia. Na liście zapiszę sobie jednak takie cudo, co to wodę podgrzewa świeczkami, czy innym ustrojstwem. Ale nie butle z gazem, one mnie przerażają…

Przez zalepione okna widać nic.

Fajne jest nic!!!

PS. Okazało się, że to nie był kabel! No wiecie, tak podali w gazetach, by było widać, że ich to obchodzi… by cokolwiek napisać, a serio jakaś stacja pierdyknęła.

IMG_6919

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Matematyk… została wyłączona

Pan Tealight i Inna Królowa Śniegu…

„Podobno były trzy… zresztą, czyż nie zawsze tak jest.

Kobity, to lubią występować albo pojedynczo kumulując w sobie wszystką moc, mając jedno ciało dla wielu dusz, albo silnymi trójkami: ta od przeszłości, ta od teraźniejszości i ta od przyszłości. Ta co plecie, ta co tka i co przecina. Ta, która chce, która bierze, i która zwyczajnie nie do końca jest wszystkiego pewna.

Ona była tą Inną Królową Śniegu.

Nie oną piękną, poważną, powalającą spojrzeniem, wokół której wibrowały ułamki Tajemnego Lustra. Nie tą, która władała Mrozem, Śnieżycą, Szronem, Szadzią i innymi twórcami… ona była tą, która po prostu korzystała i bawiła się, gdy tylko temperatura spadała poniżej cholernego zera. Wiecie, tą, która konstruowała te takie sopele o kształcie… ekhm, nadmuchanych nożyczek. No wiecie, dwie kulki i armatka i zagadka. No i tą, która barwiła sopele na żółto, by odstraszyć i skonfudować innych i oczywiście tą, która tworzyła najbardziej seksualne snestormy, bo przecież to czas na seks i zwyczajność, bo przecież zaciemnione, a jednocześnie zajaśnione okna, to odpuszczenie grzechów wszelakich…

Inna uwielbiała zwyczajnie się bawić. Nie poddawać się jakimkolwiek prawom, a już na pewno nie ciotce Królowej. Wiecie tej od Kaja, co to lubi małych chłopców i ma awersje do mniejszych dziewczynek. Może i wydawało się jej, że rządzi wszystkimi z prawa starszeństwa i wszelkiej tam normatywnej doskonałości robienia wielu rzeczy wielokrotnie, ale… też nie słuchała Wielkiej Królowej Śniegu. Tej milczącej. Podobno pradawnej bardziej niż lodowce i plamy na fartuszku kucharki. Bo po prostu nie. Bo dlaczego miałaby…

A może… zwyczajnie była inna?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_2266

Z cyklu przeczytane: „Naznaczeni śmiercią” – … wielka promocja. W końcu to kolejna powieść autorki Niezgodnej. Trylogii przeniesionej na wielki ekran, posiadającej niezłą grupę zwolenników. Ale czy to powieść podobna do poprzedniej… eee, no tak i nie, wiecie. Znowu mamy młodych, znowu przeciwne ugrupowania, trochę Romea i Julii, no wiecie, trochę tak jak zwykle. Dzieci chcą ratować świat, bo wierzą, że wszystko można ułożyć inaczej…

Tym razem jednak znajdujemy się na całkiem innej planecie, podzielonej pomiędzy dwa ludy. Ci pierwsi mieszkają na lodowej jej części, ci drudzy… do końca nie wiadomo, ale wszystkich łączy nurt i dary, jakimi są dzięki niemu obdarzani. Wiecie, ten nic nie czuje, tamten czuje zbyt wiele, ten wie wszystko, a tamten znowu potrafi każdemu poprawić humor. Czyli, to już było. Do tego są wyrocznie i coś na kształt Zgromadzenia Planet, które jednak niczym nie przypomina tego ze Star Treka, bo kurcze… Bo widzicie, w tej powieści zabrakło opisów i tak serio to nie wiemy nic. Ni jak wyglądają domy, ni jakie świat ma podstawy społeczne. Masa dialogów, zbyt mało przemyśleń, a jeśli już, to powtarzają się one planetowe truizmy…

Powieść jest… jak innych wiele. Może i to nie dystopia, ale czy do końca, bo mi się wydaje, że ten wiat się wali. Jeśli jeden świat może robić wszystko, a inne nie reagują, to kurcze coś jest nie tak. Na szczęście nie ma maślanych oczu i nadpobudliwie zakochanych nastolatków, za to są młodzi ludzie, którzy jeszcze wierzą – ot przywilej młodości. I są tajemnice, bo wiecie, gdy książka – pierwszy tom dylogii – się kończy, nagle okazuje się, że nic ni jest takie, jak się wydawało.

Czyta się to szybko, a raczej omija podobne do siebie sceny. Ta powieść miałaby w sobie jakiś potencjał, mogłaby przedstawić rozwój osobowości bohaterów, gdyby tylko czytelnik wiedział, gdzie tak serio się znajduje, a tak… a tak wie tylko, e gdy kupi w przedsprzedaży, to dostanie epilog do poprzedniej powieści Roth.

I tyle…

img_4125

Śnieg!!!

Boski i cudny i wszelako jak zwykle poziomo padający. Zaczęło się w sobotę, ale dziwnie nieśmiało, jakoś tak skromnie, przy miło spadającej temperaturze… ale bez szaleństw oczywiście, na pewno nie przekroczyliśmy – 10. Chyba? Mniejsza… zaczęło się i trwało. Może płatki były malusie i człowiek przez cały czas bał się, że stopnieją, że zanikną i nagle, na chwilę odwrócił głowę i już było. Zabielone. Czadowo i niesamowicie… nic to, że już nadbiegał wieczór, oj nic to. Przecież można wyjść na spacer, czyż nie?

Kto mi zabroni?

… więc wychodzę. W śnieg i lekką zawiejkę. W całą oną niebieskość, bo przecież wieczorem, nad morzem, wszystko jakoś tak się niebieści. Ta biel też zdaje się być niebieskawa. I drzewa, choć te bliższe granatom. Najpierw kawałek miasteczka, potem las i pola… przejście przez rzeczkę, która lekko się omroziła i w górnych rejonach dziwnie odstaje od czarniawej wody. A potem morze. Oczywiście, że musi być morze, bo przecież… śnieżna plaża to taka rzadkość. Tak ogromna rzadkość. Zwykle wiatr spędzał śnieg ze zmrożonego piasku, ale nie dziś. Dziś plaża niebieskawo-bieleje. W oddali ciemnawo-granatowe morze. Wyrazista linia między jednym i drugim. Zrozumienie. Pogodzenie sie z losem. A na morzu… kamienie z białymi czapkami. Nieruchome, a jednak bardziej w taki dziwny sposób, w który starają się nie zrzucić ich sobie z głów. Jakby to było najważniejsze. Utrzymać śnieg na sobie jak najdłużej. A nadbrzeżne trawy i wierzby przy rzece… ośniezone, spokojne, dziwnie w końcu nieruchome…

I lampy.

Bo przecież choć Wyspa ciemnawa i oszczędna, to jednak wczesnym wieczorem lampy przy ulicy się świecą, niczym żółtawe słoneczka, a może świecące żółtka jajek stworów z całkiem innej planety? Kto to tam wie te lampy. Wyglądają tak niezakłócająco, jakby nie chciały nawet naruszyć onego bezwietrznego spokoju. Bo w końcu zawiejka ucicha. Dziwnie zaskakująco. I cicho jest i tylko skrzypienie śniegu coś mówi…

img_6881

Morze szaleje w tej swojej spokojności, a lekko skostniali ludzie po raz kolejny przypominają sobie czym jest zima. Jedni trzymają kciuki, by śnieg dotrwał do jutra, a inni znowu obiecują sobie przespać wszelaką mroźność…

Ja wyjdę jutro na spacer i pójdę w las.

Tam, gdzie ślady zajęcy i sarenek, gdzie obciążone wysokie iglaki dumnie nosza swoje białe nakrycia, a cała reszta liściastych golasków robi im za zaskakująco kolorowe tło. Bo przecież gałęzie ponownie zaskakują odcieniami bieli, szarości, rdzawości i granatów. Nie mam pojęcia jak to robią, ale robią. Czarująco. I będę chodzić i myśleć i odmalowywac sobie w głowie te wszystkie obrazy. Owe oddalenie od wszelkiej cywilizacji, one zamarznięte lekko wszelkie wodne zbiorniki…

Zima.

Na Wyspie to zawsze zaskoczenie. Od czasu wzmożonej oszczędliwości nie oczyszcza się już dróg bocznych, wyłącznie główne, co oznacza, że wszelacy mieszkający w gårdach osobnicy bardzo marudzą i sami muszą się zająć swoimi podjazdami. Na pewno ucieszyli się, że w poniedziałek śnieg od rana zaczął topnieć. Nie dość, że temperatura podskoczyła, to na dodatek jeszcze zaczął padać deszcz, a w powietrzu rozeszła się wilgotność, która byłaby w stanie doprowadzić do wzrostu nasionko rzucone w powietrze. Tak wiecie, w mgnieniu oka. Śnieg się skończył, ale obiecują kolejne mroźne dni i wszelaka kratkowatość aury. Ponad zerem i poniżej zera. I mokro i sucho. Wiecie, co się tam Wyspie zachce, co tam wiatry jej przywieją.

I fale… nie zapominajmy o falach!!!

Ja tam się cieszę, że śnieg był. Może nie tak fascynująco skąpany słoneczną mroźnością jak rok temu, ale jednak człek się pomoczył!!!

img_6034

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inna Królowa Śniegu… została wyłączona

Pan Tealight i Oblodzony…

„Pojawił się nocą.

Granatową i mroźną… może niezwyczajną, bo przecież Wyspa raczej stroniła od nadmiernej mroźności, może i wysoce mało prawdopodobną? Taką, o której Mała Wiedźma marzyła zawsze, a Wiedźma Wrona Pożarta tego w sobie nie zmieniła… nie do końca śnieżną, ale zapowiadającą biały opad, nie do końca ruchliwą, bo każdy krok zdawał się dopuszczać do ciała więcej lodu… Fascynującą, przed którą wody wzburzone morza dookolnego podniosły się ponad wszelką miarę, a sama Wyspa miała dość materiału, by tworzyć cuda z lodu…

Przybył.

Bardziej przypominając dzieło cukiernika niż kuter. Serio, aż się chciało polizać. Niesamowicie granatowy fondant dookoła, czerwony, najczerwieńszy stateczek z białymi barierkami, a może raczej ino oblany lukrem. Lukrem specyficznie formowanym, spływającym tutaj swobodnie, tam znowu muśniętym wiatrem, dziwnie uczesanym, malowniczo falującym… Tutaj zwisały, niczym grzeczne, karne żołnierzyki równiutkie sopelki w niewielkim wzroście, a tam znowu, jakoś tak pochyleni, miejscami byli wielcy i poskręcani niczym warkocze, te odrzucone przez żądne spolegliwie noworocznych zmian Syrenice

I się spotkali.

Wiedźma Wrona i Lukrowy Kuter. I się sobie bardzo wzajemnie spodobali. I już, ale to po prostu już ona wyciągnęła dłonie, miała przekroczyć nie do końca szeroką czerń czarniawej, morskiej lecz portowej wody i wleźć na niego i dać się porwać i po prostu nie wracać… I już on ją miał chwycić, omotać tym słoneczkiem zimnym, które trzymał na uwięzi i sopelami specyficznie ruchliwymi, chwytnymi… I już jej miało nie być, a on miał w końcą jakąś ją mieć… i już się w siebie zapatrzyli, ona zauroczona formami słono-lodowymi, i już miało się stać…

… gdy Chowaniec, instynktem kierowany, a może Wyspy podszeptem chwycił swoją wiedźmę i popchnął lekko w całkiem inną stronę. Gdzie beton, budyni, gdzie klombiki teraz śpiące i działko gotowe by wystrzelić, mimo zaczopowania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3013

Z cyklu przeczytane: „Sacrifice” – … film. Oglądałam, a jednak… kurcze książka to nie film. Więcej elementów, więcej niespokojności, większe napięcie!!! Niby podobne, baza wspólna, a jednak kurcze, całkiem inne.

Nasza bohaterka pragnie dziecka. Ale teraz musi odnaleźć się w innym świecie, w innym domu, nowej pracy. Będą się z mężem starać, ale jednak może przez chwilę powinna zwyczajnie zająć się nową teraźniejszością dookoła siebie? Cóż, wszystko się zmienia, gdy wykopuje na własnym polu zwłoki. Kto to? Dlaczego pochowano ją na jej polu? Co wspólnego ma jej śmierć z nią samą?

Dziwne wyspy, dziwny nowy świat.

Dziwni ludzie. Mocne, kobiece bohaterki i pokręceni faceci. Śledztwo, ale i masa legend. Oj tak, legend ta powieść jest pełna. Legend wciąż żywych. Świadomych i bliższych religii niż tylko starym opowieściom. Historia jest szybka i choć – tak oglądałam film, więc mniej więcej wiedziałam jak się to skończy – mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka, to mnie zaskoczyła. I to całkiem mocno. Bo książka, to jednak coś innego. Opowieść o ludziach, o wspólnocie, o naturze. O specyficznym miejscu, w którym nie kazdy może sie odnaleźć, żyć, a tym bardziej założyć rodzinę.

img_8495

Oblodzone.

Statek chyba z Dziwnowa. Oblodzony maksymalnie. Noc, w górze granat dzięki mocnej lampie na statku, kilku panów starających się choć obskrobać ociężały od lodu pokład… ciekawy, niczym wywleczony z jakiejś całkiem mroźnej bajki. Gdzie Inna Królowa Śniegu ma swoja wyspę, całkiem prywatną, wyspę, którą pokochała i całkiem z niej wszystkim może władać. No wiecie… czyste dzieło sztuki, które zniknie, gdy na nie się chuchnie!!! Wiecie, mocniej chuchnie, dmuchnie suszarką do włosów, nazbytnio przegrzeje. Dzieło, które dostępne jest tylko w określonej temperaturze, całkiem słone, całkiem niesamowite. Ugładzone wiatrem, ułożone falami, tutaj skroplone, tutaj zlewa się soplami, tam znowu grudy zgromadzone na pokładzie.

Czysta opowieść o podróży…

Przez morze…

Morze rozszalałe i przepełnione. Tworzące z płynności stałość, wcale tak nie kruchą przy takich warunkach. Czasem i śmiertelną.

Czasem…

Nie wiem, czy to tylko przez to, że mieli zapaloną lampę na środku, czy dzięki jakimś magicznym, krakenowym podświetleniom od dołu, trochę ta jednostka przypominała mi porzuconą Pannę Młodą. Wiecie, tą, której ktoś obiecał wszystko, a ona uwierzyła. Ubrała się w swoje wyśnione ciuszki, suknię białą, welon z chmurek… a potem, a potem czekała. I właściwie nadal czeka, a dookoła niej po prostu świat się przesuwa, bo jego nic to wszystko nie obchodzi. Bo przecież cóż tam ból jednej duszy, złamane serce sztuk jedna, gdy wszystko dookoła i tak się wali. Bo przecież pewno sama chciała, czyż nie? Nie trzeba było wierzyć i ufać. Ktoś tam rzuci, że chłopy to samo zło, a w ogóle biel wyszła z mody… zwykły statek, a raczej kuter rybacki na czterech chłopa i nadzieję na połów i powrót do domu, a tak wiele w nim historii. I pierniczonego człowieczeństwa, które zamiast zajmować się najpierw tym, co dookoła niego, szuka innych problemów.

Panna Młoda w porwanej sukni, wilgotnej, miejscami się skraplającej. Już nie czekająca, już wiedząca, że nic z tego nie będzie, ale jak ma zdjąć z siebie suknię? W końcu i tak stała się już pośmiewiskiem świata, więc lepiej jej na morzu. Pośród fal i wody, która wszystko wybacza, obmywa rany, szczypie, ale i leczy…

… która słucha, a potem ucisza na zawsze.

img_6776

Bo sople potrafią być tak niesamowite.

I słone!!!

Gdy człek tak w końcu, wciąż jeszcze kłaniając się wiatrom, podejdzie do portu, w którym wciąż troszkę więcej wody, to może sobie je pooglądać. Dziwy nad dziwami. Dowód na to, że sól zamarza. Na to, że świat potrafi tak pięknie się utrwalać. Tak wiecie, do końca, na zawsze. Ale nie tylko sól, bo przecież w wietrzności unosiły się drobinki piasku, które postanowiły stworzyć nietypowe klejnoty. Pełne najdroższych kamieni, cudowności, choć mikroskopijnych. Cząsteczek kryształów, muszelek, bursztynów i kamieni, których nazw nawet człek boi się wymówić, bo co jeśli, ten promień czerwieni to granat?

A to labradoryt?

A tym czasem, wiecie, w okresie onych wiatrów i wszelkiego zagrożenia, pojawił się u nas ptaszek ze śródziemniomorza…

Hihihi, daleko zaleciał?

Może woli zimno? Czy to góropatwa czerwona, czy kuropatwa, czy jednakowoż, no wiecie, coś w ten deseń, to jednak, jakoś tak nadal nie wiadomo skąd on. Bo sam chyba jakoś tak nie przyleciał, co nie? Prawdopodobnie ktoś sobie zakupił ptaszka, a ptaszek oczywiście zrobił wielki coming out i wyprowadził się z posesji. Tylko, czy znajdzie się właściciel? A może jednak ów ptaszek troszkę pobaraszkuje z naszymi wyspowymi i będziemy mieli domieszkę genetyczną?

Kurcze… a już przez chwilę było śródziemnomorsko.

Z najnowszych wieści… między innymi strajk na lotnisku, ale pracują nad tym. Wiecie, problemy jak w całej reszcie świata.

I wiecie co…

… w końcu spadł śnieg!!!

img_6428-2

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Oblodzony… została wyłączona

Pan Tealight i Morskowanie…

Wiedźma Wrona Pożarta się morskowała.

Obiecała, że to zrobi tak długo, a jednak dopiero teraz, nie przez przypadek, ale z pełną świadomością to zrobiła. Przebiegła przez zdumione zimowe fale.

Oj tak, fale były aż nadmiernie zdumione. Aż im się czubeczki najpierw zaszpiliły, a potem dziwnie zatrzęsły. Oj oczywiście, że od razu do niej doskoczyły, gdy tylko do nich podeszła, przecież podeszła, zawsze to robiły, nic dziwnego, a jednak ona się tym razem nie cofnęła. Gorzej, po prostu przebiegła, przez zimowe fale i pozwoliła im się nader dość dokładnie… obmyć, miejscami intymnie. Zaraz po tym odskoczyły, nie wiedząc co o tym sądzić, nie wiedząc dlaczego i po co?

Podejrzliwie.

Bo przecież… ona to w końcu zrobiła. Niby obiecała, niby robiła podchody, ale tak niczym młody jelonek przebiec przez zimne fale… znaczy jelonek niski i nader wiecie, ociężały, chociaż akurat w tamtej chwili, jakoś tak wyglądała jak ona długonoga syrenka, ale wiecie, cóż z falami mogą zrobić złudzenia optyczne, to wszystkie głowy małe, nawet te ususzone… Do domu dotarła nawet się nie trzęsąc, jakby nic się nie stało i mroźny wiatr wcale jej nie chłostał. Jakby po prostu… nic się nie stało.

Kompletnie.

Nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8503

Z cyklu przeczytane: „Pomniejsze bóstwa” – … bajuszka. Wiecie, o tych zapomnianych, o tych już niewzywanych. O tych wszelako zbędnych już, przytłoczonych nauką, całkiem nowym bóstwem i oczywiście o mnichach. I o czasie, który kurcze nie jest taki, jakim nam się zdawało.

I o żółwiu.

I o bogu…

Bo w końcu czyż nie jest to jedno i to samo?

Jedna z najbardziej przenikających mnie osobiście części „Świata Dysku”. Czy przez to, że z wiarą u mnie inaczej, czy może dlatego, że wierzę we wszystko, co ino C14 zlicza? A może po prostu szkoda mi tych bogów i bóstw? Wiecie, zwyczajnie i po ludzku. No mniejsza, to też część „mnisia” serii, a z mnichami to nigdy nie wiadomo. Wiadomo, że są mistyczni, i że jest w nich coś więcej, ale poza tym… cóż, wszystkiego można się spodziewać, że tylko przycinanych gór.

Po prostu książka do przemyślenia, tym razem jednak bardziej w środku siebie, wiecie, bardziej w misiu.

img_9548

PS. Czyli moje książkowe zakupy. Część z nich BARDZO, ale to BARDZO BARDZO wyczekiwana…

img_5319

Siłę wiatru mierzy się u nas w pelikanach…

Nadal nie wiem dlaczego, ale takie jest powiedzienie, tutaj artykuł, i tak serio niewiele wyjaśnia poza tym, że pelikan to orkan. Ale dlaczego? No i czemu w takim razie jest on miarą i wiatru i deszczu? A może to zależy od człowieków. u jednych pogoda pod psem, innym pelikany spadają? Może po prostu każdy ma wietrznego zwierzaka, na jakiego zasługuje, czy coś w ten deseń?

No mniejsza…

Ze spraw ważniejszych: chorowania… 

Czyli wiecie, taka tam mała epidemia. Tak właściwie, to co to jest? A no wiecie mól żołądka, wymioty, sraczuszka i ogólne zlewka totalna. Norovirus, Norwalk disease, tudzież norowirus i tyle. Podobno w małych społecznościach typowe dla okresów zimowych, a jednak kurcze, jakoś dopiero teraz się o tym dowiaduję. No cóż, wiecie, jak na Wyspę jest afera, odizolowali grupę ludzi i ci sobie tam w samotności własnych osobowości… eee srają, znaczy się leczą. Tudzież odpoczywają ino i tyle. Wciąż mnie jednak intryguje, że nic nie wiedziałam o takiej chorobie. O bornholmskiej tak, ale o dziwnej aferze z Roskilde nic a nic. Kurcze!

Miejmy jednak nadzieję, że jakichś zarazków nie wysłaliśmy do Nepalu. No wiecie, z tymi ciuszkami dla maluchów kochających piłkę nożną. Musicie przyznać, że to urocze. prosta sprawa, a jednak jakaś taka nadzwyczajna. I nic to, że reklamówka biura nieruchomości, co to ma za znaczenie? Żadne. A może takich reklamówek ten świat potrzebuje więcej? Wybudujcie domy bezdomnym i trzaśnijcie artykuły o tym, że taka a taka firma miast wydawać raut dla tych, co aż zbyt dobrze co jeść mają, zbudowała schronienie tym, co mają nic.

Proste, co nie?

img_8440

Popowodziowo u nas wiecie, zwyczajnie.

Przetrwaliśmy wodę.

Czy były to dwa metry – może w niektórych miejscach nawet były, czy nie… wiem jedno: straty są, ale Wyspa sama je naprostuje. Plaże trochę poniszczone, ale wyrównają je kolejne sztormy. Zresztą już zapowiedziano następny na przyszły tydzień. Nie oszukujmy się, taki czas i tyle. Za to przez kilka dni ludzi spoglądających na wybrzeże była cała masa. Jakby każdy musiał wyleźć z domu i sprawdzić. Oną pierwszą tak podwyższoną wodę od stu lat. A może… a może tak naprawdę tylko zapowiedź tego, co nadejdzie? Bo przecież jeżeli temperatura na północy się podniosła, to nie ma w tym nic dziwnego. W jakichś pokrętnych lekko blogach znalazłam wiadomość o ponad dwustu trzęsieniach ziemi, niewielkich i jakichś dziwnych siłach kosmicznych walących w ziemię. Może to i Wenus, która świeci tak, że człowiek nie wie co o tym myśleć, a może słoneczna nadaktywność, albo księżyc… kto to wie.

W końcu wszyscy jesteśmy jednym Kosmosem?

Woda podniesiona była jeszcze wczoraj, ale oczywiście już nie tak jak przedwczoraj. Znowu widać mostki i porty. Znowu widać kamienie, szalenie oblodzone, bo w końcu nas trochę przymroziło… wyglądające jak kolorowe, dokładnie olukrowane pączusie… i te sopele! Kurcze, każda trawka w lodowej obwijce. Pewno, że to takie penisowe pola, ale i tak człowiek napatrzyć się nie może. Jakby nagle kryształy wyrosły mu przed oczami, i jeszcze to słońce… nagłe i silne.

Wszystko to zdaje się kumulować w sobie miliony tęcz…

Wciąż jeszcze sporo ludzi.

Jakby chcieli sprawdzić, czy wszystko minęło. Czy to tylko lęk, czy jednak zwyczajna ciekawość? A może jak mnie fale ich wołają? Tak wiecie, dziwnie, atawistycznie, jakby ktoś nakazywał mi powrót do wody? Jakby to bieanie i zanurzanie się do gaci zimową porą nie wystarczało już… jakby w końcu skrzela się w nas otwierały i wiecie, błony poszerzały między palcami!!! No co!!!

A czemu nie?

Przeżyliśmy wielką wodę, ale chyba trzeba przemyśleć podniesienie falochronów i wszelakie wzmocnienie wszystkiego, bo przecież może to dopiero początek? A co, jeśli będzie gorzej? A co, jeśli tak naprawdę wszystko się zmieni?

img_8446-2

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morskowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Wypierdziałek…

„Zdarzał się raz na wiek, a może i kilka wieków. Kto to tak naprawdę wie? W końcu przecież nikt nie pamiętał legend, opowieści i wszelkich mitów o Wypierdziałku, o onym jedynym w rodzaju dni: Dniu Dniów!

Tym…

… który potrafił w jeden jedyny sposób odmienić nawet Poniedziałek. Albo nudną Środę, kiedy tydzień tak się dłuży. Gdy wszystko zamraża się w czasie. Albo ten Wtorek, a nawet Czwartek, albo Piątek, choć kurcze przecież to prawie weekend, albo sam weekend, przemienić z pracowitego i nudnego w coś…

No właśnie.

Cały problem w tym, że nikt nie wiedział o co chodzi z Wypierdziałkiem. Na co tak naprawdę zmienia czas? I czy na lepsze? I czy lepsze oznacza lepsze dla każdego, czy tylko dla wybranych? A właściwie, tak w ogóle, to dlaczego teraz, tak nagle się objawił, wyskoczył z kalendarza sprzed kilku lat i… powiedział, że to jego czas, że mu się należy i że to będzie dobra zabawa… bo co z tymi, dla których tak naprawdę dni tygodnia nie mają żadnego, ale to żadnego znaczenia.

Tak jak Wiedźma Wrona Pożarta?

No co?

I tak pracowała codziennie… może i miała w weekendy Chowańca naprawdę tylko dla siebie, przynajmniej na dłuższą chwilę, ale jednak… cóż mógł jej tak naprawdę, do końca i w pełni, dać Wypierdziałek?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7178-3

Z cyklu przeczytane: „Czarny klucz” – … trylogia. Miała być tylko praca, a wyszło, no właśnie, co właściwie wyszło? Opowieść o miłości, czy kolejna historia tego, że świat można naprawić jeśli się chce, ale… przecież to tylko i wyłącznie utopia. Czy tym właśnie jest trylogia Amy Eving? Naprawdę tylko tym, czy jednak opowieścią o miłości?

A może historią o zmianach?

Wiecie, o tych, którzy przybywają i niszczą zastaną cywilizację. Do pnia, do końca, a jednak… ona nie umiera. W końcu podnosi głowę i krzyczy: NIE!!!

Trzeba przyznać, że gdyby tę powieść napisać lepiej, gdyby po prostu się do niej przyłożyć, gdyby ją poszerzyć, wzmocnić, lepiej opisać bohaterów i świat… wyszłaby ogromna trylogia, a jednak wtedy, czy przeczytaliby ją nastolatkowie? Ci, którzy najczęściej dokonują zmian? Rewolucji? Choć, czy w dzisiejszych czasach? Ech nie wiem. Na pewno nie jest to opowieść o miłości, raczej o magii i walce o to, co najważniejsze, wolność. Może i prosta historia, może i przewidywalna, miejscami nielogiczna, ale jednak porwała czytelniczki… nie tylko z powodu pięknych okładek.

A przynajmniej tak mi się wydaje.

img_0114

Wieje…

Takie, to trochę powtarzanie się, ale dawno nie byliśmy czerwoni. No wiecie, dookolnie czerwoni. Oczywiście chodzi o siłę wiatru, ale też i o poziom wody, który może wzrosnąć o jakieś dwa metry. I tak sobie myślę… niby takie dwa metry, no ile to jest? Niezbyt wiele, ale jeśli masz domek na onej malowniczej, piaszczystej płaszczyźnie, to dużo. Rok temu telewizja pełna była filmików, które pokazywały walące się domy. Nie u nas, dzięki za granit i gnejs, ale i u nas podmyje mocno wiele posesji letnich. Będzie dużo sprzątania i odnawiania. Będzie po prostu masa roboty.

Ale…

No tak, będzie ale… widzicie od pewnego czasu odbywa się wkurwiająca mnie wycinka drzewek naskalnych. Tych przytulających się do wód. Co za tym idzie pojawiają się doniesienia o naciskach szmalownych osobników, którzy chcieliby mieć domeczek wiecie, z widokiem. A najlepiej to przy wodzie. A jeszcze to pod skałami to niech plaża będzie, a w ogóle, to może wszystko wyciąć i wymienić na hotele i pałacyki, a w ogóle co to jest ekologia? No i człowiekowi po takich artykułach ciśnienie wzrasta. Nie wiem jak was, ale mnie uczyli w szkole nie tylko o biblijnym niebudowaniu na piasku, ale przede wszystkim coś tam było o wędrujących piaskach i oczywiście meduzach, ale też i o wydmach wędrujących, które powinny mieć trawy i takie tam korzenne, trzymające je w miejscu. Potem było coś o erozji… Na pewno było też o głupocie ludzkiej i w tym miejscu człowiek już wie, że ona nie mija i jest totalnie niewycinalna z ludzkości.

Gdy tak wieje, człowiek wie, że poddaje się naturze.

Że nie da się z tym walczyć, że musi no jakoś się trzymać i tyle. Bo przecież będzie jeszcze mocniej, paczki znowu zostaną na kontynencie, poczty nie będzie, kurcze no… jak ktoś se zamówił ważny prezent, to sorry, będzie improwizował. Znajomy Chowańca na wszelki wypadek przyczepił do rynny ponton. Wiecie, mieszka trochę, niżej, więc jakoś tak próbuje się… no zabezpieczyć.

Bynajmniej.

Spoglądając na tych mądrzejszych, znaczy czytając wypasione opowieści o tym całym nas wodowaniu, to ma być tak: najpierw będzie wiało z północnego zachodu i przeciśnie wodę przez Kattegatt, a potem z drugiej strony i przeciśnie, a raczej dołoży wody z Bałtyku, i podobno to się tu spotka i nas podtopi… kurna ludzie, wydarzenie stulecia. Sto lat! Jej! Wiecie co, ja to muszę zobaczyć. Ino jakoś ostrożnie. Z kamieniami w kieszeniach, albo z kaftanikami dmuchanymi, ale nie z jednym i drugim. Ekhm.

Co nie?

img_6694

Kocham jak wieje.

Nawet jeśli to jest ten psychiczny wiatr wiem, że jest lepszy niż ta dziwaczna cisza, która czasem otula Wyspę i sprawia, że boisz się kichnąć, bącznąć, czy jednakowoż zrobić coś bardziej wyskokowego. Tak kocham fred og ro, ale to coś innego. To ona spokojność lasu, w którym ciągle coś grzebie w krzaczkach, coś tam szeleści, a wrony jak zwykle mają zbyt wiele do powiedzenia. Chmury jakoś tak głośno przewalają się w górze, a własne obuwie robi hałas… dziwaczny. A gdy nadchodzi cisza, cóż…

… nawet kroki przestają brzmieć.

Wiatr wiatrem, promy w porcie, łódki wyciągnięte na brzeg, a mnie korci… korci wyleźć w ta wietrzną noc. Tak bardzo. Wyjść, zagłębić się w nią. Tak po prostu stać się częścią całego tego przedstawienia. Poczuć je na własnej skórze, po prostu tchnąć w nie trochę siebie samej i być w końcu częścią czegoś prawdziwego. Dzikiej, nieokiełznanej natury… ale czy do końca dzikiej. Czy znowu ktoś czegoś nie wybuchnął, nie dobrał się do gazów, nie kopnął zbyt głęboko i wiecie… nie spowodował onej wzmożonej aktywności fal? A może to tylko stopione lodowce? Ale jeżeli one, to oznacza, że woda może być niebezpieczna i całkiem mało czysta.

Natura…

Czy ona jeszcze istnieje?

Naturalna natura? Czy tak naprawdę walczy z nami? Wiecie, z tą ekologią opakowaną w foliowe woreczki, tymi warzywami w foliowych torebeczkach, foliowymi zawieszkami, plastikowymi tagami i wszelakim, dziwnie mnie parzącym świństwem? Czy my możemy z tym walczyć? Bo ja próbowałam i stanęłam pod ścianą. Kupujesz, albo nie jesz, a jak nie masz własnego kawałka ziemi, to nie jesz… a w dzisiejszych czasach ten własny kawałek ziemi i to jeszcze pod niebem, które tak wieje, albo parzy, to wiecie, trudna sprawa. No chyba, że serio zaczniemy „kuszać szyszki”. Może i nie będą złe. Te nasionka orzeszkowe wyglądają tak smakowicie, a wiewiórki maja od nich milunie, błyszczące futerka, a jakie ogony!!!

img_7179-4

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wypierdziałek… została wyłączona

Pan Tealight i Nowy Rok…

„No właśnie…

… to było w nim najdziwniejsze.

Wiecie, takie maksymalnie zaskakujące. A nawet i szokujące tak mocno, że kilka z Księżniczek zemdlało z wrażenia. Pewno tych mniej najedzonych, ale kto tam wie. Z nimi nigdy nie wiadomo. W końcu, przecież nie była to az tak dziwna sprawa. Dziwaczna, czy sprzeczna z wszelakim pojęciem definicji? Chyba nie? Nieprawdaż? A może była? Nawet Ojeblik – mała, ucięta główka nie była na to przygotowana. Wyglądała na tak wstrząśniętą, że aż ktoś podał jej stołeczek, by jednak nie stała na podłodze…

… by była wyżej.

Nikt nie był.

Pan Tealight słyszał kiedyś o tym, a może raczej czytał, mówiła o tym jakaś legenda, ale nie pamiętał dokładnie która… Czytał ją, a może jej wysłuchał przy trzaskającym ognisku, przy niesamowitych powiewach wiatru i morza poszumie. A może to on sam ją stworzył? Z jednej strony pamiętał wszystko, ale z drugiej, zaczynał czasem w siebie wątpić. Oczywiście przez nią. Wiedźmę Wronę Pożartą… ale z drugiej strony, któż mógł być na to przygotowany. Któż mógł zobrazować sobie tę wizję? Wiedzieć…

O tym, że Nowy Rok był stary.

No dobra.

Wyjaśnijmy to od razu.

Może nie jakoś bardzo w podeszłym wieku, wiecie nie miał laski, czy chodzika, ale jednak kurcze szpakowaty, szczupły mężczyzna, o dziwnie wojskowym spojrzeniu, może i sylwetka wciąż prosta, ale jakoś częściej musi siadać i długo nie może biegać. Zmarszczki nadały jego twarzy lekko wysuszony wyraz, ale wieczyście dwudniowy zarost sprawiał, że na pewno spodobał się paniom, w każdym wieku. Ubrany w końcu był porządnie, chociaż nie przesadnie. Biała koszula i kamizelka, do tego ciemniejsze dżinsy i sznurowane buty. Miał też szalik, dziwnie rozwiany… chyba nie było mu zimno, ale…

Nie dało się nie zauważyć, iż był Starym Nowym Rokiem!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1144-4

Z cyklu przeczytane: „Arena 13. Rytuał” – … drugi tom kolejnego cyklu Josepha Delaney’a. Opowieści o walce i przyjaźni, o wyzwaniach i pragnieniu bycia najsilniejszym, ale tym razem historia jest odmienna. Bo sezon walk się skończył…

Leif może odpocząć, a to oznacza, że wyruszy do krainy swojego ojca. To, co go tam czeka może tak naprawdę odmienić go na zawsze. I nie tylko jego. Teraz już nie odwaga i walka są najważniejszymi, nie umiejętności władania klingą, czy kijami, a inteligencja. Umiejętność widzenia wszystkiego w szerszym spektrum.

I oczywiście wybory.

Ten tom jest poważniejszy. Widać, że nasz bohater dorasta, widać, że musi stawić czoła czemuś jeszcze większemu, czemuś poważniejszemu, co tak naprawdę trzyma ten świat w pewnych ryzach. Jednak, czy jest on na to gotów?

Ten cykl jest podobny i odmienny od Kronik Wardstone. Z jednej strony znowu walka, przyjaźń i dorastanie, młody adept i mądry mistrz, a z drugiej, coś więcej. Coś bardziej politycznego, coś niesamowicie poważnego. Coś, co sprawia, że cykl mimo młodych bohaterów zdaje się bardziej dorosłym. Bardziej dojrzałym…

img_0115

Aaaaa….

Słonko wylazło drugiego stycznia i tego samego dnia, prawie popłynęłam. Bo dlaczego nie. Nagle się okazuje, że bieganie w morzu – na razie tylko bieganie – tak zwaną zimą, to całkiem przyjemna sprawa i cholernie wyzwalająca. Spróbujcie czasem przestać robić to, co wypada. To, co inni robią, tudzież inni od was wymagają. Słuchawki na uszy, uśmiech na ryja i lecicie. Śpiewanie na głos też wypada!!! W końcu co? Ta dwójka z Turyścizny, którzy mogli mnie podpatrywać serio poczuli się zgorszeni? A nawet jeżeli, to co? Mogli zamknąć oczy… przecież mogli się odwrócić. Dlaczego to zawsze ja mam to robić… ustępować, kłaniac się pierwsza, płaszczyć się…

Bieganie w morzu zimą jest super!

Nie no, pewno, że nie mamy kry i człek se stóp nie porani, ale piasek między palcami sprawia, że nie czuje się zimna. Jakby człowiek przypominał sobie lato. Jakby miał wpasowany w siebie jakiś element pamięciowy, który nie dopuszczał do głosu prawdziwej, odczuwalnej temperatury. Dziwna sprawa. Ale w końcu pierwszy spacer w tym roku. Bez patrzenia na innych, bez muszę i nie mogę. Bez całej tej mało zabawnej, mocno skatalogowanej i niewolniczo przemyślanej szufladki: kobieta. Naprawdę można być sobą. Bez zakupów na Aliexpress, a potem jęczenia, że kasy nie ma, bez szukania wielkich sal na przyjęcia kościelne… a tak, mona być powalonym, jedynym w swoim rodzaju nasieniem totalnie pogańskim.

Można.

Jestem tego przykładem. Oj pewno, że czasem mnie jeszcze trzepie i czasem jeszcze ktoś mi dosra, najczęściej po polsku, bo widać tej nacji wolność jest najbardziej obca – historycznie to mocno pokręcone – ale nie bójcie się, Duńczycy też potrafią. Dlatego, serio postuluję przesianie znajomych na FB, wypisanie się z Twitterów i tak naprawdę, powrót do samego siebie. Wyspa uczy tego najlepiej. Nawet jeżeli potem suszysz swoje gacie, nawet jeżeli w butach chlupocze, jak wracasz, nawet jeśli i tak nikt nie rozumie i w końcu wiesz, że nie chcesz nikomu wyjaśniać… Wyspa rozumie. Nie pyta i uczy, że popawność naturalna jest jedyną normalnością.

Łącznie z pływaniem na golasa!!!

img_1118

Morze piękne…

… kobaltowe z jasnymi, białymi aż błękitnymi grzywami. Rozbija się o skały, których kolory właśnie teraz są najbardziej wyraziste. Człowiek czasem nie ma pojęcia jak bardzo szaleńcze mogą mieć barwy kamienie. Wiecie, te zwykłe, zwane nieszlachetnymi. Granity, gnejsy, zwykłe zlepieńce, a nawet piaskowce pełne magicznych drobinek. Odłamków bursztynów i muszli, a nawet kamieni szlachetnych. Ale te większe skały, tak mocno żółtawe, miejscami nawet pomarańczowe, sienna bardziej, niż zwykła jednorodność. Coś, co przepełnia czerwień, ale skryta pod warstwą głazu. Albo ten kamień, niczym zamrożony kawał mięsa. No udziec no… albo ten zielonkawy. Zielonkawy głaz, okragły dziwnie, idealnie prawie.

Wiatr nadchodzi. A raczej więcej wiatru, a jednak człowiek jedyne czego pragnie, to wyleźć na zewnątrz. Nie ważne, że ciemno, nie ważne, że nawet jeśli słońce, to jednak będzie tu tylko przez chwilę. Nawet jeśli tylko jest szarawo… jakoś chcesz wyleźć i iść. Iść w Wyspę. Po prostu. I nie wracać. Kompletnie.

Na dziko.

Co jest takiego w tym kawałku lądu, że nie można mu sie oprzeć. Te wielobarwne skały, zielone pola, kobaltowe morze, a może jednak tylko ten miejscowy błękit nieba? Albo kształty gałęzi, trawy wciąż jeszcze miejscami wysokie. Przełamujące się przez to wszystko słońce oszałamia. Sprawia, że kształty opowiadają bajki… Może dlatego tak bardzo chce się wyjść i ich słuchać. Nawet jeśli aż tak wieje, duje i nic już nie trzyma człowieka na powierzchni… unosisz się i lecisz. Bo przecież Wyspa to nie tylko ziemia i skały, ale i to co nad nią i pod nią!!! Może i o to chodzi, by w końcu polecieć? Wiecie, tak do końca, na zawsze, nie wracać… patrzeć na ten świat tutaj w dole, tak naparzający się po wzajemnych mordach i…

Nie wracać?

No widzicie, wiatr nadchodzi i człowiekowi znowu odbija. Główka szaleje, zatoki napierniczają, a na dodatek jeszcze kurcze spać nie można.

No co za czasy?!!!

img_1102

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowy Rok… została wyłączona

Pan Tealight i Druga Gwiazdka…

„Nie jest za późna, wcale nie, zwyczajnie o niej zapomnieli. O świętowaniu, o tych tańcach, o kolorach, światełkach. O uczcie… o prezentach, o piosence śpiewanej jej na zewnątrz, nawet jeśli mrozi, o wyczekiwaniu na nią, oną prawdziwą i najważniejszą.

Zapomnieli.

Ludzie.

Pozwolili sobie wmówić, że ważną jest tylko ta jedna, ta pierwsza. A przecież ona była tylko próbą. Tylko i wyłącznie czymś, co chcieli wiecie, przypasować do nieba. No spróbowac, sprawdzić jak wygląda. Wleźli na te swoje kosmiczne drabiny, powiesili ją, a potem zeszli, tylko że to trwało. Może dla niektórych nawet wieki. Może i tylko lata, ale jednak… to jej przypisuje się wszelaki magiczne moce i umiejętności. A nie właściwej. Zwanej Drugą Gwiazdką.

Nikt już nie pamięta jakie cuda miała sprowadzać na świat, zresztą, czy to teraz ważne. Wyobraźcie sobie jak się czuła za pierwszym razem, a za drugim… Za pierwszym była zaskoczona, bo przecież tamta replika, papierek posrebrzany wciąż tam wisiał i to do niej się ludzie modlili, a za drugim… za zdrugim miała nadzieję, że już posprzątano. Że w końcu będzie mogła wypełnić swoją powinność, swoje marzenie, swoją magię, ale… Ona tam wciąż była. Dziwnie umocniona wiarą tak wielu ludzi tam na dole.

Jej już nikt nie potrzebował.

Wprost przeciwnie.

Ci co wiedzieli zniszczyli opowieści, legendy i mity wspominające o niej. Zburzyli malutkie, kamienne świątynie z kryształowymi okienkami i wykonanymi z rzeźbionej kory okiennicami. Wymazali ją z pamięci… oczywiście nie każdej. Bo przecież ta jedna, ta jedyna zawsze wiedziała, jakby miała to wpisane we własne ciało i sny, a jednak… co będzie, gdy i ona odejdzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_6127

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Gwiezdnej klingii. Nowy Mrok” – … bo tęsknili? No tak naprawdę, to dlaczego? Bo „Kroniki Wardstone” tak bardzo podbiły serca wielu? Bo bohater to nie rozpuszczony dzieciak, a nauczyciel ma sam wiele za kołnierzem, na dodatek wątek miłosny, ech ten wątek, w rzeczywistości nie wali po gałach… A może dlatego, że przecież nie wszystko wyjaśniono. Przecież tak naprawdę nic się nie skończyło.

Zło wciąż istnieje.

Wszędzie.

„Kroniki Gwiezdnej Klingii” to kontynuacja Kronik… opowieść o Tomie Wardzie, który po śmierci swojego nauczyciela obejmuje jego stanowisko. Tylko, że on nie jest Johnem. Nie posiada doświadczenia swojego mistrza, ani wprawy, a na dodatek w jego życiu pojawia się dość specyficzna uczennica… Jenny. Tym razem pamiętnik Stracharza dzieli się na dwie osoby. Młodego Mistrza i uczennicę. Ale co ze starymi bohaterami? Co z Alice? Czy rzeczywiście stoi po stronie zła, a Grimalkin?

Jakie skrywa sekrety?

Wciąga nadal!!!

img_0113

I co? Podobno nowy, a wygląda jak stary, co nie? A może wiecie, recyclingowali ino jakiś z poprzednich. Może nigdy nie jest nowym naprawdę?

Ech, nie wiem, a może to tylko jednak wielka ściema. A może to sprawka jakiegoś Wybitnie Corocznie Inaczej Pokręconego Maga? Wiecie, wariata totalnego, który naprawdę chciał imprezkę, ale nie miał pojęcia dlaczego i jak i po co ją wywołać i na co spraszać ludzi… więc wymyślił Sylwestra. No coby swoje imię uczcić, wiecie taki egocentryk z niego był.

Strzelanie?

Trochę było, ale za to jakie kolejki w sklepach przed srzelaniem? Nie macie pojęcia!!! Turyścizny z Niemiec w ilości wielkoogromnej. Serio. Wielkogigantycznej. W zeszłym roku tylu ich nie było. Pierun wie skąd ich tyle przywiało, może i jakaś promocja była na bilety na prom, a może jednak coś tak wola w ciszy i spokoju, w fal poszumie? Może i sommerhusy jakoś ostatnio bardziej ludziny spragnione, no złożyły się na życzenia do Świętego i on je spełnił? I sprosił? Pomógł im ich nadgonić? A kto to tam wie. Tutaj wszystko jest mocno magiczne.

W sklepach po prostu jak w innych miejscach świata, ale ludzi mniej, no i oczywiście trochę ciszej i bez jakiegoś takiego nadęcia, zadęcia, ale z brakami na półkach. No i fajno. Ważne, coby było coś do gara wsadzić, po co jakieś frykasy i ananasy? I jeszcze wiecie, te tam zasypki i polewki. I może brokaciki… no i czapelutki. no dobra, kapelutki muszą być. Dwa dni przed Nowym Rokiem nasi niesamowici sprzedawcy we wszystkich prawie instytucjach noszą na głowach one czapki. A raczej one wszelakie nakrycia głowy… wiecie czy wstążki, czy kapelutki wszelakie, czy zabawkowe, czy jednak coś bardziej standardowego, albo, co mnie wczoraj rozwaliło maksymalnie – papryczki. A tak, w Kvickly obsługa miała na głowie papryczki. Ech, no wiecie, dla każdego coś miłego!!! Dla każdego coś szaleńczego, tudzież, zwykłe coś!

img_6044

No nic, przecież akurat na to nie mamy wpływu.

No na czas.

Niezależnie od tego ile będziemy czekać, albo się spieszyć, ile zegarków zabijemy a ile ich przyśpieszymy, w rzeczywistości, czas… ma nas gdzieś i se biegnie. Dlatego serio nie rozumiem powiedzenia: senne mieściny. Serio. One wcale nie są senne. One są takie jak wszędzie, są takie same, ale jednak trochę cichsze. Okna w nich są takie jakieś bardziej poszarzałe, drzwi zdają się być nieużywane. Schodki napuchły, jakby dawno już nie dźwigały ciężarów ludzkich, a cała reszta, znaczy no wiecie: mury i drogi, tak sporadycznie były używane, że aż dziw że ich jeszcze ktoś nie zwinął. No jak w tym kawale, co to ten sołtys z Wąchocka dbał o nawierzchnię.

A za oknem… znowu wiatr.

Podobno to ona wietrzność tak bardzo zniechęca ludzi do zamieszkania tutaj. Nie wytrzymują. Kupują domy w lecie, gdy wiecie, właśnie się wysmażyli na plazy, gdy wszystkie sklepy są pootwierane, internet działa. Kupują, a potem wielce jęczą coś o depresjach i wszelakich niepokojach. No sorry, ale idiotów Wyspa nie potrzebuje. Nieświadomość tego, że tutaj wciąż więcej natury, niż nowoczesności, to raczej straszne porąbaństwo. Że by się naprawić idzie się tutaj na skały, w las, lub skacze w nawet lodowatą wodę. Że macha się stojącym kamieniom, składa ofiary, pozostawia coś dla podziemnego ludu… że żyje się tak odtelewizorowo. Niewielu jest w stanie atawistycznie dać się porwać przeszłości. I może o to właśnie chodzi? Że moja cudowna Wyspa nie jest dla każdego. Że jeden nie może bez niej żyć, a inny znowu, całkiem szaleje, gdy choć stawia tutaj stopę.

Bo znowu wieje…

Ale nic to, może mniej postrzelają?

img_7180

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Druga Gwiazdka… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmorożec…

„No bo… hormony.

Syf na czółku, może jakieś tragedie promieniotwórcze? Któż to mógł wiedzieć? Azaliż wyprysk jeno, czy też działanie sił nieczystych, się niekąpiących, nie dbających ni o ciało ni o ciuchy, a już zeby… no wiecie, rotten hell. A może klątwa? Może i w końcu na nią przyszedł czas? Może się nie osłoniła, a może li odsłoniła nazbytnio? Któż to teraz wyczuje i oceni, opisze…

Kto?

Bynajmniej, wyglądała jak taki Wiedźmorożec. Niski i krępy, bez ogona, z grzywą wzburzoną i oczywiście postrzępioną, no i tymi ciuszkami, znowu czarnymi, ni tchnienia różowatości, czy błękitów i pasteli. No i jeszcze ten wzrok. Dziwnie rozbiegany, dziwnie roztargniony, dziwnie… poplątany. Nie mający w sobie nic ze Skittelsów, czy innych tam memensów. Wiecie, szarość, mroczność i wszelaka pogarda dla barw wiosennych i letnich, pragnienie błotności zimowej, oraz śnieżnej bieli… Ale przecież, czy i pośród jednorożców nie ma onych renegatów?

Innowierców?

Może i ona była pierwszą?

Może?

Nie…

… śmiech nie był na miejscu, ale gdy się pojawiła w Białym Domostwie, jakoś tak nie mogli się nie roześmiać. Nie turlać po podłodze, nie pokładać na powierzchniach płaskich i pochylonych, nie zakrywać twarzy dłońmi, lub tymi, co przed nimi. Ależ nie, wcale nie chcieli sprawić jej przykrości, ależ nigdy, zwyczajnie tak się stało jakoś. No nie miało to może cudownego obglądu, ale jednak… Śmiali się. Do końca. Do najbardziej osłoniętej części siebie, do niehappy endu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8459

Z cyklu przeczytane: „Julia i miłosne tarapaty” – … oj. Z tą książką mam wielki problem, bo w Julii się zakochałam. W jej naturalności, w tym jak potrafi opowiedzieć wszystko o życiu przed 15 rokiem życia. O miłości, szkole, rodzinie, niepewności, dojrzewaniu…

Niby to nie pierwsza opowieść spisana w formie pamiętnika, nie pierwsza, zdobiona zabawnymi rysunkami, nie pierwsza, której bohaterką jest silna bohaterka, a jednak… inna. No wiecie, normalna taka, nastoletnia. Popełniająca wpadki, które w tym wieku nie są serio zabawne, a potem próbująca to naprawić… ale co zrobić, jeśli do twojego domu wprowadza się przystojniak, a twój chłopak wybywa do USA i będzie mieszkał z czirliderką?

Tylko oszaleć z nadmiaru teorii spiskowych, czyż nie?

Szczególnie, gdy ma się prawie czternaście lat, a niepewność to mianownik i dopełniacz twojego życia!!!

img_0112

A ja już mam!!!

Egzemplarz recenzencki oczywiście. Książka planowana na 17go stycznia, więc wielbiciele autorki już niecierpliwie zacierają łapki. Do tego epilog jeśli kupicie w przedsprzedaży, więc… nic, ino zaglądać na stronę, a potem do Empiku!!! 

Na stronie można też przeczytać wywiad z Veronicą Roth.

img_4126

Nadmorskość jest skąpana w słoności…

… a podobno nasze morze ma małe zasłonienie. Mało słoni na centymetr kwadratowy, czy sześcienny? Znaczy soli, no co mi z tymi słoniami? A może to jednak słonie? Słone słonie, co to wiecie, się rozpuszczają, albo nie?

Legend o tym dlaczego morze jest słone jest cała masa. O łzach kilka i statkach, które zatonęły i dziwnych pojemnikach. Właściwie, to przecież każdy może sobie stworzyć własną, więc w mojej niech będą słonie, niebieskie oczywiście, wiecie, jak sztormowe morze, ale takie oświetlone światłem od góry, co by to wszystko ładnie się odbijało. I one słonie się buntują, bo im sie rozpuszczanie znudziło.

I co im zrobicie?

No nic?!!

Gdy tak człek człapie sobie po wilgotnych skałach i stara się nie spaść w one odmęty wciąż się telepoczące, choć na chwilę wiatr ustał, to nagle sobie uświadamia, że kurcze, no znowu cisza go obtacza i znowu słyszy siebie. A chociaż człek gadalny i ze sobą lubi konwersować, to jednak jakoś tak, słyszeć się w pełni, no wiecie, lekko niefajnie. Jakoś nagle ma się nadmiar samego siebie i rozumiem, dlaczego tak bardzo pragnęło sie zdzielić onego osobnika, który mi nagle spokój robienia zdjęć zakłócił. Wyobraźcie sobie pięknie morze, kobaltowo-błękitne, na nim młodzieńca łabędziego, co to gotowy jest, by rozpostrzec swe skrzydła, a ty trzęsiesz się na nadbrzeżu, ale wiesz, że fokus jest, zoom odpowiedni, że się uda i nagle… ten skurczybykański Turyściźniec zaczyna do ciebie gadać. Że miś polarny, że wieje… Nosz przecież. Oczywiście, że zdjęcie nie wyszło, łabądź totalnie też zawiedziony, a mnie trzęsie. Bo przecież no durnie tak teraz kogoś zarżnąć, nawet jeśli ciepłota ciała świeżo rozpłatanego mogłaby ogrzać ręce. Nosz kurcze, to by dopiero było sprawa kryminalna na całą Wyspę. Ech… jak nic opisali by mnie we wszystkich gazetach, ale może moje obrazy i zdjęcia w końcu ktoś by kupował, a nie kradł ino?

No sorry, ale gdy wiatr ucicha, wraca człekowi ono ludzkie myślenie. O tym, co do gara włożyć, czy na podatki będzie, czy jednak pozwolą, a może wywalą, czy dadzą podwyżkę, a może w końcu dadzą szansę w lepszej robocie? Wiecie… zwyczajność wzmaga bezwietrzność, ale nie ma boja, kolejny sztorm już za rogiem!!!

Znowu do głosu dojdą baśnie i mityczne stwory!!!

img_8499

Ludzi na ścieżkach spacerowych pełno.

Wiecie, w końcu u nas sporo firm ma wolny cały tydzień, więc ludziska albo wyjedżają gdzieś na narty, albo zwyczajnie spacerują. Bo przecież natura rozpieszcza słonkiem, choć nie śniegiem. Może i ten nasz sławetny stok zaśnieżą, ale jak na razie… czekamy. W końcu kolejny tydzień ma przynieść ona wyczekiwaną mroźność. Ciekawe, czy prognozy się sprawdzą, czy jak zwykle dadzą ciała? Wolałabym mocny i wyrazisty mróz, ale wiecie, wątpliwą jestem.

A może jednak ten wiatr, co to już skrzydła na zewnątrz rozciąga, może przyniesie zimowość? Wiecie, no tak w prezencie!? Mógłby przecież.

Oczywiście Sylwester u nas oznacza idiotów. Idiotów wsadzających fajerwerki i bardziej twardą wybuchalność w skrzynki pocztowe, czy – co gorsza – niszczących defibrylatory. Wiecie i nazywających to zabawą. Są też tumany latające z kremem do golenia. Niby nic, ale wyskrobać to cholerstwo z zamków, czy wyczyścić z drzwi, wcale nie jest zabawne ni łatwe. Tak serio, co to do cholery jest za zabawność? No tak serio? I co? Tak wam zbywa na kremie, cóż, w penym wieku on sie przydaje, ale z tego co pamiętam dzieci inteligencyją przyszłościową nie grzeszą. Zresztą… wiecie, w Danii jest taki fajny obrządek z kremem migdałowym. Joanna Chmielewska kiedyś go opisała w jednej ze swoich książek i się przyznała do pożarcia migdała, ale w końcu krem był migdałowy, to co się miała dziwić… a bajer polega na tym, by wyżerać krem, wyżerać, a jak ktoś migdała znajdzie, to wiecie wygrywa, winien go pokazać i odebrać nagrodę. Potem chyba może go zjeść, ale kto tam wie, może i w tym jest jakiś konik? Mniejsza. Okazuje się, że rodziny przestają się w to bawić, bo dzieci przegrywają i jest to dla nich szokiem wielkim. Psycholodzy trąbią, że dzieci należy uczyć przegrywania, że przecież to zwyczajność losu, ale… kolejna tradycja odchodzi w niepamięć. Straszne to wszystko. Dzieciak już nie wie, że upadek boli, bo przecież ma tyle ochraniaczy, nie wie, że nie zawsze się wygrywa, bo rodzice przewrażliwieni…

Ten świat jest popierdolny. I to niezależnie od tego o jakiej szerokości geograficznej mówimy. Sorry, ale świat jest okrągły, choć Dyskowy bardziej by mnie bawił, no i wszyscy dostają po równo jeśli chodzi o pewne nowości. Jedni wcześniej, inni później. Kiedyś zabrali oceny, teraz zabierają konkursy… co następne? Może na przykład wmówicie wszystkim, że są tacy piękni i mądrzy i nagle idioci zapatrzą się w swoje durności?

Może…

img_8452

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmorożec… została wyłączona

Pan Tealight i Kamień Wiedźmozoficzny…

„Leżał tam.

Oczywiście niebieski, jakby w przypadku tej wiedźmy inny nawet nie był brany pod uwagę. Niezbyt duży, ale totalnie nierówny. Taki jakby wciąż zmieniający kształt, a może to było tylko światło? Bo w końcu leżał na innych kamieniach, skąpany tym rodzajem sztormowego, złotawego morza, nad którym unosiły się mewy, a które ocieniał stojący dumnie na skałach Hammershus.

Czekał na nią.

A ona oczywiście przybyła.

Wygibasowała się na nadbrzeżu, trzymała ziemi, starała się nie dać porwać falom, utrwalała i światło i świat, i Wyspę i czas… I oczywiście wszystko to, co ponad nią i to co obok niej. Ale coś spod tej kamiennej, ugładzonej wiatrami i falami skałowatości przemawiało do niej. Chciało, by sięgnęła po ten kamień. Tak niewielki, tak dziwnie niewidoczny dla innych… no nie oszukujmy się, przecież każdy by chciał taki kamyczek. Czyż nie? Każdy!!!

Szeptało.

Śpiewało i nuciło.

Chciało, by wzięła go…

… a ona, a ona po prostu jakoś tak go na początku nie zauważała. Jakby światło odbijało się od niego i zamazywało obraz. Jakby ktoś je ocieniał tak, by wydawało się jej, że niczego tam nie ma… Może ono coś naziemne uważało, że ona nie jest na niego gotowa, może tak naprawdę wiedziało, że na nic on kamień jej, a jednak, kurcze, w którymś momencie prawie po niego sięgnęła. Tak, w pewnym momencie już go głaskała, tuliła do siebie. Prawie się poślizgnęła na kamieniach, prawie on wpadł w jej dłoń, a może chciał tak naprawdę wciągnąć ją w swoje wnętrze? Bo czy tak naprawdę, to czy on miał być dla niej, czy ona dla niego…

Pan Tealight widział to wszystko i zrobił coś, co robił bardzo, ale to bardzo bardzo rzadko… zmienił i czas i miejsce. Jej dał zdjęcia, a kamień przesunął w sobie tylko znaną skalistość, gdzie wtopił go, by czekał, aż czas będzie bardziej odpowiedni.

Choć trochę bardziej odpowiedni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7001

Z cyklu przeczytane: „Nethergrim. Kostuny” – … drugi tom cyklu. Powrót do znajomych bohaterów, specyficznej łagodności świata, bo ta książka to jednak historia dla trochę młodszych nastolatków, a nawet… czytelników przed 10 rokiem życia. A przynajmniej tak myślałam o poprzednim tomie: „Otchłanny”. Bo z „Kostunami” jest już trochę inaczej.

Ta książka…

… ta opowieść wcale nie jest łagodna. Jest przygodą, ale i walką o własny świat. Jest pełna niesamowitych postaci, szokujących nawet, ale przede wszystkim jest historią o przyjaźni. O tym, jak ona zmienia i udowadnia, że w pojedynkę wcale nie lepiej żyć. Że pewne uczucia przekształcają się w coś większego. Uczy odpowiedzialności za swoje czyny i tego, że każdy może w sobie odnaleźć cząstkę, która pozwoli mu uczynić coś wielkiego…

Dobra historia dla młodzieży. Może i lekko wtórna, ale jeśli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę z literaturą, na pewno doskonała.

img_0116

Nie no pewno… wiało.

Duło i tak dalej.

Ale lądowania SASa chyba nie przebiło. Zobaczenie sporego jak na nasze warunki airbusa, w którego walnął piorun i musiał lądować awaryjnie, to dość dziwna sprawa. Oj pewno, że tylko przez kamerkę zamontowaną na lotnisku, ale jednak… egzotyka jak nic! Z drugiej strony, dobrze, że się to tak skończyło i tego się trzymajmy. No i zdążyli nim Urd poszalała. Powaliła kilka rzeczy, przemeblowała trochę, przechyliła choinki… no wiecie, pobiła w dachy, poduła, pomiotała, ogólnie mówiąc noc była przerażająca, więc trza się przespać. Za to dzień, oj kurcze, pewno przez tą całą wietrzność oczywiście, dzień mieliśmy słoneczny i z niebem błękitnym, więc Tubylcy wybrali się oglądać fale…

Temperaturka niby 8 na plusie, a jednak zjazd do Hammerhavnu od razu uświadamia człowiekowi, iż odczuwalna to coś na kształt minus 18. Jak nic! Nagle tęskni człowiek za rajstopami i może jeszcze kołdrą i kożuchem z piecem, czy czymś… ale zdjęć nie da się robić w takich ubrankach, więc zwyczajnie zaciskasz zęby, zapierasz się i pstrykasz. A jest co. Kurcze, jest co, bo udało nam się dotrzeć tam akurat wtedy, gdy połowa morskości dojrzała sepią, a druga połowa kobaltem. Coś niesamowitego. Z prawej ten spory kamienisty klif, o który fale rozbijają się, ale też wpadają w dziwny ciąg i wybuchają niczym czarowny gejzer a jakimś takimś różowawym pobłyskiem. Szum, szaleństwo, hałas, a jednak i fascynacja i ten zapach przeczyszczający nie tylko pory zewnętrzne, ale i wewnętrzne. Wszystkie na amen!!!

Za to po lewej.

Wiecie, tam, gdzie zza specyficznej mglistości barwnej miejscami, bo tęcze rozbijają się w onych mżawkowych mgiełkach na części składowe, i po prostu zwalają z nóg. No dobra, z nóg zwala wiatr i fala jak podejdziesz zbyt blisko, a przy robieniu zdjęć często zapominam o bezpieczeństwie, dlatego mam Chowańca, więc… no wiecie, jest się na kim oprzeć, jest sie o kogo zaprzeć, a przede wszystkim jest ktoś, kto w końcu złapie cię za połacie ciuchów i ściągnie z powrotem.

img_0158

W oddali na skale ruiny Hammershusa.

Otacza je bursztynowa, wilgotna, słona mgiełka.

Fale na dole harcują jak szalone. Bałwany i wszelakie burzaje po prostu urastają do rangi monsterów. Ale pięknych takich, Ich kropelkowane otoczki mienią się wszystkimi kolorami, nie tylko tęczowymi, jakby skradły jakieś magiczne kryształy z głębin morza… a może tylko je wypożyczyły? Za to zwyczajowy deptaczek jest nie do przejścia, wiecie ono molo, oddzielające niewielki, płytki port od reszty morza chłostają niezłe połacie wody. Oj pewno, że znalazło się kilku samobójców, ale udało im się umknąć i już więcej nikt nie próbował, a nad wszystkim…

No właśnie nad wszystkim bursztynowo-złoto-mleczna mgiełka, a w niej mewy. Jakby serio miały tam coś mega do żarcia, nie odpuszczają. Unoszą się, coś łapią, mokną, a jednak nie chcą odejść. Te większe kamikadze siedzą na falochronie i za nic sobie mają pukające je fale. Ale no serio. Wiecie, skulone takie, żadnych łapek ino takie kuliste kształty ciasno dość zbite, skrzydło przy skrzydle, ale jednak… kurcze, że nie spadają. Przecież ślisko tam!!! A może jakiś zakład mają? No wiecie, kto pierwszy zmuszony do odlotu, ten kurczak skubany? Do tego ta miodowość bursztynowa, ono podświetlenie niesamowite, bo w końcu udało mi się trafić w światło. Niesamowicie idealnie nawet. I gdyby tylko tak wiatr mną nie tarmosił, to cykałabym te zdjęcia z kilka godzin, ale nic z tego. No nie da się. Nie dość, że nie utrzymasz aparatu, to na dodatek jeszcze wszystko zdaje się poruszać, miotać i kroplić i…

Trzeba uważać. Ale za to ono powietrze jest po prostu MEGA!!!

I wiecie co…

… jak tylko znajdziecie miejsce osłonięte od wiatru, ale nasłonecznione… co nie jest łatwą sprawą, podobnie jak kibelek, bo wszystkie pozamykane!!! To zrobi się Wam cieplutko. Może i na chwileczkę. Może i na momencik, czasu okruch, ale jednak. Warto skorzystać, gdy przestaniesz się wglapiać w oną mglistość wodnista, dziwnie, niczym duchy morskie wspinającą się w górę klifu… Bo to tak wygląda. Jakby ta mgiełka przybierała kształty człowiecze i wspinała się w górę. Może i naprawdę one morskie duchy o tej porze roku powracały na Wyspę? Na ląd?

img_0396

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamień Wiedźmozoficzny… została wyłączona