Pan Tealight i Pszczoły…

„Ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta zaprzyjaźniła się silnie z pszczołami i bączkami. Znaczy tymi włochatymi ze skrzydełkami, nie informacją aromatyczną ze swych własnych, ubogaconych wnętrzności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8227

Z cyklu przeczytane: „Wyspa powrotów” – … boska! I to na dodatek ze wszystkich stron. Jak ten pierniczony łyk świeżego, ożywczego, literackiego powietrza!

IMG_8153 (2)

Nowe jedzonko!!! Znaczy wiecie, lekko pracownicze, ale przyznaję, że bardzo oczekiwane. I śliczne takie…

IMG_1942

I zakładki!!!

IMG_1933

Powietrze wieczorami dziwnie mroźne, ale bez boja, tylko po mojej stronie Wyspy. Na moje wielkie szczęście różnica temperatur pomiędzy Rønne i Gudhjem to często nawet 10 stopni!!!

IMG_0082

IMG_7248 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pszczoły… została wyłączona

Pan Tealight i Pan T….

Pan Przemian

Transformers jebany. Bo wiecie, ostatnio OnaOn Śmierć jako taka, znajoma wszystkim ikonograficznie, zmiennopłciowa, gdy spojrzymy na kraje, całkiem szkieletowa i z kosą… zapragnęła nagle wyrównującej, wyszczuplającej plastyki kości i jakoś tak zwyczajnie domagała się dłuższych wakacji. Oczywiście je dostała, bo przecież wielu próbowało Śmierć zniekształcić, zabić i spowolnic, czy to kusząc ją szpikiem z kości, czy inaczej ją czarując, ale wiecie, zawsze wracała, więc się nauczyli tego i tamtego. Nie ryzykowali. Nikt już nawet nie myślał o usunięciu jej ze świata, zresztą miała tak zniewalające poczucie humoru i pełny usmiech, że no… jakoś nie można było nawet o tym myśleć. No ale chciała wakacji, więc Pan T. się zgodził objąć jej posadę. I oczywiście… wszystko się popierniczyło.

Nikt nie wiedział jak ma na imię, po prostu był Panem Te! Zwykłym, codziennym, całkiem jakoś tak znośnym, z jednej strony nie narzucał się, z drugiej jakoś tak przeszkadzał. Serio, nie do końca nawet każdy wiedział jak wygląda. Raz był dziwnie otyły, potem znowu wysuszony, krótki, długi, owłosiony i nie, ciemną miał skórę i dziwnie bladą… naprawdę tylko był. Ale podobno miał plan na usprawnienie tego, co dotąd było umieraniem…

Transformery!!!

Uważał od zawsze że umieranie to sprawa całkiem przekitrana, przestarzała i passe. Dlatego wymyślił nowy sposób na Niecałkowitą Utylizację Umartych. Opracował plany, dostał nawet dotację i jakąś nagrodę. Ale tak do końca nikt nie wiedział o co w tym wszystkim ma chodzić… Podobno nie chodziło o całkowite umarcie, podobno trzeba było wypełnić masę papierków i w ogóle, ale jednak jakoś tak nowe spotkało się z oporem wszystkich. Nawet tych, co nie mieli w planach umierania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0849 (2)

Z cyklu przeczytane: „Eryk” – … miniatura. Geniusz przerażający. Coś, z czego własciwie kade wyięte zdanie jest chrzanioną mądrością… jak to znieść? Jak nie wrócić do codzienności i być znowu sobą?

Nie da się?

To najmniejsza część Świata Dysku. Czytam ją wtedy, gdy pozwoliłam sobie na jej zapomnienie. Na niepamiętanie owej sprawy Rincewinda i Eryka. WIELKIEGO… eee demonologa? No wiecie, czegoś w ten deseń. Osobnika, który doprawdy wie czego chce: piękne dziewice, daniny od świata i oczywiście władza, oraz może i jej więcej, tej władzy, panowania i królewskości z pokłonami. Nic dziwnego, że musiał wyrwać jakiegoś demona. Znaczy wiecie, ekhm, wywołać go. W końcu jak inaczej doprowadzić do własnego szczęścia u boku piękności? No jak? Problem w tym, że zamiast demona jest Rincewind. Ale bez urazy, radzi sobie mag!

Przerażająco znośnie…

Genialna i tyle.

Jak zwykle opowieść z tą całą masą przemyśleń na temat: religijności, świata, no i w ogóle. Ale jak zwykle… widzicie, nie rażąca nimi, oj nie. Tutaj te wszystkie przemyślenia i mądre słowa jako tak wpychają się nam pod czaszkę jakimś zawoalowanym podstępem, smarując drogę miodem, czy tam masłem, jak kto woli… Czyli wiecie, Genialny Pratchett i tyle w temacie!!! Genialny…

IMG_2793

Cisza…

Zastanawiam się czasem jak bardzo ludzie są przyzwyczajeni do głośności… Jak często naprawdę wyłączacie telefony, telewizory, radia, wszystko poza lodówką, nawet WiFi? Jak często jesteście tylko i wyłącznie z drugą, może i chrapiącą osobą? Jak często jesteście tylko ze swoimi myślami i marzeniami, wątpliwościami i tak dalej?

Jak często?

Tak naprawdę jesteście tylko Wy, dom, może ten ktoś w domu, może burczący brzuch? No wiecie… Jak często? Bo spoglądając na świat dookoła, na moją Wyspę, zaczynam się zastanawiać ile osób zniosłoby ciszę. Miejsce, w którym serio niczego dziwnego nie słychać. Nic, kompletnie, nic. Może tylko koń piernie, gdy Was mija, albo rowerzysta, ekhm, albo my sami, co nie? Albo może stuknie szklanka, turlająca się po stole, bo przecież nie ma nawet zegara bijącego, przerażają mnie one… Auto jako takie zdarza się sporadycznie, gdy tylko jesteście z dala od owej głównej drogi. Poza sezonem, nawet w jej pobliżu… cisza, spokój. Przechodzący jeż.

Ale cisza wcale nie przejmująca.

Cisza specyficznie bezpieczna, która, gdy ją ktoś zakłóci, boli hałasem. Zwyczajnie. Bo cisza tutaj jest nadspodziewanie ważna. Cisza nocy, cisza wiatrów, cisza wszelkiej nieruchliwości, cisza śpiewających ptaków, rozpukujących się pąków kwiatów, albo… cisza sztormowego morza. Bo przecież tak naprawdę hałas to tylko to, co nie pasuje. A w takim miejscu nie pasuje hałas elektryczny, mechaniczny mocno, hałas wrzaskliwy, hałas… który nie powinien tutaj być.

Hałas… to też jednak nazbyt dużo myślenia, szczególnie jeśli nie przywykliście do siebie samych i bycia ze sobą. Bo tak jak istnieje masa rodzajów hałasów, tak i przebierać można w rodzajach ciszy. Serce potrafi tak głośno bić na Wyspie

Tak bardzo głośno.

IMG_5235

Port w Svaneke jest jednym z tych, których nie możesz oominąć…

Główna droga, płaskujący się teren. Kolorowe kamieniczki, domki, zapach frytek z jednej strony, z drugiej knajpka i jedne ze słynniejszych lodów, co to ostatnio zmieniły nazwę by odciąć się od żelków. Gdzieś tam wyżej życie, drogi, rynek, a tutaj w porcie zawsze sporo łodzi i tych czaderskich tęczowych skrzynek na ryby. Wiecie, tych co nie są do sprzedania, ale mają takie napisy, że mało kto ich nie umie zauważyć. Kolorowych niczym klocki Lego, ale w końcu jesteśmy w Danii.

Port jest spory, jak na Wyspę nawet ogromny. Szeroki, z tym dziwnym parkingiem, który ciągnie się kawałek az do wędzarni… i te domeczki, te widoki, stukot fal uderzających o wielkie głazy. I ta latarnia w oddali. Może i dom to teraz, może i odczuwa się tęsknotę za światłem, za czymś, co było, ale jest… I ta zieleń po prawej, kolejne domki, chatki, pojedyncze cuda i park. Stojące kamienie i droga… Płaszczyzna zalewowa, a jednak kurcze się trzyma. I ludzie na niej. Okna, w których odbijają się tylko wody i fale. Tak po prostu. Tak jakoś zwyczajnie… Dla nich to codzienność.

W niewielkim drewnianym bungalowie sprzedają cukierki. Ich słodycz roznosi się na wszystko dookoła. Na wędzone ryby, na frytki i lody, na ludzi i zwierzaki, na mewy czekające na okazję. Na wszystko. I na ludzi skaczących ze srebrnej trampoliny, na tych, którzy zaglądają do niewielu sklepików, na innych, którzy po prostu tylko są i wolą jakoś tak się nie uwidaczniać.

Tutaj zawsze jest sporo ludzi, a zimą tworzą się najwspanialsze cuda na betonowych stojakach na cumy… pewno to się inaczej nazywa, ale… widzieliście je zimą? Takie oblodzone wieże, ino skuć lód, a już na pewno jakaś białogłowa się tam znajdzie. Albo może i białogłów? No co! W końcu w dzisiejszych czasach obydwie płcie poszukują miłości. Naprawdę!!!

IMG_5683 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan T…. została wyłączona

Pan Tealight i Zarazek Dorosłości…

„Właściwie, to kurcze nie była wcale taka bitna. Oj, może i w snach obrywała głowy i wyłupywała oczy, które potem robiła na ostro w wekach i zeżerała, a one słodko pękały pomiędzy jej siekaczami, może, ale poza tym to nie… Serio, pluła jadem z oczu, ale najczęściej tak się bała, że uciekała, zamiatała ogonem swym i z krzykiem umykała, lub… udawała, że jej nie ma. Tak, lubiła to. Zatkane uszy, głośny śpiewa i zwyczajna gra aktorska niskiego pędu…

Tak było i już.

No sorry, ale istnieją jakieś powody, dla których Wiedźma Wrona Pożarta mieszkała na Wyspie. By nie spotykać ludzi, by łatwo się przed nimi chować, by zawsze udawać, że tak naprawdę dopiero się tutaj zmaterializowało, ale… najważniejsza była ucieczka od ZarazyZarazy Wyględnej Dorosłości. Bo serio, napatrzyła się na nią zbyt wiele, na jej ofiary, na wszelkie, wiekuiste męki… wiedziała, że to nie dla niej, ale jednak… Widzicie, no przerażało ją ocena innych. Rodziny, która nie potrafi dostrzec w tobie wystarczającej dorosłości, by przekłuć sobie uszy, czy zdecydować o nieposiadaniu dziecka. By jakoś tak nie tyle akceptować, co wpuszczać w swoje ścisłe myślenie inność, możliwą. A i religia, oj tak… z religią było jej nie po drodze. Zresztą nawet tutaj dostawała potówek, gdy przekraczała odległość 100 metrów od najbliższego kościoła. A przeciez na Wyspie kościoły były raczej wymarte, zmienione w małe wille… a jednak działały.

Uświęcone ziemie…

Powinnaś.

Musisz…

I tak to się stanie, to cię dopadnie.

Dorośniesz…

Ażesz we wśiórności ni chuja!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2357

Z cyklu przeczytane: „Dom na wzgórzu” – … ech, nie do końca. Jakoś z jednej strony okay i wciąga, ale z drugiej, jakoś tak tylko duchy, żadnej głębi i szperania w papierach? Albo… Aaaa… No bo widzicie, to kolejna opowieść o tym, jak to rodzina kupuje dom. Zmieszanie filmu „Skarbonka” z czymś w rodzaju… każdego horroru o nowym domu!!! Czyli coś tu straszy, ale się nie wyprowadzimy, bo nas nie stać.

I tyle…

A jednak człowiek czyta i jakoś go wciaga. Bardziej głupota ludzka, niedowierzanie… bo w końcu poszukiwania odpowiedzi to tutaj brak, a jak już ktoś się za owo poszukiwanie bierze, to no… Do tego kilka osób, które żyją mniej lub bardziej i tyle. I jeszcze ten sposób pisania, bez ozdobników, sucho i mało opisowo.

Ekhm nie, chociaż troszkę straszy miejscami!!! Może i odrobinę mroczne, ale przy skąpych opisach mroczność nie straszy mocno… i w pewnym momencie już jakoś człowiekowi nie zależy by się dowiedzieć, czy ktokolwiek przeżyje.

A mi się wciąż marzy dom…

IMG_8148

Zielono, zieloniutko…

Światło, które przesącza się przez młodziutkie liście jest jedyne w swoim rodzaju. Dziwnie ogłuszające, zniewalające… Konary i pieńki wciąż jeszcze zdają się drzemać tak naprawdę, ale w iglastych lasach unosi sie owa cudowna, żywiczna duszność. Zachwycająca. Na ziemi stare szyszki, bardzo stare już bez nasionek, czekające na to, by zmienić się w… ziemię. Pogodzone z losem, a może wiedzące…

Na modrzewiach pojawiły się te powalające mięciutkie pędzelki, a brzózki przemykające między iglakami zdają się przypominać zielonkawe chmurki. Wiecie, takie niby pierdy Hulka, czy ja się ten wielki zielony zwał… Shrek? Poszycie zdaje się wciąż na coś czekać, może na wzrost tych jagodzińców, a może na rozpad pojedynczych liści? Wszystko się jakoś tak sprząta w lesie. Wiecie, samo. Po pniu, w górę, biegnie sobie mrówka wlokąc za sobą truchełko. Jak zbliżycie nos do jej trasy, może usłyszycie historie prawdziwej miłości i Złej Królowej, która zapragnęła tego uczucia dla siebie. Ale z samego pragnienia nie ma miłości, dlatego postanowiła ukraść uczucie, wraz z Mrówczym Księciem… oczywiście skończyło się to śmiercią Księcia, a Księżniczka, z rozpaczy postanowiła pogadać z Nekromantami. niestety mieszkają na samym czubku Wielkiej Starej Sosny. I… trochę to daleka droga… Oooops… Księżniczka i truchełko spały z drzewa. Czy wrócą na ściezkę? Czy ona spróbuje raz jeszcze?

Mrówki na ziemi mają gdzieś rozpacz tej jednej Księżniczki. Właściwie, to mają ją gdzieś i tyle. Zajęte są tylko swoją pracą, bez moralnych rozmyślań o tym, czy powinny to robić, czy nie, czy ukrócić życie rannego robaczka, choć ten się opiera, czy jednak niech pięć Wojowniczek rozerwie go na strzępy i wyżywi mrowisko? A może jednak ten patyczek, a tamte okruch… nic to, że większy od piętnastu mrówek, najważniejsze, to doprowadzi pracę do końca…

Na wciąż jeszcze gołej gałęzi siedzi sobie zięba i treluje. Kurcze… chyba ma głośniki, a moze to tylko ta cisza i havgus? Ciężka mglistość opadła całą Wyspę, ale najbardziej widać ją nad wodą, gdzie błękit nieba nie istnieje, a odgłosy statków, dających znać o swoim położeniu… buczą okropnie. Może to właśnie ta dziwna wilgotnośc, a jednocześnie paskudny żar powietrza sprawiają, że ciężko jest…

IMG_0062

Żółciutko.

Mleczyki co prawda zmieniły się w srebrzyste pola o zielonkawych dywanikach i fascynujących główkach, ale rzepak wciąż wali, bez obrazy. Wydaje się, że jest go trochę więcej w tym roku… może to zabieg przemysłu rolniczego, może zwykła zachcianka, a może ukłon w stronę niebiesko-złotawych horyzontów, ale… jakoś tak to powala. Wiecie, taka to w końcu zwyczajność, a jednak wciąż się za nią tęskni.

Na zielonkawych krzakach poruszają się żółte bombeczki, takie to oszałamiające, bo poza tym, że wszystko sie żółci, to na dodatek jeszcze kurcze pachnie. Nie wiem już co tak zniewala aromatem, i chyba już nie chcę wiedzieć, tylko wącham. Bo przecież to jest za darmo. No… w pewnym sensie.

Na horyzoncie tylko havgus. Tak naprawdę chłodność dziwnie pomroczna opływa wszystko i wszystkich, ale samo powietrze wprost wrze gorącem. No i jeszcze jeden, maciupeńki fakt… przejedźcie sie na północ, będzie chłodniej, zajrzyjcie na środek Wyspy, a już się pieczecie. Dla każdego coś miłego… Na ulicy masa rowerzystów, ciekawe, czy dotarło do nich to, co rozgłaszała nasz Policja Kochana? A tak, rowerzyści się rozbestwili. STRASZNIE! W dziwny sposób wieść gminna chyba gdzieś na ich wsiach niesie, że tutaj rowerzysta dyktuje prawa drogowe. Nie wiem jak się poczujecie, gdy ściągnę z was ułudę… bo nie. Rowerzysta ma się poddać zwyczajowym prawom o ruchu drogowym, a na ściezkach rowerowych pamiętać i tym, że ludzie potrafią też chodzić!!! Pamiętajcie o tym, bo serio o wypadek łatwo bardzo, szczególnie, gdy słońce wali i odbija się we wszelkich szybach i odblaskach…

Pamiętacie ową kreskówkę…

… Pluto? Nie, to Goofy chyba… co to najpierw był pieszym, potem kierowcą i odstrzeliwał pieszych? Cóż, Wyspa wygląda tak aż nazbyt często w sezonie z tą różnicą, że kurcze rowerzysta zwyczajowy to rąbany JekyllHide! Naprawdę. A już szczególnie, gdy złazi z rowerka i ładuje się do spożywczego w tych swoich wypasionych bucikach, co to tak rytmicznie niczym szpilki stukają… Co się dzieje z tymi ludziami, co to podobno tak zdrowo żyją? Rowerzyści i biegacze szczególnie zdają się nie nabierać łaskawości w kontakcie z przyrodą. Jeśli chodzi o niesamowitych gościach na motorach i wiecie, owych kurtkach skórzanych… oni zawsze są sobą!!! LOL Że nie wspominam o pieszych? A wiecie, tych ostatnio no jak na lekarstwo…

IMG_5457

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zarazek Dorosłości… została wyłączona

Pan Tealight i Zagubiona Dusza…

„Przyleciała.

Wiecie, niby taki maciupci homunkulusik, ino bez pieluchy i wstążki na głowie, wyraziście żeński… jeśli można tak powiedzieć, ale jednak. Lekkie, rudawe włoski pierścionkami łopotały nad dziwnie kragłą, tłuściutką główką, zresztą wszystko w nim było tłuściutkie, w niej może raczej… Jak reklama szynki na święta. Albo i gorzej? Wiecie te wałeczki i fałdki i wszelakie zgrubienia… Nie, no raczej na pewno niej, chociaż określać płeć w dzisiejszych czasach jest już bliższe więziennym kratom niż zwykła kradzież, więc może jednak o tym nie mówić nawet?

Przyleciała.

Nie czekali na nią, nie było żadnej przepowiedni, tudzież ostrzeżenia. Niczego nie było, poza tym nocnym deszczem, który jednak nie napoił nikogo. Nic nie zapowiedziało przybycia Tej Duszy. Podobno miała na imię Apolonia, ale Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła, że ma to w dupie i zatrzasnęła okno. Dusza jednak nie dała sie tak łatwo spławić. Opadła na Czereśnię Filemona i czekała…

Tylko na co?

Lub na kogo?

Najgorsze było to, że nocą Ta Dusza uprawiała jogę i grzechotała żwirkiem pod Chatką Wiedźmy. Naprawdę wkurzające! Łazi taki wyględny, tłuściutki bobas i narusza nocną ciszę. Niczym te wkurwiające ptaszki, co to z zaćmą okresu płodzącego nic ino trelują i to oczywiście wtedy, gdy Wiedźma sobie zaśnie… I to jak głośno. Dźwięki te wkraczają pod kopułkę czaszki, obijają się od tych fajnych pomysłów, które oczywiście budzą sie wtedy, gdy się zasypia i serio nie ma mocy, która byłaby w stanie zapisać coś na karteczce… Zresztą, nawet jeżeli, to i tak nie będzie to to…

I jak tutaj spać, gdy dusza jakaś plącze się pod domem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0041

Port za portem… pomyśleć, że na Wyspie to nic dziwnego taki port, ale chyba ten w Gudhjem ujmuje mnie najbardziej, za każdym razem. Zniewala. Może to przez te kamieniczki, przez szerokość morskości, przez płaskość i wszelaką górowość powiązane ze soba… bo tutaj za plecami coś masz, górskość miasteczka, wzgórze Bokul, wszelaką kamienistość i te drzewa w większości karłowate… I ta ogromna kolorowość domków, kamieniczek i chatynek. Te braki płotków i nagły ogródek pomiędzy nimi. Wąskie uliczki, miejsca, gdzie więcej ptaków niż ludzi… i ta wielka, bardzo dorosła magnolia majacząca przekwitającym kwieciem…

Ale port… tutaj jest inaczej. To dziwne bezpieczeństwo, nawet jak stoisz na betonowej platformie dotykającej wody, opadającej w dół, nawet jeżeli fale są ogromne i dobrze wiesz, że to co robisz to idiotyzm, ale tak ci z nim fajnie… Tutaj jest bezpiecznie. No może poza tym mostkiem małym, boje sięgo… mocno. Może to zasługa lodziarni w porcie i sklepu z czekoladkami? A może jednak czegoś innego?

W maju wciąż niewiele parkujących łódek, wciąż sporadycznie tylko coś zaśpiewa w masztach, ale oczywiście jest ten basen. Wiecie, to coś co pozwala statkom zaparkować na chwilę, zrzucić ludzi, a potem wybyć znowu w swoją dal… znaczy na Christiansø, ale i tym potem. Choć może teraz? W końcu to jedno z tych miejsc, skąd widać ten dziwny ląd… a właściwie kilka nich. Rozrzucone skały z domkami, których dachy sprawiają, że miraż to serio namacalna sprawa. Wiadomo, że z północnej części widać Szwecję, ale tylko stąd, stojąc ponad portem możesz zobaczyć ową dziwność namorską. Świat pomiędzy światami, który istnieje i nie, otoczony przez wodę i jej pozbawiony. Miejsca zesłania,  a jednak i dom dla niewielu… dziwny i specyficzny, na pewno nie dla każdego. I kiedyś… goniła mnie tam żaba!!! Mówię Wam coś się jej pomerdało, jak nic to była baba! Faceci ganiali mnie wtedy troszkę inaczej… LOL

Odwracasz się plecami do morza i widzisz ścianę domów, skał i pojedynczych drzewek. W powietrzu sól i morskość miesza się z czekoladą i lakridsem, ktoś niesie wielkie lody, a Ty zaczynasz myśleć o tym, że świat można postrzegać inaczej…

IMG_7526

Może w życiu właśnie o to chodzi, że nie uczy się nas patrzeć… własnoręcznie. A może raczej własnogałkowo? Każe się nam dostrzegać to, co inni widzieli, nazywać tak, jak inni nazywali, odbiera się nam wolność zakrztuszania się ze śmiechu, gdy dziwna mewa zaczyna miauczeć, albo wkurzać się na to, że stojący pod ścianą palacz zaburza nam linię zdjęcia, które chcemy właśnie zrobić. Może w tym cały problem.  Może nie umiemy patrzeć tak ot… sami?

Odwracasz się plecami do domów i czujesz ciepło. Skały i beton szybko się nagrzewają, ale jednak wody, które je opływają sprawiają, że nic nie parzy. Tutaj jakoś tak nie czujesz się na patelni… Raczej jak na lekkim grillu. Prosze nie dmuchać, właśnie pracuję nad przyrumienieniem tej strony!!! Że sosu za mało mam w sobie? Ależ pan mnie obraża, psze pana!!! OBRAŻA!!! Pan spojrzy na siebie! Gdzie z tymi węgielkami do mnie! Ja tu ino się rumienię, nie przypiekam…

Zamiast ławek są drewniane bele na łapkach, niczym wiecie, takie morskie twory, które to wylazły z wody jednego dnia i jakoś tak zapomniały wrócić. Siadacie na nich i patrzycie jak świat się porusza bez was. A może z Wami, tylko dziwnie to Wy w końcu wiecie… więcej? Wiecie, że możecie dać sobie z tym wszystkim siana i zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie wypuścić z siebie lenia! A czemu nie? W końcu i jemu się należy odrobina rozkoszy i prazenia… no, chyba że wieje, to wiecie, jeśli lenia macie niepasionego, to lepiej go jednak do siebie trochę przywiązać. Ale gdy wieje i ta warto tutaj posiedzieć. Gdy fale są wielkie, gdy wszystko zdaje się buzować. Z jednej strony otacza nas szarość, z drugiej owa szarość ma tyle kolorów i te wody, jakoś dziwnie błękitnieją, choć wkurzone takie…

I to światło…

Tutaj jest takie specyficzne. Takie bardziej i mniej, pasujące i psocące. Takie dziwne, jakby serio mogło tak wiele, ale mu się nie chce. No wiecie, w tej chwili nie chce… O KUTER!!! Ha ha ha! Kuter przytrafia się sporadycznie, ale z czasem załapujecie się na ich rytm i kolory. Zaczynacie je rozpoznawać… śledzić mewy, które oczyszczają jego kilwater. Wspiąć się wyżej i patrzeć jak na falach się bujają, buj buj buj.,.. Przepraszam, mój żołądek! Ekhm, to nie dla mnie, serio. Ale kolory kuterków są cudowne. Te czerwienie radosne, usteczkowe takie, które plątają się z błękitami, zielenie i żółcienie.

Takie to na miejscu.

IMG_6983 (3)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubiona Dusza… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Internety…

„Właściwie…

Wiecie, serio u niej te całe Internety były inne. Jakoś każde pudełko miało w sobie więcej trolli i gnomów, więcej skrzypień, zakłóceń i dziwnych jęków. Jakby może trzymała tam jakieś dusze niedotępione? A może… może jednak prawdą było, że ostatnio śniła o miniaturyzacji? Hmmm, w końcu Chowaniec zdawał się być niższy ostatnimi dniami, a sporo przedmiotów w dziwny spoósb zniknęło… A może jednak zwyczajnie, nawet i to zwiedźmiła? Kto to wie? Mniejsza, jedno było pewnością, Wiedźma Wrona Pożarta Internetów nienawidziła jak… nic innego. Po prostu mocno i nadgorliwie, wykrzykując i wytupując wściekłość gdy ino była sama… Wieść Gminna, ta wymalowana w skórzanej miniówce i tlenionych włoskach, niosła, że pokochała Chowańca serio i mocno, ale jednak wiecie, wyszła za mąż bo on miał w stosunku do Internetów… no całkiem zgoła odmienny stosunek!!!

Korzystała, bo innej rady nie było, ale wciąż narzekała, że działają marnie i powoli, że prąd im można wyłączyć, że nie szeleszczą, nie karmią jej, a już przede wszystkim nie pachną dobrze i okładek im brak. No cóż… archeo!!! Co do telefonu, to owinięty owczą wełenką leżał gdzieś tam, gdzie go nie widziała, całkiem w sferze ICE, a ona o nim nie myślała. Chociaż ostatnio zrozumiała, że czegoś ludzie wszelacy doświadczają, czego ona nie ma… no wiecie, porno!!!

A tak, Chowaniec jej nie wysyłał zdjęć przyrodzenia! Może i to sprawa wieku, może wychowania, ale jednak… nie wysyłał!!! A ona… kurcze, siedziała w lesie, skryta młodymi listkami brzóz i nazbyt wiele myślała… znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8166

Z cyklu przeczytane:Adept” – … Bez słów. Serio, po prostu Autor mnie lekko powalił, potrząsnął mną i obutymi butkami zbałamucił. No bo się nie spodziewałam, że powieść, która serio powinna być raczej męska, tak mnie ujmie, zaintryguje, a potem nie pozwoli się od siebie oderwać!!! ZAJEBISTA JEST!!!

Cała rzecz dzieje się we wcale nie tak dawnych czasach, gdy to Polska i Wielkie Mocarstwo Mikołaja II nie były w onych najlepszych stosunkach – ekhm, lekko mówiąc, zwyczajnie nas rozpirzyli i tyle. Nasz główny bohater to Polak, aptekarz, a może jednak alchemik. Niby należy do Gildii, ale gdyby go kto zapytał… z Samarinem poznają się w enklawie. Dziele dziwnych mocy, które pojawiło się w Warszawie, Moskwie i Petersburgu. Obczyźnie otoczonej murem zbrojonym srebrem, z której alchemicy czerpią, ale i miejscu, które oddzielone od świata „zwyczajnych” cennym metalem…

… tylko czeka…

Przyznaję, że gdzieś w połowie zajrzałam na koniec książki, ale tylko po to, by się upewnić, czy to tom pierwszy! Książka bardzo wciąga, bohaterowie nie tylko dają się lubić, ale do końca coś ukrywają… Tak naprawdę z jednej strony czegoś się spodziewamy, prawie jesteśmy pewni, ale wciąż coś się dzieje, coś nowego… i w końcu rozumiemy, że wszystko prowadzi do czegoś WIĘKSZEGO. A ci, którym ufaliśmy… kłamią.

Adam Przechrzta wymiata. Nie powinno mnie to dziwić, bo znam trochę autora, chociaż większości jego książek nie udało mi się zdobyć, jednak… Tyle, wymiata. Tak serio, cokolwiek powiem nie ma tutaj sensu. Facet potrafi pisać, potrafi wciągać w historię, omiatać ją światłem ale i utrzymywać dostateczny cień… tworzy niesamowitych bohaterów i nie stroni od humoru, więc…

Na co czekacie?

IMG_8147

Lekkie ochłodzenie, ale słonko zagląda… niesamowita niebieskość na niebie. Bzy zaczynają kwitnąć i czeremcha i wszelkie inne zapachowe cudo pomiędzy trawami. Pachnie cała Wyspa, chyba że akurat traficie w ekologię… to pachnie mniej.

Nagle, już na ostatnią chwilę wszystko dookoła trochę ucichło. Nadmiar samochodów na razie nam nie szkodzi, ni rowerzystów nieobeznajomionych z prawami ruchu drogowego i ścieżkowego. Spokój, cisza, milusi chłodek, kilka kropel deszczu… mogłoby tak już zostać, co nie? Dlaczego nikt się ze mną nie chce zgodzić!? Zimno jest takie milusie… w wodzie odbijają się telepoczące sie na wietrze łódeczki kolorowe, po prawej woda, po lewej murek, a na nim oczywiście owe dziwne, portowo-rybackie ustrojstwa, o których mam nader mgliste pojęcie. Wiecie, jak ta małpa na gwiazdach, choć znając małpy, to one wiedza wszystko, ino nie chce im się zniżać do ludzkich wymagń i tłumaczeń. Zwyczajnie, wolą w nas klockami porzucać, pewno łatwym jesteśmy celem… i zabawnym na pewno. No serio… taka Jane G. na pewno może o tym opowiedzieć.

Cisza i niesamowite niebo. Najpierw ciężkie, grafitowe chmury, potem znowu błękit, kilka białawych linii, kresek i obłoczków. Port w Melsted taki niesamowity. Po prawej bzy burgundowe, białe i jasne, fioletowe… po lewej ino fiolety, którym niespieszno by się rozwinąć. Do tego ten mur wychodzący w morze i przylegająca do niego kładka…. idziesz, idziesz, idziesz i jeśli nie wystraszyła cię ta ogromna mewa pikująca dokładnie w stronę twojego łba, to się nie skąpiesz. Jeśli nie wpadłeś do wody na widok wylatujące gdzieś spod kamiennych umocowań wrony, dotrzesz do miejsca, gdzie jeszcze tylko krok i morze. To prawdziwe, głębokie, prowadzące w dale w tak wielu wymiarach. Chcesz zrobić ten krok, słonko nagle przygrzewa mocniej, pot zbiera się w zagłębieniach łokci, ale… jakoś nie możesz. Ostatkiem sił opierasz sie o murek i odwracasz się powoli… i widzisz jeden z najbardziej intrygujących widoków…

Domki nad morzem.

IMG_0655

Kolorowe chatki, w większości niezbyt młode, no i te kominy wędzarni. Białe, wybijające się w błękit, jakby serio chciały dymem aniołki nakarmić. Bo wiecie, aniołki by latać, to dym żrą zamiast śledzia, czy makrela. Tutaj coś czerwonego, tam znowu białego i te dodatki, płotki i framugi w różnych kolorach, dachy i ogródki przydomowe, drzewka, głównie jabłonie i te skały po prawej. Po prawej skały, a po lewej biel plaży, ale czad!!! No serio, sami spójrzcie!!!

Na dotąd niemrawej ziemi wzrosły trawy, bielą się stokrotki, złocą mlecze, tam jakiś niesamowicie karminowy krzak, tam znowu drzewo, w którego zieleni więcej kanarkowości, niż w klatce u śpiewaka. I ta cisza i spokój i znowu owe ustrojstwa rybackie… no na co im te sieci, które nie są sieciami, aino niezbyt dobrze zwiniętymi, włosowatymi niciami? Albo te boje… niby człek wie, ale kurcze, czy to zawsze się je zostawia, a co jak uciekną? Albo to, cudownie różowawo-fioletowe okularki do nurkowania. Bardziej cukierkowe niż garderoba zwolenniczki sukienkowej codzienności… czyżby księżniczki też rybiły?

A może to Syrenice?

Nagle jakoś już nie mogę wytrzymać w tym miejscu zbyt oddalonym od domu, muszę iść. Mijam całą masę łusek, kilka kropel dziwnych cieczy i kałużę, w której odbija coś, o czym nie chcę mieć pojęcia. Wracam do domu mijając domki, puste ogrody, zapowiedzi wakacyjnych grilli i wszelakiego się leżakowania… wracam do domu, w którym… kurcze, właściwie mogłabym to robić dzień w dzień, tylko że czasu szkoda.

Wiecie, serio uważam, że mieszkanie w tak zwanym miejscu wakacyjnym… nie opyla się tym, którzy mieszkają tutaj na stałe. Oczywiście, że wolno nam się wakacjować i każdy z nas wskakuje do wody gdy chce, czy idzie na lody, ale jednak… spędzić cały dzień na leżaku? Kurcze, a może to tylko ja tak nie potrafię? Może wszyscy sie wylegują, a ja mam braki w gentyce się prażenia?

Może?

IMG_6967

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Internety… została wyłączona

Pan Tealight i Oczekiwanie na Deszcz…

„Miało padać.

Obiecali!!!

Wiedźma Wrona Pożarta więc nastawiła się na deszcz niczym prawiczek na bzykanko za darmo… wypatrywała chmur, czekała na nie, a gdy tylko się spojawiły, przypłynęły i przyszły… No nie mogła tak zwyczajnie czekać na to, co będzie dalej. Na krople, wilgotności, na wszystko. Nienawidziła czekać, dlatego wzięła sprawę w swoje stawy i zaczęła podskakiwać i lekko chmury podduszać. Doić, nadrywać, ściskać je mocno i nimi potrząsać. Gilgotała je, muskała, tykała na wszelkie sposoby…

A one nic.

Nosz wkurzyła się.

Potem zaczęła mieć wyrzuty sumienia za owo wkurzenie, następnie znowu targnęły ją nerwy i zjadła czekolady, co nie pomogło… Nie padało. Chmury wisiały, radosne po tym całym ich masażowaniu, ale nic z tego. Nie roniły ni kropli. Wtedy ktoś z tych, co podpatrywali Wiedźmę Wronę i się śmiali, zaczął opowiadać sprośne żarty, mając nadzieję na to, że wiecie, popuszczą… żarty polityczne, żarty nieciekawe, te totalnie durne, oraz w typie: wchodzi facet do windy, a tam schody… Żarty całkiem sprośne i takie, z których nikt się nie śmiał, choć wszyscy chcieli. Nic z tego. Nagle wszelako zebrani pod chmurzaną warstwą uczynili z tego swój życiowy cel, by zwyczajnie sprowadzić deszcz. Jedni zaczerpnęli do pradawności, rozebrali się i zaczęli tańczyć inni znowu, ale tym szybko skopano tyłki, które potem marynowane zawisły na grillu, chcieli zabawić się nowocześnie, chemicznie… Tamci postanowili błagać bóstwa, inni znowu im grozić, magia i szamanizm, wiara i szczęście…

A Wiedźma Wrona Pożarta tylko się na nich patrzyła. Zaskoczyli ją, zadziwili, jakoś tak naruszyli w cholerę jej prywatność, więc się po babsku zemściła. Załadowała Smoka z Komina sobie tylko znaną pietruszkową mieszanką, wycelowała ją w chmury i czekała… tym razem pod daszkiem… aż chmury zaczęły sikać… A oni wciąż tańczyli, cieszyli się i pili prosto z niebios.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0525

Apostlene Tørre Ovn

Dziwne miejsce, a może magiczne? Przerażające bardziej, czy jednak naturalnie powalające na kolana? Nie wiem, wiem jedno… sporo schodków w dół, a potem wiadomo, z powrotem. Ale i tak warto… Szczególnie, jeśli zdecydujecie się na pieszą wycieczkę od Gudhjem do Kunstmuseum. Gdy już zaczniecie się zbliżać do celu, gdy ścieżka zacznie się niebezpiecznie zwężać i pokryją je większe korzenie, po prawej stronie klif stanie się mocniejszy, bardziej skalisty, odsłonięty i przecięty. Jeśli tylko się zdecydujecie, jeśli macie dobre kolana i oczywiście opanować potraficie zadyszkę, to nawet jeżeli koszmarnie jak ja boicie się wysokości… możecie zejść na dół.

Nie ma boja, schodki odnowione. W ogóle na tej trasie właśnie wymieniane są wszelkie poręcze, więc uważajcie na roboty!!! Zresztą, przecież idziecie na dół. Tam, gdzie niebieskość się odznacza od dziwnie żółtawych kamieni… gdzie skały prowadzą w dół, jest coraz chłodniej. Gdzie idąc, z każdym krokiem jest coraz chłodniej, ale tylko  od frontu. no chyba, że idziecie tyłem… Bo od tyłu Was grzeje to, do czego będziecie zaraz tęsknić. Gdy pokonacie ponad setkę schodków…

Tup, tup, tup.

Krok za krokiem, niby trzymasz się poręczy, a jednak te skały Cię fascynują. Te po prawej lekko bardziej gołe, ale gdy tylko się odwrócisz, a stronę, z której przyszedłeś, widzisz, że to kłamstwo. Światło pokazuje kontury wszelakich zielonkawości i kwiatowych wyprysków. Ale najbardziej fascynujący jest ten śnieżny opad płatków… lecą dookoła Ciebie, jakby to serio był ślub, a nie mozolne dreptanie w dół, ku ciemności… Takie to skończenie piękne. Po prostu. Piękne. I to światło, które sprawia, że otaczają Cię dziwne tęcze, zagubione, kuliste, sześciokątne, malownicze. Niesamowite to wszystko tak bardzo, że nie rozumiesz, dlaczego odwiedzasz tę cząstkę Wyspy dopiero teraz.

Jeszcze kilkanaście stopni, jeszcze kilka i nie chcesz z nich zejść, bo gdy zeskoczysz z tego ostatniego stopnia, będziesz na miejscu. Na owej plaży poznaczonej dość sporymi głazami, z których serio niektóre są całkiem ruchome. Zezwłokami starych Syrenic i połówką Krakena, która już trochę skamieniał. Jego pół ryjka nadal wygląda, jakby chciał jeść, ale już stracił na posiłek jakąkolwiek nadzieję… Jest tutaj pół pnia Yggdrasila i dwie całkiem zapasowe nogi Wielonożnego Latawca. I jeszcze masa innych rzeczy, jak: Pieruński Sezam, Jaskinia Odpustów i Stary Ołtarz Niechcianych Bożków. I jeszcze coś, czego nikt nie umie opisać… a w oddali morze.

IMG_9475 (3)

Stojąc wciąż jeszcze blisko schodów, ale już na tej ziemi, czy raczej kamulcach, człowiek czuje się dziwnie. Inaczej. Jakby to miejsce wcale nie należało do Wyspy, jakby przeniósł sie w czasie i baśniach i jakby… ktoś tutaj na niego czekał.

Wyczuwa się w tak ukrytej oazie kamienistości dziwną obecność. Aż chce się zostać na dłużej, a z drugiej strony uciec… byle szybciej. Chcesz podejść do skały, chropowatych miejscami, tam równo przyciętych, z góry okolonych drzewkami obsypującymi Cię białymi płatkami, do tego słońce zza pleców i błękit niebios… i morze, szeleszczące, uderzające o wilgotne kamienie, z których większość wygląda jak leżące na bokach postacie. Granatowe fale, miejscami turkusowe i te rażąco białe grzywacze.

Kurde, coś jest w tym miejscu, ale co? Czy to słońce, które tutaj pojawia się wyłącznie z góry i tylko w określonych godzinach dnia, czy jednak właśnie ciemność, chłód w nawet najbardziej wrzący dzień, a może to, iż zieleń jakakolwiek, ale istniejąca,  skończyła się wraz ze schodami… coś naprawdę tu jest. Chybocząc się na kamulcach starasz się dotrzeć do owej wodnistości, dotknąć skał… ale się boisz. Z jednej strony można nawet popływać. Jeśli tylko się nie boisz, względnie tutaj płytko, jeśli tylko nie ma sztormu. Bo gdy Wyspa się sztormuje, to lepiej tutaj nie przebywać. Naprawdę. Skały staną się dla Ciebie twardością, an którą zrzucą Cię fale i tyle…

Ale też.

Tutaj jest jak w jaskini i jednocześnie w świecie, który pozwala Ci pójść dalej. Zawsze możesz przecież wrócić na schody, albo pójść w morze.

Zawsze…

Wspinam się z powrotem i słońca mnie razi. Zielonistości młode sprawiają, że promienie przesączają się przez nie jakoś tak… inaczej.

IMG_4854

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Oczekiwanie na Deszcz… została wyłączona

Pan Tealight i Kwintesencje Następstw…

„Bo…

No kurcze, zawsze jak coś zrobisz, to jakoś zdajesz sobie sprawę z tego, że będą tego jakieś następstwa. Wiesz, że macanie pokrzywy zaowocuje bąblami, ale cię korci, więc macasz… Bo nie da się żyć ino tak… nie dotykając, nie próbując, stojąc w miejscu i puchnąc od tych tam gazów człowieczych. Bekając i pierdząc, no wiecie, wydzielając i przemieniać te tleny i dwutlenki i te wszelkie wody, tudzież inne ciecze…

Nie da się, więc nie wymagamy tego od Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki torturowanej piosenkami z Eurowizji. Ekhm. Niby nie musiała, no ale jednak, miejsce mieszkania zobowiązywało… zresztą, ostatnio Pan Tealight stał się zwolennikiem rytmów i bitów… batów? A nie, bitów jednak. Znaczy dla niej były to baty akustyczne jak nic, bo wiecie, nucić zaczął też. A dokładniej nie tyle nucić, co śpiewać i to nie jak zwykłe osobniki w zaciszności swej łazienki i akustyce prysznica…

O nie, on to robił publicznie.

A to serio pociągało za sobą pewne konsekwencje… niesłyszalności. Zatkane uszy i inne otwory słuchowe, ciągłe potyczki językowe, bo przecież nikt nikogo ani niczego nie słyszał, ale wiecie, jednak się uśmiechał i kiwał głową, bo przecież… trza być uprzejmym, nawet jeśli dziwny łoskot, gardłowy, jakby poruszął wszelkimi pęcherzykami płucnymi, a one były z różnych metali… dobywał się z Przedwiecznego Pana T.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9113

Z cyklu przeczytane: „Akta Dresdena. Dowody winy” – … miodzio. Z każdym tomem po prostu wciąga jeszcze bardziej. Bohater się rozwija, czasem w bolesny sposób, ale nie traci humoru. Dzieciaki przyjaciół dorastają a Myszek…

… kocham go!!!

To już ósmy tom? Serio… ale ten czas leci i pomyśleć, że pierwsze mnie jako nie porwały, niby się podobały, niby nie. Wróciłam do nich pewnego dnia i teraz… spróbujcie mnie oderwać od Dresdena! Może nie jest doskonały, może i wkurza, ale ma w końcu fajnego psa, przyrodniego brata i zaskakujących przyjaciół. No i seksualną posuchę ma, bo laska mu się prawie zwampirzyła i czaszkę ma. Znaczy nie tą na szyi, ale wiecie, ową bardziej magiczną, co gada. Serio, jak z takimi elementami może być źle?

No nie może! I nie jest!

Kolejny tom, akcja się zagęszcza, komplikacje wciąż się komplikuja, a na dodatek oczywiście przypałętywują się nowe problemy. Oznacza to kolejne łatanie Chrabąszcza, kolejne siniaki na naszym magu-detektywie i kolejne żarty! Bo w końcu nasz bohater, choć mag, to jednakowoż specyficzne ma do magii podejście. A już szczególnie tej, która przewiduje wymyślne ciuszki, kadzidełka i kryształki, ale jak trzeba… to trzeba! Nie dość, że Rada wciąż ma problemy, Wielka Wojna wisi wszystkim nad głową, to jeszcze w Chicago odbywa się konwent wielbicieli horrorów.

No ino czytać!!!

Oczywiście od początku! Bo wiecie, szkoda nie poznać tego specyficznego osobnika. Nie zatopić się w lekki, ale nie durny język, w ową cudowną dorosłość, bo w końcu choć magia, to nie opowieść dla małolatów… i lekki stres wieku średniego.

IMG_8145

Siedzę sobie prawie na tarasie. Nade mną śmiga badylek – znaczy mała jabłonka zwana Bonifacym, która to po raz pierwszy obok mnie kwitnie, lekko porusza sie na wietrze… obok mnie motylek, żółty, biały, z brązowymi końcówkami i niebieski. Baranek… pewno gdzieś tam jest, a na dodatek jak nic dziewica jakaś treluje mi nad uchem, bo cholernie fałszuje. Od frontu Chatki znowu mnie wrona jakaś trawnik rozdziabuje i coś w nim zakopuje. Wiecie, wyrywa kępki, ale jeśli dojrzy, że na nią patrzycie, to od razu jakoś tak się podnosi, rośnie, jej ruchy przyśpieszają, coś chowa szybciorem w przygotowanej dziurze. Zasypuje, dokłada trawek i odchodzi, jakby nigdy nic. ODCHODZI! Tak, oczywiście że ma skrzydła i potrafi ich używać…

… zwyczajnie, u nas wrony chodzą. Jakby to one w rzeczywistości wszystkim władały. Jakby wiedziały więcej, może i wszystko, no i z tego wszystkiego korzystały przez cały czas… olewając całą resztę. Nawet te swoje skrzydełka. Znaczy ogromne je mają, piękne i niesamowite, a jednak wolą chodzić. Czasem się zastanawiam, czy serio przynoszą mi te dziwne rzeczy za te okruszki, którymi się z nimi dzielę, a czasem… wydaje mi się, że to ja jestem dla nich materiałem eksperymentalnym.

Albo te zające? Jeden mieszka gdzieś obok mnie. Uprawia jogging na mojej drodze. Niby nie obwieszony jest metkami i znaczkami reklamodawców, ale jednak, jakoś tak wydaje mi się, że gdybym była zającem, coś bym kupiła. Może jakieś butki na pazurki, a może jednak podcieracz do ogona? A może… wiecie coś takiego na uszy, coby za bardzo nie łopotały przy większych powiewach wiatru? Bo chociaż słonko znowu wali, to jednak lekko mroźliwy wiater nieźle daje popalić…

Serio, to Wyspa. Jedyne miejsce, gdzie człowiek rozumie, że jest na końcu czegoś… może nie łańcucha pokarmowego, ale jednak jest najgłupszym. Te wszelkie zwierzaki – dziś śniło mi się, że goniły mnie bizony – mają na nas tutaj ogromny wpływ. Śpiewają tak, że człowiek chcąc nie chcąc zabiera się do roboty już o świtaniu, milczą od godzin wieczornych, które serio wcale nie są takie oczywiste, bo o 22giej wciąż jest jeszcze względnie jasno… Nocą rzucają się nam w sny, a w południe dziwnie popatrują z gałęzi… Naprawdę mogłabym być ornitologiem. A może raczej zwyczajnym ptaków podglądaczem?

IMG_9513

Znowu długi weekend… podobno ma padać, więc czuję sie już radośnie. Całkiem jak nikt poza mną w tej części świata. No sorry, ale kocham i deszcz i wiatr i zimę. Dla mnie to najlepszy wypoczynek, chłodny i dudniący w szybki.

Ale oczywiście najpierw słoneczna sobota, gdzieby tutaj pójść? Czy odwiedzić skały, czy jednak drzewa, latarnię morską, którąś z kilku, a może raczej kolorowe domki sobie pooglądać. Popatrzeć w te czyste szybki i zobaczyć odbijające sie inne chatki. Jakoś tak… tutaj człowiek nie patrzy na to, co w domu, a na to, co szybka odbija. Inne dachy inne okna i tak w nieskończoność, a na końcu owej nieskończoności jest oczywiście morze. Bo w końcu tutaj ono sie pojawi prędzej lub później. Nie ma innej opcji. A może by tak sobie kupić świeżutki chleb w kapitalnej piekarni w Svaneke i zwyczajnie go zeżreć przy polu żółtawości rzepakowej?

Co tu wybrać?

Dzicz względną, czy jednak coś bardziej ucywilizowanego? A może odwiedzić kilka nielicznych sklepików, które już rozwarły swoje bramy? Zobaczyć co się nie zmieniło, a co zmieniło? Co znowu otwierają z nadzieją, wiecie nowość tegoroczna, a co znowu… ekhm, zamknęło się po roku. Bo u nas wszędzie jakoś pleni się słomiany zapał. Najmniejsze przeciwności i już po ptokach… tutaj knajpa, tu miała być pizza najlepsza w świecie, a tam znowu kwiaciarnia… galeria…

Bo tutaj zwyczajnie łazi się po tych samych miejscach i czerpie dziwną radochę z niezmienności i często wkurza się, gdy tam mu coś zmienią. Tak jakoś już jest. Z jednej strony powinniśmy wciąż mieć coś nowego, a z drugiej niezmienność jest taka bezpieczna. Czy nie wystarcza to, że mamy teraz nowe linie? Znaczy promowe, wiecie. Mają być tańsze, choć przyznam, że uwierzę jak zobaczę. 50% zniżki na bilety może w końcu lekko uczyniłoby bardziej prawdopodobnym wyjazd na kontynent? Albo taki Joboland… co to już nie istnieje. Znaczy wiecie, jako tako istnieje, ale ostatnio Tubylcy mają bzika na punkcie narodowościowych nazw… Brændesgårdshaven. Konia z rzędem temu, co umie to wymówić. I poinformować kierowcę autobusu, gdzież mu się tak bardzo z dzieckami spieszy… Hihihi, próbujcie. I nie mówię tutaj o tych, co to duńskiego nigdy nie liznęli. Zapytajcie tych z Kopenhagi jak bardzo dziwny jest dla nich duński z Wyspy… Serio! Polecam!!!

IMG_8897 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kwintesencje Następstw… została wyłączona

Pan Tealight i Pudło ze słoniami…

„Miała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki dziwne, całkiem niewielkie, chociaż i przepastne… pudło ze słoniami. Wiecie, no tak na pamięć je miała. A może raczej na zapominanie je miała?

Kto ją tam wie?

Pudełko było miejscami różowawe, z brązowymi i kremowymi paseczkami, brązowym wieczkiem, zamykane na srebrzysty zatrzask. W środku słonie miały całkiem miękko i wygodnie chyba. Zresztą, każdy z nich, by zapobiec wszelkim interakcjom, zapakowany był we własny woreczek z zielonym sznureczkiem. I nawet trąby z niego nie wysuwał, uwierzcie mi! Nie chciały być razem, a z drugiej strony jakoś tak nie umiały bez siebie wszystkich razem, no w kupie żyć. Pudełko było ich domem. Fascynującycm pałacem, w którym miały wszystko… czego potrzebowały. Małe, szare, ręcznie malowane, herbaciane słonie…

Każdy z nich miał swoje wspomnienia, każdy trzymał je gdzieś pomiędzy ogonem, a trąbą, mocno, ściskał w sobie. W owej skórce pofałdowanej, pod uszami ogromnymi. Te nosiły w sobie pamięć dzieciństwa, tamte zdarzeń nie z jej życia, a te znowu tylko to, co chciała niepamiętać. Bardzo chciała… Tak naprawdę wciąż była gotowa na nowe i wciąż ją to zaskakiwało… ale przecież wszyscy mówili, że trzeba pamiętać, że żyje się ino wspomnieniami…

Nie rozumiała tego.

Bo po kiego pamiętać coś, co już było, co nie wróci, co tak naprawdę w tej chwili serio nie ma żadnego znaczenia. Wtedy uskrzydlało, teraz sprawia, że widzisz w sobie wyłącznie nowe zmarszczki i strzykające kolana. Tak naprawdę to fajne, co sie dzieje, ma wypełnienie i zalety wyłącznie wtedy, gdy się dzieje. Lepiej czekać na coś takiego, co sie wydarzy, niż tylko wspominać to, co dawno pokrył już kurz… Zresztą, to wszystko tak bardzo, i tak często, boli!!!

Nie, Wiedźma Wrona Pożarta nie przepadała za swoją historią. Niektóre momenty były wyczesane, ale serio wolała czekać na nowe. Miłe i fascynujące, pudełka otwierane, łzy radości… Oj nie, nie potrzebowała pamiętać, wolała czekać na nowe…

Słoniom było wszystko jedno.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5459

Maj zaczął się gorąco prażąco. Ludzie kochający zimę, czyli w liczbie sztuk jednej, czytaj JA… poczuli się cholernie oszukani! No bo serio, tak od razu do żaru? A co ze strefą przejsciową? No wiecie, tym czasem nastu lekkich stopni, które jednak nie chcą rezygnować z rękawka, ale kurde nie! No przecież my to od razu musimy iśc na całość. Się nie zgadzam! Ale, co ja tam mogę?

Gdy wszystko tak kwitnie, nagle i mocno, człowiek uświadamia sobie jak doskonały system mają drzewa owocowe. jedne już dawno zrzuciły płatki, zaopatrzyły sie w listki i się uwzględniają powoli owocując, reszta, jak jabłonie, dopiero się płatkuje. Piękna i zapachowa! Ech, cudne te stare jabłonie z powykręcanymi, ciemnymi, nawet czarniawymi gałązkami. Takie one zdają sie być wiekowe, takie wiedzące i serio potrafiące odpuścić. Zwyczajnie olać sprawy i przypierdolić im ogryzkami. To moja nadzieja na starość. Znaczy wiecie, na następne lata, że w końcu każdy może się nauczyć…

Przyroda na Wyspie z taka lekkością i łatwością odzwierciedla całe to dojrzewanie ludzkie. Bo w końcu czym się my ludzie różnimy od roślinek? Korzonkami? A może jednak tylko zapachem? Serio. Gruba kora odcina od zewnętrza, coroczna zmienności oliściowienia tłumaczy moje humorki i okazjonalne pragnienie czegoś nowego. Na przykład koszyczka z kwiatkami… Wiecie, u nas był Dzień Matki dopiero co i do sklepu – zwyczajowy sam – zwieźli kwiatki. Potem na Facebooku każdy je może pooglądać, bo gdy w okolicy półtora sklepa na krzyż, to inaczej się nie da. I nic w tym złego. Takie to dziwnie fajne, gdy nie ma się zbyt wiele. Mówią, że od przybytku głowa nie boli, ale ręce od wycierania bibelotów, na pewno!!!

Wiosna… ciekawe jakie będzie lato. Coraz bliżej do zimy – wot i się pocieszam. Siedzę przy otwartych drzwiach na balkon chłonąc lekko zachmurzona aurę dzisiaj i słyszę morze. Gdy stanę na palcach, to nawet je zobaczę. Takie to wszystko absurdalne, nie do uwierzenia. Oj, pewno że zdaję sobie sprawę z tego, że żyję tutaj już kilka lat i codziennie walczę o to, by dalej oddychać… ale jednak, wciąż nie wierzę. Gdy muszę gdzieś wyjechać, nawet na drugi koniec Wyspy, zawsze uspokaja mnie dopiero widok Gudhjem, Melsted i ukochanej plaży, zwanej Słimu!!! Te małe domki i błękity naprawdę potrafią mnie uspokoić. A może to tylko jakaś iluzja?

Zmyślna bardzo?

IMG_3791

Czasem się zastanawiam jakby to było zobaczyć teraz Wyspę po raz pierwszy… nie trzymać w sobie tych intrygujących wspomnień z czasów, gdy drzwi tutaj nie były zamykane, gdy zostawiony rower znikał sporadycznie, gdy wszystko jakoś tak było inne. Gdy nikt nie traktował tego skrawka ziemi jako punktu dla odpadów ludzkich i atomowych. Kurcze…

… nie wiem jakby to było…

Oj oczywiście, że mnie to wkurza. Dania traktuje Wyspę jako owo siedlisko wszelkich odpadów. Tia, zrzucają też uchodźców. Obecnie spacer po Rønne nie nalezy już do takich, które chciałabym uskuteczniać, a w południe trudno nawet pomyśleć o tym miejscu jako o Północy. Strach? Obecny!!! Oczywiście nic nie wolno powiedzieć, bo od razu jesteś rasistą. Jakoś tak nagle ci co sie boją, uznawani są za cholernych pojebów i totalnych bezmyslnych trepów. Cóż…  może i jestem jednym z nich. Całkiem możliwe. Ale jak jeszcze usłyszę raz, że oni się nudzą i nie mają rozrywek… to wybuchnę i wtedy problemy się skończą. Będziecie mogli obserwować Etnę Bis na Bornholmie. Opluję wszystko wrzącym jadem z zaciekła radością… wyrzuty sumienia będą potem…

Bo coś mi się wydaje, że urodzenie się w Polsce generuje wyrzuty sumienia. Po pierwsze, bo znasz polski, po drugie, bo chodziłeś do szkoły i serio tam wtedy jeszcze uczyli, a po trzecie boś biały i z Polski, a to zawsze zmuszało do wszelkiego pełzania i przepraszania za to, że się żyje. Tubylcy tego nie robią. Oni zwykle milczą, jeśli chodzi o Turyściznę, to ta ostatnio ignoruję. Mam dość tego, że za mną łażą i chcą… gadać. Dość tego, że gdy robię zdjęcia i potrzebuję spokoju, oni stają za mną i dyszą mi w kark, więc… śpiewam. Głośno śpiewam ze słuchawkami w uszach. Bo sorry, ale ludzie z moim zajebistym i wyczesanym wachlarzem stanów lękowych muszą w cholerę walczyć ze sobą, by w ogóle wyjść z domu. Nie ma obowiązku robienia za małpę w cyrku, jak chcecie małpy, zacznijcie płacić – będzie mnie stać na lepsze leki i psychiatrę, a nie jęczeć, że drogo, że was nie stać i tak dalej… Sorry, ale jeżeli już przyjeżdżacie tutaj i pakujecie się do jakiejś galleri, to grzeczność nakazuje kupienie durnej pocztówki. Nie stać Was, to nie kupujecie obrazka, ale… doceńcie ludzi, którzy kurna z tego żyją. Którzy starają się by to miejsce było czyste i spokojne. Serio nie rozumiem tego łażenia… Wiecie jaki jest problem numer jeden? Otóż większość z nas zna więcej niż jeden język i doskonale rozumie co pieprzycie pod nosem… jeżeli brak w Was kultury, wypad na Ibizę! Tam mają grubszą… korę!!!

No tak… zjeżdżają się. Turyścizna. Nie no, pewno i są miłe przykłady tej nacji, czyli każdego z nas poza granicą domu, ale ja jeszcze nie spotkałam. A ci ostatnio sa wybitnie chamscy i nieokrzesani. Serio, jeśli brak Wam dyskotek wciąż polecam Ibizę!!! Tutaj przybywa się dla spokoju. Polecam kosztować owego specjału. I lodów… genialne są miejscami!!!

Pokora i Grzeczność

… zaczynam podejrzewać, że ktoś wybił te boginie jakiś czas temu, spalił ich ciała, a popioły, bo zakaźne, jakoś tak nie rozwiał, ale zwyczajnie utopił w czymś i wmurował to w podziemia, do których nikt i nic, nawet woda, wstępu nie ma.

IMG_0180

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pudło ze słoniami… została wyłączona

Pan Tealight i Wróżka Wyspuszka…

„Skrzydełka, trzy podbródki… suknia jasnoróżowa z halkami ozdobionymi koronkami, długie gacie zdobione szydełkowymi zawijasami, pelerynka z piórek… Do tego koafiura na głowie, blond oczywiście, z powplatanymi w nią perełkami, kamyczkami, piórkami i podrygującymi w sobie ino znanych nutkach, wszelkimi szmatkami. I ta malutka tiara na czubku, srebrzysta, wymiatająca dziwnym, wewnętrznym światłem. No i oczywiście wiecie… miała różdżkę. Srebrzystą, dostosowaną kolorystycznie do kolczyków i naszyjnika z diamencikami – czy innymi szkiełkami – całkiem długą, ale wiecie, wciąż nie przeciążającą naszej bohaterki. Z maleńką gwiazdką na czubeczku, cukierkowo różową, co to przy poruszeniu pyłek jakiś z siebie wypuszcza. Jak nic coś halucynogennego, ale co w tym złego. Trza sobie życie ulepszyć, czyż nie?

Jednak najbardziej intrygujące są w niej te buciki. Ciżemki na cholernie wysokim, cieniutkim obcasiku. Wiecie, takie lekko ciemniejsze niż reszta stroju, wpadające już w purpurę… wysokie dość, a jednak zgrabne, lekko wycięte w listkowy kształt i z zawiniętym, długim czubkiem. Trzeba mieć wielkie jaja, by tak po prostu w nich się pojawiać w świecie piasku i błotka. No i ten speed. Znaczy wiecie, prędkość z jaką się unosi, niby wysoko, ale jednak nie do końca pokazując to, co niewymowne. Szybko, ale też dziwnie dostojnie, jakby potrafiła być damą w każdej sytuacji…

Wszyscy wiedzieli, że ona istnieje, ale… nikt jej dotąd nie widział. A jednak wiedzieli przecież jak wygląda, może tylko nie pamiętali?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2179

Z cyklu przeczytane: „Litr ciekłego ołowiu” – … boski! Zresztą, od dawna wszelakie osobistości „znające się na literaturze” uważają właśnie krótką formę za najlepszą u Pilipiuka. Jego zbiory opowiadań są wyczekiwane, rozchwytywane i od razu konsumowane. Zanczy czytane…

No przynajmniej u mnie. Od razu, gdy wieści się poniosły po necie, że kolejny tomik już zaraz się ukaże, zamówiłam. Niestety przeczytałam od razu i… i znowu czekam. Czekam na kolejne opowieści o Stormie i Skórzewskim, o specyficznych odkryciach, ćwiczeniach szarych komórek, o zagadkach i temu, co zapomniane. Bo jak każdy z nas archeologów, Pilipiuk uwielbia powoli odkrywać swoje… ekhm, walory, oczyszczać je, opisywać, a dopiero potem wyjmować. Jego opowiadania, czy to stara Rosja, czy wszelako współczesna Warszawa, a może znajomy Lublin… są in situ. Właściwie włazicie w nie i nie inaczej jest w tym tomie, więc natknąć się tutaj możecie i na zombie i na dziwne czerwie, na stworzenia, które nie do końca są ludźmi i tych… którzy pozdrawiają nas z przyszłości.

To po prostu rozrywka, która wymaga zastanowienia się, ponownego przejrzenia wiadomości szkolnych, tudzież pogrzebania w internecie. To miniaturki, które są doskonałą kopalnią wiadomości z przeszłości, ale i w pewien, nadzwyczajnie nostalgiczny sposób ofiarują im… pamięć. U tego autora stare jest dobre, pewne i niezwykłe, a nowe strasznie ułomne. I ten język i bohaterowie…

Po prostu zacznijcie czytać opowiadania Andrzeja Pilipiuka! Zwyczajnie, ale od początku! Od pierwszego tomu opowiadań, bo inaczej cała przyjemność nie będzie pełną. Opowiadania często mają kontynuację, a szkoda to przegapić.

IMG_8146

Spacer…

… wciąż torami, których już nie ma, a jednak wciąż słyszę ten usypiający stukot. Stuk tuk, stuk tuk, stuk tuk… Wyobrażam sobie, jak to było jechać tutaj, powoli, pomiędzy skałami wysokimi, z cienia do słoneczności, poprzez pola, wzdłuż kanału, w szemrzącej wodzie, pomiędzy polami pełnymi zawilców i pni… krętym strumieniem, na lekkim podwyższeniu, z jednej strony wyżej niż trawy, z drugiej jednak wciąż na poziomie dziwnie chronionym przez Wyspę. Jest tak dobrze, spokojnie, melodyjnie i baśniowo. Aż kurcze nie zdziwiłaby wypożyczalnia dyń i szkoła kopciuszków.

Szkoda, że kolei na Wyspie już nie ma, a z drugiej strony unikamy też i zadymienia i hałasu. Kurcze, z trzeciej strony, jednak może fajnie by było… Chociaż idzie się po ścieżce tak miło. Jeden, czy dwa rowery przed nami, po prawej jakieś mokradła, po lewej znowu skała. Teraz pole, las się skończył, nasyp zmalał, w oddali gospodarstwo. Na gałęziach masa ptactwa. Takie to wszystko baśniowe, szczególnie te owocowe drzewa, takie puchate białymi płatkami. Człowiek już nie wie, czy to czereśnia, czy jednak jabłoń, a może jakaś mirabelka kurcze… wystarczy to, że pięknie jest. Ale zaraz nasyp  wraca, kręta ścieżka prowadzi gdzieś w inną Narnię… zostawię ją sobie na potem, może potrzebna będzie nić Ariadny?

Słońce przygrzewa coraz bardziej, błękit nieba zdaje się wyparzać ze mnie wszelkie zmartwienia. Kurcze, no gorąco, choć to wciąż tylko początek maja. Z prawej gromadka brzózek puszy się swoim nowiutkim listowiem, a dołem znowu masa żółtego kwiecia i orchidea i jeszcze maleńka kokorycz, zagubiona pośród owego, wciąż noszącego w sobie wspomnienie stukających kół, powietrza… Nad mokradłami coś dziwnie zakrzyczało. Jak nic w końcu coś się wykluło z tych niebieskich jaj, co to nie wiadomo kto je złożył… Może lepiej o tym nie myśleć…

Ale czy trzeba się bać?

No chyba nie? W końcu w tym miejscu tak bardzo wszystko jest możliwe. I skały w kształcie krzyczącej twarzy z nieoogolonymi policzkami i gałęzie, które okazują się być czymś lekko sie poruszającym. I ta wszelaka krętość i ta pagórkowatość i wrzucone w to skały… kurcze, to wszystko wygląda jak z cholernej bajki! Jak to jest możliwe, by w tak niewielkim miejscu zawrzeć wszystko co piękne?

IMG_1314 (2)

Bizonica się nam narodziła!!!

Sto lat malutka!!! Ciekawe, że się polskie bizony tak ładnie nam mnożą, no ale warunki mają, lasy sa, podmokłości są, no i drzewka i innych gnębicieli brak. Czasem z daleka ktoś sfoci, ale co tam, każdy kurna jest teraz celebrytą, więc cierpią. Jak inni. Trzeba przyznać, że to intrygujący widok, takie wielkie ssaki na takiej małej Wyspie. Już konie i krowy mnie przerażały, a teraz te włochacze…

Takie zdają się być magiczne.

Jak ten żółty trznadel, który przysiadł właśnie na gałęzi. Złociusiutkie cudo. Człowiek serio zapomina, że nawet w tej części świata mamy kolorowe ptaki. Żółte, niebieskie, złote nawet, rdzawe miejscami… Śpiewające oczywiście, aczkolwiek. Wiecie, no zawsze jest jakieś ALE. Większe, lub mniejsze i całkiem niepiwne. Tym razem zwie się ono trele o czwatej kurna nad ranem!!! No tak, ptasie piosneczki o tej porze, bo wiecie, u nas te jasne noce, więc walą na całego, są wkurzające. Nie da się tak po prostu rajcować się owymi odgłosami, gdy padasz na maskę i masz serio ochotę dorwać cholernego sopranistę i zwyczajnie skręcić mu kark. Oj pewno, że potem masz mocne wyrzuty sumienia, bo to ino ptaszki, śliczne takie… ale…

Ubijcie śpiewających za wcześnie!!!

Myślicie, że nie doceniam ptasiej kultury? Ależ oczywiście, że ją doceniam, szczególnie, gdy siedząc na kiblu wsłuchuję sie w wrzaski potępieńcze młodych wróbli, zawsze głodnych. Ja rozumiem, że oni rosną, ale kurna, tyle żreć? Gdzie one to mieszczą? A może tak naprawdę nocą ich ciała się powiększają i pochłaniają tych, którzy nieopacznie poleźli na spacer pod gwiazdami? Wiecie, w rzeczywistości są ogromne, ale pod wpływem błąkających się dookoła ludzi słonecznych promieni, maleją na dzień?

Może? To przecież Wyspa

IMG_0182

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wróżka Wyspuszka… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Klumper…

„Każda rodzina ma takiego osobnika. Wiecie, spraszać go trzeba, wysyłać mu kartki i strasznie nie wolno o nim zapominać przy wszelkich okazjach, a jednak… jakoś nikt go nie trawi. I to dosłownie. Podobno kiedyś połknęło go jakieś Ohydne Wężowisko, ale zwróciło nim dotarł on do jego trzech par migdałków!

Taki właśnie był Pan Klumper. Osobnik nie do końca poznany i nie do końca znajomy. podobno był jakimś tam pociotkiem Pana Tealighta, ale on sam nie pamiętam z kogo, albo czego… właściwie, powinno było go to zastanowić, ale jakoś tak owe myśli go omijały. Może to właśnie powinno było zwrócić na coś uwagę? A może nie miało zwracać uwagi? No, kto to wie? Zwyczajnie, Pan Klumper był członkiem rodziny i tyle. Znosiło sie go, jego cebulowo-czosnkowy zapach, dziwnie wychudłą sylwetkę, a jednak steatopygia obecne. Może uznawanie go za wujka nie było do końca poprawne? A może zwyczajnie było… kto to tam wie? Po prostu… jakoś pytania, dywagacje, wszelkie niepewności, się go nie trzymały. Zresztą, nie był taki uciążliwy…

Przychodził czasem, jak dziś.

Ot tak, bo przecież czemu nie. Zrywał stokrotki, znosił w słoikach z łąk radosne, dmuchawcowe głowy, a potem wracał do siebie. Gdzieś mieszkał, ale gdzie? Nigdy się nie zgadało na ten temat, zresztą, on w ogóle niewiele mówił. Zwykle się uśmiechał i wtykał głębiej słuchawki w swoje małe uszy. Czego słuchał? Zwykle czegoś melodyjnego, a już najbardziej kochał boysbandy. I fajno… Bo przecież czy serio trzeba nadmiernie się opowiadać wszystkim, nawet rodzinie?

Niektórzy mawiali, że zamieszany był w dziwne porwania nad Burzliwą Wodą, ale niczego mu nie udowodniono. A raczej… jakoś tak zwykle to z głowy takie myśli uciekały. Jakoś tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3201

Z cyklu przeczytane: „Nevermore 3” – … i koniec. Kolejna seria, dość kultowa i zaczęta kilka lat temu, dobrnęła do końca. Czy szczęśliwego? Cóż, uznaję za szczęście to, że w ogóle ją wydano, a co do treści… nadal jest mrocznie!!!

Pamiętacie Isobel? A przystojniaka z mrocznością dookoła? A Poe? Jeżeli nie, to nie ma boja, Wydawnictwo nie tylko wydało trzeci tom trylogii, ale i wznowiło poprzednie dwa, więc znajdziecie je na półkach. A naprawdę warto, bo to, co zwykle opisuje się jako YA, tym razem jest czymś więcej niż tylko „kocha niekocha”. Czymś mroczniejszym, czymś bardziej artystycznym, czymś przypominającym wycieczkę do ciemności po tego, kogo się pokochało. Walkę ze wszelkimi przeciwnościami, a wszystko pod skrzydłami najsłynniejszego z kruków!!!

Bo to przecież nie tylko opowieść o uczuciu, ale pewnej baśniowości w naszych życiach. O owych wszelako dostrzeganych kątem oka mrocznościach, przekleństwach, przeszłości, która nigdy nie ustępuje. Trylogia Nevermore, to nie tylko opowieść o miłości i nastolatkach, to historia pewnej dojrzałości, upartego dążenia do celu i walki o to, co najważniejsze… prawdę i samego siebie. Cudownie ułożona, niczym najbardziej misterna fabuła, trylogia łączy nie tylko YA, opowieśc dla nastolatek, thriller i horror, ale przede wszystkim pozwala autorom z przeszłości nie zostać zapomnianymi…

… jednak, czy w ogóle można zapomnieć E. A. Poe?

Nie!!! LOL

A samo zakończenie… cóż, jednym przypada do gustu, innym nie… dla mnie jednak było doskonałym kompromisem pomiędzy współczesnością, a nastoletniością, pomiędzy baśniowością, a zwykłymi, ludzkimi uczuciami… Ponownie spotykamy tych już znanych, ale i tych, którzy tylko nam mignęli w poprzednich tomach. Znowu zaciera się granica pomiędzy magią, strachem, a wolą przetrwania i znowu… czeerleaderka musi pokonać samą siebie. Ale tym razem do końca i na zawsze.

Do ostatniej strony…

Będę tęsknić za tymi bohaterami i tą specyficzną stylizacją. Serio!!!

IMG_3609 (2)

Nowe jedzonko!!! Bo przecież trzeba jeść, co nie? Nie da się inaczej… na dodatek niektóre z tych tomów to moje wyczekane…

IMG_8128

Jezioro, droga, pola… i po prostu człowiek idzie. I właściwie ciepło mu, bo przecież słonko grzeje, ale nie za gorąco, bo chłodny wiaterek też robi swoje. Po prawej jakieś jeziorko, czy też staw, na nim kołysze się niewielki… eee ponton chyba z ojcem i synem. Taki to wiecie, czas świąteczeny na Wyspie, gdy możesz po prostu być rodzinnym. Nie martwić się tym i tamtym, zwyczajnie posiedzieć w przyrodzie. Podjechać rowerem do miejsca, w którym jeszcze nie jadłeś kanapek, albo tak jak ja… po prostu iść.

Bo ja wiecie, wolę chodzić. Można przystanąć co chwilę i coś pstryknąć, można tak po prostu być, wąchać i macać te płateczki… bo ta droga, którą stąpam niegdyś była koleją. Dziś już nie ma śladu po torach, nawet zardzewienia brak, po prostu tylko prosta ścieżka, dość szeroka, wyminąć się można, wiecie, jak to na wąskotorówkę… ale to musiała być fajna trasa. To jezioro po prawej, po lewej pola teraz kwitnące owa specyficzną, walącą po ślepiach żółtością rzepaku. Tutaj mały, biały domek z szopą, tam dróżką do kolejnego. Stoją sobie w takim specyficznym oddaleniu, jakby serio nie chciały do końca być obraźliwe, że niby się alienują tak, ale kochając swoją samotność i czując się zwyczajnie dobrze tylko ze sobą i drzewami, polami, widokami szerokimi… są.

Idzie sobie człowiek i ocieniają go same kwitnące drzewa. Jakby kurde serio zapłacił za wypasioną weselną ucztę i teraz szedł do ołtarza. Zerkam na siebie, bo ni białej sukni, ni welonu, do tego w łapie flaszka z wodą… ale co tam, jak już opłacone, to pójdę! Ino ten ołtarz mnie przeraża. Ostatnio stanęłam w płomieniach ładując się do kościoła w celach zwyczajowo archeologicznych!!!

No nic… drzewa pachną, wali ta aura wszelkiej słodkości mi na dekiel, tutaj strumyczek, tam jeszcze ostatnie zawilce, garść dzikich tulipanów… krzaki białe, jak by ośnieżone, a przecież to ino tarnina. Nawet nie wiesz kiedy minęło kilka kilometrów, bo zapatrzyłeś się w owe brzózki obsypane połyskującą, ostrą zielenią. Wszystko to jakieś takie nadspodziewanie piękne, sięgające gdzieś ku przeszłości, gdy to słali człowieka do szkoły polnymi drogami, a on wtedy z wyrywał z piaszczystych zasp fajne trawki z długimi korzeniami i plótł im warkoczyki…

Wyspa serio potrafi być nostalgiczna… bo by ukoić moje nerwy podsyła mi dziwonię. Tia, też nie miałam pojęcia, że takie ptaszki istnieją, a może miałam pojęcie, ale wiecie, jakoś tak wcześniej opisywałam je ino jako wróblowate? Nie wiem, ale gdy taka parka obrabia mi przywleczone przeze mnie gniazdko, znalezione późna jesienią, piękne i misternie wykonane, które oddałam światu umieszczając je na choince… jakoś mnie to rozczula strasznie!!! Znaczy jedno obrabia, drugie siedzi w wysokiej trawie i obserwuje. Jak nic podejrzewam, że one wiedziały, iż nam kosiarka zacznie dymić w kilka dni później. próbowały powiedzieć… ale, bariera komunikacyjna zadziałała!!!

IMG_3504 (2)

Hałas…

Obudził mnie w nocy. Koszmarna mieszanka kombajnu z ogromnym helikopterem. Wyłażę przed dom, a tam nic, tylko niebo, gwiazdy i ten hałas. Dopiero Chowaniec odnalazł źródło hałasu, a potem oczywiście zajrzał w internet. Po raz pierwszy na własnych uszach dowiedzieliśmy się jak brzmi poszukiwanie osoby zaginionej na morzu – port w Melsted. Dudnienie, tętent, koszenie, i oczywiście te skrzydła miotające powietrze… w oddali, a raczej nie tyle oddali, co za krzakami migające światełka niebieskie i te ogromne szperacze. Szukające, miejące nadzieję…

Zaginiony, prawie siedemdziesięcioletni mężczyzna, który był tutaj na krótkich wakacjach, niestety został odnaleziony już martwy. Łowił ryby. Wiecie, o tej porze często się ich widuje w gumowych ubraniach, stojących w wodzie, daleko do brzegu, z kijkami… To już drugi w tym roku. Uważajcie na siebie! Morze to nic spokojnego, a w szczególności tereny dookoła Wyspy. Kryją nie tylko krakeny, syrenice i utopce, ale przede wszystkim dość zdradzieckie dno. No i wiecie, wraki po rosyjskich łodziach podwodnych…

Przez całą noc… nawet jak już znaleźli ciało i wszystko ucichło, zniknęły też światła wozów i łodzi… w powietrzu unosiła się dziwna niepewność. Bo chociaż był to pierwszy raz, to przecież też był to znak, iż owych razów może być więcej. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z koszmaru jaki przeszła żona rybaka, a raczej nie chcę myśleć o tym bólu, o informowaniu dalszej rodziny… czekaniu. Ale dla mnie była to tylko przerażająca noc dziwnych myśli i snów, gdy już wszystko ucichło, bo tutaj noc jest ciemna. Czarna i smolista, gdy niebo nie rozświetla się gwiazdami. Cicha… chyba, że akurat trafi się jakaś zwierzyna, czy rolniczy atak na plony. Człowiek z czasem tak bardzo przywyka do owej wszelkiej ciszalności, że nie umie już żyć tak jak kiedyś: z łoskotem tramwajów, światłami wielkiego miasta, stukotem aut, ciężarówkami na nierównym asfalcie.

Człowiek przyzwyczaja się do ciszy…

IMG_8030

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Klumper… została wyłączona