Pan Tealight i Tęsknota…

„Jest w Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki ta tęsknota za Pewnym Miejscem, Tym Drugim Miejscem i jest ona wielka i bolesna nadzwyczajnie… No po prostu ona musi tam. Ona chce tam, ona potrzebuje tam… ale co zrobić? Jak zapłacić za te podróżowanie? Jak sprawić, jak zaspokoić tęsknotę chociaż na chwilę… choć na trochę może i dłuższą?

A może…

Może jednak jeszcze więcej winno się zmienić?

Może znowu czas… ale przecież, przecież tak wiele się wydarzyło, dopiero co, więc dlaczego, jak, po co, czemu…

Ale ona Tęsknota. Tak wielka, wzburzona, puchnąca, męcząca. Wszelako niesamowicie niszcząca każdą chwilę… jak to tak? No weźcie, no! Jak oddychać, jak patrzeć, jak wstawać i kłaść się, jak? I ono Miejsce… czemu tak woła, krzyczy nawet, wysyła monity, listy pisze, myślomyśli mąci, na kamykach na plaży układa wiadomości, w liściach szemrze, strumykami nuci… nawet wiatr, nawet Księżyc, ale ten to kurna zawsze przeciwko Wiedźmie Wronie, więc…

Co zrobić?

Przecież się nie da… nie ma możliwości!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Karpie bijem” – … nowy. Nowiuśki.

Zbimbrowany.

Po prostu hot dog po piesku sortu lubelszczyźnianego…

Czy dostałam to, czego oczekiwałam? Raczej tak, no wiecie, zwyczajową rozrywkę. Znajomego Wędrowycza, chociaż… kurna, no nie do końca, bo jakby, jaky było go mniej. Jakby Semen chciał przejąć jego schedę, jakby staruszek był gotowy na odejście? Bo bez urazy, ale sporo z tych opowiadań to takie miniaturki, miniaturowe bardzo. I wszystkie właściwie wykorzystują znane nam już motywy.

Nie ma jakiegoś dreszczyku…

Nie ma tego czegoś.

Nie wiem, z jednej strony nie żałuję, ale z drugiej… coś mi się wydaje, że wszystko kiedyś musi się skończyć. Ale jakoś, nie no, nie chcę by to się kończyło no. Bajer z Karpim Królem naprawdę intrygujący. Wstawki Semena miejscami aż nazbyt nachalne, a poza tym… to co się stało z jego rodziną? No serio? Kiedyś mieszkał u siebie i tak dalej…

Ale… dla wielbicieli i tak powiem, że warto.

Dla mnie to wciąż Wujek Józek w natarciu.

Świętej pamięci, żeby nie było.

Gdy człek nagle się gdzieś przenosi, zdarzyć się może, że… nie będzie miał internetu. No i nie mamy internetu. Oczywiście, że można coś kupić, korzystać z tego telefonowego, ale bez przesady, kogo na to stać? No więc… od nowa chcemy ten nasz zwyczajowy bornhfiber, ale… tia, czas oczekiwani na koparkę i całą resztę to jakieś 6 tygodni, więc wiecie, jeśli wciąż się wam wydaje, że internetu tu jest dla wszystkich, no to…

Nie.

Przez ponad tydzień czekaliśmy żeby koleś przybył i postawił kropkę, na szczęście tego, co zaznaczył na ścianie miejsce, w którym mają wiercić został zamówiony miesiąc wcześniej, ale to oczywiście nie wpłynie na oczekiwanie… na wkurzanie wpływa za to doskonale. Serio!!! Żeby przyjechać i zrobić jedną nalepkę, potem kolejny co robi kropkę, potem przy będzie ten z koparką, a potem ten z kabelkiem, a potem jak już dostanę szału… albo i nawet później oczywiście… przybędzie ten, co wkręci w ścianę pudełeczko.

Szczerze?

Dlaczego nie można wszystkiego od razu?

Żeby nie było, jest odpowiedź w przypadku kontroli przeciwpożarowej i ubezpieczenia. Dziunia w telefonie poinformowała nas, że wakacje ludzie mają. Nosz kurna rondelek, popierdoliło was? Jak urlopy, to się załatwia zastępstwa. A jak nie ma zastępstw, to urlopy się nie mają prawa zazębiać, nosz kurde no.

Przecież to ważna sprawa.

Jakby nie mieć chirurga na oddziale!!!

No ale, widać, że nie tylko nie ponosi.

Właśnie nasi kierowcy autobusów strajkowali.

Oczywiście grzecznie, oczywiście, ino jeden dzień, milusio w okresie powrotu dzieciaków do szkół? Miodzio!!! Oczywiście się dogadali z rządzącymi dość szybko, więc na razie będzie spokój, ciekawe na jak długo. Na pewno im nie zazdroszczę roboty przy tym natłoku ludzi, przy tych pierniczonych korkach.

Kurna, przecież u nas nie bywa korków no!!!

3 auta w rządku to maks!!!

Poza korkami giga wypadek w Svaneke. Niby nie do końca strasznie źle, ale jednak zniszczenia na kopę kasy. I tyle. Znowu będzie jęczenie, ale czy ktoś zwróci, uwagę na to, że tam na zakręcie należałoby wprowadzić jakieś ograniczenie ruchu? Może w sezonie górą w prawo, a dołem w lewo?

No wiecie, tylko na 2 miesiące?

No nie wiem.

Tak czasem mi się wydaje, że serio dziw wielki, że jeszcze nic się nie stało na przykład u nas. Bo przecież ta główna droga w Gudhjem to proszenie się o śmierć. Serio. No i jeszcze te smutne miejsca na wynajem… czy to jeszcze ma szansę, by się ruszyć? Może jakaś dotacja? Bo ja mam obrazy i zdjęcia na sprzedaż!!!

Ja bym chętnie, ale wiecie, ceny powalają.

A Turyścizny ma być jeszcze więcej i to jeszcze więcej rok cały, więc tak serio zaczynam odczuwać lęk. Na spacerze ostatnio, krótkim wszelako, byłam jakieś 2 tygodnie temu. No zgroza no!!! Ale te tłumy, rowery olewające jazdę gęsiego…

Nie na moje nerwy.

Tego roku sezon jest przerażający.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tęsknota… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar dzienny…

„Trzy żółte szopy, a w każdej świat inny.

W jednej drzwi do wymiarów wyłącznie owłosionych, w drugiej dziwne zapomnienie, a w trzeciej, no właśnie… rozmiarów ludzkich zamrażarka i zestaw pił, młotków, toporów… a wszystko rdzawe, dziwnie czerwone, jakieś takie…

… używane.

I tak to się nowa Chatka Wiedźmy otoczyła nimi, Starą Śliwą, Tarasem Bezpoznawalności oraz Różanymi Strażnikami… i wiecie, już było po. Wiedźma Wrona Pożarta jęcząc i kwęcząc musiała się przenieść, przetoczyć i wszelako przeprowadzić… i niestety… uświadomić sobie boleśnie, że nazbyt wiele z jej Ksiąg zmarło…

Odeszło…

Bo Wielki Żółty Potwór był w rzeczywostości tym, przed czym Chatka uciekała. Tajemnicą, którą próbowała kryć, ale gdy w końcu się przestało udawać, jakoś tak, wiecie… zmieniła i i położenie i kiecę, i dach i ściany… a jednak, tak naprawdę, wciąż widziała i Białe Domostwo i Seniora Łindmilla i…

To, co zwykle.

Tak więc wszystko się zmieniło…

… i niewiele też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Trzy szopy i redrum…

Powiem wam, że oczywiście, kocham mój domek, nowy domek, ale jednak kurcze wciąż nie rozumiem. Po pierwsze redrumu, który mamy. No żeby taką czerwień na ściany położyć… a jednak jak się tam człek ułoży na dywaniku na podłodze, to jakoś tak się dziwacznie wycisza. Chociaż może nie powinien, przecież ona czerwień wzbudzać winna agresję i działanie… a ten odcień, nie wiem, no jakoś tak… może zostawimy? Nie, walnę kobalt jakby co.

Albo biel…

Prawda jest taka, że dom nowy nie tylko trzeba dobrze wyczyścić, ale też zdałoby się odmalować. Nie da się w tym roku. Modlić ofiary należy złożyć byśmy z głodu nie zeszli, ale… wyczyścić, to go czyścimy. Byli właściciele zostawili tyle rzeczy, że no naprawdę. Przede wszystkim dwie szafy, niepotrzebne, do tego zmywarkę, jak ktoś chce kupić, z chęcią sprzedam, a po trzecie 3 szopy i brak carportu.

Żeby nie było, w papierach stoi, że być winien.

No i jest problem oczywiście. Ale co tam, trzeba się będzie z nim uparać, jak z grzybem, który znaleźliśmy w naszym byłym miejscu zamieszkania. Co do tego, to chyba będziemy potrzebowali adwokata, bo zniszczone mienie i zdrowie przez ich niedpoatrzenie i wszelakie olewanie zgłoszeń… no sorry, tamto było wynajmowane!!!

Przegramy?

Jak tak, idę w ballade w mediach społecznościowych!!!

Moje zatoki jako pierwsze!!!

No ale poza tym wszystkim, pogromem przeszłości, który oczywiście trzeba będzie ogarnąć i oddać za jakieś 10 dni… książkami, które muszę wyrzucić… to mamy trzy dziwne żołte szopy!!! Serio TRZY!!! W ekko różnych rozmiarach. W jednej było coś w rodzaju warsztatu chyba, bo został stół i imadło. Mi się przydać może. Na pewno, ponieważ jest tam okno, złożę tam pbrazy, niech sobie odpoczną, a i trochę książek…

Ale szopa numer dwa…

… jest dziwna. Niczym bliźniak syjamski numeru trzy, nie chce się od niej odczepić. Przylepiona na maksa. Nie da się zniewolić cudzymi zmyśleniami o jakiejś taam samodzielności. I tutaj są dziwne rzeczy i tutaj jakoś tak pokrętnie i tutaj, hmmm, jakby to powiedzieć, dałoby się kogoś zaciukać.

Obok stoi takie dziwne usypisko upłaszczone, na którym wielki stół i palastikowe krzesełka po poprzednich właścicielach. Możnaby pomyśleć, że od miejsca uboju wprost na stół i tak dalej, ale jednak, czyż to nie nazbyt przerażające?

Nie, za bardzo zmęczona jestem na te myślenia.

Pobije was szopa numer TRZY!!!

Oto i ona. Niby taka jak inne, ale jednak gdy wchodzicie, wiecie od razu, że coś jest na rzeczy. I jest to coś doprawdy wielkiego. I nie chodzi o te dwa dziwne, fikuśne, jakoś tak turecko wyglądające dywany… nawet nie o zardzewiałe piły i młotu, wielkie młoty, powieszone podług wielkości na ścianie. I nawet nie o inne utensylia kroicielstwa, bijactwa i tak dalej w tej szopie, o nie…

… wcale nie o to.

Ale o ludzką w rozmiarze zamrażarkę!!!

Zaczynam się zastanawiać, że może choć niedaleko, to jednak ta dzielnica ma jakieś WIELKIE sekrety, bo wszyscy do nas przychodzą się przedstawiać. I to tak dziwnie… gdyby jeszcze przynosili gifty, zaczęłabym się bać.

Albo wiecie, wdziała boskie szaty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar dzienny… została wyłączona

Pan Tealight i Ryba z wody…

Chatka oszalała, nadęła się, stąpnęła prawym rogiem, potem lewym, a potem… stanęła obok siebie i odeszła. Nie żeby daleko, ot na ten tell nad Melsted. Tam, gdzie kwiaty czerwone. nieba więcej widać…

… a potem zaczęła się przeistaczać i już…

… no dobra, całe ono przeistaczanie się zajęło o wiele więcej czasu, ale i tak było to coś, co Pan Tealight sporadycznie widywał. Moc natury, kamieni, drzew i woli podobno bytu… eee… nieożywionego.

Wiecie, w końcu nazywają to nieruchomościami.

I tak oto nagle, choć dla ludzi jakby wiecie, zawsze tutaj była, na tellu, który pojawił się ponad miasteczkiem, otoczona ogródkiem z różowymi różami, ziołami i wszelaką swobodą. Z trawnikiem, co prawda bez garażu, no ale… spojawiła się w innej lekko formie. Pożółkła i drewniana z ogromnymi oknami wpatrzonymi w dal tak daleką, że patrzyła poza Sklepik z Niepotrzebnymi, poza pola i lasek, rzeczkę i inne pola i drzewa i uliczkę, czy ścieżynkę…

Była nowa, inna, ale wciąż była sobą.

Prawdziwą Chatką Wiedźmy.

Nie że ta nagle stała się rybą bez wody, miejscem co to nie miało gdzie prowadzić swego kryjącego się często, skonfundowanego istnienia i wszelaką samotnie pozostawioną bez korzeni istotą… Nie. Po prostu teraz miała swoją Chatkę inną… taką, jaka się jej tak często marzyła. Mocno lekką, jasną, z podłogą, która nie gryzła w dupsko, a i wrotami do Innych Światów, które nie latają po całej zamieszkanej powierzchni, ale spokojnie siedzą w przeznaczonym dla nich pokoju.

Uporządkowaną.

Się zmieniło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przeprowadzka…

Czasem się zastanawiam ile razy w życiu ludzie się przeprowadzają. Wiecie, nie tak, że mieszkają przez tydzień czy dwa w cudzym domu, ale naprawdę przeprowadzają. Biorą graty, nagromadzone marzenia, życzenia i… wyjeżdżają… najczęściej mają pomoc, jakieś ciężarówki, chcociażby znajomych. Ech, ze znajomymi jest fajno, raz tak mieliśmy. To było cudowne, ale kurcze samemu, nawet w dwójkę…

To koszmar.

Jeszcze szczególnie, gdy wciąż do czegoś dążycie…

Gdy w końcu chcecie być bliżej i bliżej marzenia.

A może spełniacie własne marzenie? Nie wiem, ale właśnie tak. No więc ile razy ludzie się przeprowadzają? Raz, dwa razy w życiu? Znam takich, co wciąż mieszkają w domu, w którym… prawie na świat przyszli. pełnym wspomnien z dzieciństwa, dorastania… czy ja bym tak mogła? Chyba nie. Czy tutaj udzie tak mogą? Wydaje mi się, że na Wyspie młodzi najpierw przechodzą etap odrzucenia, uciekają w świat, do Kopenhagi chociażby… a potem, po kilku latach, czasem szybciej…

… czasem później…

Wracają.

Kupują dom, zakładają rodziny, albo wprowadzają się już z nimi. Tak naprawdę ukształtowani przez inny świat wchodzą w ten. Ten, który ktoś niedawno określił „światem dziwnych ludzi”. Była to osoba, która przeprowadziła się tutaj kilka lat temu, świeżak właściwie, ale już nienawidzący tego miejsca straszliwie… może za młody, może za stary, może zwyczajnie nie potrafiący docenić, a może…

… natura to nie wszystko…

Nie dogodzisz ludziom ino morzem, skałami i malowniczym widokiem.

Ludzie wracają tutaj często na starość, wracają na chwilę, często nie wytrzymują długo i spieprzają, aż się za nimi kurzy. Zostawiają rzeczy, mają w końcu fiirmy od przeprowadzek, ale my… biedota nie ma, więc sama musi przenieś jakieś 5 tysięcy książek te 90 metrów, bo tak, właśnie tyle się przeprowadziłam.

No więc jak często się przeprowadzaliście?

A może coś planujecie?

Może to wciąż tylko marzenie – własny dom?

Dla mnie chyba już nie, chociaż wciąż w to nie mogę uwierzyć. W Gulehusie, który, gdy zajrzeliśmy mu do wnętrza, okazał się rąbanym ideałem. Wiecie jak to jest, jak widzicie coś i czujecie, jakby ktoś wa czytał w głowie i robił i kuchnię i pokój i łazienkę jak chcieliście? No dobra, nie pomalował na biało, a tutaj rzucił czerwień niczym w rąbanym „redrum” i jeszcze brak kobaltu na ścianach w kuchni, ale przecież to szczegóły… maciupkie. Minimalne. Wytrzymam dziwną zieleń ścian kilku i brzoskwinkę w kuchni nim uskładam na bukłak farby…

Kurna, od kiedy farba kosztuje 500 koron?

I to ta najtańsza?

Gdy ludzie na Wyspie się przeprowadzają, zwykle… nie wiem, może innym się zdarza to inaczej, wiecie, tym, co się tutaj urodzili, na pewno się zdarza, w końcu każdy tu każdego zna, ale jednak… po raz pierwszy, a przeprowadzaliśmy się tutaj już co najmniej 3 razy w znaczeniu pobytu stałego, wynajmowanych na kilka tygodni mieszkań nie liczę, było ich jednak kilka…

… i nigdy sąsiedzi nie zleźli się dość tłumnie pierwszego dnia.

Jeden nawet z flaszką.

Dziwne?

Może boją się, że ich zjemy? Hihihi… albo ma to coś wspólnego z trzema dziwnymi żółtymi szopami, które mamy w ogrodzie na onym naszym telu, gdzie stoi żółty nasz dom otoczony czerwonym kwieciem. Gdzie dwie są jabłonki i starsza, chyba śliwka? Nie wiem, bo kurna owocki zniknięte są…

… nosz bezczelność mnie tak w niewiedzy zostawiać.

Tak naprawdę wciąż się przeprowadzamy, w końcu to tylko 90 metrów, a jednak, a jednak kurcze jakoś tam już nie mogę żyć. W tym czymś, co nieomal mnie zabiło, a może jeszcze dobije, co zabrało nazbyt wiele… bo widzicie, domy na Wyspie są łapczywe. A i są miejsca, w których lepiej nie mieszkać… to w końcu magiczny przybytek, a magia wcale nie jest puchatym zwierzaczkiem.

Ona warczy, macha pazurami i jadem pluje.

Ja ostatnio nie…

Jestem nazbyt zmęczona.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ryba z wody… została wyłączona

Pan Tealight i Panienka z Wiaderka…

„Bo okienko jej zabili dechami, olaboga, to sobie wiaderko znalazła stare takie, bardziej wielki skopek na mleko niż wody nosiciel prawdziwy z wielkim nosidłem, drewniane, ze szczap grubych, gładzowne, pociemniałe i wiecie, wodą wypełniła dla lepszego, odbiciowego efektu i kuka…

No kuka, no.

Kuka tak na wszystkich i ich przeraża. Bo wiecie, gorąc wielki jest to i ptaszek chciał się napić i Biały Jednorożec i jeszcze Ojeblik – mała, ucięta główka… i wtedy się rozeszło, rozwaliło i wybuchło. A Wiedźma Wrona Pożarta na takie ballade od razu podskakuje i wiecie, łbem w podsufitkę, w ściany się chowa, w drzwi się wtapia, zamiast okna staje i za ojca szklarza robi…

A nawet raz próbowała zasłonką być, ale taki wyszedł jej kolor, krój i upięcie, że do dziś ludzie źle się czują na samą o tym myśl, więc gdy dźwięk wybrzmiał, otoczyli Wiedźmę Wronę i zwyczajnie trochę ją poddusili.

I już…

Tylko co teraz z Panną z Wiaderka?

Bo niby nie miała złych zamiarów… znaczy podobno, tak myśleli, ona tak bulgotała im prosto w twarze mocno ich mocząc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żeby nie było, nic o tym nie wiedziałam.

Ser serem, ale co my tu jeszcze robimy? Wodę? A tak, rzeczywiście, robimy wodę i piwo. Tak, może i wino i maść z dodatkiem specjalnego ziela – mrugam teraz, więc wiecie jakiego. No trawy tej. Ekhm. Robi się czekoladę, cukierki i lody oraz wszelakie przetwory, ale przede wszystkim sprzedaje się ziemniaki, na które w tym roku miejscowych raczej nie stać. Czujecie ten absurd? Mogą kupić pyry z innych części Danii, ale nie z Wyspy. Przecież to kurna poronione mocno!!!

No ludzie, no!!!

To samo z kalafiorem czy cebulą…

A ceny!!!

Do tej pory serio ziemniaki były już w dość normalnych cenach, znaczy drogie, ale wiecie… a w wyniku zwiększonej ilości Turyścizny nie tylko braki w sklepach, to jeszcze ceny przez cały czas górują ponad wszystkim… czy ludzie je kupują? Nie wiem, sporadycznie kogoś widzę, mnie nie stać. Zresztą, człek nie ma czasu nawet by poszukać dobrej odmiany. Bo przecież nie wszystkie są dobre… nic z tego!!!

Ale…

Na drogach korki. I to takie, że wyjazd z gudhjem zajmuje minuty, nie zwyczajną sekundę, ale wiele minut. Korek ciągnie się poza zakręt i… jest ciężko, do tego te problemy z promami, chamstwo przewoźnika i macosze traktowanie miejscowych. A przecież te bilety miały być dla nas przede wszystkim…

… ale na kij my, zwykłe małpy w zoologu wyspowym.

Sadzące pyry.

No dobra, wróćmy do pogody.

Jest… gorąco.

I to tak dziwnie gorąco.

Niby słońce za chmurami, a jednak parówka… niby powieje, ale jakoś nie daje się oddychać. Podobno Syberia płonie, może to to tak wpływa na nas? Morze wciąż jeszcze strute, więc Turyścizna szlaja się po mieście marudna i wkurzona, agresywana i kopcąca pety.

Nie znoszę tego!!!

Ludzi wciąż jak mrówków, aż człek się zastnawia, czy kontnentów nie pomylił. Bo przecież to w Italii czy innych „ciepłych krajach” winny być takie ich ilości, a nie tutaj, więc.. i przyznaję, że zwiększył się ruch nie tyle osobników zrowerowanych, ale tych z plecakami, w wielkich butach, umęczonych, chodzących…

Wiecie, staromodni gracze.

Ciekawi mnie kto napisał o Wyspie i PRowo zadziałał, że aż ich tyle? No bo bez urazy, ale ludzie sami się z siebie tak nie robią, trza ich zachęcić, podać rączkę z biletem i tak dalej. Sami z siebie nie znajdą.

Jakkolwiek jestem jak najbardziej za, to mogliby chodzić po wyznaczonych miejscach i to zgodnie z prawem drogowym? No serio… jedziecie, wymijacie, a tutaj po niewłaściwej stronie drogi biegacz – OCZYWIŚCIE ZE SŁUCHAWKAMI W USZACH – i tragedia gotowa. Ludzie, to lewołaźdźctwo wymyślili dla waszego bezpieczeństwa, nie dlatego, że tak im się wydaje. I tak, oczywiście, że są na Wyspie miejsca, gdzie iść można tylko jedną stroną drogi, ale to się wtedy oczy ma dookoła łba a uszy rozpoztarte jak Dumbo!!! No czyż nie? Rodzice tak winni uczyć…

Co się dzieje z tym światem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panienka z Wiaderka… została wyłączona

Pan Tealight i Boże Odrodzenie…

„No rany no… bo wam to zawsze na myśli ino jeden bóg, a przecież tylu ich tu się kręci, że czasem człek się stąpać boi.

No jak mrówków!!!

I każdy coś chce. Ten atencji, ten ody, psalmu czy innej litanyi, a tamten znowu koniecznie ofiary choćby z palca, ale koniecznie krwawej i to już i teraz, bo się mu spieszy na spotknie z jakąś dziewicą. I choć wiesz, że laska na pewno go w balona robi i to helowego, to jednak jak u zabronisz?

Bogowi?

Wiedźma Wrona Pożarta od zawsze śpiewała Uśpionym Bogom kołysanki, a Zapomnianym przypominała, że są tacy, co wciąż pamiętają, że choć może ich mniej trochę słychać, że choć może szepczą ylko, że choć czasem jakoś tak im się wyrwie, że wiedzą, że są… przy tych co sądzą, że BÓG ów jest ino jeden…

No więc WiedźmaWrona wiedziała, robiła to i na dodatek jeszcze, wiedząc, że Wyspa będzie temu przychylną, nie tylko dary ofiarowywała, świece paliła, ziołami się otaczała i naturę gnębiła swą obecnością… to jeszcze na dodatek miała teorię. I wielką ona teoria teorią była.

Ogromną!!!

Że ONI wracali!!!

I to z własnej też woli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, popadało.

Podobno ogólnie cieplej i tak dalej, ale przyznam, że u nas jeszcze da się to znieść, choć przyjemne nie jest. Na pewno nie jest tak ciągiem jak przez dwa poprzednie lata. Za co dźwięczę jak dzwoneczke Dzwoneczka… a tak właściwie, to czy ona miała dzwoneczek jakiś? Pyłek chyba miała, co nie?

No to pylę.

Ale, żeby nie było, widziałam deszczu cień. Ale najpierw oczywiście morze zaczęło śpiewać. I to jak… Gdy się mieszka tak zakręt od linii brzegowej, to wiecie, słychać je. Słychać jak szpecze, słychać jak nuci, jak śpiewa i czasem się drze… zwykle to jakaś odmiana poszumów, coś jak ciągły dźwięk, dziwnie sporadycznie tylko zmienny, a jednak jakoś niedenerwujący. Jakoś tak… dziwne to bardzo.

Bo przecież powinno denerwować.

Kilka dni temu morze szumiało mocno, głęboko i mrocznie. Ale nie żeby groźnie, choć na pewno nie chciałbyś wypływać w nie, gdy wydaje takie dźwięki. I choć czasem dźwięki nie są współmierne co do całej onej jego wielkiści fal, to jednak… nie umiem żyć bez wsłuchiwania się w nie. Bo zawsze przybywa z nową pieśnią, nową historią.

I mitem.

Opowieścią z przeszłości, która w głosie fal wybrzmiewa o wiele sprawniej i prawdziwiej. po prostu wiesz, że to tak było…

… że inni kłamali.

Kłamali.

Przewalające w głębinach wielkie głazy morskie trolle mają się widać dobrze. I co jak co, ale nie płacą im w wodorostach czy suchych flądrach.

Oj nie.

Oczywiście morza większość ludzi nie docenia.

Spora część uważa Bałtyk za takie większe jeziorko. Za ono wewnętrne morze, co to oceanów i wielkich wód nie widziało. I potem kończą bul bul bul… i to sorry, ale na własne życzenie. I przez takich ludzi będziemy mieli więcej dziwnych ostrzeżeń na plażach, jakby kurcze, no weźcie no, przecież i tak nikt tego nie czyta.

Każdy wie lepiej.

Każdy.

Gdy człek tak patrzy w oną szarą stalowość fal.

Cieszy go brak jaśniejącej żarówy nad głową. W końcu odpoczywa od nadmiernego światła. W końcu wydaje się mu, że może naprawdę wszystko, jak to obiecywali w dzieciństwie, a na starość mydlą w reklamach. No wiecie. Że kosmos, kasa, willa i jednorożce w ogródku. Ale to wszystko to ino ten zaśpiew. Może serio to te syreny? Wiecie, podłączyły się do morskiej ścieżki dźwiękowej i już nie muszą wysiadywać na skałach i dupy se o twarde obijać.

Nie.

Bałtyk jest niebezpiecznym morzem. Morzem niedocenianym i cierpiącym. Tak szczerze zaleca się kąpiel wyłącznie w okresie zimowym i wiosennym. Ha ha ha… sarkastyczny śmiech. Naprawdę bardzo cierpiącym. Jest piękny, niesamowity, w kształtach fal finezyjny tak bardzo niespodziewanie… i z cudownym piaskiem. I jeszcze brzegami kształtowanymi tak różnorako, bo to i skały miękkie i twardsze i najtwardsze…

Wszystko jest.

I wszystko niszczeje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Boże Odrodzenie… została wyłączona

Pan Tealight i Kapciuszek Bezstópek…

„No właśnie i był problem, ale tak to jest jak ktoś zaufa za bardzo medycynie kosmetycznej. No serio. Nadmierne maseczki i te sprawy… to skrobania, oklejania, oklepywania, te złuszczania i pillingi… no po prostu…

Zadziałały i tyle.

A przecież jak się jej dziwić, gdy od zawsze wiedziała, że tylko jednego będzie się od niej żądać? Że inaczej rodzina wkurwa załapie, przestaną na imprezy zapraszać i wiecie, no odstawią na boczny tor i tyle… i będzie sama. A ona samotności bała się straszliwie. Niby nikt tego o niej nie wiedział, bo sierota i tak dalej, do Macochy się nie odzywa, z siostrami przyrodnimi nie chce maseczek sobie robić, więc…

A jednak przecież chciała być w tej rodzinie. Rodzina, która się rozrastała i która, o czym niewielu wiedziało, pewne rzeczy z przyszłości wie. I jedną z onych rzeczy był właśnie ON. Wiecie, ten facet, co pokocha za nic, od pierwszego wejrzenia, który nie będzie zmuszał jej do wszystkiego, no pan… kochanie…

… miłości…

Ale żeby to się stało, jej stopy musiały być idealne.

A ona właśnie, chyba trochę… przesadziła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” – … ale… Ale ja mam inną okładkę, jak na ebooku!!! No cóż, widać jakieś zawirowania, no ale. Ważne, co w środku, choć wydanie przepiękne. Twarda oprawa z mapkami, naprawdę…

Ale… po kilku pierwszych rozdziałach się znudziłam.

Na amen.

Rzuciłam w kąt, przeczytałam coś innego, a potem wróciłam i już się nie oderwałam, chociaż… było wkurzająco. Chciałam tę powieść sprzątnąć, zniszczyć, chciałam by zniknęła, ale z drugiej strony chciałam też zakończenia. I tak naprawdę teraz, po tym wszystkim… nie ma we mnie ni zaskoczenia ni jakiejś miłości.

Ta powieść to wielki eksperyment literacki. Naprawdę, utrzymanie tego w ryzach wymagało wielkiej tablicy i wszelkich karteczek. Nie wierzę, że napisała ją jedna osoba. Ale cały ten eksperyment, ona składność, jakaś konstrukcja literacka, tak naprawdę… zrąbała fabułę. A może tak naprawdę nie chodzi o fabułę? Tylko o postacie i stylizacje. Dobrze skrojone postacie i oną przeszłość taką jeszcze niby tykalną, ale jednak…

Porównywanie do Agathy Christie to błąd.

Jak zwykle…

Ale popełniło go już tak wielu, że nie wiem czy zwracam uwagę. Tak naprawdę… chciałam kryminału, a nie „escape roomu”. Bo tak to wszystko odbieram. Odnaleźć zbrodniarza. Zapobiec morderstwu, samobójstwu, a może tylko się przyglądać? O co w tym wsyzstkim chodzi? Odpowiedzi mogą się wam nie spodobać, tak samo jak ona cała narracyjna manipulacja, więc serio… nie wiem czy polecam. Naprawdę.

Właściwie…

… wciąż nie wiem co sądzę o tej książce?

Może wcale z niej nie wyszłam jeszcze? Może ten cały eksperyment wciąż trwa? Moze chodziło tylko o pytania o życie, własne życie, cudze życie, odbieranie go… może chodzi o całkiem coś innego niż tylko czyjaś śmierć? Może o fatum, klątwę albo zwyczajny wybór i wyprane człowieczeństwo?

Takie, które powinno ewoluować?

A może chodzi o ciebie?

Gorąco… ale bez przesady.

Podobno ma padać, się zobaczy. Czy to wszystko ma jakieś znaczenie? Czy jak wiem, może przejdźmy się dziś po Sandvig? Serio, aż tak do Hammershusa? Bo wiecie, można tak. To nie do końca łatwa ścieżka, ale szalenie barwna i różnorodna. Wiem, że już o niej pisałam, no ale… po paru kroplach prawie nocnego deszczu jakoś tak…

Jakoś tak możnaby pójść.

No wiecie…

… na zwykły spacer.

Noga za nogą.

Albo zostać w Sandvig, bo tutaj też dziwy i cuda. Po pierwsze najlepsze moim zdaniem lody, po drugie malutki nibyryneczek, a po trzecie cała masa twórców wszelakich i przesłodkie domki. Ale no naprawdę i to na różnych poziomach!!! Serio!!! W dole i na wzgórku, lekko podniesione, lekko obniżone, ze skałkami i bez, przytulone do skały i takie całkiem nadjeziorne. I jeszcze te dziwne, wbite w skałę nadmorską, ale morza niewidzące… wiecie te, które widzicie wspinając się drogą do latarnii.

Bo łazić po mieście można godzinami. Można się zaplątać i zapatrzyć na te malwy i inne tam. I morze w niezbyt wielkiej oddali, a czasem nadmiernej bliskości, no i te hotele. Kurcze, aż człek szuka dziwnym oka kątem onych dam w wielkich sukniach i kapeluszach z parasolkami! Oczywiście każda z uśmiechem, makijażem…

… jakby się nie pociły.

W ogóle… wiecie one damy z czasów co to się człek nie pocił ino lekko połyskiwał. I raczej jak już kąpał, to wiecie, w takich kaftanach wielkich i portkach. Z drugiej strony przecież ta moda wróciła, cała „modesty”… wiecie, faceci w onych wielkich spodenkach… czy to serio łatwo się w tym pływa? W takich portkach do połowy łydki?

No ale… są one hotele.

Białe, piękne, majestatyczne nawet… ze schodami rpowadzącymi wprost do morza prawie. I są te hotele już przerobione na mieszkania letnie i na domki i takie tęskniące za oną jakąś świetnością delikatniejszą, elegancką i inną jakoś tak. Świętującą oną wakacyjność, czas wolny, tak wiecie, naprawdę tak jakoś…

Sandvig ma właściwie dwie latarnie.

Biała to prosta droga i nadmorska, a szara, na której szczyt możecie wleźć to sprawa grubsza. Nie wiem, ale jakoś tak boli człeka, że ona już nie może świecić. No i to szare pudło betonowe, wiecie, ten budynek, nasza „strefa 51” jak to lubię mówić, często oblegana przez owce a nawet i słodkie, włochate krowinki…

Bo one wiedzą…

… w ogóle dziwne to miejsce.

Po pierwsze możecie usiąść sobie i patrzeć na morze, za pecami mając latarnię, pod sobą drzewa, a potem w niedługim czasie, często ze ślizgiem i obiciem części dupnej, zwyczajnie lądujecie już nad morzem. Dziwne to. Czasem wyżej, czasem niżej, czasem tak mocno niespodziewanie, a czasem, serio, lepiej łazić szlakami.

A potem możecie zmienić miejsce i choć znów latarnię będziecie mieli za plecami gdzieś w oddali, to znajdziecie się w malutkim kamieniołomie, w dole będziecie mieli i kawałek morza i portu Hammerhavn i dwa jeziora. A do jednego wciąż jeszcze można zjechać na sznurku, chociaż wciąż się o to kłócą…

Tutaj stercząc na górze, widząc w oddali ruiny, oną sławetną kamienną dróżkę, ten cały ogrom Wyspy i jednoczesną jej niewielkość. Te pola w oddali, jakieś pojedyncze budynki, tą lesistość i te kolory wszelakie. I wieje, tak, często tu wieje. A w małym zbiorniku za waszymi plecami są złote rybki…

… hihihi.

A co, wiecie…

Ciekawe czy są smaczne.

No dobra, pewno że żartuję, no! Hihihi. Niech se pluskają się. Ale wciąż mnie intryguje kto je tu wpuścił… A! Jeśli zdecydujecie się na drogę dookoła Wyspy, to właśnie za białą latarnią są plaże i miejsca, na których ludzie układają kamienie. Niszcząc jednocześnie oną naszą koncentryczną niespiralność, no ale, kogo to tam obchodzi, wiecie… pewno znowu trza będzie naprawiać.

A raczej na pewno, bo widziałam zniszczenia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kapciuszek Bezstópek… została wyłączona

Pan Tealight i Nie do końca Szpańska Aktywizycja…

„Żeby nie było, ciuchy mieli odpowiednie!

Z kapturami, długimi szatami lekko rozwiewającymi się, na pewno z kieszeniami, mieczami, laskami, kij wie czym jeszcze, i gromadą niewolników dziwnie coś mętnego, całkowicie niezrozumiałego, ale wystarczająco głośnego i dobitnie mir naruszającego, skandujących. A potem się zbliżyli i Wiedźma Wrona Pożarta powstała w tej swej pozycji skonfundowania…

… i już jej tak zostało na dłużej.

No bo serio…

Szpańska Aktywizacja? Znaczy, że co? Aktywizują, wizytują, czy oblewają szampanem a potem dopiero na stos? I dlaczego przyleźli do niej i to teraz? No dlaczego? Do konia wielkiego i trzech małych jałówek…

Dlaczego?

Przecież i tak nie miała kasy, nawrócenia nie potrzebowała, zresztą, z nią to już było tak za późno, jak z powrotem dziewictwa u starej prostytutki… więc, dlaczego do niej? W końcu specjalnie o nią pytali. Znaczy ten największy z najwyższym, rdzawoczerwony kapturem podszedł do drzwi, zastukał, choć już były otwarte, bo Wiedźma Wrona właśnie donośnie przemawiała do chwastów w temacie: kocham was, ale na ten moment wypierdalacje… skonsternowany otwarciem przyuważył przykuloną sylwetkę wpatrzoną w jego wyszlifowane, zaciągnięte łukowato w górę, trzewiczki z przedniej skórki po ostatniej ofierze… wyraziście niekaukaskiego raczej, zewnętrznego usposobienia i… no wiecie, zaczął oną litanyję głosić.

Czy też odmawiać.

I wymieniać one dobra… wszelakie zaprawdę wam powiadam.

Oj wszelakie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tejn…

Coś jest w tej miejscowości, co mnie przeraża. Szczerze. I wciąż coraz bardziej. Z jednej strony podobno mieszka tutaj około 900 duszyczek, oczywiście poza sezonem bo wiecie, wzrastamy w ilości w lecie, ale jednak, gdy przejżdżasz późną jesienią, czy zimą przez miasto… wieje i pustką i smutkiem.

Dziwnym…

Tejn i Sandkås.

Tak naprawdę nierozdzielne.

Pełne onej szumności w sezonie, po sezonie dziwnie martwe. Niby jest sklep jeden spożywczy, niby jest jakaś knajpa, ale przede wszystkim są wszelkiego rodzaju zbory, sekty, kościoły o hotele. Tak serio, to nawet nie wiem, czy ktoś tutaj mieszka na stałe. Na pewno jest sommerhus na sommerhusie, ale coś poza tym… droga i kilka odbiegających od niej… a potem… no właśnie, jest jedno miejsce, takie po lewej, z widokiem na morze, kilka drzew i dwa domki na górce.

Ale jakie domki. Jeden murowany, drugi drewniany. Po prostu mega. Niczym jakieś niemieckie gaardy zza przeszłych bardzo czasów… porośnięte krokusami gdy przychodzi wiosna, zakryte w lecie, zimą nagie i samotne…

Dziwi mnie to miejsce.

Naprawdę mnie dziwi.

Mieszkaliśmy tutaj chyba przez dwa tygodnie i serio, wjazd pod górkę do większości posiadlości to koszmar. Zimą nijak się nie da tam dostać, więc nie wiem jak ci ludzie to robią. Ale, może po prostu tego nie robią? Jakby co, wiele miejsc na sprzedaż, więc spokojnie możecie o coś zawalczyć.

Serio.

Jak Niemcy mogą, to czemu nie? A widok piękny prawie z każdego miejsca. Naprawdę. To morze, ta plaża. Ona wszelaka magiczność chwil, gdy nikogo nie ma, gdy cichość szczególna, gdy jakoś tak wszystko należy do ciebie a i na spacer da się pójść… bo i do Lasu Trolli niedaleko i do wodospadu niezbyt wiele kilometrów…

Ale mnie… Tejn przeraża.

A tak w ogóle, to gorąco.

I to dziwnie gorąco.

Naprawdę. Czasem słońca nie ma, a duszność dziwna, sucha, szarpiąca wnętrza w powietrzu. Jest kiepsko. Cała sprawa algowa bardzo mocno się rozkręciła i naprawdę nie jest dobrze. Wychodzi na to, że algi nic sobie mają z niebzyt wrzącego lata, poza tymi kilkoma dniami, a plenią się jak im się podoba. I to nie tylko u nas, ale i w Norwegii i Finlandii. Co to za nowy spisek?

Czy serio Rosjanie?

Nie wiem, ale dla mnie już tak wiele spiskowych teorii stało się prawdą, że nie uznaję ich za teorie, raczej za coś, w co ludzie jeszcze nie uwierzyli. A co prawdą całkiem być może… niestety… i rządy czasem za nie przepraszają.

Ale tylko czasem.

Tylko…

Oczywiście Północ żyje jakimś tam raperem z USA, co to nabroił i podobno USA go chce i tak dalej, oczywiście wyciągając atut jego czarnoskórości, ale serio… takie popisy w Szwecji. Tam ona równość jest aż nazbytnio widoczna. I dla wielu bardzo dokuczliwa. Niestety. Nie każdy może żyć w Szwecji… Dania, też nie jest łatwa, ale jak już się ktoś w Królowej zakochał, to co ma zrobić? No cierpi no. LOL

Pewno, że żartuję.

Ale Królową kocham straszliwie!!!

I szczerze.

To wielka kobieta i powala oną władczością. Niesamowitą i pierwotną. Bardzo powala. A może to tylko ja znowu? Kto to wie?

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nie do końca Szpańska Aktywizycja… została wyłączona

Pan Tealight i Helo żywizno…

„Po prostu dużo.

Naprawdę dużo.

Ogromnie dużo.

Pan Tealight się nie spodziewał, wiedział, iż jest to możliwe, ale żeby ich było aż tyle. Głośnych, wrednych, dziwnie umęczonyh tym, że tutaj być muszą. Na rowerach, w samochodach, a nawet wędrujących z plecakami, co dziwnie budziło w nim jakieś pokłady współczucia, które dawno w sobie zakopał…

Wiecie, gorąco jest.

A oni tak się mrowili, pędzili, jakoś produkowali mimo opóźnień promów, mimo zatrutej morskości, wciąż ich było więcej… więc trzeba było wprowadzić do diety wędzonki i kiełbaski, no nie było innego wyjścia. Przecież nie wolno marnować świeżego mięska, ekologia przecież panuje…

Czyż nie?

A oni zawsze tacy zagubieni…

A Pierwotność Władcza powraca…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam jak wiele jest jeszcze takich miejsc, gdzie gdy ciemność zapada, to pojawia się też cisza i dziwny spokój. I taka jakaś pokręcona pierwotność, bo przecież wiesz, masz internet, ten świat się gdzieś tam kręci, wiesz, że się kręci, wiesz dokładnie, że on tam przeprowadza jakieś szaleńcze pląsy i dansy…

Świat.

Wielki świat.

On tam musi być, ale siedząc na chłodnym tarasie jakoś trudno w to uwierzyć. W oddali niezbytniej wiatrak i stary gaard, do tego niska zabudowa, lasek, rzeczka… gdzieś w oddali na morzu może kołysze się jakieś światło, może i nawet kilka… ale to sporadycznie. Wyłącznie w granicach większysz sztormów.

Wiecie, gdy tylko im się nie chce falować…

Ale poza tym w końcu jest ciemność. Taka, która nadchodzi w okolicach 22giej. I wykracza poza trzecią rano!!! Naprawdę… w końcu, jeszcze jeżeli akurat był dzień pochmurny, miejscami nawet z lekkim sprinklerem, więc… jest naprawdę nocnie. Nie no, pewno że to nie jest to co zimą, no ale, już jakoś cieszy.

I pozwala wytchnąć od onego palącego światła.

Nawet jeśli nie tak wrzącego, to jednak przerażającego jasnością.

Ale tak w ogóle… dziś na tapecie będzie Allinge. Słynne szczególnie w okresie Folkemodetu i wszelkich zabaw muzyczny, małego portu, sporej wędzarni, kilku sklepów spożywczych, jak Netto na przykład, jak stary sklep z pamiątkami, przesłodka uliczka prowadząca do rynku/portu… oczywiście stare wędzarnie, malutkie galerie, stara biblioteka… no wiecie, cała masa dóbr wszelakich. Są knajpki są lodziarnie i piękna zabudowa. Cała moc wąskich uliczek, w których można się zagubić i…

Oczywiście w tym okresie są i malwy.

I wiecie co?

Naprawdę warto zleźć z siodełka, wyleźć z auta i połazić. Tak zajrzeć w każdy kąt, choć to wkurzające dla mieszkańców, no ale… tak to juz jest. Znajdziecie gdzie nuegdzie małe stoiska i możecie kupić coś intrygującego lub smacznego, albo… wykąpać się. I to w kilku miejscach jeśli chodzi o Allinge.

Tak w ogóle Allinge to zlepek trzech miasteczek, ale rozbiję go na cząstki. Ono jest jakby miastem głównym a do niego doczepiły się Tejn/Sandkås – takie tam Międzyzdroje… i ozywiście Sandvig, który jest martwy poza sezonem. I posiada ogromne, naprawdę niesamowite architektonicznie wielkie hotele.

I małe domeczki. I jeszcze latarnię…

Ale o tym potem.

Wróćmy do Allinge.

Ciasnego strasznie teraz. W porcie kąpią się oni pływający. Ci bardziej obeznani odchodzą za wędzarnię i znajdują czadową w tym roku, malutką plażę. Naprawdę niesamowitą. Albo łażą między tymi ścianami żółtymi, odnajdują mikroskopijne ogródeczki, świetnie uformowane akacje i te niesamowite wisterie, i te domeczki i elemetny wszelkiej architektury…

I oczywiście sztukę.

Bo u nas sztuka jest zawsze.

Wszędzie rowery i te malwy drżące na wietrze nikłym i mocniejszym w powiewach. Oczywiście, że nie zapominam o najbardziej żołtym kościele na Wyspie, no ale! Naprawdę jest żółty. Aż świeci!!! A rzeźba przy nim, to jedna z moich ukochanych form. Wyraz, metafora, piękno samej kobiety ze skrzydłami jest po prostu powalająca… chce się przy niej usiąść i zostać… choć chce mi się też do sklepu. Mają tutaj ten cały Yunik. Bardzo dziwny sklep Naprawdę wciąż nie mogę go rozgryźć, a jego filii pojawia się u nas w Gudhjem sezonowo…

Fajne to… ale i dziwne.

Bo widzicie… z jednej strony kryształy i ciuchy, wsio takie jak 20 lat temu, gdy pseudo indyjskie rzeczy szturmowały półki, a z drugiej niezła biżuteria miesjcami, importy dla tych, co nigdy gdzieś tam nie dotrą… lubię to.

A poza tym?

Allinge to miejsce, gdzie jeździć należy ostrożnie i obejrzeć ryty naskalne. I tyle. I to chyba wystarczy, serio, szczegolnie że wciąż się rozbudowywują. Może komuś czarny letni domek z wybiegiem dla królików?

Albo coś na stałe?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Helo żywizno… została wyłączona

Pan Tealight i Musztarda Wiedźmiewska…

„Widzicie, bo jak kucharek sześć, to… no dziwne pomysły łażą babom po głowie, a i te wrzące wciąż często wspomnienia onych miłości i one oczekiwania na miłości, i zaklęcia i marzenia…

I po prostu jakoś tak je wzięło na sennep.

Bo sezon grillowy, to czemu nie?

Czemu nie dorzucić temu, czy tamtemu coś do hotdogach czy innego tam hamburgera? Dlaczego nie zmienić nie tyle smaku, co tego, co potem, zabawić się czyimś życiem… nie żeby złośliwie, chociaż, tak naprawdę… wszystko przecież widniało na onych nalepkach. Naprawdę wszystko, a że ludzie nie czytali i wystarczały im obrazki w stylu nie testowane na duchach i zwierzętach, czy też ekologiczne i takie tam, to wiecie, no sami oni tak naprawdę sobie winni…

Sami.

Nikt im nie kazał.

A że opakowanie rajcowne w kształcie babeczki… i to tej jej najlepszej, jak wielu uważa części, to wiecie, zaczęła być popularna i tak Wiedźmy z Pieca nagle stały się właścicielkami wielkiej firmy sprzedającej niewiele… i tylko tym, co naprawdę się im poddali. I na dodatek drogo.

Bo czemu nie…

W końcu wyjątkowość napędza rynek.

A głupota mu przyklaskuje.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to Muminki będą morze nam oczyszczać… I wiecie co, może coś z tego wyjdzie? Bo żeby kwitło bez upałów i z chłodnymi nocami? Nie no, tego jeszcze nie pisali. Oczywiście podobno wsio wina Rosjan, ale kto to tam dokladnie wie? Przecież morze ma wielu tutaj współwłaścicieli.

Ale… znowu jest niebieskie.

I znowu śliczne.

I kończy się lipiec, więc rodziny z dziećmi powinny się już zwijać i naprawdę na to czekam i wierzę, może niesłusznie, że trochę się przeczyści, bo… bez urazy, ale ruszyć się nie można w mieście i miejscach wszelako widokowych. Ilość ludzi i aut oraz innych pojazdów ułatwiających poruszanie się… jest przerażająca. Na dodatek te kambuły jeździć nie umieją, przepisów nie przestrzegają…

I się człek wkurwia.

W kolejce, która po naszemu jest zwykle spokojna i tak dalej, widzę miejscowych zaciskających zęby i wściekłych na siebie, że zapomnieli obiadu, cytryny czy czego tam. Wściekłych właściwie przeciwko sobie, bo u nas ludzie nie bywają wściekli. I nagle rozumiem dlaczego oni wyjeżdżają.

Ale przecież tam, gdzie jeżdżą, to też tłumy…

Kurka… tyle tych ludzi wszędzie!!!

Naprawdę.

Ona cała moc ludziny sprawia, że człek wdzięczny jest bardzo za jakąś tam swoją samotnię. Niby sąsiad z prawej i z lewej, jeden kopci i charczy, płuca wypluwa, drugi wnuki przywozi, a potem sam spieprza, albo głuchy… ale jednak…

Przynajmniej nikt człowieka nie wizytuje.

Z drugiej strony, tak pomyślawszy… leciuchno, to pamiętacie oną scenę z orzeszkami z Kapuśniaczku? Albo i inne tam połączenia klatka – orzeszek. Może jednak człek powinien zaakceptować oną sezonową własną cyrkowość i inną tam zoologiczność? No wiecie, chciało ci się mieszkać w dziczy, to masz. Ekhm… właściwie, to co masz? No serio? Poza oną sezonową przypominalnością o istnieniu świata?

Innego świata?

Większego nawet?

Nie wiem… ale ostatnio nasza dzicz to jakoś tak mocno została naruszona. Jakby wiecie, kruszyła się na brzegach. Jakby przestawała istnieć. Nastawiali tego tyle, że szok. Planują nie wiadomo co, a potem dziwią się, że świat się wali. Ale nagrody lecą. Ech… też tak chcę? Może… nie, nie oszukujmy się, mam porąbane poczucie wszelkiego wyrzutu sumienia. Wszelkiego wielkiego wyrzutu sumienia!!!

Sierpień zwykle jest u nas naprawdę spokojniejszy. Ale czy tak będzie w tym roku? Nie wiadomo. Pierun wie. Wszystkie bilety wyprzedane, na grupie biletowej ludzie biją się o te, które ktoś tam wiecie musi oddać, bo nie może, bo mu się nie uda. Oczywiście, żeby nie było, wszystko uczciwie w cenie zakupowej, żadne tam szacher macher!

Nic z tego.

Kurka… a możnaby zarobić, co nie? Ciekawe, czy istnieje czarny rynek biletowy? No wiecie… tak jakoś się mi wydaje, że może…

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Musztarda Wiedźmiewska… została wyłączona

Pan Tealight i Szesnaście Sióstr…

„… a tak serio była ino jedna.

Naprawdę.

A przynajmniej na początku tak się zdawało. Wiecie. Wysiadła z promu, rozejrzała się… tak, podglądali ją, wiedzieli, że się pojawi, więc nie chcieli żadnego zaskoczenia, ale też nie pierniczyli się z jakimś tam czerwonym dywanem, kwiatami, procesją i wiecie, szampanem… Nic z tego.

Raczej byli zachowawczy.

No i pojawiła się.

Dziwnie taka normalna, w wieku mocno pośrednim między średnim a wszelako niestarczym jeszcze, pewna siebie, wyluzowana, wiedząca zbyt wiele ale i dziwnie niespokojna… jakoś tak poruszona, niewiedząca, co teraz się wydarzy, ale na to niewiedzenie też oczekująca? Dziwne to wszystko było. Naprawdę dziwne i nie mogli tak długo wystawać zza autobusu.

Zaraz miał odjeżdżać, więc…

Wyszli.

I dopiero wtedy je zobaczyli… ale tak naprawdę była tylko ona. W chustce na głowie, platynowych włosach wymykających się spod niej. Spowita szarą szatą i szalem, albo i może albą jakowąś… z torebką, na szpilkach, z plecakiem i walizką… oraz małą papużką na ramieniu. Ale bez przepaski na oku.

Jakoś tak dziwnie każdy oczekiwał opaski, gdy zobaczył tę papużkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Letnia noc” – … oj. No sami wiecie, że istnieje coś takiego jak „Stranger Things”. Chyba jako jedyny osobnik nie jest zaintrygowana oną serią… bo to już 3 sezony i coś mi się widzi, że czwarty się szykuje, więc kanał ze mnie jakiś… ale, dlaczego o tym wspominam? Bo oto jest książka, ogromne tomiszcze, które podobno „zainspirowało twórców” wspomnianego filmu…

Hmmm, czy jak serial to wciąż film?

Bo film to niekoniecznie serial, co nie? Hihihiii…

No mniejsza. Bohaterem książki jest… szkoła. Nie, zaraz, dzwon, tak dzwon, ale oglądamy jego hsitorię poprzez oczy wielu dzieciaków. Bandy znajomych, rowerowych, amerykańskich, typowych młodziaków i tych im obcych. Wiecie, ot zaczęły się wakacje, szykują się zmianu w ich życiu, a tutaj znika ktoś… właściwie nie tyle znajomy, co po prostu jeden z dzieciaków, więc… co mają robić? Coś wisi w powietrzu, więc się tym zajmują…

Oczywiście cała książka utrzymana jest w onej tonacji wysokiej kukurydzy, zbóż i małomiasteczkowej serdeczności. Wiecie, wszyscy wszystko wiedzą i nikt nic nie robi. Gdzieś w połowie człek się orientuje, że przecież czyta powieść – ogromne tomiszcze – o dzieciakach, ale nie czuje tego.

Bo strach jest aż nazbyt dorosły.

No i demon…

Człowieczeństwo…

Dobra powieść. Taki typowy Simmons, jeśli znacie autora, a jeśli nie znacie, to warto nadrobić, bo naprawdę zawsze ma najlepsze pomysły. W jakiś dziwny sposób nie nudzi. W ogóle. Może i w którymś momencie macie dość dziwciaków, pragniecie tej onej dorosłości, strachu, tajemnicy już podanej na tacy, ale nie ma tak hop siup.

Serio nieźle.

A czy pomysł wzięli, czy nie? Widzicie, ja jakoś fanką Strangers Things nie jestem i tyle. Coś ze mną nie tak?

Lato.

Nadal obecne. Wykwit trochę się rozwiał, więc można popływać, ale nie wiem, nie chce mi się. Jakoś tak, coś w powietrzu sprawia, że człek najchętniej by nie wychodził. Coś dusi i zaczynam się zastanawiać, czy to czasem nie ten nadmiar ludzi. Bo serio wygląda to czasem jak jakiś pogrom. I chyba wszędzie to tak wygląda spoglądając na opowieści na YouTubie. Jakby każdego teraz było stać ino mnie nie?

Czy zazdroszczę?

Oczywiście, że tak!!!

No ale. Zazdrość zazdrością, jednak jakbym już miała, to wiecie, pojechałabym na północ. Bo jakoś południe mnie przeraża. No i wszyscy tam jeżdżą, więc… po co jeszcze ja tam? No serio? Nie za wiele tej radości…

LOL

Ale… dobra, to mamy lato, mamy Turyściznę, a co za tym idzie i natłok motorów, który bardzo utrudnia życie. Hałas i smród zabijają. Nie wiem dlaczego im wolno przekraczać te wszelkie normy, a innych to od razy za pierdnięcie wyhaczają. Podwójna moralność? Czy co? A może oni w kupie, więc wiecie, wszyscy się ochraniają… nie wiem, ale dla kogoś z moim dziwnym umysłem to coś koszmarnego. Sami pomyślcie. Człek wynosi się na wyspę, w pustkę jakąś, a tutaj tratują jego ciszę i mordują mu bębenki.

Hmmmm… zastanwia mnie cały czas, czy serio naprawdę Wyspa tak bardzo na tym zarabia. Znaczy ktoś na pewno. Przewoźnik, może lodziarnie, ale artyści, zwyki ludzie? Nie widzę tego. Sorry, ale widzę tylko ile mamy sprzątania.

I tyle.

Czasem mi się wydaje, że ludzie zapominają o tym, że wyjeżdżając na wakację, tak naprawdę pakują się komuś do domu… zawsze. Więc… dlaczego to chamstwo? Dlaczego nie można jakoś tak lepiej, normalniej, grzeczniej i spokojniej? Mówimy o czasach, w których ludzie serio znają więcej niż jeden język, więc przypomnę tylko: oni was często rozumieją! Naprawdę.

I wiecie co, potem obrywa się reszcie świata.

Lato…

Dobra, może nie tak upalne jak zeszłoroczne i jestem za to bardzo wdzięczna, ale jednak mocno szalone. Szczególnie u nas. Ale z drugiej strony u nas tak wszystko stoi na głowieod kwietnia, więc jeszcze chwila może tylko?

Może?

Z ostatnich wieści Fjolslinjenowych, to serio udało się im samych siebie przeskoczyć. I tak, mówię o panującej monopolowo i na sprzedaż będącej linii promów Molslinjen, która się przechrzciła na Bornholmslinjen, aczkolwiek ludzie im nazwę odebrali… mówię wam cyrki, seryjnie, mocne cyrki z tym nazewnictwiem bo mówimy o tak chamskiej firmie, że klękajcie narody!!! Seryjnie! Jak za komuny… eee… chyba? Niezbyt byłam dorosła w tamtych czasach, więc powtarzam po Babci!

No ale…

O co chodzi?

A o to, że zostawili ludzi na ziemi. Znaczy za drzwiami. Seryjnie!!! Wyobraźcie sobie taką sytuację, że macie samolot, załadowali bagaże i tych do pierwszej klasy wprowadzanych, a reszta stoi na tych schodkach a drzwi wciąż są zamknięte… nagle samolot powoli odjeżdża, a wy stoicie jak one barany… ciekawe jak czuli się z twarzami przytkniętymi do szybek. Bo to wiecie, troszkę wyżej, ale niezbyt mocno, te promy teraz są takie malutkie. Naprawdę malutkie… dziwnie mikre jak na takie morze…

No ale…

Ludzie stali sobie, prom odpływał. Niech mi ktoś wytłumaczy, jak można nie zauważyć, że ludzi nie wzięliśmy? Serio? Onych zwykłych, chodzących bidulków, co to nie wjechali samochodem czy rowerem czy innym jednośladem? No serio? Czy to znaczy, że po drugiej stronie drzwi nie było nikogo?

Żadnego pracownika?

No ale… oczywiście prom się cofnął, zaliczył opóźnienie i tak dalej… ale naprawdę. Serio!!! Zostawić ludzi za drzwiami? Chyba serio nie mam już… a z drugiej strony, dlaczego bym miała mieć? Nie moja firma. Wszelakie interwencje kończą się zawsze naprawdę bardzo kiepsko. Bo przecież: „chcieliście taniej”… i tyle.

Jak bydło?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szesnaście Sióstr… została wyłączona