Pan Tealight i Potworności…

„Właściwie, to dlatego to całe Halloween?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która uwielbiała kurhany, grobowce, pola cmentarne i wszelkiego rodzaju cmentarzyska… która uwielbiała przebywać z tymi umartymi na amen, ale tymi, którzy jej nie ranili wyłącznie, naprawdę nie pojmowała uwielbienia świata dla czegoś zwanego Halloween. No serio… te dzieci łażące po domach? Domagające się słodyczy? Nosz kurna chata! Wiedźma se sama kupić nie ma za co, a obsługiwać innych gówniaki ma? No niedoczekanie wasze… won ofiary bogom i wszelkim przodkom składać, a nie dla siebie.

Tosz przecież to chamstwo, tak za życia to robić!

Serio!!!

No sami pomyślcie. Jeszcze gdyby przyszedł do was duch, czy kościuch jakiś, to można zrozumieć, ale to? Przecież no umarłym obiatę złożyć należy. Dary jakieś Bogom Zapomnianym, no ale żywym? Ekhm… przecież to nie ma sensu. Wspominanym umarłym, tym, którzy wciąż jeszcze w pamięci, a potem… no widzicie, to po prostu jest nielogiczne! A Wiedźma Wrona Pożarta lubiła logiczność.

Bardzo.

Może i nawet kochała… w przeciwieństwie do dzieci. Do tych czuła ostatnio ino wkurwa. Omijała jak najdalej, a one i tak raczyły ją swoimi bakcylami i wirusami. Widać wiecie, lubiły ją czy coś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i kolejny tydzień.

Znowu piątek, sobota… i tak dalej. Że też nie da się tego zatrzymać choć na chwilę, wiecie, by popatrzeć na spadające liście i poczytać książkę? Dlaczego? W końcu popatrzeć na korę, jak ślicznie się marszczy, jaka jest poznaczona przez pajęczyny połyskujące w świetle dziwnego, jesiennego słońca. A potem uciec, bo nagle świat się rozpadał. Ale leciutko tylko, wiecie, nic wielkiego, nic…

Wyjść na spacer, zapatrzyć się na te chmury, które w końcu sprawiają, że niebo nie jest już nudną niebieskością, ale całą mieszaniną odcieni i barw. Szczególnie jeśli wybierzecie się do miasta. Wiecie, szukać tego tam Halloweena. Nie żeby mi zależało, ale czasem mają takie zabawne rzeczy, że człek w końcu rozumie jak udekorować sobie chatę. Taki szkielet w szafie zamiast płaszczyka, to też po prostu najlepsza inspiracja dietetyczna! Może lepiej wyglądałby w lodówce, jest i taki zestaw. Ale prawda taka, że jeśli czegoś chcecie, na przykład najdzie was na imprezę straszącą, to nie rozwiniecie się nadmiernie. Aczkolwiek w Tigerze są sztuczne kaktusy. Słodkie kubki kaktusowe i takie tam. Pozostałości po lamowej serii i maski i jeszcze wszelakie dodatki bardziej podchodzące pod Dia de los Muertos niż zamerykanizowane szaleństwo, no ale… nabyłam sobie gościa wyskakującego z pudełka.

Bo tak…

Żeby się uśmiechnąć choć raz, choć na chwilę…

Są wszelkie dziwactwa zwykle nikomu niepotrzebne, są i takie, które mogą się przydać. Są, co najważniejsze, ceny, które nie przerażają i lampka w kształcie siedzącego jednorożca, co się świeci. Ekhm… no wiem. W Netto to co rok temu, w zwykłych sklepach właściwie nic. Upadek wszystkiego rozpoczęty kilka lat temu… postępuje.

Niby z jednej strony normale… no przecież to małe miejsce, mały wiat, ale chcieliście tych turystów rok cały, więc zabawiajcie ich! Dynie porozstawiane w wielkich pudłach nie krzyczą: weź mnie!!! Tak serio, to czy w ogóle ktokolwiek je jeszcze rzeza? A w ogóle, czy zjada? Bo ja nie gustuję.

Wolę kalafior, wiecie, ale bez świeczki!!!

Przeskakując do drugiego sklepu w stolycy, czyli wiecie… Søstrene Grene – człek wątpi już w one wszelakie straszenia i czy kogokolwiek to obchodzi. Nie no, pewno, że mają słodkie rzeczy, ale jednak, kurcze, jednak z tych straszących ino pojedyncze naklejki, zawieszki i kule z duszkami, które przypominają twory bagienne pokryte trądem czy poparzone przez mutanckie pokrzywy. No naprawdę!!! Ale jeśli marzy się wam jakiś handmade, to musicie tam zajrzeć. W końcu sklepik w Hasle nie jest jedynym dla takich, ekhm… ręcznych robótek wszelakich.

LOL

No ale… weekend.

Człek odbębnił w piątkowy wieczór pogoń po sklepach, bo to rzeczywista pogoń jak kończycie robotę późno i możecie w końcu zwyczajnie wrócić do domu. No przecież sklepy otwarte ino do wczesnego popołudnia w sobotę nie wygonią was z łóżka… Akurat przestało wieczorem padać i chmury przeszły same siebie. Wyglądając jak podarte rajstopy, wiecie, te takie występujące w czasach, gdy one puszczały oczka, no i ono bursztynowe światło przez one dziury prześwitujące i jeszcze te odbicia, rotacje, ono wszystko cudowne. Chciałoby się zatrzymać, zostać tam, dać się może ponieść im nawet. Zmienić się w czysty lekko połyskujący może pył, chmurzastość podświetloną, zmazującą zmarszczki, wydmuchującą troski…

Ale się nie da.

Życie czeka.

I choć wieczór piątkowy taki czarowny, to jednak przemija szybko. A ty wiesz, że robota w domu sama się nie zrobi, że nadgonić trzeba to i tamto i jeszcze w sobotę będzie więcej tych pilnych i najpilniejszych… ech!

Zwolnić trzeba!!!

Teraz!!!

PS. Problemy promowe się nawarstwiają, ludzie są wkurwieni – mówiąc lekko i zbyt ładnie – a i tak muszą pływać onymi trumnami, bo przecież tertium non datur. Nawet dwójki nie dali. Nie wiem dlaczego to taki monopol promowy tutaj mamy, no ale. Obawiam się, że tak serio, to jak zwykle Wyspę wszyscy mają gdzieś. I to mnie wkurwia maksymalnie. Macie ją czcić! A nie obchodzić się z nią jak ze zbędnym akcentem modowym. Ponosicie, bo modne, a potem wyjebać chcecie toto prosto do kosza… zawsze tak jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potworności… została wyłączona

Pan Tealight i Knurysław…

„Stoi taki i kurcze…

Widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta to zawsze chciała pieseczka, no ale. Wiadomo jakie to na Wyspie są podatki od psinizny, więc… no liczą, nie licząc i uogólniając, musiała obejść się smakiem. Za kotami nigdy nie przepadała, nawet w postaci smażonej, więc to nie była opcja. Chowańca miała dwunożnego, ale jednak wiecie, no pieseczek to było coś. Taki włochaty i czadowy…

Albo wersja obrończa.

Wielki, mocny, no dobra, też włochaty, taki w formie mniejszego niedźwiedzia, z pazurami odpowiednimi i oczywiście zębiskami. Wiecie, wilk, ale mutant bardziej. Oj tak, o takim zawsze marzyła. Chociaż taki malutki, kochana przylepka o dziwnym wyrazie pyszczka, który to nie chce łazić, szwendać się, i ma swoje wygrzane i wymoszczone okruszkami, całkowicie autonomiczne, miejsce na sofie… no przecież, taki rozmiękczacz serca to też byłoby coś!!!

Ale nie miała pieseczka.

Nie.

Nie było też możliwości, by miała, więc gdy w sąsiedztwo wprowadził się Phil Knurysław, jako tak między nimi kliknęło. Wiecie, on to tam zawsze chciał mieć człowieka. No jakby co, wiecie, przewidywalne mniej lub bardziej zombie czy inne tam apokalipsy wegańskie, to gościa zjeść zawsze można… a i pogadać z kimś głupszym miło czasem. Kimś, kto jabłka przynosi i myśli, że podbiegani do niego i łaszenie się, to taka przemiła, roztkliwiająca sprawa i tak dalej…

A ona?

Wiecie, prosta kobieta przynosząca jabłka… cieszyła się ze swej niewiedzy chyba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po kilku miesiącach posuchy mogłam sobie pozwolić na książki.

Powiem wam, że to było trudne, ale teraz jest… trudniejsze. Oto jak działa umysł człowieka z depresją i stanami lękowymi. Dostaje to, czego chciał i oczywiście zaczyna się bać… a może to wciąż powikłania chorobowe?

A może zdrowieję?

Kiedy ostatnio patrzyliście na niebo?

Na to niebo teraz, niebo wczesnojesienne. Niebo, które zaskakuje szarością i ciemnością otulającą człowieka jak ciepły kocyk. Wiecie, jak wtedy, gdy było się dzieckiem i Babcia odbierała cię z dworca kolejowego i miała zawsze ze sobą tę wielką chustę. Ciężką i mało wygodną, ale pachnącą nią, pachnącą bezpieczeństwem. I choć człowiek był zaspany, bo go zerwali, bo jechał dzień i pół nocy, to i tak, jakoś, w półśnie, po prostu szedł. I choć było mu zimno, to jednak czuł się szczęśliwy. Takie są te wieczory teraz na Wyspie. Takie wspomnieniowe, mocno rozczulające… roztkliwiające.

Po słonecznym dniu jak wczoraj, niebo nagle poszarzało.

Nagle w powietrzu pojawiła się wilgoć i wszystko się oziębiło. Wiadomo, że nadchodzi mrok, a raczej stoi za rogiem gotowy wyczuć, kiedy najmniej się go spodziewacie i na was skoczyć. O taki z niego żartowniś!

No po prostu osobowość lekko psychotyczna!!!

No ale. Wolno mu, bo przecież niczego mu nie zrobisz. Czeka tak i razem ze mną patrzy na chmury. Takie brzoskwiniowe, niczym wata cukrowa, ale lekko już wiecie, popluta… taka, co się powoli cukruje na brzegach. Najlepsza!!! A niebo szaro-błękitne. Spokojne. I tak się w nie patrzysz i się gapisz starając się nie mrugnąć, co może się udać, bo wiatr właśnie ucichł… pewno tylko na chwilę… Ale w końcu mrugasz i chmur już nie ma, a ciebie otula ona szarość bardzo szybko zmieniająca się w noc.

Tak szybko…

I robi się tak jakoś zupowo. Tak jakoś, jakby nagle mieli podać wrzącą pieczarkową z grzankami. Jakby ona cudowność domagała się tylko ognia w kominku – sorry, w moim tylko świeczka się pali, więc musi wystarczyć. I wystarczy, ale przemyślmy włączenie ciepełka… bo poniżej 10 stopni, to już raczej chyba zimno?

Co nie?

Jesienność jak na razie jest piękna.

Chociaż liście wciąż jeszcze trochę się buntują, to to światło, ten aromat powietrza, one dzikości na trawniku. Już nie tylko spiskujące sarny, czy spotkania na szczycie zajęcy i srok, ale i podrzucane mi pod drzwi piórka. Hmmm… czy to za te wywalone brokuły? No co, lekko przywarły, więc… się podzieliłam.

Ten spokój, tak sporadycznie zakłócany.

Właściwie, jak sąsiadowi niszczycielskie zapędy nie walą na dekiel, to serio, nie jest źle. Drugi sąsiad może sobie kaszleć, la mnie to już jak rykowisko. LOL Popatrzę sobie na brzozę za uliczką, na te kolory, na te promienie przez nią przenikające. Na to niebo błękitne, chmurzaste czasami i słońce pojawiające się z tak innej strony. I księżyc, który znowu zanika i jeszcze, jeszcze może coś…

Coś nieopisywalne, właściwe tylko Wyspie.

Takie, jak ta chusta Babci.

Nie da się ukryć, że lubię jesień i zimę. Kocham je. Podobnie ciemność, świeczki, ogień. No dobra, lekka piromania też się kłania. Kocyki, grube skarpety. No i długie szaliki i jeszcze może bluzy z kapturem? Chociaż te akurat noszę przez cały rok. Mam gdzieś modę i inne tam… jak przegrzanie. LOL Po prostu uwielbiam niepocenie się. Naprawdę. I jakoś tak brak opalenizny mi odpowiada.

Bladość jest the new black! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Knurysław… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwsze Zjulowienia…

„Bo przecież kto mógł jej zabronić?

Zresztą, to jak wyrwanie dziecku cukierka!!!

Nie no, nie żeby mieszkańcy Sklepiu z Niepotrzebnymi mieli coś przeciwko zabieraniu tłuściutkim bachorom ich słodkości, tudzież smażeniu ich odnóży krągłych, szczególnie Księżniczki i Królewny w ramionach PMSa… ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… Czekająca Na Pożywienie, w rzeczywistości była jednym z tych osobników, którym nie można było tego akurat odebrać. Cukierki by oddała, albo wypierniczyła d kosza gdyby poczytała skład, ciastka podobnie, ogólnie żarcie możecie brać, ale jej świąteczność, skomplikowaną i ogólnie mówiąc dziwaczną, całoroczną właściwie – w końcu kalendarz adwentowy składała rok cały… przez cały rok czekała cierpiąc poty lata…

… więc nie mogli, to było jakby wrośnięte w nią, więc jednak… nie dałoby się chyba nawet, co nie? No naprawdę?

Nigdy w życiu!!!

Dlatego spoglądali i bardzo często nawet jej pomagali.

Po prostu.

Bo w jakiś pokręcony sposób to wszystko sprawiało im radość. To, że ona się cieszyła. To, że miała coś, co było kompletnie i tylko jej. Że nie dawało się jej podrobić. Zresztą, kto by zniósł taką presję? No kto?

Bycie Wiedźmą Wroną musiało być…

… cóż, przynajmniej trudne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiecie…

Z jesienią to tak jest, że człek patrzy i patrzy, no jak z wodą w garnku, patrzy a ona się nie gotuje, odwraca się, a woda spalona. Hihihi… No serio, zawsze tak jest z jesienią. Człek patrzy na liście, na drzewa, patrzy i jęczy, że kurcze, jeszcze nie, że kurcze no kiedy? Że niby już, ale jednak nie już?

No więc właściwie tak się dzieje w tym roku.

Człek przez tydzień przychorzał mocniej, a tutaj wiatr liście w sporej części zabrał, wszelaka kolorowość się spojawiła i oczywiście czas na kolejną odsłonę Jabłkowego Dnia w Melstedgaardzie. Było… jak zwykle. Nie oszukujmy się, nie lubię zlotów ludzkich, a dodatkowo wczoraj tak wiało, słońce chmury zasnuły i tyle. Ale… po raz pierwszy od lat kilku były JABŁKA!!! A tak, wielką tajemnicą onego dnia od lat chyba 3 był brak jabłek. No wiecie, pośmiali się wszycy z tego, ale jakoś widać w tym roku ktoś poszedł po rozum do głowy, tudzież po jabłka po Wyspie i coś skołował. Dwa i pół stoiska z jabłkami. No wiem, nie brzmi dumnie, ale były. My oczywiście na migdały i po miód. Bo miód na Wyspie jest niesamowity.

A człek wciąż słabujący…

Jak z okazji każdego darmowego wjazdu tłok niemożebny.

Wszyscy przybyli.

Każdy oczywiście pojazdem, więc droga główna i nasza ulica, totalnie zatarasowane. Bo wiecie, jak jeden idiota, to i inni idiota. W końcu tutaj już ktoś stał, więc i ja Brutus, a że nikt nie będzie mógł przejechać, toż przecież ja tutaj nie mieszkam, co mnie to obchodzi, ja tutaj na event przecież!!! I tak to się kończy. Zawsze. Bo u nas nie parkuje się na chodniku.

Oczywiście to rzecz chwalebna i tak dalej, ale jednak…

Nosz kurde no!!!

Na Dniu Jabcoka…

Ekhm, no dobra na Dniu Jabłka…

… to wiecie, nie tylko wariaty mający gdzieś prawa drogowe. Nie tylko osobnicy o kulach prowadzący dwa psy jednocześnie i oczywiście wpadająca w inne osoby mocno mało sprawne, które też mają psy… i szczekanie, lamenty i tak dalej. Przede wszystkim spotkania, drewniani rzeczy, trochę warzywek, miodek i takie tam. Oczywiście przede wszystkim można sobie obejrzeć muzeum za darmochę. Oczywiście jak pojedziecie na polską wieś, taką dawniejszą, to znajdziecie to samo…

Tak, można się wozem przejechać.

Nie konie nie zdychają.

Oczywiście można też dokonać ekologicznych i strikte patriotycznych dookolnie zakupów. I to jest super. Na przykład w tym roku zaskoczeniem był pieczony prosiak! A tak i to cały! Jak ktoś miał ochotę, to oczywiście mógł i tak dalej. Znaczy mógł z chlebem z pieca i sałatką i czym tam jeszcze. Była i kiełbaska, więc nie ino jabcokami… jabłkami się znaczy, człowiek żyje. Może też sobie nabyć roślinkę.

Pewno, że tak serio to niewielka rozrywka.

Całkiem i w ogóle.

Wiecie, wiejskie klimaty i aromaty, ale jak dla nas, to raczej coś, co zwyczajnie widzimy z ogródka. W końcu mieszkamy pi drzwi oko na przeciwko. Ale jak ktoś chory, to nie powinien wybrzydzać. Czy raczej rekonwalescent, no ale… semantyka. Człowiek wyłonił się z oparów antybiotycznych i był na zewnątrz.

Zewnętrze jest fajne…

Bardzo.

PS. Rano znalazłam srokę gadającą z zającem pod drzwiami mojego tarasu… nadal uważam, że coś kombinują. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsze Zjulowienia… została wyłączona

Pan Tealight i Rękawiczka Cnoty Prawdziwej…

„Leżała przy ścieżce.

Jakby na nią czekając.

Niczym jakieś porąbane wyzwanie, którego Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki – odrobinę na odwyku – miała gdzieś i nawet nie chciała zauważyć. Znaczy onego wyzwania pradawnego, zawartego w rzuconej rękawicy. Trzaskającej kogoś w twarz, rąbiącej w potylicę, czy też jakoś tak… w ramię?

Nie no, oczywiście że najlepsza byłaby metalowa taka. Wiecie, jak w „Facetach w rajtuzach”, jak mu Robin nią przyjeb… znaczy dotknął go gwałtownie, znaczy tego tam czarniutkiego szeryfa z N. No wiecie, nie mówcie żeście nie oglądali!!! Toż to the must to watch!!! Mocno!!!

Ale…

Leżała.

Taka wiecie raczej zimowa mocno, z materiału nic nieprzepuszczającego, tudzież ogólnie mówiąc dobrego do lepienia bałwana, ale nie tykania człowieków. Z jednym palcem oczywiście, bo wiecie, takie są o wiele bardziej wymowne i maksymalnie, naprawdę dosłownie, niebezpieczne!!! Tak naprawę przecież nigdy nie wiadomo, czy ten piąty palec jest tam, na swoim zakrytym miejscu. I czy w ogóle dany osobnik posiada pięć palców… a może tylko sobie wypchał paluszek, a może tą drugą część? No kurcze, ta niewiedza zawsze jest dobijająca.

Bo może tam jest głowa?

No ale… leżała tam. Tajemnicza… niepodniesiona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, szaleje, a potem cisza.

Pustka dziwna w ogólnej dookolności.

Wyspa oddycha mocniej, a potem wszystko się zmienia… i znowu wieje. Wiecie, niby codzienność, ale jednak. Ale jednak za każdym razem to zaskakuje. Za każdym razem człowiek czeka na to, jakoś tak podświadomie, może dziwnie, ale jednak czeka całym sobą właśnie na oną naturalność. Ale wciąż nie pada. I choć to porąbane, to jednak wciąż trzeba podlewać kwiatki.

Tylko te w doniczkach, ale jednak trzeba.

Ech…

Jesienność przemieniła się raczej we wczesną zimowość. Temperatury są zaskakująco niskie jak na koniec września i to miejsce, ale jednak. To nagłe przejście z wysokich temperatur na takie lekko mroźne, to mocny szok. Ale przecież takie rzeczy dzieją się wszędzie, czyż nie? Przynajmniej nie tsunami. Ale z drugiej strony, to kurde nie wiem. No nie wiem… tęskni mi się za tymi porami roku, które były bardziej znajome, określone. Gdy burze kończyły się w lecie, a grzmienia zimowe nie były zwyczajnością. I gdy po deszczu pachniało jak należy, a nie… brakowało wody z góry.

Przyroda przyrodą.

Jestem naukowcem, wiem że tak było zawsze, ale człowiek żyje krótko, więc tyle zmian doświadczone przez osobnika w jego krótkiej egzystencji, to raczej coś niespotykanego. Ale dla nas wszystkich z tych czasów, widać one zmiany przyspieszyły. Taka tam inność i tyle. No i kilka wybuchów atomowych za życia. Kurcze. A może i nawet kilkaset? Kto to tam wie, co oni wyprawiają w tym naszym podobno świecie?

Myślicie, że to już jesienna melancholia?

Ale ja nie miewam takowej!

No bez przesady.

Nigdy nie miałam. Mam letnią, ale nie na ciemność, wszelaką i oczekiwanie na zimę i zdjęcia i jabłka. No dobra, te dynie mnie jednak nie kręcą, a i Halloween jako takie nie, ale… kurde no. Może to i melancholia? Kurde, kto to tam wie? Może i człek się tak mocno zmienia na starość?

Czas goni…

Koniec września. Nosz kurcze, kto mi ukradł cały wrzesień? I kiedy to się stało? Jak nie przyuważyłam skubańca?

No naprawdę.

Ktoś też ma takie wrażenie?

Sierpień w końcu wcale nie był jakoś dziwnie przydługi. Nawet względnie normalny bym rzekła, ale jednak, kurcze, ale jednak… może to kolejny spisek najbogatszych i coś na nas testują? Właśnie tutaj, na Wyspie? Bo wiecie, jeśli chodzi o Tubylców, Autochtonów i Turyściznę cuzamen do kupy, to są to intrygujące świnki. Bardzo a bardzo intrygujące. Wyniki mogłyby być zaskakujące. A może i nawet porażające!!! Może sprawiłyby, że bogatsi staliby się bardziej bogaci, a reszta zęby w glebę jak zwykle? No bo nie oszukujmy się, przecież tak jest zawsze.

Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Niestety.

No ale, święta idą.

Radujmy się! Przecież u nas wszystko jest wcześniej!!! A u mnie to już w ogóle. Wiecie, w ogóle się nie kończy. Bo przecież kto mnie capnie? Bo przecież co? Zabronią mi? Co ja nago latam wymalowana w Mikołaje Nieświęte? Wiecie, może i bym mogła, no kto by zauważył? He he he!!! Nawet ten nadzwyczajny przypływ niemieckiej Turyścizny jakoś nas nie zapełnia całkowicie. Nas się nie da zapełnić. Znaczy nie da się nas zapełnić w wszelakokichkolwiek miejscach.

Wszystkichkolwiek?

Znaczy wiecie, wszędzie.

Bo zawsze jest jakieś miejsce, które można mieć tutaj tylko dla siebie.

Zawsze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rękawiczka Cnoty Prawdziwej… została wyłączona

Pan Tealight i Ogon ona ma…

„No właściwie…

Wiecie, nie tajemnicą było, że jej dziadkiem pomiot jakiś piekielny, a może i nawet sam Szatan był, więc dlaczego nie? No genetycznie by chyba pasowało, co nie? Skrzydełka jeszcze do tego, może i raciczki… nie no, może akurat raciczki to niekoniecznie, ale kurde, te skrzydełka!!!

No ale…

O co chodzi?

A o to, że Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki ogonowa jej własna kość rypała jak wzrastający ząb mądrości. Wiecie, już się nie wyżynający, ale zaskakująco wciąż opuchnięty dookoła, wciąż męczący, bolący, nurtujący, wciąż jeszcze jakoś pulsujący i buzujący się w górę. Jakby kurna tam jeszcze jakieś miejsce było. Nie no. Dla niego może i było, ale w jej mniemaniu.

Nope!

Mniejsza…

Ona kość ją rypała.

Skóra na tyłeczku, a dokładnie TMI roweczku, zaczęła się robić dziwnie szorstka. Jakby suchsza. Jakby… pokrywała się malutkimi, srebrzystymi łuseczkami. Jakby smoczyła się, a może rybiła? Może jednak zmieniała się w coś całkiem intrygująco innego. Coś nowego, coś niespotykanego jeszcze?

Może…

A może zwyczajnie ogon jej rósł?

Tylko, czy to wiedźmie wypada?

No, pewno jak go sobie nie przywiąże dookoła pasa, czy nie omota gdzieś w pasie, to jak nic ujrzy światło dzienne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I wieje.

Znowu.

Wieje szalenie. Wieczór zapada oczywiście wcześniej, mimo iż wczoraj jeszcze słonko poświeciło nadając wszystkiemu szalone, kosmiczne połyskliwości, wydobywając światło, zwyczajne się bawiąc ze wszystkim i wszystkimi. A przynajmniej tymi odważnymi, którzy wciąż dychają i jakoś tak wyleźli z domowych, czy pracowych pieleszy na dłużej niż droga z i do pracy, sklepu czy też wiecie… szkoły.

Ja nie wylazłam.

Wiecie, chorym wolno nie wychodzić. Nawet jeżeli łapami i odwłokami tęsknią za lasem i podobnymi cudami, chociaż starają się wymknąć, to orrki, ale wiatr nie sprzyja zdrowieniu. Nie pomaga też ciągła dzienna zmienność aury, więc, trzeba siedzieć w domu. Nie da się inaczej. Nawet wyłażenie w śpiworze, jeśli wykorzystacie piworowy kaptur i zrobicie dziury na nóżki i rączki, no nie zda egzaminu. Może nawet, wiecie, polecicie jakoś tak łatwiej? Taki nietoperek specyficzny…

Korci mnie to latanie, ale nie. Choruję już od miesiąca, dość z tym. Trzeba to jakoś z siebie wyplenić, ale… wieści z Wyspy, jeśli chodzi o kaszlenia i zsmarczenia, są oattnio dziwne. Ludzie chorują. Mom zdaniem miała sporo wpływu na to susza, nadużywanie klimatyzacji, a teraz, gdy tylko choć lekko się ochłodziło, od razu załączanie ciepełka. Wiecie, o Duńczykach mówi się, że jak temperatura spada poniżej 25 stopni, to od razu palą w piecach. I to prawda. Pewno są wyjątki, ale…

Cóż.

Ja na dokładkę dostałam zapalenie spojówek, więc miło.

Wiecie… takie bycie wciąż obdarowywanym w te i wewte. Mniam!!!

No dobra, koniec z sarkastycznością.

Wiatry nie są takie dziwne tutaj o tej porze roku. Podobnie cieplejsza pogoda. Ale brak deszczu, nagłe wysuszanie i flary słoneczne już tak. A skąd te flary? Nie wiem, znaczy wiem, wszyscy chrzanili niedawno o nadwrażliwości, znaczy ha ha ha nadgorliwości słońca, a moje roślinki szybko to wyłapują i dostają plam na liściach, więc wiecie… od razu człowiek wie, że lepiej nie spacerować za bardzo.

Ale jak ktoś jest uzależniony, a jesień wiadomo, tutaj mija szybko, to po prostu światło i kolory traci!!!

Boleśnie!!!

Ale wiecie, Wyspa piękna jak tylko ona potrafi! Jej jakoś nie brzydzą ni wiatry ni susze. Po prostu człek odnajduje piękno w innych miejcach, innych ułożeniach traw, innych kolorach i świetle. Tak po prostu.

Ale, nie oszukujmy się, mamy dość suszy.

Dość tępego powietrza, słońca wyskakujące nagle by potem zabawić nas pierwszym przymrozkiem. Po prostu tak się nie da. Potrzebujemy względnej regularności i tyle. A może to tylko ja? Przecież podobno cały świat kocha ino słonko i światło, więc wychodzi na to, ze to tylko ja? Ech, no cóż, musicie jako żyć z moją radosnością z powodu ciemności dłuższej!

Bo ciemność tutaj jest taka, że się za nią tęskni, gdy znika. Dziwnie bardziej miękka, wybaczająca, chowająca więcej niż inne ciemności. Pozwalająca na bycie sobą. Po protu niesamowita. Ale też bardzo uzależniająca. I jestem jej ofiarą. Cieszącą się, że poranki ą ciemne, szarzeją i powoli się nasłoneczniają. Cieszą mnie wiatry, cieszy kiepska pogoda, ale i ta słoneczna, gdy świało trzeba łapać przed południem, jeśli chce się czego więcej. No chyba, że pragniecie inności, to wtedy poczekajcie do siódmej! Oj tak, wtedy przez chwilę szarość zastyga, a ciemność ją podziwia…

To najbardziej niesamowita rzecz na świecie!!!

Porażająca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogon ona ma… została wyłączona

Pan Tealight i Ściera Zobowiązania…

„Magiczna i dziurawa.

I w zielono-czerwoną kratkę, krzywo nadrukowaną na białej, a raczej lekko żółtawej, bawełnianej, miękkiej szmatce. Wiecie, taką z już odgryzioną zawieszką. Zawieszką z zielonej tasiemki, sądząc po pozostałych włókienkach. I śladem małej rączki, mniejszej niż skrzacia…

Pojawiła się na parapecie Kuchni Białego Domostwa cichutko, spokojnie, w bezwietrzy poranek… dość późny raczej, tak już po śniadaniu, ale jeszcze przed obiadem. Przed trzecią, ale po drugiej i pół przegryzce. Taka wiecie, niegadająca. Milcząca. Raczej wyprana przez ten świat jak wszyscy w Sklepiku z Niepotrzebnymi, ale niemająca ambicji by zostać ścierą do podłogi. Raczej patchworkiem. Raczej czymś większym, lepszym, czymś co jeszcze zaśpiewa…

Albo choć zanuci.

Nie musi być od razu aria przecież. Nie musi być szeptany melodyjnie sonet, a nawet i obejdzie się bez ballady. Naprawdę. Po prostu nie podłoga. Tylko i wyłącznie nie podłoga!!! Bo to brzmi strasznie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się tak zastanawiam…

Może uznajcie to za teorię spiskową, czy coś, ale… nasza mało uczęszczana droga czasem służy za miejsce dla dziwnego autobusu, który… albo zakręca gdzieś tam i wraca do miasta, albo znika. Serio, czasem znika. A wyjazdu stąd nie ma, tylko pola. Albo… te wielkie ciężarówki z milionami światełek!!! Czy przewożą do nas UFO. Do tego dziwnego buddynku a końcu ulicy, który właściwie nie wiadomo od czego jest, a może jednak chodzi o coś więcej? Może chowają tam jakieś wielkie tajemnice rządowe? Te wszystkie, o które oskarżają na Rosjanie? No wiecie?

Może to wszystko prawda?

Znowu przejechała ciężarówka ze światełkami dziwnie zimnymi. Ledwo właścwie mieszcząc się na szosie… Po co? Dlaczego? Na co? Czy jest w tym jakaś większa tajemnica, kręgi w zbożu i wykrwawione bydlęcia stekowe? No wiecie, te wszelkie dziwne zjawiska całkiem niewytłumaczalne, albo wytłumaczalne w pokrętny nader sposób dla tych, co nie chcą wierzyć, tudzież i wiedzieć trochę więcej.

Wiecie, jednak niewiedza jest bezpieczna!

Bardzo…

Czasem myślę zbyt wiele, bo jakoś między tymi drzewami, skałami i onym wybrzeżem dech zapierającym… między żyłami kryształu w granicie i wszelakich granatów czy ametystów, to przecież musimy mieć coś jeszcze. Nie tylko ten zagubiony skarb Templariuszy, zaginiony piąty kościół okrągły, czy też… żyły energetyczne, które przełażą oczywiście przez Wyspę. No inaczej być nie może, no!!!

Bo czy czasem Wyspa nie zdaje się wam zbyt mało tajemnicza?

Przyznajcie się!

Wydaje się?

A może jednak nie? Może jednak kurcze wielu przybywa tutaj z powodu tajemnic? Wielu jest uświadomionych. Może tajemnice są powodem przyjazdu?

Tak naprawdę Wyspa ma masę tajemnic.

Ale czasem mi się wydaje, że najważniejsze jest to, że je ma. Że można o nich myśleć, dumać, marzyć tworzyć teorie, ale pod koniec dnia pozwolić im pozostać tajemnicą. Po prostu. Zwyczajną tajemnicą.

Bo co w tym złego, by wciąż były ukryte?

Tajemnice?

Tajemnicą nie jest, że od dziś znowu mocno wieje. Wczoraj więc z cieknącym nosem, zaburzeniami błędnik i amokiem w duszy udałam się na spacer w poszukiwaniu jesieni i podłamało mnie ZNOWU ile kolejnych drzew zamordowano. Bo ostatnio to właśnie drzewa opłakuję najgłośniej i najbardziej. Przykro mi, ale ludzi już nie. Jakby tak naprawdę nie mieli sensu i znaczenia.

Jakby to wszyto już nie było ważne…

I wczoraj było słonecznie, poruszył mnie widok wyciętych drzew i malutkiej ilości wody w Gråmyrze i te ostatnie lilie, które pewno zaskoczył przymrozek. Choć podobno był odczuwalny tylko w najwyższym miejscu, ale kto to tam wie. Może poczuły się źle? Bo liście, to tak naprawdę nawet nie zaczęły się kolorowić na inną zieloność. Za to Turyścizna wciąż obecna. Nad resztkami wody wyglądającej jak rozpuszczone, zielonkawe tabletki na kaszel, parki w różnym wieku swym własnym, ślicznie się kotłują.

Widać im zimno niestraszne.

U nas w nocy dobiliśmy do 7 stopni. Wiaterek właściwie pachnie mrozem, co jest… zaskakujące o tej porze roku, ale nie tego roku. Bo co jak co, ale po ciepłej, choć długiej i śnieżnej zimie od połowy kwietnia mieliśmy suszę, która się jeszcze tak naprawdę nie skończyła. I teraz kalendarzowo jest ta jesień, ale wszystko skacze, nie przechodzi płynnie i człowiek czuje to jakoś w kościach. W mięśniach, w duszy, sercu… właściwie wszędzie. I wcale nie jest mu z tym dobrze.

Wcale, a wcale.

PS. Promy dziś odwołane! Wiecie, fale, czyli… ech, nowy promowy dyrektor, znaczy firma cała, znowu daje dupy. I tyle. Jakby serio nie wiedzieli jak Bałtyk działa. Nawet serio nie chce się o tym gadać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ściera Zobowiązania… została wyłączona

Pan Tealight i Pusta fontanna…

„Stoi w Svaneke.

Duża, kolista, z niewysokim murkiem.

Całkiem sucha.

Spoglądająca smutno na pojedyncze drzewa, kilka ławek i wzgórze i morze w oddali niewielkiej, i kilka żółtych domków. I niebieskie drzwi, które jakoś tak dziwnie rozrosły się właśnie dookoła niej. Bo wiecie, to, że pusta, nie znaczy, iż tak naprawdę niczego nie jest pełna. Bo jest pełna.

Duchów.

Jest jak wielki Motel Dla Umarłych.

Przechowalnia, miejsce, gdzie zdechlaka można oddać, odwiedzić, czasem do domu zabrać, czasem znowu nie… ale tylko wtedy, jeśli naprawdę się go lub ją kochało. Naprawdę i do końca. To dlatego tak wielu tutaj przyjeżdża, by tylko pozostawić tutaj, na Wyspie, tych, których się kochało. Wciąż kocha… z jednej strony oczywiście bezpieczne miejsce, można odwiedzić, rachunki są może wysokie, ale da się w ratach, no i wiecie, zawsze można w naturze, bo przecież… ale i odwiedzić można, tak zwyczajnie, wiecie, po ludzku odwiedzić a i jednocześnie pójść na lody.

Wiecie, tak jakoś.

Bo w końcu fontanny nie są tylko od wody. Są i takie od dusz i takie od piasków czerwonych i bursztynowych i jeszcze takie od łez, ale to całkiem inna historia. I lepiej ją rzadko opowiadać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i jest…

Najpierw wrzące wiatry, dziwna pogoda, uderzające fale gorąca, palące twarz… potem lekki chłód i znowu od nowa. Zwierzęta zdają się być podenerwowane. A ludzie, ludzie chorują. Nie wiem jak, ale od miesiąca nie byłam zdrowa. Ta pogoda nas wykańcza. Najpierw ta susza, potem jakiś opad, ale tak naprawdę, przez te wiatry, wszystko od razu zmienia się w parę i nie ma nic. Nic z wilgotności.

Ale jesień robi się piękna.

Wkurza tylko to, że człek z dreszczami, palącym gardłem i ogólnym bólem wszystkiego łącznie ze skórą, no jakoś nie może sobie pójść na spacer. A przecież u nas jesień to mgnienie. Magiczne, niesamowite, przepiękne, przepełnione takimi aromatami, ale jednak krótkie. Wot jest, a potem już jej nie ma. I pozostaje tyko smutek, bo jakoś potrzebuję tych wszystkich pór roku.

Porządnych i namacalnych.

Drzewa zmieniają się teraz z dnia na dzień. Jak zawieje mocniej, to liście opadną i nici ze zdjęć. No chyba się zastrzelę, no!!! Ja chcę w plener, a nie męczyć się z grypą, anginą, czy kij wie czym jeszcze? Naprawdę. Zamiast bólów mięśniowych wolę te obtarte nogi i brudne paluchy. Zamiast siąpiącego nosa chcę kolan otartych i kilometrów w nogach!!! Ja po prostu chcę na spacer!!! Bardzo mocno! Tak niewiele niektórym brakuje do szczęścia, naprawdę tak bardzo niewiele!!! Zdrowie i spacery. I może jeszcze woda, leki i wiecie, sałatka z polskim majonezem, bo bez tego kanał!!! LOL

I pasztet czasem, choć żołądek się ze mną nie zgadza!!!

Dobra, sprawa wyżywienia na Wyspie nie jest najlepsza.

Przez suszę mało co wyrosło, większość zwyczajnie musi zostać sprowadzone z jakiej zagranicy i tutaj… tutaj nie pojmuję, dlaczego nie sprowadza się z onej odległości bliższej? No dlaczego? Oczywiście chodzi o te wszystkie warzywa i owoce europejskie, nie jakie wymyślne cudactwa, które gniją na półkach i przybywają z pająkami, czy innymi tam, wiecie no… wężami.

No ale ta jesień… już tu jest.

Z opadniętymi, dzikimi mniej lub bardziej jabłkami, które nadałyby się doskonale na Kagekonkurance, ale właśnie je odwołano. Bo wiecie, u nas pospolite ruszenie to nigdy nie działa. Jak jest jakaś inicjatywa, no i coś trzeba zrobić, to raczej są plany, a potem każdy patrzy na sąsiada licząc, że on odwali za niego cała robotę. I tyle!!! I jak ci Turyścizniowcy, którzy wciąż jeszcze plączą się nam pod ngami, mają się… no wiecie… rozerwać? Samo Kulturuge im nie wystarczy.

Oj nie.

Tak serio, to gruszki dzikuski też są.

Malutkie, ale serio przesmaczne. Pewno opadną jak one mirabelki, nie zjedzone ni przez ludzi ni przez zwierzaki. Zmienią się w kompost i tak dalej. Tak jak wszystko tutaj co rośnie i owocuje. Wiecie, no może poza hawthornem, który teraz jest taki wielce modny i popularny wciąż… i w ogóle.

Wiecie, on pewno będzie.

Właściwie, jak tak się rozejrzeć, to miejscowi wciąż kryją się po domach, jakby ten nadmiar obcych był wciąż zbyt wielki. A może chodzi o tę wrzącą pogodę? Nie wiem. Golasy na plaży wciąż dostępne, ale raczej nie pływające takie, lecz wiecie, wskakuje toto do wody i zaraz wyłazi robiąc cyrk z suszenia swojej cielesności. Jakby pierun wie jak namokli. No naprawdę. Jak już włazisz, to zostań tam na dłużej.

Od jakiegoś czasu, pewno przez to słonko, wszystko jest dziwnie zamglone. A może to wciąż pozostałości po tych piaskowych podmuchach? Nie wiem, ale doniczki poleciały. Dachy nadal nie są naprawione. Ogólnie mówiąc dziwnie jest. Powietrze wciąż jakieś takie obce, wrzesień pędzi ku końcowi, jakby mu się aż nazbyt spieszyło i nie wiem… czy ja dostanę swoją porcję jesieni, czy jednak ZNOWU nie?

Bo poczuję się oszukana!!!

Mocno!!!

No ale… w powietrzu też pląsa sobie radośnie oczekiwanie na Jul. Ono wyciszenie, które oczywiście zakłóci się jeszcze w naszych październikowych feriach… zwanych potocznie Halloweenem. No wiecie, u nas wszystko tak raczej wcześniej. Raczej tak czasem bardzo wcześniej. No ale… kartoflowe ferie muszą być. W końcu to coś więcej niż tradycja, co nie? No i są takie zabawne.

Kompletnie nie przystając do współczesności.

Może znowu będą biegi za loda?

No co?

Pieczenia ciast nie będzie, bo zgłosił się tylko jeden osobnik i to wiecie do czego… do JEDZENIA! Podejrzewam, że miało tam być jakieś ocenianie, ale wiecie, gorączka, grypa i te sprawy po chińskich wycieczkach, i człowiek nagle wie nic. Poza tym, że skóra pali go żywym ogniem jak gardło, więc może… może tak się pozbyć i jednego i drugiego? No co? Mutacje plączą się po świecie przecież.

Ech… bredzę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pusta fontanna… została wyłączona

Pan Tealight i Koszykowy Pan…

„Na przystanku sobie stał, o rower oparty, a dokładniej między nogami go mający, taki wiecie on: beżowy, wiklinowy, Koszykowy Pan.

Może był w drodze na grzyby, może na ryby, a może na zwykłe zakupy chciał pomykać? Tylko czemu czekał na autobus? A może nie czekał, tylko się ukrywał? Maskował, a ja nie załapałam całej tej akcji? A może to jakiś porąbany performance dla bardzo nielicznych? No nie wiem, jak już to powinien był zacząć miesiąc wcześniej, tak wiecie dla napiwków przynajmniej.

Koszykowy Pan.

A może tak naprawdę każdego wieczora miał inne imię? Może zmieniał się w zależności od tego, czym zastępował sobie głowę? Bo teraz zamiast niej miał koszyk. A może jednak była tam i głowa? Może gdyby podejść i zdjąć mu to z karku, w rzeczywistości znaleźliby tam malutką, rosnącą główkę? Czekającą na wiosnę, kiedy to w końcu będzie się mogła zazielenić i wspiąć wyżej?

A może tylko nasionko… które w końcu zakiełkuje i wypyknie się ponad ramionka i zagłębienie między nimi…

Ale jednak jak miał rower? Jednak jak miał rower, sprawny i całkiem jeszcze nowy, to dlaczego czekał na autobus? No i co z tym koszykiem? Czy zaklinował się najpierw, a teraz nie wiedział, co zrobić? Może czekał na kogoś, kto tak naprawdę go uwolni? Może czekał na oną jedyną, niczym gość z pantofelkiem… lekko oszołomiony, ale nie przerażony jeszcze… może tylko jeszcze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Uprowadzona” – … no dobra. Oczywiście, że od razu wytupujecie sprawcę, przecież n sorry no, to nie jest jakaś powieść z pogranicza nowości i wszelkiej odkrywczości, ale… oto rzadkość pewna, bo tę książkę czyta się z przyjemnością. Pewnym zaintrygowaniem i pytaniami plączącymi się pod kopułką, gdy zamykamy oczy i tulimy poduszkę…

Pewni tego, że jesteśmy w swoim, bezpiecznym łóżku.

Oto opowieść uprowadzonej. Oto historia dziewczyny, która przeżyła. Nie, nic nowego, były w końcu „Ocalałe” dość niedawno, więc wiemy o co kaman! Ale… z powodu wielu denek plączących się jakoś pod oną główną opowieścią, przez główną uprowadzoną, siostrę, czy innych, których członkowie rodziny zaginęli i nie wrócili… ta powieść nabiera intrygującego socjo-psychologicznego smaczku.

Staje się eksperymentem na czytelnikach.

Pozwala wam oceniać bohaterów od samego początku. Pozwala nie patrzeć na zbrodnię mimo równoległego, sekcyjnego/kostnicowego wątku. Sprawia, że zadajemy pytania, traszujemy ofiary patrzymy na świat… złymi oczami. Nagle znowu stajemy się tylko ludźmi. Obserwatorami zza swojej bezpiecznej poduszki. Nie baczyć na to kto jest ofiarą, a kto potworem i czy tak naprawdę nim jest, bo przecież współczesna codzienność wymusza na nas tak daleko pokręconą poprawność, a… tak, dlatego ta powieść zdaje się być eksperymentem. Eksperymentem dobrze spisanym, choć mogło być lepiej. Może miejscami zbyt uproszczonym, może miejscami zbyt pobieżnym, ale jednak dobrze wchodzącym w czytelnika. Z bohaterami, którzy skrywają aż zbyt wiele tajemnic. Może i zbyt wielką ilością głównych bohaterów, którzy sprawiają, że nie lubi się żadnego, ale to ostatnio zdaje się być jakąś manią autorów.

Czyli, że co?

Przeczytać.

Gdy czegoś tam nie ma, fryzjerzy wariują.

Dobra, mam teorię.

Spoglądając na cały ten świat, na to, co się dzieje, na uderzające w nas fale jednodniowego strasznego gorąca… uważam, że ludziom znowu odbija. I jak najbardziej ma to coś wspólnego z tym cholernym wiatrem, który tak na nas skacze. Pewno, że to odbitki tego, co się dzieje na świecie, ale jednak to gorąco uderzające w twarz, a potem temperatura lecąca w dół, naprawdę wkurza. Człowiek już myślał o miłym chłodzie, ciepłych napojach i wszelakich kocykach, a tutaj co…

Ale kąpania nie będzie, bo przytargane z północy zarazki rozpierzchły się po nas w najlepsze. Po raz pierwsze od tylu lat zakupiliśmy nawet termometr. Ciekawe, czy to oznacza poważne zestarzenie, czy po prostu wiecie, no człowiek się starzeje i tyle? A może zwyczajnie dołącza do stada biorących antybiotyki? Bo chyba sam sobie nie porazi. Oj nie. Za nic w świecie. Ale tak to jest jak się żyje na wyspie. W pewnym odosobnieniu od reszty wielkiego i skomplikowanego świata. Przez długi czas wszelkiej maści wirusy i zarazki wirują sobie między mieszkańcami i mutują. Człek się przyzwyczaja, a potem w okresie lata dołączają nowe i trzeba się znowu przestawić.

Mniejsza z nimi… dość mam chorowania w taką pogodę!!!

Jesień chyba w końcu postanowiła postawić na swoim, bo na czereśniach pojawiły się one czerwoności. Na brzozach odpowiednie żółcienie i bursztynienia, a nie tylko jakieś spalone gałązki. W lesie może i grzybki, ale nie sprawdzałam. Zapowiadają wielkie opady po tych wrzących dniach, ale jakoś tego nie widzę. Może w końcu się uda? Bo ile można podlewać, no!!? Ludzie!!!

Wracając do linku…

… ktoś się włamał do niegdysiejszego Jobolandu i obciął osiołkom włosy. No wiecie, one grzywy i grzywki. Nie że golił je do gołej, tylko obciął biedakom włosy i ona moja teoria sprowadza się do wizji osobnika, który potrzebował onego specjalnego włosia. A któż nie byłby lepszy do tej wizji niż… artysta malarz? No weźcie pomyślcie… te pędzle!!! Takie specjalne, takie niesamowite. Albo może jednak jakiś brodacz?

Na pewno psychopata.

Ale jedno drugiego nie wyklucza.

Wiatr…

Ten wiatr czuje się tak bardzo obco na skórze, w powietrzu, w oddechu. Jakoś tak dziwnie. Jakoś tak, jakby nie był z tego świata. No na pewno nie jest stąd. Z Wyspy, z okolic. Z tej wody, tych drzew… tego nieba.

Dziwny.

Na ulicach i w sklepach zrobiło się przestronniej.

Koniec sezonu, czas przed feriami kartoflanymi, trochę odpoczynku od autokarów, wycieczek, tłumów i wiecie, onej nadmiernej epatowości Turyścizny. Ale… nie ma tak, że ich nie ma. Bo w końcu teraz mają być przez cały rok. Nie żebym uważała to za dobry pomysł, w końcu sklepy pozamykane, BiandBisy też, ogólnie mówiąc kiła i mogiła jeśli chodzi o te tam rozrywkowe sprawy – tak samo w Szwecji, więc to norma dla Nordyków – więc co mają robić? Nie no, pewno że ja mam zajęcie, ale ja zawsze mam zajęcie. Mi wystarczają skały, drzewa i widoczki, ale przecież raczej chyba nie wszystkim to tylko starcza, więc…

No nie wiem.

Zobaczymy jak ten eksperyment turystyczny przebiegnie.

Na razie wiadomo jedno… niemiecki, to dominujący język na Wyspie. Dziwnie to brzmi, miesza i ogólnie mówiąc, wiecie – śmieciowe DNA mnie marszczy – no ale… Ekonomia najważniejsza. Nie przyroda. To mnie akurat wkurza, ale tutaj już od dawna ludzi się nie słucha.

Wiecie co… przyznaję, że przez te 10 lat zbyt wiele się zmieniło na gorsze. Problem w tym, że wszędzie się tak dzieje, ale chyba tutaj bardziej człowiek to widzi. Bardziej go to dotyka, bo przecież to ona mityczna, tajemnicza, radośnie baśniowa Północ, czyż nie? Dzieci z Bullerby, Emil i Selma i Pippi… było kiedyś tak całkiem inaczej, a teraz, po wyborach w Szwecji ludzie znowu zachowują się jak dzieci w piaskownicy. Bo my się nie będziemy z nimi bawić, bo przecież, a my też nie, więc… nie wyznaję się w politykach, ale akurat w tym okresie „przed” tam byliśmy, więc rzucający się na ciebie osobnicy w garniakach, byli normą.

No i te bezczelne plakaty na kijkach powbijane wszędzie.

U nas też to tak zawsze przebiega.

Gdyby tak drzewa mogły zadecydować, ciekawe, co by powiedziały?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszykowy Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Myjnia…

„… pożerająca Chowańca.

No zdarzyło się, że maszyna postanowiła porwać Chowańca Wiedźmy, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie tylko nie była na ono porwanie gotowa, nie tylko nie doceniła czegoś, co miało być zabawnym żartem i tak dalej, ale wprost przeciwnie, przyjebała z klątwy i od tego czasu wszystko się zmieniło.

Już nie podskoczy małpa jedna.

A na pewno nie wysoko.

No bo weźcie no. Wiadomo wszystkim, że Wiedźma Wrona, bidulka taka, no ostatnio słabuje na zdrowiu i lepiej jej nie denerwować, bo ma słabszą kontrolę, no i nawet całkiem nieświadomie, może tak po prostu przypierdolić. I to na przykład ze zwykłego smutku, który w niej chowa się łatwo i jakoś się tak mości wygodnie i wiecie, nie chce z niej wyłazić, bo i po co, jak se takiego super nosiciela znalazł…

No i dlatego tak się Myjni oberwało.

Choć jej duchowa osobowość była dość wiekowa i ogólnie mówiąc nie miała w sobie jakiejś wielkiej, pokręconej, głębokiej tożsamości, to jednak… to jednak jakoś tak chciała się zabawić. No nosiła się z tym pomysłem już od dawna, ale się bała… czuła, że Wiedźma ją zrozumie, ale nie wiedziała, że ta może aż tak zareagować. I stanęła. No wiecie, nie że na wieczność, ale jednak… Bo co jak co, ale Chowaniec jest dla Wiedźmy Wrony kimś aż nazbyt ważnym i żadne baba, choćby duchowa, nie będzie się do niego doczepiać. Oj nie, nic z tego!!!

Nie no… zaraz klątwę zniosła i tak dalej, bo przecież odezwało się Sumienie Wiedźmy, ale jednak… Co się stało, to się stało.

I tyle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Trzęsienia ziemi w Danii, słonie na emeryturę, a u nas to chcą wieżowce walić… ludziom odpierdziela mocno. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy co? Wczoraj taki straszny gorąc, wciąż niewiele wody spało z nieba, więc i plony jesienne nie będą imponujące. Trochę jabłek dzikusków, trochę śliwek leży na wciąż nie do końca zielonej trawie. A drzewa, te chyba zapomniały o jesieni…

Co do wieżowców, to widzicie, no taki pomysł mają.

Ale żebyście nie padli, nie chodzi o ludzi, oj nie, nie o tych, którzy tutaj chcą mieszkać, ale głównie o tych, którzy przybywają tutaj na Folkemodet. Dowiedziałam się, że ostatnio wszyscy chcą mieszkać w Gudhjem. Przyznaję, że trochę mnie to zadziwiło. Od dłuższego czasu słyszałam, że jesteśmy najbardziej depresyjni na Wyspie, no ale… może teraz z nas new black? Jedno wciąż jest pewne i drążące polityków mózgownice… bo czy oni tam coś mają to nie wiem…

… więc może pustkę drążące?

Może?

Oczywiście chodzi o nasycenie Wyspy ludźmi. Ale wiecie, tego nie można zrobić ot tak. próbowali ich tutaj spędzić, uciekli. Próbowali nęcić, zrobili to samo. Bo Wyspę albo się kocha, albo nienawidzi. Sorry. Nie da się inaczej i tyle. To miejsce ma w sobie tak wiele twarzy, że na pewno napotkacie takie, które wam nie odpowiadają. Oczywiście wakacje to wakacje, koszmar dla miejscowych i tyle. Większość wie, że trzeba to znieść. Dla ekonomii, czy jak to teraz zwą. Inni znowu się buntują i zamykają w domach, a jeszcze inni znajdują jakieś odosobnienia i tam się zaszywają. Bo mieszkając tutaj trzeba pokochać depresję, samotność, natury zmiany i tym podobne.

I brak sklepów oraz usług.

Jakby co, to wszelkiej masy budowlańcy pilnie potrzebni!

Nawet bardzo pilnie. Ogólnie mówiąc: malarze, tynkarze, stolarze, i tak dalej. Z chęcią przyjmiemy podobnie jak pielęgniarki. Niestety wypłaty nie takie jak w Kopenhadze, a nie każdemu wystarczą dodatki oferowane w naturze, czyli wiecie: lasy, rzeki, plaże, morze i widoki, więc… raczej masy chętnych nie będzie, co nie? Bo ci, co zakochują się w Wyspie latem, tracą swój zapał po pierwszym roku. Tak po prostu. Nagle denerwuje ich najpierw pustka, potem zaś… pełność.

Tak tu jest.

Macanie.

Gdy wracam z podróży, sprawdzam, czy ona jest realna.

Wyspa.

Bo dla mnie ona wciąż jest jakąś ułudą. Serio. Nawet wyglądając przez okno widzę wiatrak – który naprawiają, ulepszają i ogólne mówiąc konserwują… przy wiatraku mamy teraz pewnego sąsiada. Pewno tylko na określony czas, ale nie narzekam. To gigantyczny świń. Znaczy knur chyba. Ale wiecie co… on ma przy ryju coś jakby dwa cycki, takie krowie dwa cycki, po jednym z każdej strony i nie wiem, czy to taka moda teraz u świniaków, czy jednak on jest naprawdę jakiś specjalny? I czy jak się je ciągnie, to on daje świńskie mleko może? I tak, na pewno jest to facet. Widać było jak się odwrócił i jakby co, zapytałam też Chowańca, lepszy wzrok ma… sprawdził i mówi, że tak…

Że chłop.

Ciapaty cudownie, w plameczki, lekko różowaty, czarniawy lekko, szarawy miejscami z dużym ryjkiem i uszami… słodziak no!!!

Jeżeli chodzi o mnie, to świetny sąsiad!

Naprawdę.

Muzyki nie puszcza głośno, w spokoju sobie tam ryje, głośnych gości nie ma, krowy czasem, koń… a jak podejdziecie do tego jego wybiegu i go zawołacie, to podbiega i tak jakby się cieszył… albo może chciał nas zjeść. Nie wiem. Może powinnam przemyśleć zanoszenie mu jabłek dzikusek rosnących niedaleko nas? Hmmm, co jak się przyzwyczai. Nazwałam go Xenofil.

Nie mam pojęcia dlaczego, więc nie pytajcie.

No ale, wiecie, u nas to zwierzyna bardzo na wybiegu dookolnym, wiecie wspólnoludzkim. Idziecie na spacer i zwyczajnie wdeptujecie w kupę końską, krowią lub kozią, czy końskiego boba. Natura pełną parą, paszczą, ryjem i raciczką!!! Fajne to całkiem, czasem problematyczne, czasem wiecie, sikająca sarna w ogródku szokuje, no ale, czy ja nie robię tego w lesie?

Robię!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myjnia… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma i Sirka…

„Tak… jedyna taka Sirka.

Jedyna, która nie zadymiła Wiedźmy Wrony Pożartej.

Dziwna Sirka, czarna i drewniana, wtulona w drzewa i skały, odpychająca od siebie bramą drogę, którą i tak mało kto jeździ.

Zagubiona.

A może zwyczajnie miała tam wrócić po raz trzeci? Bo coś ją tam wciąż ciągnęło. Coś nie pozwalało jej zapomnieć, chciała więcej, chciała znowu, chociaż wiedziała już jak wyglądają jej znaki, jak brzmią, gdy liście się o nie ocierają, jak połyskują, jakie są adekwatne co do otaczającego je świata… To jednak wciąż marzyła o tym miejscu, widziała je w snach i czuła się w nich… lepiej.

Znowu lepiej.

No i przecież nie mogła tak po prostu olać tej Sirki no! I jeszcze tych czarnych chatek, chociaż powoli zaczynała myśleć, że może one się jej tylko przyśniły. Że może znowu połączyła coś ze snu i umieściła w widzianej rzeczywistości, albo… znowu otworzyła jakiś portal, wrota, czy rozerwała woal…

Wiecie, jak sikała w krzakach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pożegnania…

Wciąż nie znalazłam kościoła.

Czarniawych onych rybackich, starych chatek. Nie wiem w jaki sposób znowu mi się nie udało. Widzicie, gdy jechaliśmy po raz pierwszy do Hamburgsunda, to minęliśmy właśnie taką dość magiczną miejscówkę charakteryzującą się nader kiepską drogą… no i skałami, nachylonym zboczem. Wiecie, typisz, ale jednak nie umiem tam wrócić. Wtedy, rok temu, jakoś dziwnie poprowadziło nas GPS, ale teraz za Chiny świata całego. No po prostu nie. Ni w prawo, ni w lewo i w ogóle…

Wciąż jeszcze nie zobaczyłam wszystkiego, choć to chyba nigdy nie będzie możliwe Zmacać każdy ryt… nie, nigdy. Raczej nie. Wciąż odkrywane są nowe, więc po co nawet próbować, ale przecież są takie, które muszę zobaczyć, bo zobaczone nabierają całkiem innego znaczenia. A pisanie pracy naukowej wyłącznie dzięki rysunkom innych to marny pomysł. Naprawę Próbowałam. Popełniłam nawet jedną taką…

… nudną…

Wciąż jeszcze czuję dziwny niedosyt.

I bardzo, ale to bardzo chcę tam wrócić.

Nie wiem dlaczego. Coś mnie tam woła, coś mi tam pozwala inaczej oddychać… i choć to nie jest Wyspa, nie ma w sobie onej pełności, mojej fascynacji, tego czegoś, to wciąż jednak mnie kręci. Ma coś w sobie innego, czego braku nawet sobie nie wyobrażałam. Nie miałam pojęcia, że tego mi potrzeba. Tak, na pewno chcę tam wrócić, ale też chcę zobaczyć więcej i inne więcej. Te bardziej rogate, reniferowe może nawet, jeśli się uda. Po prostu. Bo wiedzę trzeba uzupełniać. Książki, to wskazówki i mapy prowadzące do miejsc, które można samemu odkryć opisać… na nowo i całkiem inaczej.

Tak po prostu.

Prowadzą mnie przeczytane opowieści i czasopisma archeologiczne. No wiecie, inaczej się nie da. Nie w moim wypadku. Gdzieś mam w końcu to, co popularne, gdzieś mam to, o oferuje to czy tamto. Ja mam utrwalone, utwardzone i oblane żalazobetonem widzimisię i tegochcę. I tym się kieruję. Chociaż i mnie moje zaskoczenie potrafi… zaskoczyć. Nawet mocno. Nawet bardzo zaskakująco zaskoczyć.

Nawe zamotać moje zwyczajowe myślenie.

Ale w końcu było po wszystkim.

Przed nami jeszcze tylko droga z powrotem. Ta sama. Ze znajomymi już przystankami, z miejscem tym czy tamtym, wiecie, siku jest ważne, tym bardziej, że człek łapie się na tym, że strasznie się odwadnia. Nie wiem czemu, może to gorączka, może zarazki z onej azjatyckiej wycieczki? Pierun wie, ale jest kiepsko.

Byle do Ystad!

Chociaż tym razem boję się portu, bo tam ma czekać na mnie nowy prom, a na to nie jetem gotowa. Wprost przeciwnie, więc wiecie, pozwólmy sobie na coś, czego u nas nie ma. Na mężczyznę na parkingu grającego „Despasito”. Na tłok, bo przecież sobota, najdurniejszy moment i dzień by tutaj przybyć szczególnie dla tej osoby, która nie znosi tłoku i panicznie boi się ludzi… już nawet grajek z parkingu wyleciał mi z głowy… ojojoj, jak ja to zniosę, jak przetrwam no jak? A o co chodzi?

No jak to?

IKEA oczywiście.

Wiecie, miejsce, które tak „trudno” znaleźć w Szwecji LOL. Mijaliśmy ich wiele, zdecydowaliśmy się na takie w kompletnym „nowhere”. Ogromne. Ale i takie dziwnie same, jak wszędzie. Posiedziałam sobie w fotelu, o którym mogę sobie ino pomarzyć, popatrzyłam na stolik, który musimy w końcu wymienić i tyle. Plany są, finansów brak. Nawet jak już człek wpierdala ino chińskie zupki, to wiecie, ciężko przędzie, więc… wychodzi z misiem z IKEA. Na hotdoga go nie stać, lody odpuszcza, zresztą, walić żarcie!!!

Mam wielkiego misia!!!

I już nie ma zbyt wiele czasu, a może raczej ma, ale sił mu brak, więc zajeżdża na poczekalnię promową i tęskni za wielkością Leonory, bo to, co przypływa ma dziurę w środku i jest maciupkie!!! Przerażająco ciasne i brudne. Express 1 to koszmar, który budują wciąż, gdy już płyniecie. Brudne toalety… serio, nikt nie chce widzieć zalanej wodą podłogi w toalecie, na promie. Woda ma być na zewnątrz. Niby fajnie, że są miejsca dla zwierzaków, ale ciasne i na dodatek na drodze do palarni, która jest na zewnątrz… na zewnątrz pędzącego promu!!! Serio ludzie, ino czekać na samobójców mniej lub bardziej przypadkowych!!! Te zabezpieczenia są marne a na dodatek ten hałas, ostre, bolesne nocą światło.

Jest źle.

Ze sklepu wolnocłowego dochodzą odgłosy wiertarek, nie chcesz tego słyszeć na promie. W kuchni podobno syf, kiła i mogiła. Ograniczyli kasę na wszystkim bo wiecie, bilety muszą być tańsze. I są, ale co z bezpieczeństwem? Auta pełne słonej wody, wyjazd tylko jedną stroną. Wygody żadnej. Boję się co będzie, jak fale podskoczą… I jak ludzie poradzą sobie z maciupkimi kibelkami i oczywiście maciupką powierzchnią siedzącą.

Czarno to widzę… podwodnie nawet.

Brak klasy, elegancji, higieny, zasad BHP.

Brak wszystkiego. Obecny za to strach. Odkryte kabelki, rurki jakie ino sreberkiem powleczone, drzwi, które odebrały jakiemuś osobnikowi kilka palców. No wiecie, zwyczajność. W pierwszy dzień kilka wpadek i opóźnienie, ale to wiadomo, no wiecie, każdemu chyba zdarza się… jednak promy wciąż jakoś na psującej się stronie, więc jak to będzie później?

Czy z czasem się polepszy?

Dla mnie na pewno nie, bo ten prom jest po prostu za mały.

To jebana łupinka!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma i Sirka… została wyłączona