Pan Tealight i Kula Krakena…

„Wyłowili ją, a on myślał, że ją zgubił.

Naprawdę!!!

Szukał jej tak długo, że po pewnym czasie zapomniał, że zgubił właśnie ją. Wiedział tylko, że ma szukać, dziwnie spokojny, iż jeżeli już znajdzie, to będzie wiedział, że to właśnie było to. Czego od tak dawna już szukał.

A co do kuli, to Szwedzi, co nie widzieli nigdy Warszawy, mu ją zajumali i postawili ją sobie w ogródku… znaczy no tam na rynku miejskim. Wielka, ozdobiona magicznymi zaklęciami, z małym krakenem gryfonowym i dwoma gnomami ją strzegącymi, które zespiżowiły się z wrażenia, że tak stoją na zewnątrz. Znaczy, no wiecie, poza wodą. Nie na dnie, nie tam gdzie wilgotne potwory, rybki wszelakie, mocne ciemności, wilgotne liściowatości i śliskie kamienie oraz Utopce…

Tylko tu na powierzchni, gdzie wszystko właściwie też jest, takie jest takie samo, ale jednak bardziej i częściej suche oraz trochę mniej zielonkawe. Serio Kula była zaskoczona tym, co widziała i jej powiernicy też. Obserwowali to wszystko i nie mogli się nadziwić, choć od tak dawna żyli w tym napowierzchniowym świecie.

Gdy zobaczyli Wiedźmę Wronę Pożartą, to zamarli i Kula i jej stworki, a potem poprosili ją, by nie mówiła.

Obiecali, że wrócą, ale… jeszcze nie teraz.

Nie są gotowi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wycieczka…

Dlaczego to robimy?

By sprawdzić świat na zewnątrz. By zobaczyć coś nowego i trochę nasycić się komercjalizmem. No taka prawda. Nie ma się co wstydzić. Wiecie, lizanie lodów przez szybkę, po prostu z jednej strony tortura, a z drugiej, kurcze, jakoś tak… człek tego potrzebuje. Lekki masochizm, ale z drugiej strony…

Tym razem wybraliśmy Göteborg, a to oznaczało nie tylko wykupienie tańszych biletów pół roku wcześniej, to jeszcze znalezienie dziwnego noclegu, bo wiecie, czemu nie? I jak nic, przeszliśmy samych siebie sami własnoręcznie, nożnie i wszelako na kolanach, czworakach i takich tam!

Naprawdę.

No ale…

… oczywiście, że wiało! Na szczęście złożone morskim bogom ofiary podziałały i fale zmalały do 2 metrów, więc promu nie odwołali, ale strach był. Było też to uczucie… Wiecie, tak się człowiekowi chce jechać, zobaczyć nowe, zmacać, poznać, czeka na to, a potem o tej piątej rano jak otwiera oczy, to klnie na czym świat stoi, leży, czy tam inny Atlas! No naprawdę. Chce tylko wrócić do łóżka i rąbać te ekskursy. Nie chce wstawać. Bo przecież sen to coś, czego ma w życiu ostatnio najmniej i tak naprawdę nie wie dlaczego tak jest, ale jest… zdechły.

Wykończony…

No ale Jul!

Przecież u nas nie ma tak wiele? Ale tak naprawdę może tak niewiele wystarczy? Może jednak? Ale nie, przecież wiesz, że trzeba, więc wstajesz, myjesz się, ubierasz, wleczesz do auta spakowane wcześniej rzeczy i dwa kubki herbaty i bierzesz te aviomariny bo bez nich paw gwarantowany i to dziwny, na pewno byłby żółciowy… sorry if TMI! LOL No i wiecie, jedziemy, tak? Na pewno czegoś zapomniałam.

Byle ino nie listów!!!

No dobra.

Ten nowy, mały prom mnie przeraża i to się raczej nie zmieni. Nic na to nie poradzę. Ciągłe kłótnie przewoźnika, teraz politycy szalejący, nie, mam dość, więc stres level hard a nawet max! Dzięki! Ale to tylko półtorej godziny, więc może damy radę? Damy? No kurna, muza w uszy, książka i jedziem.

Znaczy płyniem…

Bujało, ale tak serio, zaskakująco nie aż tak mocno, a pod Szwecją w ogóle prawie deska, więc… dziwne tylko, że ciemno, pada i ogólnie pogoda raczej straszna. Taka, która wymaga koca, tych kubków z gorącymi płynami, jedzenia, książek i siedzenia pod dachem. I może jeszcze fimów, muzyki czy wiecie… zabaw większych eee dorosłych znaczy się? No na pewno nie zwiedzania. Oj nie. Ale, tani bilet nie decyduje o tym jaką dostaniecie aurę. Czy też decyduje o totalnej losowości. Ale jak inaczej? Tylko bardzo bogatych stać na spontan spontaniczny kompletnie.

Nas nie…

Ystad mijamy, bo czasu nie ma. Nagle człek sobie uświadamia, że to kurna cholernie daleko i chyba może nie do końca był to dobry pomysł, ale… już zaczął, więc skończy. Jedzie, te tam wycieraczki mu wyśpiewują swą pieśń. Trochę człowieka muli po tych aviomarinach i traci kontakt z rzeczywistością. Yyyyy i siku mu się chce. Bardzo. Ale najpierw przecież zatrzyma się w Malmö bo tam sklep z polskim żarciem! He he he, sorry, kiszone i majonez to podstawa. I pączki są! I sernik!!! I cukierki pudrowe, szkoda że nie na wagę i krówki no sorry, muszą być i orzechy na święta!!!

I kibelek!

A i oczywiście, że mamy pół godziny do otwarcia sklepu, więc nawet w deszczu przetruchtamy się przez ryneczki miejskie bo śliczne są, no i oni tak ładnie zdobią te drzewka. Musowo jutro jak będziemy wracać trzeba zobaczyć jak one się świecą… ale najważniejszy był kibelek. Tylko ten deszcz… no kurcze, głupi pęcherz no!!! Ale zaraz dalej. Zaraz, zaczekajcie no, a co to?

Ale jak to? c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kula Krakena… została wyłączona

Pan Tealight i Podstęp…

„Wiedział, że to będzie zły pomysł.

Po prostu to wiedział, ale nie mógł postąpić inaczej.

Naprawdę!

A może tylko tak sobie wmawiał? A może naprawdę nie wiedział co robi? Może instynkt był onym złym dorosłym, który decydował za czysty, tak bardzo niewinny umysł, może w rzeczywistości się mylił? Może… tak naprawdę wszystko to, co miał w swojej głowie sprawiało, że odwalał czyjąś robotę?

Może?

W pewnym sensie czuł, że to wszystko nie miało znaczenia, że mógł odejść, rzucić wszystko, po prostu odwalić plany, sprawić, że jakoś tak nie będzie mu zależało. Na pewno były na to jakieś leki, prawda? Musiały istnieć. A jednak… był ciekaw. Był ciekaw tego, co będzie potem. Co się stanie, gdy po prostu pozwoli sobie podążać za tym CZYMŚ. Oną niewiadomą, ale i wiadomą zarazem. Po prostu. Podążać. Zrobić z tego jakiś eksperyment. Ona w końcu je kochała…

Tak bardzo.

Tak bardzo mocno.

Mógł się jeszcze zatrzymać, bo przecież wiedział, czuł… miał taki wybór. A może w tym też się oszukiwał? Może go nie miał? Może to wszystko było planem Onych Sił Wyższych, które miały go w dupie, ale zabawić się zawsze lubiły pionkami… ale czy wiedział jak to jest? Czy zdawał sobie sprawę z tego wszystkiego, a co…

A co, jeśli to on był… BOGIEM?

Siłą Najwyższą?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brak nam wody

Od początku roku, mimo dużych opadów śniegu dało się zauważyć, że woda gdzieś znika. Gdzieś ucieka, nie wraca. Nagłe podniesienie się poziomu morza sprzed dwóch lat już nie powróciło, wprost przeciwnie. Morze się zdaje cofać. Nie tylko w rzekach nic nie ma albo ledwo ciurka, nie tylko nie leje porządnie, ale…

Morze znika.

Bycie naukowcem, szczególnie takim wiecie, od kopania, macania, takim, który naprawdę coś zobaczył, zbadał, dotknął tego… cóż, uświadamia mi, że zmiany już były. Ten świat, ta Ziemia, planeta, wciąż fluktuuje. Ma gdzieś nas, robi to bo taka jest. Płynna. Zmienna. Wszelako skomplikowana. Natura jest tak bardzo płynna, a jednak… kurcze, grozili podmyciami, poziomami wody zatapiającymi wszystko, a tutaj co… odsłania nas. Z drugiej strony, to tak bardzo niesamowite.

Ale dla przyrody tak ogólnie zwanej: rolniczą, to wiecie, kiepsko.

No i co z wodą dla ludzi?

Życie bez wody nie istnieje. Zawsze o tym jakoś tak, aż nazbyt łatwo, zapominamy. Zawsze. Dziwaczne reklamy nakazujące nam pić jej jak najwięcej robią z niej coś logicznie zawsze dostępnego, a tak naprawdę, ZAWSZE jest jej za mało. A ludzi za dużo. Powtarzam się. Zresztą, przecież wszyscy o tym wiedzą, więc po co o tym gadam? A po to, że jak tak jeszcze morze się cofnie, to ona wioska, której istnienie podejrzewam, w końcu się odsłoni? Bo przecież…

No co?

Czemu nie?

Włażąc w las pod nogami rozbabruje się coś na poły liściastego na poły bagnistego, ale tak naprawdę wilgoć jakoś nie napada na człowieka. Kamienie wciąż stoją, świat jakoś nie zapomina. Kolejne drzewa się połamały, wiatr męczy, potem odchodzi i się za nim tęskni, ale dziś może do Lasu Trolli?

Jest w tym miejscu, tak niewielkim, coś mega magicznego. Coś, co sprawia, że po prostu wiesz. Po prostu wiesz, że poza tym o czym mówili ci w szkole jest coś więcej. Nie tylko menhiry, nie tylko groby w kształcie łodzi, ale też te gigantyczne, jakby skamieniałe smocze postacie. Z rozwartymi paszczami, które czekają na ofiarę. I ją otrzymają. Bo przecież trzeba karmić i mity i fantazje i wszystko to co było… ale tylko to, co pozwala trwać dzisiejszej chwili. Co ją ubogaca i to miejsce właśnie takie jest. Właśnie tak niemożebnie mitycznie magiczne.

Możecie wejść w ten zagajnik, zakątek, po prostu zalesioną polankę, przycupnąć, pomacać kamień, powąchać mech, zachwycić się liśćmi, jakoś tak oczarować się tymi kształtami bezlistnymi, albo tym ostatnim liściem, który tak czaruje. Zwyczajnie czaruje. Bo dla niego to normalność.

Cudowna normalność.

Nawet jak jest tak ciemno, szaro i dziwnie ciężko odgórnie, to i tak człowiek jakoś oddycha… inaczej. W tym miejscu karmi się nie tylko tlenem, nie tylko odpoczywa ocznie, duchowo i cieleśnie, ale przede wszystkim oczarowuje się wszystkim. Grzybkiem, listkiem, trawką, porostem, kamieniem… uważajcie, bo ślisko, ale wiecie, nie jest źle. Trzeba tylko uważać i jest okay. Zresztą, pomocna gałąź zawsze się znajdzie. Bo one lubią być dotykane. I jak się do nich szepcze.

Podobnie z kamieniami.

Wiecie, one zawsze chcą by do nich gadać. I by je głaskać. One po prostu już takie są. Jak szczeniaczki.

Ta szarość w tym roku jest jakaś mocniejsza. Jakaś taka inna, jakby nienasza, lekko obca. Jakby chciała przebić ten nadmiar słońca, oną suszę. Jakby chciała udowodnić, że potrafi zaciemnić, zamroczyć, przynieść ulgę…

A może jest w tym więcej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podstęp… została wyłączona

Pan Tealight i Jeżowy Jeż…

„Widzicie…

Jedyny taki.

Naprawdę jeżowy, znaczy jak należy, że z pyszczkiem, łapkami, kolcami, które gikały tak mocno, że szok!!! Był kwintesencją kłujności, słodkości, zwijalności i bycia agresywnym z uśmiechem, znaczy nie bycia agresywnym, aczkolwiek wiecie, lepiej nie tykać, bo ukłuje. Bo taka jego natura. Bo bierze leki przeciwlękowe, ale też dobrze wie, że tak łatwo naprawdę zranić jego miękki brzuszek i pyszczek długi, ruchliwy taki, mokry, z ciemnym noskiem…

Ale jednak, mimo wszystko, zawsze najpierw się zwija i kłuje. Znaczy jeśli dotkniecie. I tak, oczywiście go pozwali, więc dzisiejszego wieczora poprosił o azyl. Na piśmie. O azyl w ogródku Wiedźmy Wrony Pożartej. Z częstymi spaerami do Sklepiku z Niepotrzebnymi, gdzie nikt nie mówił: ukłułeś mnie ty podły, durny zwierzaku, zaatakowałeś mnie, a tylko chciałem głaskać, ale raczej: przepraszam, że ci nakapałem krwią, zaraz to wytrę.

Tu rozumieli co znaczy przestrzeń.

I niedotykanie.

I oczywiście szanowali… i pytali. I czasem nie, jakby wiedzieli, że nawet tego nie chciał… ale jakoś tak czasem chciał, nawet rozmawiać chciał i czasem zakładał gąbeczkę i bawili się w kuchennym zlewie bo uwielbiał zmywać garnki i był w tym świetny!!! Naprawdę. I nikt mu nie marudził, że robi to, choć nie powinien.

Tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieczorne spacery zmieniają się w te popołudniowe.

Dziwnie w tym roku częściej jest ciemno, mrocznie przez cały dzień. Wilgotno, ale nie mamy wielkich opadów. Potrzeba ich, a jednak… wciąż nam niebiosa skąpią wilgotności. Cóż, może na wszystko przyjdzie czas, a może na nic? Kto to wie? Na razie świat się wyciszył, ale zaraz wrócą wiatry.

I ta niesamowita ciemność.

Nie wiesz, czy to już poranek, czy jednak nie.

Wstawać, a może olać wszystko?

W końcu na zewnątrz tylko ciemność, szarość, dziwna stalowość i mglistość, więc po co wychodzić? Jeszcze się człowiek zgubi? A może jednak o to chodzi, by wyjść i się zagubić? Kto to wie na pewno? Ja nie… ale ja lubię wychodzić niezależnie od pogody. Pewno, że zdjęcia wychodzą inne, ale inne, nie znaczy, że mniej intrygujące. Nie znaczy, że o wiele bardziej przygnębiające, bo ten brak światła sprawia, że wszystko inne zdaje się lśnić. Mocno i dziwnie desperacko.

Jakby chcieli pokazać, że radzą sobie bez słońca.

Twardziele, kurcze.

Te liście, te zielone, fluorescencyjne znowu pola. Te trawniki, stokrotki na nich i malutkie, żółte, mechate kwiatuszki. Takie urocze. Takie dzielne, gdy pogoda balansuje między 1 stopniem a czymś poniżej zera…

Co do świąteczności, to jest.

Niektóre domy poubierane w lampeczki. Tu i tam już choinka, najczęściej w kolorach białych, lub lekko siuśkowych, no ale. Taka tradycja i tyle. Tylko składać ofiary coby wiatr ich nie zdmuchnął. Bo szkoda by było…

Czy ludzie czekają na święta?

Oj, pewno część zaplanowała wakacje w tak zwanych ciepłych krajach, inna część spędza tam czas już od września, wrócą pewno dopiero na lato, no ale. Wiecie, ktoś musi pootwierać te pozamykane teraz sklepy. Ktoś musi błyszczeć oną „wyspowatością” i wszelką artystycznością. Ha ha ha! No dobra, to mocno dołujące „ha ha ha”, bo większość z nas biduje tutaj w tej ciemności – dobra, lubimy ją, ale niech nas pożałują, co nie – i tak nas nie kupują, a oni zabłysną słonkiem jakiejś Ibizy i będzie…

Od razu artykuł w gazecie.

Z drugiej strony chyba wolę takie artykuły niż te o promach. Bo z promami nadal wielka kupa i tyle. Ale z drugiej strony to chyba to samo. I tu oszustwo i tutaj, ale na promie możesz zginąć, więc… waga oszustwa mordercza. Ale i tak musisz wsiąść, bo jak inaczej? Nie weźmiesz auta na plecy i nie pójdziesz do Szwecji? Choć może spróbuję? No wiecie, taki tam pokaz wkurniczoności?

Bo nawet niebo teraz nad nami zajęte. Ruch tutaj jak na Chopinie w Polsce. Chyba jest tam takie lotnisko, co? A może nie ma…

Kurcze, nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeżowy Jeż… została wyłączona

Pan Tealight i Wyprzedaż…

„Wielka wyprzedaż.

Kompletne czyszczenie wszystkich kątów, półeczek, szuflad i zaszafkowych światów. Zaszybnych miejsc oraz dziwnie cichych podstołowni i podłóżkowych kątów. I innych tam. Wiecie, nazwy lepsze zawsze robią wrażenie. Jak najbardziej skomplikowane tym lepiej. Uwierzcie… a jeszcze jak się dorzuci łaciny, to po prostu łeb pęka. Nawet jak pusty to łeb. Bardzo pusty…

Ale sprzątania sprzątaniami, trafiały się też w Sklepiku z Niepotrzebnymi, jednak tym razem… Widzicie, ostatnio Wiedźmie Wronie Pożartej zebrało się na minimalizm i chyba tym zaczęła zarażać innych, więc… no zaczęło się. Torby i pudła piętrzyły się za drzwiami, przed drzwiami i w Światach Nie Do Końcarównoległych… ale miały stąd zniknąć, bo Księżniczki z KrólewnamiWiedźmy z Pieca odmówiły współpracy i wystawiły znak, krzywo wypisany węglem – hoarding is good – więc inni robili swoje. I miał się odbyć wyprzedażowy julemarket. Były znaki, wysypane ścieżki żywicą, świerki, światełka, reklamy wszelakie. Wiecie miało się odbyć COŚ NAPRAWDĘ WIELKIEGO, znaczy się to tam coś, normalne coś dla zmyłki, coś dla pozbycia się śmieci, zużycia, prezentów niechcianych, papierków, pozostałości, wspomnień, marzeń zużytych i tak dalej… ale oczywiście pod szyldem opisanej wszelkopięknej sztuki, ekologii, skandynawskości, gmerania w mitach wszelakich i takich tam, no wiecie, spranych już mocno, bzdetów komercyjnych, ale…

Nikt nie przyszedł.

A ci, co przyszli, to nic nie kupili, ino macali i oglądali.

… więc Jednorożce ich zjadły i tyle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Julemarket.

No dobra, pierwszy. Oczywiście w Gudhjem, a dokładniej w Lauegaardzie. I… podobno ostatni na zawsze, bo jakoś inne rzeczy mają w planach. Serio myślę, że zrobią tam chłodnię dla zombich, albo coś bardziej intrygującego, no ale. Ostatni pokaz, więc wiecie, trzeba jakoś się nacieszyć, więc idziemy. Idziemy w piątek, choć oczywiście market trwa od piątku do niedzieli włącznie.

Co do okoliczności przyrody, to jest jak było, choć może i jest bardzo mniej? Bardzo mocno mniej? Widać jakieś problemy zaczęły się już o wiele wcześniej, bo ze stałych wystawców była tylko trójka chyba, a ci nowi, to wiecie, widać, że tymczasowi. No i w wielu miejscach zamiast przedmiotów do kupienia były stoliki do jedzenia. No ale pølsevogn przed stodołą, to wiecie, jest co jeść.

I to prawie miejscowe…

Do Svaneke w końcu niedaleko.

No ale… wchodzimy do głównej sali. Najpierw oczywiście biały gaard, okna ślicznie oświetlone, ale już lasku choinek nie ma, ognisk nie ma, ogólnie wiele nie ma. W środku strasznie głośno i coś nie tak z gazowymi piecami, co zaczyna mnie denerwować i przynosi na myśl koszmarne wybuchy i opowieści o głupieje nieostrożności jednostek, które wywaliły wielu w eter… nie chcę umrzeć!!!

Nie dziś.

Nie tu!!!

No nic…

Człek nabył świeczki z miodu, znaczy no z wosku, ale jeśli chcieliście miód, to też dostępny. Oczywiście havtorn też, w końcu to wciąż najnowszy wynalazek tej części świata. Ech… są fajne sreberka, trochę artystycznej ceramiki, jeden pokoik wystawienniczy, nie wiem po co… i zaczynam się zastanawiać, ile z was uznaje te wszystkie rzeczy już nie za styl skandynawski, poszumny i szumny, ale za zwykłe, pierwotne, zwyczajne i nudne, śmieci. W końcu to gałązki, szyszki, sklejone łuski tego czy innego, no i jeszcze sianko uformowane w choinki, gałązka na metalowym patyczku…

Naprawdę…

To już osiągnęło dziwne ekstremum. I nie, nie jestem za plastikiem, ale tych cudownych rzeczy – zabawek z papieru – tak niewielu i tak bardzo i tak bardzo mnie straszą one gwiazdy Dawida, że chcę stąd uciec. Naprawdę. To była moja najkrótsza wizyta na tym julemarkecie, który dotąd był jednym z moich ulubionych. W przyszły weekend oczywiście północ.

Ciekawe czy mi się uda zajrzeć do nich…

A może też się będą zamykali?

Tym razem Middlealdercentret dopiero w grudniu!!! Jak nigdy, kurcze. Może w końcu zmądrzeli i będzie coś fajnego.

Chowaniec bynajmniej bardzo ucieszony z pølsevogna. Kiełba w bułce była bardzo smaczna, nie tylko dlatego, że głodny był jak pijawa! Pogoda była okropna, ale w sklepie choinkę udało się nam dostać za prawie 130 DKK, więc nie jest źle. Oczywiście w doniczce, bo te ucięte mnie straszą. Może i ta potem zdechnie i się nie przyjmie, ale jednak będę żyła nadzieją jakąś popierniczoną!

Ubieram jak mi się będzie chciało.

Na razie stoi na tarasie.

Tancerz taki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyprzedaż… została wyłączona

Pan Tealight i Uzależnienia…

„Wszyscy je mieli.

Nie oszukujmy się, w dzisiejszym świecie każdy potrzebuje większej pomocy, z jakiejtamkolwiek strony. Jedni od przodu inni od tyłu, jeszcze inni z prawego boczku, tamci tylko z lewego… niektórzy o tym wiedzą, inni znowu jakoś tak nie do końca. Podejrzewają, ale nie są pewni. Albo są pewni, lecz to wypierają i jakoś nie potrafią wpuścić tych myśli do swej głowy.

Albo innej tam części ciała, bo jak się okazuje nie wszyscy myślą mózgami. Niektórzy nie mają już tam niczego. Tylko pustkę i wiatry i wszelkie morskie poszumy, i jeszcze może jakieś nocne powiewy, bo wiecie… nocą nie widać, nie słychać, nie czuć, a nawet jeżeli, to lepiej nic nie mówić, tylko spać.

Uzależnienia.

Od tego lub tamtego, człowieka, zwierzęcia, cukierków, czekolady, lizaków, dragów wszelakich, używek i tego, co brzmi tak dziwnie, że po prostu musi być straszne. Musi być i tyle. Bo tak brzmi. Bo jakoś barwi powietrze dookoła wszystkich i wszystkiego i mami tak mocno, że nie można inaczej. Po prostu nie można. Dlatego określamy to jako zgorzkniale męczące, deprymujące i buzujące już same sobą… nie potrzebujące nawet nas samych, a może jednak… może to my to wszystko tym czynimy?

A może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brzegiem…

Ludzie zwykle chodzą brzegiem morza. No raczej nie oczekujmy jezuskowatości po nich, znaczy nas samych, sorry, nie umiemy chodzić po wodzie. Nic z tego. Napięcie powierzchniowe nie pomoże. Mamy przerąbane, ino boczki dla nas, ale… jeśli spojrzeć na boczki, jakie ma Wyspa, to nie jest źle.

Więcej, jest genialnie.

Stąpanie oną granicą między ziemią a wodą jest czymś mistycznym. Albo tylko mokrym, brudnym i ogólnie mówiąc całkiem trudnym. Bo co zrobić wtedy, jak jest skała, a z was żaden tam skałołaz? No nie da się. Można tylko lizać przez szybkę, czy jak to tam mawiali w „Zabójczej broni”? Lody przez szybkę? Chyba tak? No mniejsza, święta idą, więc wiecie, człek pewno te seriale nadgoni, chociaż, czy dziś wraca się do starych, czy tylko nowości z Netflixa? Przyznajcie się…

Ale miał być przyroda.

I jest.

Bo chociaż nie można dotknąć i tego i tego, to czuje się oną granicę. Widzi te kamienie. Te piaski… to wszystko tak mocno zróżnicowane. Naprawdę. I to na jednej, małej Wyspie. Są i spiczaste, porwane skały. Są i takie wygładzone. Są drobniutkie, prawie żwirowe plaże i są piaszczyste, ale nawet jak piaszczyste, to przecież gramatura piasku różnista. Od tej grubej po tak miękką jak sól…

Fascynujące.

Gdy tak się idzie, człek wie, że dokądś dojdzie, ale…

Nie jest to ważne, bo przecież to wszystko tak piękne. Tak niesamowite. Tak szokujące. Tak zachwycające… naprawdę. Nie ma znaczenia gdzie, ma znaczenie to, co się widzi, to, co można wymacać, poznać, po raz pierwszy dotknąć, macnąć, poczuć się malutkim pośród onego piękna. I tych ścierających się sił. Może i trafi się słońce, może i wiatr nam nie wywieje wszystkiego z głowy…

Może?

Nie no, wiatr to jakoś zwykle się trafia. W końcu ktoś musi robić te piaski, te skały rzeźbić, one drzewa powyginać. Może mniej natarczywy, mniej gwałcący naszą wolność wszelaką, ale… może to my naruszamy jego miejscówkę? Może to my naruszamy jego prywatność? Kto to może wiedzieć tak na pewno? Bo przecież on tutaj jest tak bardzo żywy i człowieczy. Ten wiatr… zwykły wiatr?

Ale nic to.

Chodźmy dalej. Bo fajnie jest. Każda z tych ścieżek, czy bardziej nieprzetartych i raczej mało bezpiecznych dróżek, jest inspirująca. Niesamowita i cudownie oczyszczająca nas z codzienności. A codzienność może przecież przytłoczyć i tutaj. Choć gdy spoglądam na horyzont, gdy stoję pod skałami i patrzę na załamujący się brzeg, to jakoś tak wątpię w istnienie świata.

Innego świata.

Wielkiego świata.

Bo czasem lepiej zacząć w to wszystko wątpić i nawet w zimny dzień zdjąć buty i zagłębić palce w chłodny, miękki piasek. Albo zdjąć rękawiczki pogłaskać skały. Bo one są jak małe szczeniaczki. Zawsze chcą być głaskane… bo przecież któż z was powie mi, że na to nie zasłużyły, tudzież…

… nie możecie.

Nie wiecie przecież wszystkiego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uzależnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Melodyjka…

„Słyszeli ją…

Od pewnego czasu naprawdę ich wkurzała.

Niby nie była bardzo głośna, niby nie była jakaś taka natrętna, ale przez oną ciągłość irytowała. A może to były same dźwięki? Zbyt wysokie, miejscami zbyt niskie, mieszane, w refrenie dziwnie nadmierne, gdzieś tam skąpe… niby melodia, niby piosenka, niby słowa, niby mruczenie… niby…

Tak naprawdę nie wiedzieli o co chodziło. Na pewno była to masa dźwięków, składająca się w jakąś całość. Może dziwny przekaz z innego świata, może zapomniana historia, a może jednak nie to, może naprawdę coś, co dopiero wykluwało się ze swojej skorupki, co dopiero wzrastało i chciało istnieć?

Nie wiedzieli…

Ale wszyscy ją słyszeli.

Melodię niemelodię. Wszelaką zbitkę dźwięków na tyle wysoko zdesperowaną, że wciskającą się wszędzie, nie tylko w uszy. Oj nie. Żaden otwór zdolny wydać dźwięk był dla niej pomieszczeniem. Był jej odbiornikiem i nadawczą stacją zarazem. Bo czemu nie. Przecież nie mogli jej złapać i spętać. Powiedzieć nie. Mogli zakryć uszy, ale nie wszystkie otwory.

Nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, czy czasem ludzie nie zapominają o dźwiękach, jak wiele ich jest „na zewnątrz”. No wiecie, poza Wyspą. Bo gdy pomieszka się tutaj dłużej, gdy uświadomisz sobie w końcu, że to nie drzewa, a morze tak śpiewa, wtedy… wszystko się zmienia. Nagle nie chcesz niczego innego.

Przejeżdżający samochód, to dziwność i nagła aberracja ciszy. Bo przecież ni ptaki ni gałęzie, ni sarny w ogródku, nie, one nie brzmią. Okazuje się, że hałas to wyłącznie nowoczesność. Buczące maszyny, komputery, śpiewająca lodówka. Wszystko zaczyna przeszkadzać, zaczyna męczyć, jest…

… dziwne.

Nienaturalne.

Jednak człek tutaj się zmienia.

Czy dziczeje? Możliwe, iż większość w tek sposób by zdefiniowała oną zmianę, ale czy naprawdę? A może normalnieje? Znowu umie słuchać siebie, odpuszcza, wpatruje się w naturę, jakoś tak, powraca do korzeni? A może jednak podłącza się z powrotem do pępowiny? Może? Nie wiem. Wiem jedno… spokojność odzyskuję wyłącznie w lesie albo na plaży. Ale bez ludzi. Ludzie to zło straszne. Przerażające i męczące. I z każdym sezonem coraz dziwniejsze. Może i to ona „normalność” nas tak straszy, a inni nie zauważają tej inności, zmiany, ale… kto to wie?

Kto ma rację?

Czasem rozumiem tych, którzy przeprowadzają się tutaj, a potem uciekają. Znikają nagle. Pakują się i włączają w ruch prawo- lub lewostronny. Jak im tam pasuje. Nie mogą spać bez samochodów, klaksonów. W końcu sama kiedyś nie umiałam bez zajezdni tramwajowej. No serio! Pomijające fakt szalony, że uwielbiam stare tramwaje, to wiecie, raczej to dość dziwny usypiacz… chyba?

Gdy człek budzi się w szarości i cichości, budzi się jakoś tak…

Spokojniej.

Ale jednak… jak przestaje wiać, jak nie słychać ptaków, drzew i fal, to jakoś tak, wiecie, nastaje zbyt wielka cisza. Zbyt koszmarna, zbyt mentalna… zbyt bolesna. Taka, która po prostu nie pozwala oddychać. Która dziwnie miętoli umysł, mąci, gniecie wspomnienia i to co jest teraz. Jakoś…

Z ciszą w ogóle jest problem. Nawet wtedy jak się jej pragnie. Nawet wtedy, gdy nie potrafi się już bez niej żyć, gdy jakoś tak po prostu wszystko się piętrzy. Gdy naprawdę nie można już… wtedy wraca wiatr i fale i znowu jest cicho. Znaczy niby nie do końca cicho, ale jednak cicho, prawda?

To czym jest obecnie cisza?

Koszmarem, czy tylko wyborem?

A może czymś kosmicznie nieosiągalnym? Może w rzeczywistości towarem niepożądanym? Bo przecież wszyscy wciąż pipkamy, migamy, dzwonimi, klikamy… wciąż dźwięczymy. Wciąż. A może nie wszyscy? Bo ja nie… chyba nie? No chyba że mi kurcze coś tam wszczepili ufokowcy, ale nie sądzę.

A może?

Wieje znowu… wiatr na wyspach jest naprawdę czymś specjalnym.

Żywym…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Melodyjka… została wyłączona

Pan Tealight i Księżycowy gryzak…

Pan Tealight coś ciamkał.

I to ciamkał od jakiegoś czasu.

I się nie dzielił!!!

Właściwie nie wiadomym było ni co ciamkał ni dlaczego się nie dzielił, ani… dlaczego w ogóle wydawał te koszmarne odgłosy. No serio, były jedyne w swoim rodzaju. Na dodatek coś mu tam ciekło po szarej brodzie i jak nic będzie musiał być po tym wszystkim wyprany, ale… na szczęście nie śmierdział.

A to oznaczało, że jadł coś z wyższej półki i nie były to dojrzewające sery. Nic niebieskiego nic pleśniowego, ni szynka parmeńska, czy coś wiecie… tak szczerze, to bardziej wyglądało to jak jakowyś gryzak dla dzieci i nawet czasem taki żółtawy rożek wystawał mu z miejsca, gdzie zwyczajowo osobnicy mają usta.

Ojeblik – mała, ucięta główka, starała się go podejrzeć, a nawet nocą wiecie, sprawdzić, ale Pan Tealight ostatnio nie dość, że lekko sypiał to jeszcze mało sypiał i trudno było go złapać tak jakoś zamroczonego. Czyżby więc to świadczyło o tym, że nie są to dragi? No wiecie, na pewno nie te tanie… na pewno coś bardziej lepszego, z wyższej półki, ale jeżeli tak było, to skąd miał kasę?

Co sprzedał?

Czy też… kogo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieczór to ogryzek księżyca.

Lekko zamglony.

A potem czerwień nieba… Jeśli tylko się zdarzy. Jeśli tylko się trafi, bo w tym roku jakoś z nią kiepsko. Z onymi płonącymi nieboskłonami. Z tymi kolorami, pięknem, które przeraża. Końcem świata, który planuje, ale w końcu decyduje się odłożyć wszystkie plany na później. Może jutro, może nie… ale wiecie, pokaże co ma w zanadrzu. Ten błękit, taki ciemniejszy, cięższy, ale i lekki przez niego prześwitujący, a na nim, idealne, wprost photoshoppowe chmureczki w idealnym odcieniu różu brzegami czerwieniącymi się w oczekiwaniu.

Bo one jeszcze nie wiedzą, że apokalipsa odwołana.

Po co im mówić.

Takie piękne w tym oczekiwaniu.

A na ów spektakl napatrzeć się trzeba zawczasu. Szybko, teraz, od razu. Bo inaczej, zniknie jakby go nie było. Nawet nie rozmyje się po prostu jest, mrugacie, a potem go nie ma. W ogóle. I już nie wiecie, czy był, czy go nie było. Czy zwiastować ma mróz czy wiatr? Zwykle to drugie, no ale… Tym razem może będzie inaczej? Bo te linie, kreski chmurek, tak równiutko poukładanych miał w sobie coś więcej. Coś magicznego, mitycznego, coś ze starych legend, coś ze wspomnień kamieni…

Po prostu.

No i ten ogryzek księżyca. Niby jest, a jednak go nie ma. Lekko zamglony. Pojawia się wcześniej, a potem znika, by znowu się pojawić. Skacze po tym niebie całkiem nielogicznie ostatnio, ale… niech sobie skacze. Może właśnie to jego czas na takie zabawy? Może inaczej już nie chce mu się wisieć i dyndać? Może już bluesa jakiegoś poczuł, czy inną tam makarenę? Kto go wie? Jakoś nigdy nie miałam z nim pozytywnych stosunków. Jeśli tak w ogóle można powiedzieć, no wiecie.

Szaro i wieje i kropi.

A za dnia… kaszka z nieba. Niby deszczyk, ale bardziej deszcz. Niby ciepło, ale dziwnie wieje i jakoś tak człek od razu dreszcze ma, ale ten zapach morza, to coś w powietrzu, ona solanka, to całe jodłowanie… eee, jodowanie oczywiście, no wiecie, jakoś tak kręci, że i tak wyściubiasz nos z domu, a potem i resztę siebie. I jakoś tak jest okay. Przez chwilę. Napachnisz się, naoddychasz i będzie tego. Wracać do domu i walić hygge na całego, bo jak inaczej? Inaczej nie można.

Jeżeli już musisz lecieć po bułkę do sklepu, to fajne w nim pustki, ale nie zawsze, bo w poniedziałek w takim Netto załapiesz się na giga kolejkę. Ale tak to jest jak cała Wyspa wraca do domu po robocie. I każdy chciał oną bułkę kupić. Zresztą, świąteczne rzeczy znikają tak szybko, że widać ten popłoch w oczach ludzkich. Chociaż… czasem się zastanawiam, czy oni cokolwiek kupują? Bo niby tylko jedzenie, picie, nie mały, nie dostaniesz lizaka, nie dziś, nie jutro, ino rodzynki… czy jednak kupują te świąteczne rzeczy i dlatego ich nie ma, czy te krasnale i inne tam po prostu wychodzą nocą ze sklepu i odpływają w siną, hmmm, raczej…

… burzowo-sztormowo-szarawą dal?

Nie wiem…

Ogólnie mówiąc święta, czyli wystawienie na wpół gołych choinek, ino drzewko i światełka w większości miejsc, odbyć się ma już z końcem listopada. Ale wiecie, u nas wieje, więc brak ozdób jak najbardziej logiczny. Jak tak dalej będzie duło, to na pewno któraś z choinek poleci i znowu będzie buba. Szkoda mi tych cudownych, opierających się atmosferycznym wyskokom panienek, ale… one chyba wiedzą na co się szykują. I może niektóre nawet to lubią? Kto to wie?

Może to jak z krasnalami z Netto?

A może choinki wyspowe kryją jeszcze wiele tajemnic przede mną?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżycowy gryzak… została wyłączona

Pan Tealight i Ukryci…

„Nie…

Nie chodzi o to, że się chowali, wcale nie! Po prostu tak się nazywali i tyle! Wiecie, nie było w tym żadnej tajemnicy, chociaż… podobno ich przodek coś nabroił kiedyś tam i jakoś tak, nie lubili o tym zbyt wiele mówić. Wiecie, lepiej nie. By nie przerazić przyszłej panny młodej, czy kochanka, pana młodego, zwierzaka adoptowanego… przyjaciela, który jeszcze nie wiedział, że już nim jest…

Czasem lepiej nie mówić!!!

Czasem milczenie naprawdę daje najlepsze wyniki. W końcu stajesz się tak tajemniczy, że ludzie zaczynają cię olewać, a tobie to odpowiada, bo przecież i tak chciałeś być jednym z tych niewidocznych, tych skrytych, właściwie niewidzialnych. Tych kompletnie pomijanych, tych wielce istniejących, ale wiecie…

… nikogo nieobchodzących.

Bo najlepiej pozostawić coś na widoku by było bardziej ukrytym. I oni z tego skorzystali. A, że prowadzili na boczku pewien specyficzny biznes, to już wiecie… była całkiem inna historia. Bardzo intrygująca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Odkrycie…

Kamienny korytarz w Gudhjem.

Jest taki jeden. Prawdziwy jeden. Może niedługi, może jednak dla wielu za mało spektakularny, ale jednak magiczny, niesamowity i co dziwne, dopiero go odkryłam. Przez tyle lat łażenia po tym mieście, dopiero teraz go poznałam. Zobaczyłam, zbadałam i poczułam się jak w innym świecie.

Naprawdę.

Ale może tak miało być? Bo teraz był najlepszy czas?

To miejsce trudno znaleźć.

Po pierwsze musicie wiedzieć gdzie jest Holkavej. Po drugiej, skręcić za czerwonym garażem w wąziutką uliczkę, która wydaje się być drogą do domu, ale nią tak naprawdę nie jest. Warto przełamać strach, warto oderwać się od widoku na nasz „biały pałacyk” i nie dać się oczarować tej żółciutkiej chatce z przepięknymi teraz, jesiennie czerwonymi i bursztynowymi drzewami i iść. Na początku będzie dziwnie. Tak, są drzewa, wąska, ale utwardzona nawierzchnia, są i jakieś kamyczki, gruz, a może grysik drogowy, nieudeptany? Nie wiem… ale przede wszystkim liście.

Niesamowite liście.

Widzicie, poranek skąpał je rosą, a w tym miejscu, w które słońce wpada tylko przez chwilę i tylko prosto przez to miejsce, którym weszliście, to nie zdążył wyschnąć., Został na tych kolorowych liściach i odbija niebo.

Jesienny błękit.

I ten zapach…

Jesienna ciepłość w zimnym powietrzu, chociaż…

Nie no, jakim tam zimnym powietrzu. Kurcze, ciepło wciąż jest. Ale jednak… ta słodkość, ta duszność, ona czarowna chrupkość. Uwielbiam. I to nagłe otoczenie się skałami, gdy nad głową widzę tylko wąski pasek nieba i kilka brzózek trzymających się skał, znajdujących oną drobinę gleby i tak wielką siłę w sobie, że nie chcą już żyć gdzieś indziej. Że są częścią tego świata, bo tak wybrały. Nie dlatego, że tutaj zostawił je ptak, czy przywiał wietrzny powiew, nie, to ich wybór…

Ale jest jeszcze coś.

Ten wielki promień słońca, unoszący mnie gdzieś, powoli, moszczący mnie, tulący, ale i też niesamowicie mnie poświatujący… po prostu, czas jedyny w sobie. Taki, który się zdarza i jeśli tylko podążysz za swoim przeznaczeniem, za nosem, za duszą, za uczuciem telepiącym się na końcówkach uszu… wtedy tego doświadczysz. To dostaniesz. Za darmo całkiem. Za kilka chwil i wydychane CO2.

Tylko za to.

Miejsce z wygładzonymi skałami, wyrzeźbione przez wody i lodowce, a może i słyszałam stukanie jakiegoś malutkiego młoteczka? Bo ta jedna skała wygląda jak głowa. Naprawdę. Niczym one hamerykańskie rzeźby górskie, wiecie, oni prezydentowie, czy co tam… może rzeczywiście underjordiskowie coś tutaj kują? Może są tutaj korytarze, może i jak się przypatrzę te ściany staną się dziełami sztuki, a może już nimi są? Bo przecież są, to w końcu natura!!! Ona zawsze tworzy sztukę. Od kształtu gówna do drzew, skał i sklepień kamiennych… Powinnam się bać, bo ścieżka wąska, ale to słońce, te liście… nie chcę stąd wychodzić, ale wiem, że ta podróż będzie krótka. Doświadczenie, ono coś mistycznego, co we mnie łka teraz, zostanie na dłużej. I może to hormony, może muzyka w jednym uchu bo znowu mi się słuchawka wysmyknęła… kurcze, potrzebuję słuchawek, te co mam mają naście lat, ciekawe czy ludzie wciąż takowych używają, nie wiem. Nie wiem tak wiele, bo żyję między skałami i dech mi natura zapiera… może już nie jestem człowiekiem, ale pyłem, światłem, wiatrem, mgłą, liściami?

Może?

Nie wiem.

Nie mam pojęcia.

Ale droga się kończy. Po prawej stronie drzewna nicość i jakaś biała chatka. Po lewej czerwony dom, który zdaje się być jednym ze strażników tego wąwozu… i nic więcej. Tylko ja, która nie chce wracać do świata, choć to świat, a raczej jego część, którą tak bardzo kocham… czy mogę tam zostać? Przecież jak słońce się przesunie, to uczucie zniknie, więc? jak zatrzymać uczucie?

Jak?

Zresztą… muszę do domu, siku mi się chce!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ukryci… została wyłączona

Pan Tealight i Rosa liścienna…

„Najdroższa.

Najwyższej marki, próby i ceny.

Zbierana aż do południa, ale tylko od poranka, w którym słońce wita to, co pozostawiła noc. Tylko wtedy. I to jeżeli przybiera ten brzoskwiniowo-różowy odcień pod kątem 35 stopni, ale badanym z przymrużeniem lewego oka. I lekkim pokłonem w stronę, z której światło nie dochodzi.

Nigdy.

No i oczywiście musiała być zbierana do buteleczki utoczonej z brzozowego soku i najbielszej z jej kory. Wiecie, tajemna receptura produkcji naczynia dla czegoś, co właściwie nie istniało, ale jednak czasem występowało i było na wagę samego siebie. Bo złoto przy niej to serio śmieci!!! Naprawdę. Jeśli chodzi właśnie o Liścienną Rosę, o tę, która opadała wyłącznie na dopiero co stańczone z drzewa liście, spore i czerwonawe wszelako, mocno odbijające swoją wilgocią niebo…

Bo niebo w momencie jej spektakularnego występowania i zbierania musiało być późno listopadowe lub wczesno grudniowe i naprawdę niebieskie. Niebieskie onym odcieniem pełnej niewinności, do którego pasują nowonarodzone niemowlęta, szczeniaczki i różowiutkie, tłuściutkie i pewno smaczne… prosiaczki.

Wiecie… niewinne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zachód słońca…

Nie, raczej jakby różowawa poświata rozpinająca się ponad drzewami na horyzoncie i trochę brzoskwini i jeszcze błękit rozmyty… ale wcześniej, w końcu, po kilku ciemnych i szarych dniach mamy pełne słońce. Niskie i zimowe, ale jednak. Trzeba je łapać tak do trzeciej, ale jeśli macie szczęście, uda się…

A warto.

Tak, wiem, praca.

Ale czasem da się ją nadgonić później, w końcu to tylko godzinka. Nie więcej. Godzinka na krótki, pośpieszny spacer, a raczej kąpiel liścienno-słoneczną w lekko wilgotnym, ale ciepłym otoczeniu. Brodzenie w liściach, bo wiatr nie wiał, to siedzą sobie, czy raczej leżą na ziemi otoczone kropelkami rosy, bo przecież nie przymrozku. Temperatura w okolicach 10 stopni to nie zimno przecież… i to chłodniejsze, północne na pewno, ale nie zwyczajnie mroźne powietrze.

To takie…

… dziwne.

Te kolory, takie wilgotne, miękkie, już przechodzące w stan zapomnienia, w oną brunatność, którą wiekszość uznaje za tak mało atrakcyjną. Ale wciąż zdarzające się miejsca, które zachwycają… ale nie o nich dzisiaj, oj nie. Dzisiaj o liściach, które spadają z drzew. Których już tak niewiele.

Które…

Śpiewają, gdy odchodzą.

Siadając pod drzewem słyszysz jak opadają. Jak zwyczajnie, powoli, unosząc się tak, jak im się podoba w onym niewietrznym powietrzu, tworzą kolejną warstwę liściowatości na ubitej ziemi.

Jestem pod drzewem.

Srebrzysta kora dziwnie miękka, dziwnie czarowna, ktoś na niej pozostawił słabo już widoczne ryty. Może i byli zakochani w sobie, może tylko chcieli zapisać się na drzewie. W końcu ten pień ma z ponad 50 lat. To o wiele więcej niż ja, a jednak… jakoś tak bliżej mi do wieku tego drzewa niż swojego własnego. Jakoś mi tak lepiej na tej lekko wilgotnej, liściastej pokrywie niż w innym świecie. Tym poza lasem. Tym pełnym aut, internetu, telefonów, pośpiechów. Patrzę na dwa ostatnie drzewa, które wciąż mają na sobie liście i nie wierzę, że udało mi się je złapać.

Podsłuchać.

Bo one tak pięknie nucą, gdy spadają.

Gdy spadają nieprzymuszone.

Gdy wiatr ich nie odrywa, ni człowiek ni ptak. Gdy naprawdę są wolne, nieprzyśpieszane, jakieś takie leniwe może dla niektórych, a może po prostu świadome w końcu swojego czasu. Jakby sobie pozwalał na to, a może to natura w końcu im pozwoliła? Nie wiem, ale spoglądanie na liściowy deszcz jest niesamowite. Nawet jeżeli człek wie, że ma tylko chwilę, że nie może sobie pozwolić… kurcze, dlaczego człowiek nie może sobie pozwolić na naturę? Na ono obcowanie?

Wiecie…

Zwyczajność.

Chyba za mało mam onej starej zwyczajności w życiu… tej takiej wolniejszej, bardziej sentymentalnej. A może jednak mało popularnej? Wiecie, przydatnej do zdjęć na Instagramie, ale jednak…

Zwyczajność?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rosa liścienna… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwsza Gwiazdka…

„No dobra.

Była upadła, spita i totalnie nieprzygotowana do sezonu. Wiecie, niby miała jeszcze czas, ale wyglądała…

Strasznie!!!

Tak właściwie, to nawet sinawa była, zielonkawa miejscami: tu szrama, tam szrama, blizny, zagniecenia, jakieś zmarszczki i rozerwania. I nagle wiecie, grzmotnęła w dach Sklepiku z Niepotrzebnymi, że ona niby taka umęczona już oną robotą, że to tyle tysięcy lat i w ogóle i że już robić nie będzie. Że dość, finito i to tam incantato! Że ona chce czegoś innego, że jej się marzy telewizja, bo ją tam na niebie oglądają i im się podoba, no i podobno nie ona pierwsza, że więcej ich spadnie, ale…

Widzicie.

Jeśli chodzi o Tę Gwiazdkę, to jest ważna. Najważniejsza dla wielu. Ważniejsza niż Gwiazda Poranna i Gwiazda Wieczorna, niż Północna, Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Ona była Tą Środkową. Tą, o której wiedzieli wszyscy i którą upamiętnili w tak wielu opowieściach, mitach i legendach, która mogła sprawiać cuda, która była wielkim symbolem i…

I wiecie, tak ona nagle jeb…

No jebnęła w dach.

Wiedźma Wrona Pożarta przyleciała z rozwianym włosem. Nagłownym. W szatach całkiem niezbornych ratować, bo ona gwiazdy bardzo, z księżycem już widzicie, co dziwne i pokrętne, mniej, widać wiecie, pewnikiem uraz jakiś kobieta ma, czy coś… a Gwiazdka Pierwsza do niej, że nie, że ona okay jest, że po prostu zrezygnowała i już. Teraz i się zerwała z nieboskłonu.

… a popiła do kurażu.

W ogóle w tym niebie piją. Wiecie, w środku, na obrzeżach i na samym nieboskłonie. Strasznie zestresowani chyba są?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesienna szarość jest świetlista.

A może zwyczajnie po przeżyciu iluś tam tych jesieni człek zaczyna rozumieć, że to tło sprawia, iż coś jest widoczne. Tło nadaje kolorom prawdziwą świetność, szlifuje je, zaznacza. Sprawia, że nagle je w ogóle zauważamy, albo po prostu zauważamy na nowo. inaczej może nawet, bardziej głęboko…

Prawdziwie?

Człowiek nie docenia szarości. Ubiera się w nią, uwielbia ją mieszać z błotem, obarczać nią ludzi, wyśmiewać ją w innych, a jednak, ono jednoczesne posiadanie bieli i czerni w jednym jest czymś doskonałym. Doskonałym by zabłysnąć, ale i by pozwolić innym być sobą. Zwyczajowa szarość. Niskie chmury, przez które jednak czasem przemyca ktoś słońce. Lekkie rozbryzgi błękitu, tu i tam, jakaś rumianość o poranku, a może tak bardziej w granicach godziny siódmej czy ósmej nawet… oto niebiosa obecnie.

Spokojne, niewietrzne. Jakieś takie normalne, zwyczajne, zwalniające życie, w końcu pozwalające odetchnąć. Ale, czy my w ogóle jeszcze pozwalamy sobie na odetchnięcie? A może tylko ja tak pędzę, że nie potrafię się zatrzymać? Usiąść, zaczytać… od razu czuję sie winna, jakbym nie była dość godna odpoczynku i lenistwa. Nie no, rozumiem problemy wychowawcze i to, co mnie ukształtowało w dzieciństwie, ale serio? Tyle lat z tym walczę, a wciąż dupa jeśli chodzi o lenistwo?

A może to ono dziwne ciepło…

Ono jakoś nie pozwala mi zwolnić.

Bo jest ciepło.

Pieruńsko ciepło nawet. Nadmiernie ciepło. Miejscami nawet duszno i upalnie. Oczywiście, że nie mówimy tutaj o temperaturach w granicach dwudziestu stopni, ale jednak porządne, wysokie naście stopni to już przesada w połowie listopada. No, przynajmniej dla mnie. Gdzie ono obiecane „Pojutrze”? Tak się człek cieszył na ono ocieplenie, co to miało sprowadzić oziębienie i tak dalej… pingwiny, misie polarne, polarne liski, sowy… Innuici uczący nas jak żyć na tłusto. Ech… miało być tak pięknie, a tu wciąż ciepło, duszno, susza i ogólna degrengolada.

A tak, degrengolady ciąg dalszy.

Wszelako nazywane Molslinjen… czyli wiecie, nasz nowy przewoźnik promowy, czy też raczej już teraz krajowy przewoźnik, bo chyba kupili wszystko inne… nie wiem dokładnie, ale to naprawdę pokrętnie wygląda… no więc ów twór nas przytłacza. Już nawet nie chodzi o wymioty, telepotania i wszelkie niedotrzymanie umów, ale o to, że oni nawet nie wiedzą, czy mają stabilizator.

Otóż okazuje się, że promy mają stabilizator. Niby logiczne, bo przeca wiadomo, prom to prom, ale jednak wiecie, idę w Google: „Zwane też stabilizatorami aktywnymi, stabilizatorami Denny-Browna lub żyroskopowymi. Do swego funkcjonowania wymagają zasilania energią wytwarzaną na statku. Przeznaczone są do zmniejszania amplitudy kołysań statku (okrętu).” Informuje mnie on tez o tym, że takowe stabilizatory są trzy, czyli wspomniany Denny-Browna, żyroskopowy – o którym uczyli w szkole oraz sterowane zbiorniki stabilizacyjne, które są dość logiczne, ale nieprzydatne w tym przypadku. W końcu kolei u nas już nie ma od dawna.

Ale wracamy do problemu po onych badaniach…

… stabilizator na promie Express 1 miał być, potem się okazało, ze został rozmontowany, a dyrektor nic o tym nie wie. Tu wspomnę, że powinien wiedzieć, bo to taki dyrektor. Potem nagle się okazuje, że jest stabilizator, ale jednak inny, a następnie firma, która wyprodukowała prom twierdzi, że oni się na pływaniu na Bałtyku nie znają, więc nie wiedzą jaki stabilizator byłby odpowiedni…

Słuchajcie no…

… to jest prom. To pływa po morzu razem z ciężarówkami, autami i co ważniejsze ludźmi. To kurna może zatonąć. A Bałtyk to nie przelewki, więc, czy ktoś chętny mi wytłumaczyć dlaczego wszyscy to olewają jakie promy mamy teraz do dyspozycji? Oną kompletną niewiedzę i dumę z tej niewiedzy!? Pewno nikt. Bo przeca tyle problemów na świecie. No właśnie. Może czas by zacząć rozwiązywać najpierw swoje problemy nim bierzecie się za inne? Co? Sprzątanie od swojego ogródka?

No cóż, miejmy nadzieję, że nie zatoniemy, ale… strach jest. I wkurw. I jeszcze te kłótnie, które tutaj nie powinny mieć miejsca. Bo przecież i tak mamy masę problemów, ludzie, styknie nam ich! Doklejcie ten jebany stabilizator i kupcie nowe promy tumany rąbane!!! I weźcie dobrego kapitana, jest jeden na Wyspie.

Może was douczy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsza Gwiazdka… została wyłączona