Pan Tealight i Gracja…

„Ona wiecie, bogini wielka…

Rąbana modelka w tunice bardziej prześwitującej niż sumienie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I z tymi sutkami na wierzchu, wężem, no serio, a te włosy w pierścionki poskręcane, których upierdliwy wiatr nie ruszył nawet, nie tknął, nie naruszył…

No jak można tak wyglądać?

Serio?

Nawet te włoski, które to raczej i baby miały, wiecie w różnych miejscach, wszelako u niej nie występowały, albo były filuternie leciutkie, niczym meszek, muśnięcie słońcem, wiecie, złocistość, aureolka, kurna, nawet pod kolanami nic nie miała, ni wrednego, długiego czarnego włoska, ni…

Że ją obglądały?

A co… nie wolno?

Leżała tak rozwalona na trawie, bo wiatr wiał, a kieckę miała falbanistą, więc widowisko było, to sobie obglądały. Ale nie że wisiały nad nią, tylko zwyczajnie, wiecie, jakoś tak, no zoom był w aparacie Wiedźmy Wrony Pożartej… a ona sama zajęta akurat malowaniem, wpadła w berserski pędzlowy szał i po prostu jakoś tak… i ona Gracja i ten aparat i kieca ona na wietrze musująca…

Że coś się jej stało?

No przecież nie mogą tak zakłócać cudzego spokoju i nastawać na mir prywatności dookolnej. Wrzeszczały, ale cicho, wiecie, zawsze przecież ktoś spał, ktoś pracował, no naprawdę lepiej cicho być… szczególnie jak się podpatruje coś, kogoś, lub na przykład półbóstwo, które, hmmm…

A w ogóle to po co tu ona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapach śmierci” – … jak pachnie śmierć? Słodko? Rozkładem? Śmierdzi może? Zatyka? Bólem, odchodzeniem kogoś, bo przecież czasem to też trwanie, to nie nagły zgon, ale powolny proces…

Czasem to ty.

Tym razem jednak nasz znajomy antropolog zajmuje się zwłokami dość dziwnymi. Zwłokami, które mogą zachwiać jego wiarą w naukę, jego wszelaką, może i chwiejną wciąż, ale w końcu, zdawałoby się, ustabilizowaną psychiką. Bo przecież kocha i jest kochanym. Przecież w końcu znalazła go znowu miłość…

Ale nagle zwłoki i wydarzenia w starym butynku, ruinach, na dziwnej uliczce… są zapowiedzą wszelakiego nieszczęścia… ale na początku tego nie wiecie. Na początku, to tylko zwykła praca,w kurzający współpracownicy i znajome, mądre twarze. I puszący się młodzi i zapowiedź odchodzenia i…

Demony przeszłości.

Książka znowu niesamowita. Wstrząsająca, świetnie złożona. I choć co sprytniejsi domyślą się zakończenia, to jednak nie daje się od siebie oderwać. Po prostu kolejny, świetny popis znakomitego autora. Tak, raczej polecam mieć przeczytany przynajmniej tom poprzedni, ale jednak, możecie dać radę bez tego…

Choć może niekoniecznie?

Fale deszczu mkną do morza…

Wiatr znowu kombinuje ze światem dookolnym i jakoś tak, jakoś wszystko jest inne, znowu inne. Takie fale wody płyną wiatrem do morza. W powietrzu się unoszą, poetycko i tak dalej, znaczy mokro i… ciepło!!!

Zaskoczenie?

Pewno nie, jeśli Norwegia pobija jakieś rekordy ciepła, więc… nic nie będzie z tej zimy, to sobie człek chociaż na wiatr popatrzy. Bo jak zwyczajowo widzi uginające się gałęzie, tańczące witki i liście, to gdy mamy deszcz, może też popatrzeć sobie na oną kształtność wietrznych pomruczeń.

I tak… poziomowość.

Wiatr sprawia, iż wszelaki opad u nas bieży poziomo. Ale dziś, dodatkowo nie równomiernie, ale właśnie w postaci poziomych fal kropli, które nie burzyły swojej konstrukcji przez całą drogę… do morza pewnie, choć może i dalej? Bo wiecie, człowiek raczej w taką wichurę woli zadbać o swoją głowę i zatoki, więc nie wychodzi. Ale dodatkowo w końcu wylazło słońce i wszystko dziwnie rozbłysło.

Bo tutaj pola nie są puste i ziemne.

Nie, wprost przeciwnie.

One są pełne zieleni i brązów. Niektóre wciąż zarośnięte mają w sobie jakieś żółcienie, inne, będące trawiastymi cudami, to wiadomo, wciąż zielone na maksa, więc zwierzątka, szczególnie one cudowne krowinki włochate, wiecie, te z tymi krzywkami lokowanymi, wciąż są na zewnątrz. Ciepło przecież jest i na dodatek jedzenie świeże na wierzchu, nawet ze stokrtkami, więc czemu nie korzystać?

Podobnie z owcami.

Takie to… normalne.

Takie oczywiste i przesłodkie.

Naprawdę, ale jednak, jakoś w człowieku tli się ona skierka zwątpienia w to wszystko, co się dzieje. Bo chce zimna. Potrzebuje go. By wymarzło robactwo, by jakoś no, tak znajomo było i biało.

Pierwszy Bornholmczyk, a dokładniej Bornholmczanka… urodziła się dopiero na poczatku 4 stycznia. Wiecie, sto lat! Aczkolwiek tak się zastanaiwam, czy artykuł opisjący one narodziny to nie nazbyt wiele informacji. Narodził się parze co to ma już dziecię i jeszcze dwójkę z poprzedniego jej związku i tak w ogóle, to mieszkają tu i tu, ale nie do końca, bo się budują tu i tu…

Serio?

Ludzie… RODO!!!

No ale, zdjęcie i artykuł musi byc. Musi być wszelaka wypełność gazety, szczególnie po zmianie głównego szefa szeów. Czuć, jak coś się zmieniło. Nagle gazeta jest dziwnie stronnicza i pieści tych, co źle robią. I jakoś nie staje po stronie ludu, a nawet nie przedstawia po równo tych i tamtych zdania…

Ech…

Ale jakby co, ludzkość wzbogaciła się znowu o człowieka, co tak naprawdę w wymiarze światowym nie ma żadnego znaczenia pewnie. Chociaż, ciekawe jakie będzie ono pokolenie wychowane z ajpadami, ajłoczami i innymi tam ajami. Ciekawe, czy oni będą pierwszymi, co będą mieli czipy? A może nas zaczipują?

Kto to wie, co przyniesie 2020?

Na razie przyniósł ogień i to nie tylko u nas, ale przede wszystkim… hmmm, wszędzie. Zauważyliście jak wiele krajów, krain i zabytków spłonęło? Zauważyliście, że to ogień wstąpił na najwyższe podium? A przecież zawsze straszyli nas wodą? Zawsze… albo mrozem. A teraz… prawie 10 stopni znowu.

Znowu wiatr…

Mam dość.

Chcę zimy!!! Wiecie, onej zimy jak drzewiej bywało. Prawdziwej, porządnie mrożącej bakcyle i tak dalej.

Ze śniegiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gracja… została wyłączona

Pan Tealight i Bogini Doniczego…

„No przecież taka też musiała być, no weźcie no.

Musiała się narodzić. I serio, za jej powstanie z niemorskiej pianki, czy raczej czegoś dziwnie bąblującego się na starej brzozie, Pan Tealight obwiniał Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane. Naprawdę i dosłownie. Nawet jej to powiedział… głośno!

Ale w myślach…

Bo widzicie, ona żałość w niej wciąż tak siedziała i się żałościowała, że naprawdę nie mógł, że jakoś takoś jej dosrać w twarz. Znaczy, nie no, pewno się domyślała, że on jednakowoż co do tego jej tworu nie jest nazbyt przekonany, ale jednak… ona była. Była jak najbardziej, bo świat był i Boskość Dookolności Wszelakiej.

I Pani Wyspy też.

… więc w końcu pokonany przez wszelaką kobiecość niekobiecości, Pan Tealight zwyczajnie zaczął ją karmić. Bo wiecie, inaczej się nie da. Udobruchać bóstwo znaczy nakarmić bóstwo, więc… w końcu była do niczego, więc jakoś tak, musiała istnieć. No dla balansu Wszechświata.

Wiecie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Styczeń.

Zaczął się tragicznie dla Wyspy.

Nikt nie spodziewał się pożaru w Svaneke. I brzmienie onych syren samochodów strażackich, oraz firewerków jednocześnie jakoś tak naprawdę uświadomiła człowiekowi, że świat jest straszny. Dziwny i pokrętny.

No ale… jak na razie informacja jest taka, że wszystkiemu winna była instalacja elektryczna markizy, a naoczny świadek wspomina o płonącej markizie.. i tak nagle jakoś, wiecie, przypomniało mi się, one ludzie z wiadrami wody, no i… tak, oczywiście ten co zadzwonił na straż też nagrał filmik… I jakoś serio nie mam mu tego za złe, bo może dzięki temu straży będzie łatwiej… Może?

Ale tak szczerze… to kolejne budynki, które płoną na rynku lub w jego okolicach za mego życia. Dziwne to, ale tym razem jest to bardziej bolesne niż piekarnia… chyba, chociaż z drugiej strony ten alpenbrod… do dziś pamiętam. Strasznie dobry taki był, po prostu genialny!!!

Tym razem spłonął… chyba najstarszy sklep, w znaczeniu wciąż używany, na WYspie. I to po takich zmianach, po takiej wielkiej ilości roboty… Mam nadzieję, że uda się jakoś z ubezpieczeniem nie walczyć. Że uda się to odbudować, ale na razie i pewno na przyszły sezon, będzie to straszyć taką… umartością.

Dziwną…

Smutną.

Tragiczną nawet.

Nie wiem, ale naprawdę te wszystkie tragedie, kolejne pożary, ten cały popis radości, to co działo się w Sydney… Nie no. Nie rozumiem. Wiem, że jak coś, to trzeba rzucać wszystko i ratować, a tutaj… Czy komuś zależy?

Jeszcze?

Nie wiem.

Współczesny świat napawa mnie smutkiem.

Niestety Wyspa też się zmienia i to na gorsze. Zieleń znika, powstają i rozpadają się wszelakie nowości, idee i inwestycje… zostają po nich dziury w budżecie. No chyba że dorwie nas jakichś koleś z Indii i stweirdzi, że chce kasę z naszych podatków i oni im ją dają, bo wiecie…

No cóż, choć to trudne, to jednak tak właśnie jest.

Wyspa to też zwyczajny świat.

Jak mocno chciałbyś od niego uciec, wciąż cię znajdzie, wciąż ucapi, ułapi, wszelako zmiesza z gównem i na dodatek każe za ono gówno i całą usługę zapłacić. I to srogo!!! Bo u nas wiecie, raczej pieruńsko drogo. Nie uszukujmy się. Jak jeszcze serio PostNord nakaże nam płacić za swoje długi, to będzie ubaw roku. Wykupili pocztę duńską, ale mimo najdroższych opłat, wciąż nie umieją na niej zarobić.

Serio?

Jak wy to robicie?

Przecież nie każdy jak ja wysyła stertę świątecznej poczty ze Szwecji, no… tak, wyysłam wielkie kopy poczty stamtąd, bo zwyczajnie jest taniej. Bo znaczek zwykły na podstawową lekkość jest połową naszego!!!

No ale… największe problemy, to cięcie drzew nocą, okłamywanie udzi, no i stawianie dziwacznych, szpetnych dzieł podobno sztuki. Szukałam tej Sztuki, co za nie jest odpowiednia, ale jej sekretarka odmówiła komentarza. Rzecznik prasowy spierdolił z nią, więc… wiecie, już wszystko wiemy.

A artyści…

Wyjeżdżają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogini Doniczego… została wyłączona

Pan Tealight i Rączka…

„Mała rączka.

A to przecież kurde jeszcze nie wiosna, no!!!

A ona jak jakiś krokus, nawet z listeczkami po bokach, wychynęła z zielonej trawy. Bo wiecie, na Wyspie to trawa zawsze zielona. Jakoś tak. Jakby zapominała o tym, że należy zżółknąć, że należy zniknąć, że jakoś tak, no powinno się poddać działaniu czasu i się przemienić. A one nie… nic z tego, wprost przeciwnie, zbratały się z mchami i na dodatek jeszcze stokrotkami, tak samo wytrzymałymi.

Szalonymi.

Jakby pory roku naprawdę ich nie śmiały nawet tknąć. Może i czasem prosiły o pozwolenie, by dorzucić kwiatów, by lekko rozjaśnić lub przyciemnić oną zieleń, ale jednak… ta roślinka.

Ta Rączka.

Serio, z pięcioma palcami, jakby nagle ktoś zamierzał sobie, wiecie, na zapas jakąś wyhodować? Albo co gorsza, jakby ktoś inny zamierzał zwyczajnie w końcu się narodzić i tak tylko paluszakmi sprawdzał, czy już czas…

Czy już kwitnąć może?

A może i jednak już wypuścić i palce u stóp?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I teraz, teraz nastaje ten dziwny czas. Wiecie, styczeń. Niby nie wiadomo co ze sobą zrobić, niby wiadomo, a jednak… przecież spora większość osób pracuje sezonowo, więc teraz zabierają się za remonty, za wszelakie podróżowania, za jakieś tam sztuki wszelakie i tym podobne.

A tak, wielu Bornholmczyków wyjeżdża nie tylko w okresie między Julem a powrotem do pracy, ale też i w styczniu. Szczególnie oblegają oczywiście Azję, Tunezje wszelakie, inni może szarpną się na jakieś tam Hawaje nawet, albo i coś bardziej dalekiego. Może i nawet Nowa Zelandia? Może i…

Że ja?

No weźcie, najdalej to do Hammershusa. LOL

Człek przeniósł się na Wyspę, więc ma przecież wszystko. Może i pogoda szaleje i stawia na głowie jego mentalny stan, ale jednak… są drzewa, jest morze, są plaże i skały, są czasem i one cudowne pustki nawet… więc nie ma marudzenia. Spacery, coś cudownego. One liście zeszłoroczne i tegoroczne. Lekko w końcu się ziemia przesuszyła, ciepło wciąż, może is łońce wciąż marudne, jakieś takie niedostępne, no ale… damu radę. W szarościach też można spacerować przecież.

Ze zdjęciami gorzej.

Ech!!!

Gdy człek woli zdjęcia robione przy świetle naturalnym, to sorry, ale niestety będzie cierpiał. Ale z drugiej strony ma i pisanie i malowanie. Malowanie, które trochę ostatnio odeszło na bok, choć plany na kolejne obrazy mam, jak najbardziej, ale jednak… ale jednak mimo iż korci, mimo iż ciągnie do pędzli…

To jednak…

To jednak kurcze no.

Przecież tak wielu przeszło od kanw do fotografii.

Ale co ze mną?

Moje szalone jestestwo nabyło w ostatni dzień 2019 ostatnie choineczki. Wiecie, te ubrane w trzy bombeczki, które pewnie wywaliliby na jakiś śmietnik i tyle. A przy, na szczęście, jakiejś obniżce, udało się. A ogród jest. Marzenie o Stumilowym Lesie wciaż jednak we mnie się burzy, więc…

Wiecie, człek musi mieć marzenia.

Bez nich serio nie da się istnieć. Gdy nagle coś się kończy, jak liceum, czy studia, to wiecie, człek staje przed oną ścianą zakończonego marzenia i nagle nie wie co zrobić. Ale teraz, w końcu ma dom. Może i golutki, może i potrzebuje czyszczenia, zrobienia porządku z ogródkami, wysadzenia krzewami, krzaczkami i drzewkami… czyli jednak nie tylko nakładu czasu, ale i niestety kasy…

… więc… będzie ciekawie.

Oj będzie.

A pustka… wiecie co, może jej nie zapełnimy. Nawet jak będzie możliwość, to jednak nie, nie chcę szafeczek i innych pierdół. Serio. Bo i po co? Na co to komu i kurz zbiera i czyścić trzeba i w ogóle…

A może człek się praktyczny bardziej robi?

Kto go tam wie?

Kto?

Przecież każdy się zmienia i nie zależy to od nowego roku, oj nie. Zmienia się po prostu. Pod wpływem innych ludzi, pod wpływem dziwnych filmów, może i książek przeczytanych, może i nawet jakichś mądrych teorii i badań… tak serio, to, że jest 2020 nie zmienia nic. Poza numerologią. Hmmm…

W tej dziedzinie, to na pewno mają przerąbane.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rączka… została wyłączona

Pan Tealight i Modlitwa…

„I na moce wszelakie.

I na ziemię, wodę, myśl i marzenie, na sen i dzienną wszelakość i jeszcze ogień i kamień i metal i powietrze… zaklinanie i nie do końca. Na złotouste mowy, na kasę, bo przecież musi się zgadzać, na tyłek kształtny, porządki, tudzież właśnie na to, żeby sąsiadce w końcu pierdolnęło w łeb, bo już ma modlący się jej naprawdę dość. Ale tak naprawdę, a głupio samemu rączki brudzić.

Bo modlitwa, to tak naprawdę właśnie ono zaklinanie bytu, by wykonało robote za ciebie. Co innego ofiara, wiecie, jednakowoż w tym jest jakieś poświęcenie, może i dziewicy, wtedy wiadomo, trza ją upolować. Prosiaka czy kurę, by krwią święty kamień zmoczyć, można samemu wyhodować, ale jeśli chodzi o midlitwę, to ino słowa klepiesz i czasem je zmieniasz. Niczym zaklęcie, dostosowujesz do swojej potrzeby. Magia, ino nikt jej tak nie nazywa, bo modlitwie to urąga…

Cieniaska taka modlitwa.

Ble ble ble… amen. I może nie zginę, nie zemrę, nie stracę, ale czy na pewno zyskasz? Czy na pewno się jakoś uda?

Czy w końcu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje…

Rok nowy się zaczął i człek nie wie jak się odnaleźć. Jeśli wciąż niektórych intryguje jak wygląda ono świątecznowanie się na zewnątrz, znaczy wiecie, choinki i światełka, to zniknęły w okolicach 27go, niektóre i wcześniej. Ale tak 31go, serio, obserwować można kompletną deświąteczność okolicy. Znaczy, wróć, nie tylko okolicy, bo akurat tego dnia wylazło słońce, pierwszy raz od dwóch miesięcy takie całodniowe słońce, wiecie, od ósmej do trzeciej…

Aż dziwne, więc człek wypełz po tych dwóch nieprzespanych nocach, bo wiało, domem telepało, domowe ściany śpiewały… i nagle się okazało, że choinki chcą wywalać, więc wiecie, więc jakoś tak się stało, że mamy kolejne cztery małe choineczki. I to z bombkami. Ale wiecie, to te w doniczkach, więc ino niech nadjedzie czas, choć dziś było ponad 7 stopni nawet na wybrzeżu, no ale… niech nadejdzie czas odpowiedni i pójdą do ziemi. Bo co jak co, ale las sobię zrobię.

Ziołowo iglasty!!!

A co!!!

Może nie mogę mieć drzewek wysokich, domku wyższego i jeszcze balkona miec nie mogę… no takie wymogi architektoniczne, serio!!! Ale, przynajmniej choineczki i wszelakie inne iglakowe roślinności będę mieć, a zioła, zioła to serio, ino niech mi się uda dorwać lawendę i tymianek z rozmarynem, to poleci w całą grzędę. A raczej dookolnie. Przed domem i za domem. A co…

I lubczyk oczywiście…

I kilka kwiatków.

Na pewno w trawnik masę cebulek, ale to wszystko i tak z czasem wylezie. Wszystko jakoś tak z czasem się zrobi, bo dom choć nie nowy, to jednak młodiutki i biedak bez ogródka doprowadzonego do jakiejś takiej mojej klasy. Czyli dzikiej wszelako i ziołowej, coby pszczółki i motylki miały fan.

A co!!!

Fale i morze i port…

No wiecie, jak już to słońce, to trzeba było wyleźć. No i te fale, może nie wielkie, ale jednak… jak już człowiek popatrzył na te usunięte i usuwane choinki, jak pomyślał ile tego pójdzie na przemiał, jak uratował trochę… jak nagle se myśli, że może kurde się uda i pięknie będzie, bo choinki są mega…

I jeszcze przecież…

No wiecie… jak dobije człeka ono deświąteczniowanie Wyspy, to jakoś takoś, takoś jakoś, no wiecie… potrzebował człek onych fal. I bursztynowego światła przenikającego przez nie. I jeszcze oczywiście te fale i zapach i wolność i nagle się okazało, że akurat tutaj jakoś ludzie to nie byli w wielkiej ilości, lepiej, w ogóle w końcu ich nie było… i w Hammerhavn byliśmy ino my.

I fale i wiatr i jeszcze…

No właśnie ono coś, czyli oczywiście mgiełka. Czadowa, cudowna, niesamowita. Mgiełka solna, inhalacja wszelaka. I to wiecie, przysługująca tym co blisko fal, tudzież tym, co mają jak do nich dojechać szybko i tym…

Co po prostu wiedzą, że one mogą wiele.

Morskie fale.

Jakoś tak w człowieku coś się układa. Jakoś tak w głowie szumy znikają i myśli stają się przeczyszone. I jeszcze… oczywiście się oddycha. Nie tylko chodzi o to światło i na skałach rozbijające się fale i szaleństwo wszelakie… kilka mew tylko tym razem. I trochę takiej, jakiejś, znajomej z czasów dawnych… no wiecie, ciszy wszelakiej. Spokojności. Czegoś, co zawsze kochałam w Wyspie, a jednak ostatnio coraz częściej się nam to odbiera. Wiecie, jakoś tak.

A przecież po to człek się tu przenosi…

Dla tego czasu między czasami…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Modlitwa… została wyłączona

Pan Tealight i Świątynia…

„Znaczy nie no… oczywiście, że była tutaj od zawsze. Od dnia wychnięcia wyspiego szkieletu w otchłani wszelakich niebytów oraz… morza i solności wszelakiej, ale bardziej śledź niż chipsy…

Była.

Była w formie wciąż widocznej, na pewno rozpoznawalnej dla tych z przeszłości, ale onych z teraźniejszości, to raczej nie. No serio, wystawiała czasem, gdy tylko wody lekuchno opadły, kolumienkę, zwieńczenie, jakiś kraniec marmurowej w zamyśle, ale w wykonaniu granitowej, nie do końca cegiełki.

Wystawiała one swe części wciąż jasne, wciąż nieobrośnięte, jakby wszelakie morskie stworzenia zabawiały sie wyłącznie jej czyszczeniem i wciąż używaniem, czceniem nawet i jeszcze… może składały ofiary, może i z ludzi zagubionych, może i ich strzępków, które udało się im zdobyć…

Świątynia.

Może i w ruinie, ale jednak wciąż Świątynia. Wciąż miejsce bogów, w którym łaskawiej spoglądali okiem na ludzkość… czasem, bo wiecie, no nie zawsze. Nie oszukujmy się, bogowie są kapryśni, bardzo. I nie możecie im tego wyrzucić tak prosto w kolumnę, absydę czy inne tam trzony, bazy, stylobaty.

Akroterion, gzyms, mutulus… architraw, abakus, echinus… wszystko to się przypominało Wiedźmie Wronie Pożartej, gdy pływała i muskała one pozostałości po tych, którzy w Nich wierzyli. Naprawdę wierzyli. Na tyle, bo oddać ciało i życie i duszę, a przede wszystkim, wiecie, wszelkie dutki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Chciwość” – … okay. Jak dotąd, moim zdaniem, najgorsza książka tego autora. Bez urazy, ale tak naprawdę to wszystko nie ma sensu. I nie, nie chodzi wyłącznie o to, iż mój humanistyczny umysł kiepsko se radzi z matmą, bo ekonomia, to trochę wszystkiego.

Ale od początku.

Autor między innymi „Black outa” i „Zero”, za każdym razem rozprawiający się z jakimś problemem współczesnego świata, pokazujący rozwiązanie i to, jak ludzie na to reagują i… niestety dobijający nas za każdym razem, bo wiedzący nazbyt dobrze, że człowiek, to zawsze ino człowiek… i zawsze pozostanie sobą i jakoś tak, naprawdę się nie zmieni, bo głupi…

Tym razem zabiera się za ekonomię. Za oną władzę kilku, którzy w swoich garściach trzymają całą kasę i wyjaśniający, dlaczego tak jest, ale zapominający, że drzewiej, tudzież w małych społecznościach, bywało i bywa, inaczej. Weźmy na przykład Amiszów. Naprawdę, przeanalizowanie ich życia to skarbnica mądrości. Może poza tymi agrafkami, jakoś ich nie kupuję, ale cala reszta…

Ale oczywiście nasz boahter scenerię przenosi do miejsca sobie znanego, dorzuca demonstaracje, morderstwo i męczeństwo tych, co to chcą coś zmienić… i jeszcze… tak naprawdę, nic ponad to. Bo tak naprawdę, czy coś się zmieni? Dzieci, które dostały pod choinkę diamentowe pierścionki i te, które dostały zarazki i nic ponad to. Nadmierne płodzenie się, wszelaką głupotę. Nie, nie wolno mi się znowu rozpalać, bo to nie na moje nerwy. Powiem więc tylko, że książka jest ciężka, prawdziwa i mądra, ale przedstawienie całej opowieści dla zwykłego zjadacza chleba może się okazać nazbyt ciężkie. I dobijające. I niezrozumiałe nawet…

I jeszcze ona poboczność, czyli nasz bohater glówny… gdzieś zanika, gdzieś go miażdży cała ekonomia i marketing i… nie, nie jest to powieść rozrywkowa, ale też jest to powieść, którą dobrze poznać.

Dla wytrwałych.

Strzelanki.

No więc oczywiście jak wszędzie, z jednej strony są ci, co to by walili w te i wewte i szczerze, nie rozumiem. Bo przecież to ino jakiś dźwięk, mnie o zawał przyprawiający, a cała reszta, to nic. Kompletnie nic. Ni żadnych fajerwerków na niebiosach, spadających gwiazdeczek, palm czy kokosów…

Nie.

Ino smród i dźwięk.

Kiepski.

No i możliwość oberwania nogi, głowy, ręki, może i w oczko wpadnie. Serio… naprawdę nie jestem paranoikiem, a weźcie, jestem. I szczerze gdzieś mam kotki, pieski kocham, ale nie oszukujmy się, sama jestem takim zwierzakiem, co to się chowa, zakrywa, cierpi i jęczy, wali prochy i tak dalej. Ale wiecie, człowiek metrykalnie dorosły, więc kogo tam obchodzi. No co… bądźmy szczerzy. Problemy mentalne w przypadku tak zwanych dorosłych, a tak naprawdę niewyleczonych dzieci…

… są…

Zabawą mediów.

Najlepszą wymówką youtuberów, co to spieprzyli se życie. Że ojojojjj ja mam lęki i depresję i dlatego musicie mi płacić.

Hmmm…

No ale, strzelanie w stolycy duńskiej, wieliej i barwnej, zawierającej i oną cudowną dzielnicę trawiastą… przeinaczyło się w wojnę. Możecie oberwać z petardy, fajerwerka, kij wie czego, bo ja się tylko boję, nie interesuję wrogiem. I to jadąc na rowerze, wiecie, ekologicznie, czy też komunikacją miejską.

… więc może zakażą na amen?

Na razie mamy tylko wyznaczony okres strzelania.

Kilka dni, ale i tak zbyt wiele.

Morze…

A tymczasem na plaży znowu inaczej.

Za każdym razem jak jedziemy na Dueodde, to wiem, że czymś mnie zaskoczy, że coś się zmieni, że wydmy, że wody, światło, zapach, trawy, roślinki, dwie wieże… pustka, kilka osób, więcej ludzi…

Tym razem, po tych wiatrach Dueodde zniknęło.

A przynajmniej takie, jakie znałam. Nawet takie zmienne, z wędrującymi wydmami, oną płaskością wszelkiej patelniowości użytkowej głównie latem… A teraz, nagle, nie ma płaskiego, są wielkie kałuże lekko smrodliwych wód oraz pomarszczenia i wydmy zmalały trochę, a może tylko człowiekowi się tak wydaje?

A może…

A może na plażę wkroczyli nader bardzo pomroczeni architekci krajobrazu i spieprzyli robotę? Nie wiem… już sama droga dziwnie się pochyliła. Na szczęście drzewa i wrzosy wciąż są na miejscu, dwie wieże w oddali, ale morze… tak, morze jest na miejscu, ale dojście do niego jest trudne, chyba że urodziłeś się po innej stronie plaży i przylazłeś stamtąd. Albo…

Albo wszystko się zmieniło.

Albo Wyspa postanowiła jednak zostać taką bez plaży? Bez onej, chyba najbardziej słynnej, nęcącej białym piaskiem, bardzo szerokiej, pełnej onych zaułków wydmowych, które zezwalały na prywatność, ale i z oną płytką wodą, która sprawiała, że jakoś tak, dziwnie jakoś tak, no po prostu nie dawało się pływać… Bo żeby w końcu zanurzyć się na odpowiednią głębokość doleźć musiałeś prawie do tej no, wiecie, no onej tej Polski, czy gdzie tam…

… więc co się stało?

Pewno to, co zwykle.

Wiecie, Wyspa żyje. Morze żyje. Wiatry też mają sie dobrze, a wszelaka zmienność kontynentów na ich obrzeżach jest najbardziej widcozna. Szczgólnie tych miękciejszych. Chociaż, z drugiej strony, jak człekowi się zawali kawał tego cięższego, to odgłos jest większy, więc…

Nie wiem.

Ale znowu coś się zmieniło.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świątynia… została wyłączona

Pan Tealight i Zaproszenie…

„Przyszło.

Na błękitnym papierze ze srebrzonymi, tłoczonymi literami, i oczywiście jeszcze z cekinkami i kryształkami w newralgicznych miejscach, które od razu przylepiały ci się w dziwnych miejscach, bo miejsca wiecie, wiedziały o sobie…

Zbyt wiele.

I lubiły to uczucie przyklejania.

I oną dziwną miękkość i twardość i jeszcze może te wszelakie tajemnice, które kartka papieru w sobie zawierała. Bo gdzie, bo do kogo, a jeśli już wiedzą gdzie i dlaczego i wszelako po co, na co, to czy jednak pójdą, a może nie? Czy nie muszą iść, czy może, coś więcej, albo…

No wiecie, co założą?

A może…

A może to zaproszenie, to tak naprawdę zmyłka, wpadka już na starcie? Może w rzeczywistości lepiej by było, gdyby ona koperta biała, wciąż zaprasowana na równe kanty, dziwnie nienaruszona przez pocztę, która tak lubiła narudzać oną dziewiczość i tajemnicość wszelkich listów, kopert i przesyłek…

Co będzie?

Czy glitter to wie?

Bo przecież piękne słowa i cudowna oprawa graficzna wcale nie muszą świadczyć o… o czymś pozytywnym. Przecież na przykład złoczyńca woli machać kiełbaską a nie widłami. Znaczy mogą być i kiełbaski na widłach i do ogniska, będzie grill, ale jednak… no wiecie, one zaproszenia, piękne słowa…

Nie, co jak co, ale to zawsze było podejrzane!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gdyby tak wigilijnym wieczorem ktoś się przeszedł po Wyspie… to co by zobaczył? No tak serio? Ciszę chodzącą po ulicach i ścieżynkach, zwierzątka pląsające sobie wolno, wszelakie ciemne okna i takie, które jednak się świecą. Za jednym siedzi koleś i tłucze w klawiaturę i pewnikiem nie jest jedyny, bo przecież, tak serio, co w tym złego? No serio? Jak sama pamiętam, to nienawidziłam siedzenia przy stole, dziwnych dorosłych, którzy jakoś tak nie do końca „radośnie” wyglądali…

No tak, nie lubię wspólnych posiłków.

Co ja gadam, nienawidzę ich!!!

Krzesło i stół, dziwny przymus onego bycia radosnym, świętowania, siedzenia nieruchomo i robienia nic poza przeżuwaniem, nie to nigdy nie było dla mnie. A wiecie, wyciągnięcie książki nie było dobrze widziane. Jeszcze z Psychopatką przy stole to człowiek kurna nie mógł oglądać bajki czy czegokolwiek na onej diabelskiej telewizji, wiecie, w końcu mówimy o tych czasach sprzed wielu lat!

Bardzo wielu…

Z czasem człek dorastał do pewnych rzeczy i nagle się domyślał, że one tradycje udzie tworzą, więc i ludzie mogą je zmieniać. Tudzież zwyczajnie tworzyć je samemu. I zniknął stół, ale nie prezenty i światełka i choineczki… i jeszcze może ten czas, który spędza się jakoś takoś wolniej.

I prezenty…

No co, prezenty są fajne.

Ale chodźmy dalej…

Kolejne ciemne okna, las, rzeka, morze.

Na morzu kilka światełek, w oddali oczywiście latarnia morska. Taka, lub inna. Rzeczywista mniej lub bardziej. Odbija się ono światło w lekko wilgotnych przestrzeniach i wszelakich tam ciepłościach, no wiecie…

Ciepło.

Niestety.

A jeszcze rok temu to było chociaż chłodniej, więc… dziwnie tak jest. Na szczęście w tym roku choć na chwilę wiatry się uciszyły i ludzi na promach nie wybuja. A podobno rotacja całkiem niezła. Ci wyjeżdżają w cieplejsze kraje inni do rodziny bliższej czy dalszej, a jeszcze inni już nie chcą wracać.

Oj nie.

Wiecie, świąteczność poza Wyspą jest często bardziej pociągająca. No te sklepy. He he he! No sorry! U nas nawet niektóre rzeczy za darmo rozdawali. Co prawda pierdoły i jeszcze na dodatek tylko po sztuce na łebka, ale nie żeby ktoś z pejczem stał tam przy drzwiach, więc… wiecie…

No jakoś takoś Wyspa świąteczna bez śniegu i wilgotna i ciepła, jest naprawdę nieświąteczna. Kompletnie. Ale z drugiej strony są one choineczki, ale zaraz je zdemontują, więc właściwie, to wiecie, no już ich nie ma, więc… ekhm, ale są lasy, wciąż jest przyroda, a ona zawsze jakoś taka…

Świąteczna.

Sama jest święta.

A przynajmniej taką się czuje.

Może to właśnie o to chodzi, iż świętość zawarta w wodzie, kamieniach i skałach, w całej onej Wyspie, kompletnie wypłukuje cokolwiek przyjezdnego? Wiecie, onych innych bogów. Chociaż z drugiej strony zdaje się, że jest to też miejsce, które przechowuje tych zapomnianych, śniących, niechcianych bogów.

Jedyne takie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaproszenie… została wyłączona

Pan Tealight i Koniec Końców…

„Problem z Końcem Końców był taki, że był odnawialny.

Dziwnie brzmi, ale jednak… taki był.

Widzicie, tak naprawdę każdy koniec był i końcem i początkiem i środkiem, bo przecież wszystko było tak ściśle ze sobą połączone, że naprawdę nie mogło się ni rozciąć ni podzielić ni nawet… no zwyczajnie tak było. Nie można było stwierdzić iż to na pewno koniec. Ten Koniec Końców to już w ogóle.

Pan Tealight o tym wiedział.

Pamiętał ten czas, bo go wtedy jeszcze zwyczajnie nie było. Nie było jeszcze ni dnia ni nocy ni nawet półmroczności ni nawet jeszcze… czegokolwiek więcej, i wtedy on się pojawił. Pojawił z Niewiadomokądzi… świata, który istniał przed wszelakimi światami. Wiecie, w onym momencie, który naprawdę był, ale i go nie było, no i wszelako nie można było go jakoś tak opisać, więc… Musicie uwierzyć mu na milczenie. Bo słowo, to wiecie, on ino pisane. Serio. Zwyczajnie.

Koniec Końców.

Jego najlepszy przyjaciel.

A może i jedyny… chociaż, przecież nie, przecież miał też Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane. Przecież i o niej myślał w ten sposób. Jakoś tak, zwyczajnie… a może i nadzwyczajnie, bo jeśli chodzi o nią, to jakoś tak zwyczajność nie była w definicji.

Nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szarość.

Nic na to nie poradzę, ale ją uwielbiam. Oczywiście, że słoneczny dzień oznaczać może niesamowite zdjęcia, a nic tak nie robi mi dobrze jak zdjęcia, sesja, po której czuję, że nie, no lepiej to już nie będzie… no dobra, tak naprawdę jest o wiele więcej htakich rzeczy, które robią mi dobrze, ale to uczucie jest dość niepowtarzalne. Jak książka, w którą się wczytujesz i wciąga i nie możesz, nie chcesz się oderwać, i po prostu jakoś tak, jakoś tak czujesz się…

… na miejscu…

Tak się czuję.

Ale szarość… szarość, ciemny dzień, sprawia, że wolno mi trochę olać robotę. Oczywiście, że dzień wcześniej zarwałam pół nocki robiąc sobie blogi na zapas, wklejając zdjęcia, montując świat, wsadzając blogi i nastawiając je jak prnie na określoną godzinę… i wtedy, nagle, przez chwilę, może godzinkę, może dwie, choć to już przesada dla mojego umysłu… jakoś tak mnie nie ma.

I jest to niesamowite uczucie.

Wszelaki brak ruchu ulicznego, morze w oddali zamglone, wszelaka cichowatość oblepiona mgłą, pomaga w tym niesamowicie. W dziwnym osiągnięciu spokojności. W końcu. No dobra, tylko na chwilę.

Na moment, ale jednak…

… jakoś tak.

Tylko dlatego, że pogoda jest taka a nie inna. Że nie ma słońca, nie ma wszelkiej przymusowości wyjścia, jest wymówka, może i nawet głowa lekko muli i… czuję się dobrze. Względnie dziwnie dobrze, jak na mnie to cud. Serio. Niesamowity, zaskakujący i wszelako popierniczony cud.

I wiecie co?

Wydaje mi się, że to jest możliwe tylko tu.

Tak wiem, dziwne stwierdzenie, ale mieszkałam w tylu miejscach, w kilku innych byłam i jakoś tak, wszędzie był ten przymus życia, a tutaj, możesz nieżyć. Możesz być onym bytem, który naprawdę ino… jest własny cieniem.

Po prostu.

Albo nie być w ogóle. Jeśli tylko uda się wam uniknąć ludzi, a jest to super łatwe, choć może nie w tym momencie, bo po sprzecznych wiadomościach, że podobno plajtują ze strony niemiesckiej promy, teraz nagle nie wiadomo jak seryjnie wiodą prym i kasy łoją, więc… no wiecie, jako niewierzący osobnik, kompletnie już w nic niewierzący, to im nie wierzę. Tu bilety wyprzedane, tu nie, więc weźcie no…

Poskładajcie info do kupy!

Choćby i sraczki!!!

Parzącej!!!

No ale. Na razie morze się uspokoiło, sąsiad się przekonał i na dwa dni może będzie miał choinkę w domu. Reszta wali światełka, ale subtelnie. Czy ludzie będą rodzinnie? Nie wiem tak naprawdę, no nie wiem, czy coś takiego jak rodzina istnieje w Danii. Na pewno istneije wygoda. Na pewno taniej wieszkać we dwoje…

Ale cała reszta.

Nie wiem, boli ona reszta!!!

Za mocno.

Ale wiecie, święta. Czy też wolny czas, czy jak to zwał. Tak zwał. A może nie zwał w ogóle, może nie potrabe definicji? Może można olać wszelakie dostosowania się. Samotność… hmmm, samotność, albo tylko we dwoje, to serio coś niesamowitego. W końcu możesz się wyspać, zjeść, poczytać i jakoś tak, wiecie, jakoś tak…

… odpocząć.

Może będzie szaro?

Choć wolałabym zimę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koniec Końców… została wyłączona

Pan Tealight i Pątniczka…

„Miała habit, żeby nie było, z kapturem, rękawami za długimi, ale dołem dziwnie obgryzionym, kostki obite odsłaniającym. Habit, oczywiście podarty, ale i łatany, lekko może i butwiejący na brzegach, lekko mocno rozciągnięty. Może niegdyś jaśniejszy, może w kolorze wełny, ale teraz, zwyczajnie brudny. Szaro-czarniawy i jakiś taki twardy. Jakby trzymał ją w środku.

Jakby był więzieniem.

Jakby nie mogla go zdjąć, wyzwolić się z niego, jakby był jej życiem i przeznaczeniem, które ktoś na nią narzucił, a nie umiejąc powiedzieć NIE, bo wychowano ją na grzeczną dziewczynkę…

Zatonęła w nim.

Pątniczka.

Nie mówiła, więc nie wiedzieli, czy ten kosturek w jej dłoni i worek na plecach skrywały jakieś zaklęte tajemnice, czy może jednak były tylko użytecznymi dodatkami? A może jednak, może jednak… po prostu pasowały do całości? No wiecie, jednak chciała, jednak była też kobietą. O jasnych, splątanych, długich włosach wymykających się spod kaptura i tańczących na wietrze…

Wietrze pod Sklepikiem z Niepotrzebnymi.

Milcząca… nie wiedzieli więc, czy przybyła tutaj, bo taka była jej droga, czy jednak był to już koniec jej ścieżki, bo nagle… jak się pojawiła, tak zniknęła. Tak jakoś po prostu była i już jej nie było, a może…

Tylko oślepli.

Na nią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Iiii…

Jul.

Grudzień zapierdzielał od samego początku jak na jakichś seryjnie wypasionych dragach. Naprawdę. Jestem zmęczona i tym pędem i całą oną wszelaką nieświątecznością. Czuję się niedopieszczona prezentowo i w ogóle… ale może to tylko wina tego ciepła i braku śniegu? Bo tak naprawdę, przecież serio, poza zdrowiem, książkami i płatnościami za robotę, nie potrzebuję niczego.

No dobra, zdrowie i kasa i ona miłość niegasnąca… LOL

Dziwne?

Ech!

Ale… pierwsza gwiazdka pewno już pierdyknęła dawno w kosmos i zmieniła się w czarną dziurę zasysając inne gwiazdki i może i nasz Wszechświat. Tia, oto mój Christmas Spirit, który puszcza w tle kolejne części Piły. Bo tak. Bo jakoś dziś kompletnie jestem w nastroju na świateczne filmy ni śpiewania. nie oszukujmy się, nie byłam na nie gotowa przez listopad i grudzień. Wróć, na początku listopada byłam bardziej gotowa niż teraz… więc… ale dla mnie świetowanie skończyło się 21go.

Taki byt ze mnie.

Dziwny.

No i przede wszystkim, nie oszukujmy się, ale mnie nikt nie zmuszał do świętowania. Może w tym wieku już trzeba? Nie wiem, ale od czasu wszelkiej dorosłości zarzuciłam i sprzątania i gotowania i wszelkie dziwne tradycje. Stworzyliśmy swoje i ich się trzymamy. Odpoczynku onego, spacerów, lenistwa…

Chociaż, czy w moim przypadku w ogóle istnieje lenistwo? Wiecie, niby wsio za co nie płacą, to podobno nie jest praca, więc…

Nic nie robię.

Kompletnie.

Całkowicie.

No ale, jak spędziłam swoje święta?

Zwyczajnie… karmiłam trolle, skrzaty i Zapomniane Duchy. I wszelkich Zapomnianych Bogów i tych Śniących i Drzemiących… bo wiecie, wiedźmy mają swoje sposoby na życie i świętowanie. A bycie w lesie, to zawsze najlepsze miejsce na jakiekolwiek aktywności. Szczególnie, jak w końcu przestało wiać i dziwacznie ciepło jest i jeszcze, jeszcze oczywiście jest mokro strasznie…

… i tak dalej…

Pewno, że bym wolała śnieg i mróz, ale jednak, no wiecie, lepsze to, niż ten ciągły wiatr. Ciągłe dmienie, dudnienie i takie tam. Ból głowy, wszelakie zaburzenia snu i jeszcze i jeszcze i jeszcze może… nie wiem co.

A w lesie, świetnie.

A w lesie pięknie.

Szczególnie pośród tych wysokich sosen zaraz przy nabrzeżu. Tam, gdzie rozsiadły się sommerhusy, w których niektórzy zdecydowali się spędzić święta. Spoglądając oczywiście na one podobno wyprzedane bilety z Niemiec. Tak wiem, oj ta moja wiekuista brakność wiary… no niestety, swiat mnie taką stworzył.

Ale Turyścizna przybędzie…

Chyba?

Zawsze w końcu mogą zmienić zdanie, czyż nie? No i polecieć na Majorkę, czy w inne dziwne miejsce. Byłam, serio, dziwne miejsce z dziwnymi plażami. I brakiem plaż i krabami i tak dalej. Serio!!!

No ale.

Tak w ogóle, to rok się kończy.

Kiedy to wszystko tak się pokręciło? No wiecie… 2018, 2019… 2020!!? Gdzie te lata dziewięćdziesiąte? Gdzie? Rany Julek! Pamiętam panikę związaną z 2000 i potem z 2001 mniejszą, bo przecież nikt nie załapał jak te kalendarze działają. Ha ha ha!!! Majowie są na pewno zaskoczeni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pątniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Pomurszenie…

Pomurszenie występowało zawsze na onych pniach prawie niebieskawych… na onych ściętych i rosnących, pooranych bruzdami, dziwnie żebrowanych, ale i na tych gładkich prawie zawsze… Niczym ozdoba. Niczym jakaś performacja, tudzież wiecie, nadmiernie ludzka ingerencja w drzewne ciało.

Ale przecież nie był ludzki.

Więcej, tak naprawdę nawet nie zauważał ludzi, byli dla niego czymś tak bardzo przejściowym niczym dla ludzi żywotność muszki owocówki. On sam w sobie był nader długotrwały. Długotrwały i wszelako wolnomyślnący. Znaczy nie, że on retrd jakiś, czy coś… po prostu, wolał sam decydować.

Jak i co.

I po co?

Przepiękny, zawsze morski dziwnie na onych pniach. Jakby fale odciskały swoje podobizny tworząc rodziny album. Wiecie  te zimowe i te letnie i one wiosenne, i jeszcze te jesienne, najbardziej nieprzewidywalne czasami. Najbardziej zaskakujące. Zielonkawe, szmaragdowe, niebieskie, błękitne, ciemne i jasne, burzliwe, z grzywaczami białymi, lekko niebieskawymi, albo…

Te będące ino zakrzywieniem atłasu.

Niedoprasowaniem.

Może i nimi były? Może? Ale pod spojrzeniem Wiedźmy Wrony i Pana Tealighta zdawały sie zawsze być jakąś najpiękniejszą opowieścią. Filmem, kinem, do którego nie potrzebowali popcornu czy innych używek. Wiecie, czymś, co oni widzieli zawsze i z łatwością, a co dla innych…

Nie istaniało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Za kilka demonów więcej” – … przegapiłam ją? Znaczy rozumiem jak, nie było mnie kompletnie stać na książki, świat się zmieniał, ale przecież sprawdzałam Empik i odkładałam co może mnie zaintrygować i tak dalej… ale aż tak przeoczyć?

Aż tak?

Bo widzicie… nie żeby to była jakaś mega literatura, ale doprcowanie osobowości, w szczególności onych najmniejszych, dziwność kontaktów ludzkow-wampirzych, wszelkie byty magiczne, świat ten i tamten i jeszcze inny… naprawdę, to wszystko jest tak niesamowicie sklejone, że jak dostaję info o kolejnej części, to od razu wpadam w amok. Serio!!! Po prostu. Może i czasem omijam sceny, ale jednak…

Wiecie jak ten seks w fantastyce na mnie działa.

Mocno rozśmieszająco.

No ale… część piąta? Serio… o rany, czyli w mojej zaginionej biblioteczce zginęło ich dwie, udało się odzyskać 3… płacz i zgrzytanie zębów. Na pewno nie wznowią, więc co, polować? Gdzie jednak? Jak? Jak kupić pierwszą i trzecią część? Nieczytane… no jak? No ale, treść… więc oto i nasza znajoma wiedźma, jej przyjaciółka wampirzyca i przyjaciele. Ci najmniejsi są po prostu niesamowici. Po problemach z poprzedniej części to właśnie oni najbardziej ucierpieli. I ten smutek wciąż jest odczuwalny, ale przynajmniej mają swój dom. Kościół… tylko że… no właśnie, ojojoj… tak po prostu, jakoś dziwnie, wszystko znowu zaczyna się walić.

Ale tym razem całkowicie i do końca!!!

Ten cykl Harrison jest nie tylko opowieścią o magii, świecie, w którym podobnie jak u Andrews nadeszły wielkie magiczne zmiany, gdzie one byty baśniowe się ujawniły, ale przede wszystkim o przyjaźni. Wielkiej przyjaźni. I zagadkach z przeszłości i jeszcze… o tajemnicach, które jakoś tak się rodzą, same z siebie.

Kocham ten cykl.

No i wiecie, książki są mile grubiutkie!!! LOL

Przez dwa dni Wyspa żyła zaginięciem staruszka.

Nie pierwszy raz, ale jednak. By uspokoić skołatane świąteczne wasze nerwy, Benny się znalazł, poszedł na dłuższy spacer, ale… przynajmniej człek się dowiedział jak odbywają się tutaj poszukiwania napowierzchniowe. Bo wiecie, kilka lat temu, choć pomyliliśmy to z lądowaniem UFO, doświadczyliśmy tego, w jaki sposób poszukuje się ludzi, gdy wypłyną w sztorm. Gdy wiadomo właściwie, że nic z tego nie będzie, ale jednak wszystcy wstają, rzucają się i próbują.

Nad morzem wisi helikopter.

Z jednej strony gotowy wyłowić, wszyscy mają nadzieję, żywego szaleństwa, z drugiej, będąc jedną wielką żarówką pełną szperaczy świetlnych. Do tego zespół ambulansów, policja, siły takie, owagie, straż pożarna…

Na morzu łodzie i ludzie, którzy wiedzą, że mogą nie wrócić z tych poszukiwań. Bo przecież to się zdarza. Zbyt częst, iż ktoś, jeden z ratoników, już nie wraca. Tylko i wyłącznie dlaetego, że ktoś zaryzykował głupotę. Bo to jest głupota, jeśli bierzesz łódź i chcesz innym udowodnić, a przede wszystkim morzu, że przepłyniesz stąd dotąd. Chcesz walczyć z naturą. Nie jesteś samobójcą, a może jednak jesteś, ale rodzina nie zrozumiała… może ludzie wybierają i taki koniec.

Lekko nie do końca pewny?

Rosyjska, morska ruletka?

Najbardziej zawsze szkoda mi ratowników. Tych wszystkich, marznących, posiadających oczywiście wszelakie ulepszenia, ale przecież nie takie jak bogatsze porty. Miejsca… w Danii. Nie oszukujmy się. Wyspa i w tym jest biedna. I teraz nagle pojawia się pytanie, bo za każdą taką akcję oczywiście bardzo się płaci…

Znaczy reszta Wyspy płaci… więc…

Mam mieszane uczucia.

Inaczej jest z osobami starszymi, które nieupilnowane, zwyczajnie wybiorą się, wiecie, może na piwko, może na wycieczkę i się zaczyna.

Tym razem poszukiwania trwały prawie dwa dni i noc.

Pierwszego dnia były psy, ludzie, policja w ogródku, jak się okazuje, przestrzeń twoja nie ma w tym momencie znaczenia. To, że ja się posram ze strachu, bo ktoś latarką mi przejedzie przez okna, a nie wiedziałam, że będą to robić… tak, oczywiście, przecież cel wyższy, ale nasz szopki zamknięte, trudno się schować na gołym trawniku, a ja… a ja dostanę ataku. Bo tak jest. Ale cel wyższy… Może w końcu trzeba się przyznać do tego, że jest ze mną gorzej, benzodiazepina w ciągłym użyciu… wszelkiego rodzaju pomoce, jak regularność, ćwiczenia, dieta i tym podobne… nie sprawią, że stres, atak strachu, się nie pojawi.

Ale to starsza osoba, z demencją, więc…

Ale umknął im już drugi raz, więc… więc może w tym miejscu warto już wspomnieć, iż Dania nie jest miejscem dla starych ludzi. Już nie. Kiedy uważana za raj, teraz cierpi nie tylko na brak kasy, pomocy, ochotników, pielęgniarek, lekarzy, wszelako obsługi wykształconej, tudzież… po prostu z sercem podchodzącej do swojej pracy… nie oszukujmy się, to jeden z najgorszych, najtrudniejszych zawodów. Bije to tylko hospicjum, więc… dlaczego. Dlaczego ten problem nie jest rozwiązany?

Bo politycy muszą mieć kasę dla siebie.

Jak wszędzie.

A ludzie… hmmm, czasem sobie myślę, że ci wszyscy ludzie zapominają, iż się zestarzeją też. I nie wiadomo jak ich życie się potoczy. Może zostaną takim Bennym, który wygląda na zadowolonego człowieka i w ciągu tego czasu zdążył dotrzeć z Gudhjem do ścieżki prowadzącej do Dondalen.

Widać wodospad go wołał.

Smutne to wszystko, ale dobrze, że znaleźli go całego. I w dobrej formie. Ja dowiedziałam się, że teraz poszukują ludzi drony, a odgłos helikoptera wiszącego nad moim Gulehusem, Pałacem na mej własnej Szklanej Górze otoczonym różami… jest koszmarem i wymaga wspomożenia medycznego.

Nigdy nie lubiłam helikopterów, od dzieciaka…

No i psy.

Bez nich naprawdę… cześć szczekaczom kochanym!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomurszenie… została wyłączona

Pan Tealight i Pierścioneczek…

„Zwyczajny, srebrny z bursztynowym oczkiem.

Na mały palec raczej.

Na taki niespuchnięty, niegruby… skromny taki, prawie niewidoczny na drżącej, dziewiczej dłoni, albo w garści wielkiej, spracowanej i mocno zaciśniętej. Albo gdzieś w trawie zagubiony… zapomniany, albo co gorsza, wołany, ale się nieodzywający. Taki wiecie, ukochany, upragniony, darowany niegdyś, ale teraz, teraz jakoś nagle zagubiony, jakoś zamotany i mocno…

Poszukiwany.

Pierścionek.

Na palec zwyczajny, na palec niezwyczajny. Na taki z paznokciem może lekko zagiętym, może lekko nastroszonym, może i ze skórkami obgryzionymi, może i z bielą paznokcia też naruszoną zębami… może…

Widzicie, był nim.

Był tym wszystkim. Był wspomnieniem z dzieciństwa, pierwszą błyskotką kupioną na targu, o której ktoś myślał, że to metal nieważny, że to nie srebro, ino mgnienie wszelkiego żelaziwa, czy może i cyna nawet… a do tego ono oczko, jakby przyjrzeć mu się lepiej, bo maciupkie, to wiecie, nikt nie zaglądał… ono oczko skrywało wielką tajemnicę i zwój maciupki, elficki, skręcony…

… z nasionkiem, które czekało na wykiełkowanie.

Ale na razie… pierścionek, który jakoś tak zamotał się w sznurówkę Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, tak jakoś wiecie. Całkiem, jakby własny rozum miał i wszelako pragnął… jakiejś innej historii. Innej opowieści. Wszelako całkiem odmiennej pieśni i może…

… palca?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Płot poleciał…

Wiecie, niby to logiczne, wyspa, więc wiatry być muszą, szczególnie w tej porze roku, czyli jesień późniejsza i zima i wczesna może wiosna? Ale ostatnio wieje non stop. Wieje tak, że człek wychodzi i sprawdza, czy dom stoi?

Naprawdę.

I nie chodzi tylko o nowy dom i nowe dźwięki, których człek się musi nauczyć, które poznaje, które go przerażają, a z czasem pewno i spowszednieją, ale… płot sobie poleciał. Na szczęście nie daleko, jednak nie jest to coś, czego się spodziewasz po kilku miesiącach mieszkania w nowym miejscu. W onym wymarzonym domu, więc… no wszystko musi poczekać. Bo ciemność włada światem…

Może to i dlatego tutaj żywopłoty królują?

Hmmm?

Chociaż niby człek zadziwiony prawnymi elementami kradzącymi mu pewną wolność architektoniczną, to jednak, przecież nie wszystkie one są tylko ot tak, dla pokazu i unifikacji jakiejś.

W końcu wieje.

I jeszcze czasem pada… wiekuiście zwykle świeci słońce, więc wiecie, i o tym trzeba myśleć, no i na dodatek… niektórzy o tym wiedzą, inni nie wiedzą, a większość szefów i tak żyje w stolycy, a tam wiedzą tyle o Wyspie, co kot napłakał, a one łzawią, wiecie jak kamienie winem, więc… problem w tym, iż architekci często też skąpo są informowani o pewnych sprawach, więc… więc kolejne pola onych sommerhusów się u nas pojawiają, ale co do budowy, to mało i słabo idzie i plajtują.

Albo kończą skandalem, jak one domy na wodzie.

Ech, to była sprawa!!!

A miało być tak pięknie.

No nic.

Wieje i raczej wiać będzie. Miejmy nadzieję, że przestanie tymi pelikanami rzucać, bo sorry, ale ile można. Ja tam rozumiem powiewy, ale no bez przesady no. Przecież to całe nasilenie dmuchania dookoła jest aż nazbyt disturbing. Naprawdę. No i ciepło… czy ja czasem nie zapomniałam napisać o cieple.

Bo ciepło jest.

Tak nawet do 10 stopni.

I czasem nawet słonko na krótko zaświeci się. I czasem jeszcze człek wyściubia nos z domu i się zastanawia, no o co tu chodzi? Jak się czuć z tym całym ciepłem i oną wietrznością nadmierną? I wilgocią? No przecież to idealny przepis na wyklucie się jakiejś wykańczającej na amen w pacierzu, choroby. Wirusa, zarazka, takiego germsa, że świat o nim nigdy nie zapomni.

Nigdy, a nigdy…

No ale…

To już Jul przecież. Zaraz no, bo przecież napisałam sobie tekst na zapas, więc jakoś tak nie wiem. Wypadnie mi po moich i w wasze? A może i po onej Wilii wigilii i choince i piernikach, czy czym tam… i tak szczerze… to się zastanawiam, czy wciąż jeszcze ludzie tyle gotują jak niegdyś. Tak idiotycznie wiele? Czy wciąż tyle czyszczą, sprzątają, wszelako pieką i se tipsy na rzęsach robią?

No wiecie…

Czy nadal?

Bo ostatnio zderzając się z polskim humorem zaliczyłam zgona strasznego. Nic nie zrozumiałam. Nagle człek zdaje sobie sprawę, iż wszyscy żyją telewizjami i mediami… czyimś życiami, problemami wydumanymi, Instagramami. Żeby nie było, mam dwa. Jakby ktoś chciał. LOL

PS. Znowu ktoś zaginął. Ciemność rozdziera buczenie dronów… świat jest inny niż kiedyś. Już nie ludzie, nie dźwięki, już nie myślenie… Człowiek nagle zdaje sobie sprawę z tego, że pewnie go, jeśli się zestarzeje, to wiecie, zaczipują jak psa. Albo i jeszcze kolczyk jak krowie czy owcy, dowalą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierścioneczek… została wyłączona