Pan Tealight i Czerwony…

„Rany no…

Widzicie, bo eksperymentował z oną urodą międzyplanetarną i tak jakoś wyszło. Znaczy Mars w ramach poprawy na czerwono, bo to podobno wzmaga działanie preparatów i tak już mu zostało. Rany, jaka się z tego zrobiła rozróba!!! Rany!!! Cały świat oszalał. Od razu przepowiednie, od razu śmierci, od razu zdjęcia…

No dobrze, nie żeby on nie lubił wszelakiej atencji. Nie oszukujmy się. Kocha ją. Wciąż jej pragnie, wciąż o nią woła, wali z onego nieboskłonu i wie, że na pewno zostanie zauważony! Zawsze. A im większy tym lepiej. No i to jego oddziaływanie na kobiety. Wprost mityczne, legendarne i wciąż żwawo-żywe. Nie żeby one były mu jakoś za to wdzięczne, czy co, za te pływy i przepływy, za one wzdęcia i nakazy istnienia, za podglądanie, włażenie we sny i ogólne, przymusowe, niechciane nawet, kształtowanie kobiecości, no ale…

… co miały zrobić?

Przecież nie mogły mu dokopać?

Choć podobno kiedyś była jakaś, co to zrobiła. I była jakaś krowa, która serio przeskoczyła jego oczekiwania, ale poza nimi. Nie, chyba nie. Chyba się poddały. Nawet onemu zaćmieniu i tej czerwieni, dzielność czerpiąc z Marsa i nie wierząc w jego winę. Bo jak to tak, zwalać na innego? No nie, nie można tak.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości mówią” – … nie. To nie jest szczyt literackiej poezji. Ni dobrze napisane, ni słowa się do końca nie kleją. Przerwy miejscami w najbardziej spodziewanych, choć niechcianych miejscach… ale ona taka jest.

Zawsze była.

Nie oszukujmy się, ale Reichs czyta się tylko i wyłącznie dla antropologii. Bo chociaż rzeczywiście problemy sercowe, rodzinne i takie tam są intrygując złożone, to ona schematyczność, one zawsze sny, wizje, zawsze wpadki… są podane zawsze w określonym porządku. Ale antropologia… Mniam! No dobra, bardzo mniam, ale w wietrzonym prosektorium!

Tym razem sprawa jest jeszcze bardziej pokręcona, a do tego trzeba podjąć decyzje dotyczące własnego życia i nasza bohaterka zwyczajnie, po ludzku nie wie. No i pojawia się jeszcze babcia – znowu! Znaczy jej matka, ale wiecie, ta pani to ma potencjał! Jak byk musi istnieć w realu. Tego nie da się wymyśleć! Znowu są kości, tajemnice, ludzkie rozterki, wściekłość, ból i oczywiście starzy znajomi. Choć pojawia się też ktoś nader intrygujący by uwypuklić ono wiekuiste zło człowieka.

I tyle.

Dla wielbicieli.

Ja się bawiłam przednie i zauważam pewną poprawę w pisarstwie autorki, w znaczeniu tego tam, wiecie no, warsztatu. Coś ostatnio płynniej idzie!

I spacer…

Skały parzą.

Krowy meczą?

A tak, znowu spacer. Pewno że gorąc taki, że człek nie wie, którym końcem oddychać, ale jednak nie może tak żyć bez długich, kilkugodzinnych spacerów, więc… więc w końcu wynurza się ze względnie chłodnego domu i ciśnie na skały. Na skały, bo tam go jakoś dawno nie było. Choć żmije wariują, to jednak zakłada lepsze buty i dalej. Na wspinaczkę lekką, na skakanie z kamienia na kamień, w oną suchość przerażającą, w to stuprocentowe nasłonecznienie, zbyt wielką wilgotność.

W ten świat, w którym oddychanie boli…

Ale najpierw trzeba dojść do skał, a spacer w stronę latarni w Sandvig, tutaj od strony morza, to jednak milusia sprawa. Te wysokie drzewa, choć przetrzebione przez durnych ludzi, te krzaki, choć zdychające, bryza od morza, słabo wyczuwalna… i w końcu wysokie sosny i poszum znikomy i ta biel wieży na końcu ścieżki. Coś w tym jest. Ona magia docierania w końcu do sedna sprawy, ona jedyna wyczekująca ukochana, baśń, bajka, opowieść i mit, legenda i zaśpiew pradawny w jednym. W jednej onej skalistej drodze. Jednej wieży. W drzewach czekających, wpatrzonych w morze lekko pofalowane, miejscami wzburzone.

Ta droga, choć może niewymagająca, to jednak coś niesamowitego. Wiecie, takie miejsce, w którym tak łatwo można by zamieszkać i poczuć się sobą. Gdzie coś człeka ciągnie i coś jakoś wciąż jeszcze nęci. A potem, a potem te skały. I wszelakie miejsca, gdzie możesz bezpiecznie się zanurzyć, choć niegłęboko, albo od razu wybrać się do Szwecji. Bo przecież potem drepczesz dokładnie krańcem Wyspy, wprost do ruin. Mniejszych i większych. Mijając miejsca, które przecież widziały tyle zaprzeszłych, tak innych, jednostek pływających.

Mniej lub bardziej spragnionych lądu.

Te skały.

Takie miejscami beżowe, pomarańczowe, rdzawe i krystaliczne nawet. Mieszane, gładkie lub chropowate, sprzeciwiające się jakimkolwiek gładkościom. Jest w nich coś takiego, że tylko chcesz usiąść, mimo palącego słońca, mimo wszelkiego żaru i gorącości, mimo tej niemożności oddychania… usiąść i słuchać morza i wglapiać się w one niebieskości, i zielenie, wszelkie załamania, odbicia, refleksje nieba, ziemi i machającego łapami człowieka stojącego na najwyższej skale.

I krowy.

A tak.

Wiesz o tym, że tutaj są, bo mijasz ich pozostałości. Wielkie, ogromne. Niektóre posłużyły komuś za ekspresje artystyczne, a komuś za mocny poślizg i z pewnością wokalny popis a potem dużo skrobania, wycierania i tak dalej. No ale, zwykły czas i dla krów. Chociaż wciąż mnie zastanawia, gdzie są owce?

No nic, ale są krowy i stojące kamienie. I jedne i drugie na kamienistej stali plaży. Krowy między kamieniami i kamienie między krowami. Wiecie, tymi kudłatymi lekko z grzywkami i dużymi, misiowymi uszami. No przesłodkie stworzenia, ale tak umęczone, że aż żal. Wiem, że w krzakach mają schowaną wodę, ale chyba się skończyła, bo pokładły się pod pojedynczymi drzewkami i jęczą. Matki z małymi. Cudowne, ale zmęczone i oblepione muchami. Cierpiące. Ale też kurcze, ale mają widoki!!! Mocny zapach krowich ekhm, no wiecie, wzbija się w powietrze i nie ma niczego, co mogłoby to rozwiać poza idiotą z papierosem. Wybić kurna takich! Cholera jasna, susza jest od twojego peta cymbale możemy się zmienić w jebaną pochodnię pachnącą wołowiną!!! Czy ludzie naprawdę tacy są durni…

Spoko, to było pytanie retoryczne!

Czarne i brązowe plamy, lekko dyszące, szukające trawy, ale znajdujące tylko susz… piękne, ale też dobijające i jakoś… no w jaki sposób one nie niszczą tych poukładanych przez ludzi kamiennych wieżyczek? No jak? A może to jakieś alienowe wynalazki są? Może? Kto to wie? Tyle dziwów ostatnio na niebie przecież.

Człowiek się już nawet nie poci. Strasznie to dziwne, ale jakoś woda nie chce go opuszczać, jakby temperatury się wyrównały i tak miało już zostać. Strasznie to pokrętna rzecz, ale właściwie lepsza niż zalewanie się potem. Pewno że mało naturalne i niezdrowe, ale jednak, kurcze… sama chciałaś na spacer. A może chodziło tylko o to, że po spacerze postanowiłaś rzucić się w toń? Pewno i o to chodziło, ale nie przewidziałaś tego, że kurde morze takie gorące!!!

I pierwsze chełbie w nim już są.

Tak wcześnie ich jeszcze nie widziałam, a podwodne zdjęcia pokazują ich wprost mrowie. Mnogość ogromną. Miejmy tylko nadzieję, że jednak nie trafią się nam te parzące i trujące. Bo już te gryzące robaki wystarczą.

Czarne skurczybyki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czerwony… została wyłączona

Pan Tealight i Piorun…

„Nagle spadł z nieba.

Nagle i od razu został zauważony, ale tak to jest jak coś przebija miękką, obutą w kapeć króliczka stopę Pana Tealighta. No dobrze, może i ona stopa nie powinna była tam być, bo to przecież dzień gorący, więc lepiej siedzieć w domu, w grubych ścianach chłód trzymających, z czymś mrożonym w dłoni, macce, ręku, nodze, odnóżu, pałce, lasce, włosiowym plątaniu… może i ona stopa miała mieć co innego do roboty, jakieś ocienione ścieżki, które na nią czekały i takie tam…

… może…

Widzicie, ale jednak jakoś tak się wydarzyło, że Los Przeznaczeniowy postanowił by było tak, a nie inaczej i sprawił, że i króliczek i kapeć i stopa miękka, i, co ważniejsze, lub nawet i najważniejsze, cała reszta Pradawnego, oraz sam Piorun sprawiły, że zwykle milczący… zaraz, co ja piszę, no przecież on zawsze milczał właściwie i jakoś tak się porozumiewał mocniej, bardziej i ponadnaturalnie, choć dla niego jak najbardziej naturalnie, więc… No chodziło o to, że ból był cholernie bolesny. W stopniu nader gryzącym, męczącym, dołującym i tak dalej, nie do wytrzymania i wszelako ewoluujący i jako tak…

… przytwierdzał do ziemi na zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra…

To sierpień.

Hmmm, ciekawe? Jak myślicie, będzie jakiś deszcz, bo mi się raczej nie wydaje. Spoglądając na te koszmarne mapki z przesuwającym się karminem nad granicami europejskich państw, to mi się niedobrze robi. Wyjście na zewnątrz oznacza zderzenie się z grubą, dziwnie wilgotną i wciągającą, wrzącą ścianą o aromacie siuśków i starych skarpet. Nawet wieczór zwykle nie przynosi ulgi co jest takie dziwne! Bo tutaj zawsze jest jakaś bryza. Takie coś się nie zdarza. No kurde no!!!

Ale cóż.

Mamy to, więc trzeba przetrwać.

Najlepiej pod varmepumpe, która na szczęście ma też opcję chłodzenia. Może od tego zatoki napierdalają i oddychać się nie daje, no ale z drugiej strony tak też się nie daje, więc wolę zimno… i ból. Bo ten żar, ta ściana smrodku, to parzenie, dziwne niepocenie się, albo poenie i nie schnięcie. Oj nie, to nie dla mnie. Pewno że przecież heatwavy zdarzają się ciągle, więc człek nie jest jakoś zaskoczony, ale tutaj bijemy wszelkie rekordy, wyznaczamy rąbane trendy. I chyba to nie dla mnie.

Ale nic.

Przecież już prawie sierpień.

No przecież coś musi – zagląda w pogodynkowe wynurzenia – musi się coś zmienić? Jak to nic? Jak to wciąż rośnie? Porąbało was, czy coś? Przecież ja się nie przemienią w murzynka Bambo! Zaraz, że nie można powiedzieć „murzynka”? A walcie się, za stara jestem na poprawności. Jakby co, jestem też psychiczna, a pod wpływem temperatury moja psychiczność narasta, więc drżyjcie narody! Znaczy tam, zostawcie mnie w spokoju w chłodnym miejscu i pozwólcie coś robić. Bo jakoś nawet w upały nie umiem bez roboty. Sorry, taka uroda.

Albo raczej jej brak i z tego wynikająca nadaktywność.

Czerwony księżyc.

Okay.

No to był.

Nie żeby coś, ale muszę przyznać, że jak przeszedł to zrobiło mi się lepiej. Jakoś tak. Zwyczajnie. Po ludzku. Gdy już zniknął. Gdy skończyło się ono całe zaćmienie, całe to krzyczenie, cały ten zgiełk medialny, zapatrzenie, miliardy zdjęć rozmazanej, krwawej kulki… i Marsa oczywiście. Bo przecież w pewnym momencie pod krwistą kulą pojawił się równie krwisty Mars. Dziwny. Taki niewielki, a przecież sprawca wszystkiego. Ale to nie to było najdziwniejsze. Oj nie, bo w pewnym momencie przesunęło się coś więcej na nieboskłonie. Według aplikacji na telefonie była to stacja kosmiczna, ale czym było to coś, srebrzysto-niebieskie, co to przemknęło obok niej?

Co?

Nie wiem, ale tego wieczoru całe niebo było porąbane. I te dziwne jasne chmury i ten księżyc i jeszcze oczywiście medialność i ten księżyc, no i wszystkie planety dziwnie nazbyt aż tym razem widoczne. Może i był koniec świata? Wiecie kto tak naprawdę wie? Może i się stał i wkroczyliśmy w nową erę.

Jakąś tam erę?

No nic.

Jakby ktoś się zastanawiał, to oczywiście pogoda wciąż bardziej niż tropikalna. Wilgotność plus gigantyczny żar w okolicach trzydziestki. Ściana prażenia, a jak jeszcze wybierzecie się jednak masochistycznie na spacer, to może być ciężko. Naprawdę. Woda zawsze w zasięgu ręki, pamiętajcie o tym!!! Tyle sklepów pozamykali, że czasem naprawdę może być to trudne by coś zdobyć, a na rzeki nie ma co liczyć.

Bo tutaj wszystko jakoś schnie, ginie i znika.

Nie wzrasta…

Ale może to się zmieni? Dziś znowu ogłoszenie o ulewnych deszczach dla całej Danii!!!Tak, jak pewno się domyślacie w tej chwili, cała Dania nie oznacza oczywiście Wyspy. No bo przecież. No jak by to było możliwe. Wymazuje się nas z map lub przenosi w okolice Lesø dla lepszego uplasowania, więc…

Kicha!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piorun… została wyłączona

Pan Tealight i Wędrujące Czaszki…

„Było ich chyba trzy i o dziś nie wiadomo skąd się tak naprawdę wzięła. Kika osób co prawda wskazywało na winę Wiedźmy Wrony Pożartej, ale spojrzała na nich tak, że im przeszło ono obwinianie i wiecie… przestali. No więc tak w onej pełnej sytości wątpliwości oraz dziwnej obsesyjności, zaczęli szukać dalej.

No skądś musiały się wziąć.

Ale co, jeśli do kogoś należały?

Co jeśli się zagubiły, samotne się czuły i szukały drogi do domu, a GPSa nie miały ni mapy czy telefonu ratunkowego przy sobie? Żadnego przewodnika, czy pomocy od gwiazd i innych mocy. Ni magii, ni nauki ni… czegoś tam. Co jeśli chciały tylko wrócić do domu, ale może przez pogodę, ten dziwny księżyc rdzawo-czerwony, ten brak deszczu, ciszę wiatrową… jakoś nie umiały? Może bywały tutaj już wcześniej, ale nigdy ich nie przyuważono, bo w końcu to tylko trzy czaszki, całkiem niewielkie…

… dziwnie lekkie…

A może to jednak jej wina?

A może jego?

Może ktoś przywołał coś, co przemieniło się, przekształciło i pozostało w takowej postaci i za nic nie chciało wracać do siebie? Może demon? Może Nessi, może smok, goryl mutowany czy też agenci FBI po treningu amfetaminowym?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mistrz ceremonii” – … dobra. Tak, uwielbiam autorkę. Paranoicznie i pokrętnie. Po prostu to jedna z moich ulubionych ostatnio autorek, więc jak tylko coś się pojawia, to staram się to od razu złapać, a potem…

… a potem się zastanawiam, jak to z nią jest, że choć dużo pisze to pomysły wciąż ma. No i pewno czas jakiś, albo i ludzi pomocnych? Bo każda powieść jest jakaś, każda mnie zaintrygowała i każda została pożarta na posiedzenie!

Jedno!!!

No ale. Oto jest książka nienależąca do żadnego cyklu, więc łapać możecie ją spokojnie. I poznać szczególną kobietę, która zaczynając pracę w policji 30 lat temu, po swoim pierwszym aresztowaniu wróciła na miejsce zbrodni. Wróciła na pogrzeb, ale też i do całej opowieści. Bo coś chyba wciąż jeszcze nie jest rozwiązane. Coś tutaj wciąż siedzi pośród tych gór, wierzeń, laleczek glinianych…

Oj tak, ponownie autorka sięga po ten nadnaturalny smaczek. Czarownice, dziwne organizacje, ludzie zdolni zabić dla przeszłości. Wiara, nadzieja, śmierć. I do tego kiepskie tłumaczenie. Naprawdę. Albo korekta, jedno z dwóch. Ale przy tak szybkim wydawaniu to ostatnio wydawnicza norma chyba. Tak, utrudnia to czytanie, ale naprawdę warto się przemóc, bo w tej książce coś jest. Po pierwsze bohaterka, już niemłoda, doświadczona, po przejściach. Po drugie sama sprawa, która w rzeczywistości zazębia się o naszą codzienność. Bo przecież te organizacje wciąż istnieją, kolejne groby są ujawniane, więc… czy w ogóle warto z nimi walczyć?

Czy się przyłączyć?

Czy to jest zło?

Czy wiedziałam kto, co i jak szybciej?

Oczywiście, ze tak, sprawa jest w tych granicach nader oczywista, ale potem po zgooglowaniu kilku spraw, cóż… UKej jest naprawdę dziwnym miejscem. Dla mnie teraz jeszcze dziwniejszym, choć spoglądając historycznie, wcale mnie to nie zaskakuje… no chyba.

Lipiec.

Powietrze gęste, wrzące i duszne. Dzień i noc. Żadnego ochłodzenia. A wszystko jakieś takie żółtawe, jakieś takie, jakby ten tlen i azot kurna ktoś obsikał i to dość aromatycznie Duszę się. To nie jest świat, do którego przywykłam.

Wyczołguję się z domu, a tam to samo. Niby gdzieś tam błąka się jakaś bryza, ale chyba alb młoda jakowaś ona, albo zwyczajnie rabotać się jej nie chce. Bo ni chłodu ni orzeźwienia. Ni jakiegoś odstąpienia, chwili wypoczynku dla ciała, a przede wszystkim głowy. Bo myśleć się nie dale i jeszcze ona dziwna nerwowość. I w sklepach i na ulicy… przeraża mnie świat, który tak bardzo kocham. Niby wiem, że to musi się kiedyś skończyć, ale kiedy? I czy my wszyscy dotrwamy do tego czasu we względnym zdrowiu?

Nie wiem.

W temperaturze mocno ponad 30 stopni musiałam udać się do miasta. Nie, nie poprowadzę was cudowną wycieczką przez wyschniętą osadę, przez zbrązowiałe krzaki, dziwny brak kwiatów poza tymi wysadzonymi, podlewanymi, pielęgnowanymi codziennie… tak, domy wciąż pięknie połyskują, okna mają się dobrze, sklepy wyciągnęły ciuchy na wrzącą aurę i jest sporo buszujących, ale kupujących to nie, nie… raczej nie. Każdy szuka raczej jedzenia, cienia, klimatyzacji i czegoś do picia. Napoje schodzą jak w zimie ciepłe bułeczki, do tego słodycze, półeczki nieźle przetrzebione. No i jeszcze zupki koreanki. Wiecie, jak to zwykle. Co do sztuki i takich tam, to raczej nie. Wszyscy dreptają zblazowani i lekko spoceni, ale dziwnie mało śmierdliwi. Widzicie, ta pogoda od razu wysusza.

Bierze człowieka i wykręca z niego każdy gram wilgoci.

Nie ma litości. Żadnej. Jakby dbała tylko o siebie, ale przecież nie od dziś określa się naturę jako okrutną? Jednak, czy jest to prawdziwe okrucieństwo? A może krytyka nastawiania drugiego policzka, tak popularna u wielu?

Nie wiem, ale ludzie zaczynają sypiać na zewnątrz. To może mieć poważne reperkusje jeśli chodzi o tak zwane dzikie zwierzęta. No wiecie, obudzić się z jeżem w ramionach może być bolesnym zaskoczeniem. Albo siorbająca cię porannie sarna, jelonek, czy też… na przykład taki bizon z wielkim jęzorem?

Ekhm, może być intrygująco!!! LOL

Ale śliwki są.

I sarny…

Od pewnego czasu w ogródku sypia nam sarna. Mam na to dowody!!! Nie tylko żywi się moją choinką, ale też kocha ten cały mech, który u nas zdaje się kumulować jakoś wodę czy coś, bo pojawiło sie odrobinę trawy. I jakoś takoś nie dość, że zwierzynka może się posilić, to dodatkowo jeszcze jest względnie bezpieczna.

Dziczyzna jest sporym elementem wystroju zewnętrza u nas. Rodzina zajęcy, jeże, cudowne ptactwo i oczywiście one ssaki. Sarny. Niby coś zwykłego. Niby właściwie nic ciekawego, co nie? Bo kto tam sarny, czy jelonka nie widział, ale… jakoś tak lepiej się człowiekowi na duszy robi. Bo znaczy, że jeszcze tutaj są.

Że żyją.

Istnieją.

Znaczy zaraz, jak to było?

Sarna to kozioł i koza, a jeleń to byk i łania. To raczej na pewno koza, ale sporawa i z dużą głową, tymi wielkimi, ciemnymi oczami… no nie wiem. Na pierwszy rzut oka raczej sarna, ale może jednak nie. A może są dwie? Kurcze, tak trochę nie do końca rozumiem dlaczego umyka z lasu, ale z drugiej jest to aż nazbyt logiczna, jakby co może nawet wody pociągnąć z pojnika dla ptaków. Wiecie, trawka jest, meszek jest, świeżutko, cienia też dostanie, biedna choinka ledwo zipie, no ale…

Wracajmy do śliwek.

No więc śliwki są. Jeszcze nie do końca dojrzałe, coś na kształt mirabelek, żółtawe oraz takie czerwonawe, które smakują dziwnie miodowo. Tym żółtym do rozwiązania jeszcze trochę brakuje, ale kolorowe… no cóż, z nich raczej nic nie będzie, bo na gałęziach zostało tylko kilka, a ziemię zasnuwają poarszczone osobniki. Dodatkowo jakaś Turyścizna rzuciła sę na drzewka i połamała gałęzie dobierając się do owoców, no i nie skorzystała, bo kwaśne. Ale biedne drzewka, co i tak mają przesrane, przesrane mają jeszcze bardziej. Oczywiści sławetne czereśnie w tym roku były słabe, wiadomo sprawa, ale trochę coś ich było…

Jabłka?

Opadają w postaci niedorozwiniętej.

Smutne to.

Dlaczego tak bardzo zasmuca mnie ból natury? Bo ludzi mamy za dużo, a drzew za mało. Dzikości ziemi za mało. Lasów za mało. Łąk… to już nie wiem nawet, czy łąki jeszcze istnieją. Niby UK wprowadza zakaz stosowania pestycydów w przydomowych ogródkach nakazuje ludziom zapoznanie się z robalami, ale też bawi się we fracking i mamoli z GMO. I gdzie tutaj sens? No weźcie no!!!

Cholera bierze.

Nasi pewno i na to znów wpadną!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wędrujące Czaszki… została wyłączona

Pan Tealight i Burza…

„Pioruny…

Grzmoty i mgnienia świateł, które pojawiają się i znikają.

Dźwięki, które sprawiają, że niektórzy z dziką fascynacją w oczach podchodzą do okien i przyklejają się do nich, ale też i ci, którzy chowają się pod kołdry, mimo strasznych upałów, wciąż to robią. Nie bacząc na temperaturę i zaduch, zjedzoną późną kolację, fasolki i tak zwane zdrowe żarcia… nie chcą tego widzieć. Nie chcą tego słuchać. Najzwyczajniej w świecie… się boją.

Niezależnie od wieku.

Może i irracjonalnie?

Ale przecież nie mogą walczyć z tym, co narzuca im własne ciało i umysł. Nie mogą. A może i nie chcą. Bo przecież w tym lęku jest coś takiego dziecinnego, o nie pozwala dorastać, ale i boskiego zarazem, co sprawia, że natura stawiana zostaje na porządnym, istotnym, tym, którym winna, miejscu… więc może właśnie o to chodzi w tym wszystkim? Strachu przed burzą, piorunem, światłem… w tym oczekiwaniu, liczeniu, onej pewności nadciągającego dźwięku, onemu omenowi?

Nad Wyspą przepływała Wielka Burza.

Ale ni zagrzmiła, ni zaświeciła.

Ni nie zrobiła niczego innego.

Po prostu przesunęła się nad umierającymi drzewami, spragnionymi sarnami, zmęczonymi jeżami, głodnymi ptakami i ludźmi tak mocno podenerwowanymi, że nikt już nie wiedział co zrobić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Człowiek jest dziwnym, pokrętnym zwierzęciem.

Cokolwiek by o nim nie mówić, tylko zwierzęciem.

Zwierzęciem, które się poci i dyszy. No nie oszukujmy się, jest kanał. Znaczy nie no, pewno jak ktoś na wakacjach to tam mu za jedno może i chciał takich upałów, ale jak wstajesz coby poklikać w klawiszki i szukasz dziwnych znaków na skałach na północy i dowiadujesz się zniszczeniach i pożarach i tym wszystkim, to nagle… nagle uświadamiasz sobie, że bez wody nie będzie jedzenia. Że będziesz skazany na żarcie nie wiadomo skąd z nie wiadomo jaką zawartością czegoś… bo przecież Niemcy też dostają po tyłku, więc jak to będzie? Te ubite krowy okay, ale co będzie jadł trawowielbiciel? Bo boleśnie, niestety nim jestem. Wiecie, niektórym odbija na starość i nagle tego nie mogą jeść i tego nie mogą jeść i już… nic im nie smakuje.

Powinno to być zbawcze dla sylwetki.

Odkrycie!!! NIE JEST!!!

No ale… jeżeli w UKeju już zabraniają podlewania trawników to i do nas pewno to dojdzie, chociaż nie wiem, czy wiecie, ale u nas w ekologicznym podobno świecie to się plastikowe kładzie. No serio, najnowsze odkrycie, podobno czysta ekologia, bo podlewać nie trzeba, ciąć nie trzeba a zielone wciąż. Wiem, że ludzie nie myślą, ale aż tak? No przecież nikt nie podlewa trawników, nie stać nas na to!!! A już mus ten plastik na pola wszelakiej piłki używalności trzeba to kłaść. Hmm… ciekawe czy na tym mniej kolana się obciera? No nie wiem, dla mnie to nadal pomylone.

No nic, to jakbyście nie wiedzieli… gorąco.

Chyba w nocy to najbardziej dopieka. Dla mnie spanie w temperaturze na plus jest trudne. Naprawdę. Wolę hibernację. Ale gdzie tutaj pojechać żeby zdobyć jakiś chłodek? Kurcze, gdzie jest teraz zimno i niezbyt daleko? Może na Islandię? Bo mnie korci Islandia, a właśnie się dowiedziałam, że można popłynąć z Danii tam promem. I to z przystankiem na Owczych kurcze, wiecie co, chcę!!! Tylko skąd wziąć te korony? Może ktoś ma na zbyciu, to wszelkie donacje przyjmę radośnie.

LOL

Spoglądając na kolejne pogodowe, wariacyjne kompilacje, to jakoś nawet jest mi coraz cieplej. Serio. 30 stopni i więcej, nie, wychodzę z tego świata. Poproszę o lodową jaskinię, jeśli można w jakimś fajnym smaku.

Mało wybredna jestem.

Kurcze, ale tak naprawdę, to przez cały czas zaskakuje mnie ta dziwna cisza, wiecie, taka jakby brakująca jak grille i wypalarki do trawy i jeszcze oczywiście kosiarki. Nie ma ich. Nikt nie ryzykuje chyba raczej mandatu, a może po prostu wszyscy odpuścili? Sama wiem jedno, muszę przyciąć zioła, bo zdychają. A tymi patyczkami to już nawet bączki i pszczoły czy motyle się nie interesują.

Czas na jesienne cięcie latem wczesnym.

A co…

Chowaniec wkurza się na kolejki w sklepach.

No tak, teraz mamy korki i kolejki. Pewno, że to nie tak jak w wielkich miastach, ale przerzućcie się z pustek w tłum obcy i nagle wszystko jest inne. Dziwna nerwowość narasta w powietrzu, wszystko się miesza, mami, małe dzieci układają się na podłodze i naprawdę masz ochotę skopać dorosłych, ale przecież jak to zrobić w tym upale? No nie da się!!! Po pierwsze wysiłek fizyczny i pot, po drugie oni dorośli nieświeży tacy. Bo nie wiem dlaczego, ale nasze sklepy nie posiadają klimatyzacji. Wróć, może niektóre posiadają, ale ja w nich nie byłam. Dlaczego? Bo u nas upały zwykle są niezdychalne, zawsze jest jakaś bryza, a raczej… może zawsze była i już to ni wróci?

To se ne wrati… czy jak to był?

Nie przeraża was to?

Co, jeżeli tak już będzie? Północ się zapustyni? Czy jest taka możliwość? Bo z tego co pamiętam, to północ miała być zalana wodą. Helloł!!! Gdzie te topniejące lodowce? Gdzie moje „Pojutrze”?!!! Czy wszyscy się mylili? A może serio te bieguny się zmieniają, wywróci nas na drugą stronę i zostaniemy zombie? Nie wiem, ale z pewnej strony perspektywa bycia zombie, wiecie, to odchudzanie, dieta, może nie będzie źle. Ale ten zapach? Ekhm, z zapachem będę miała problem.

Wrażliwa jestem.

To może wampiry?

Jako wielbicielka starej Anne Rice – w znaczeniu, nie że ona stara, ale jej wcześniejszych książek – chyba byłabym za. Może miałabym problemy z krwią, ale znowu, jak będę chuda i młoda, to czemu nie? Noc mi styknie, słońca i tak nie lubię. Potrzebuję do zdjęć, ale przerzucę się na księżyc, albo będę chodzącym za dnia, czy jak to było… To jak myślicie? Zombie, wampiry, czy wszyscy zostajemy morświnami?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Burza… została wyłączona

Pan Tealight i Włochanki…

„Najpierw na niebie pojawiło się dziwne lśnienie.

Potem nagle rozległ się grzmot, chociaż nie atypowy, w końcu lato pełne jest wyładowań, ale jednak zaskakujący i niezwiastujący deszczu. A po tym pokazie światła i dźwięku z niebios zwiesiło się na białym, grubym sznurze, zwykłe, metalowe cynowe wiaderko i zaczęło sie zbliżać ku Wyspie

Wiaderko zbliżało się powoli.

Początkowo wcale się nie kołysało, jakby nie istniał żaden podmuch zdolny zakłócić jego podróż, albo i trzymała je bardzo pewna ręka, noga czy inna tam macka. A może po prostu wiecie, no jakoś tak bardzo ciężkie było, czy coś? Właściwie dopiero tuż nad ziemią, nad wyschniętą trawą leżącą dookoła Pana Łindmilla trochę się zakołysało, jakby zauważyło schowaną w cieniu drewnianego wiatraka Wiedźmę Wronę Pożartą. Jakby wiedziało? A może jednak…

To nie był ich pierwszy raz?

Jakby przez te wszystkie lata oni odprawiali jakieś wzajemne spotkania: wiaderko cynowe i zwyczajna wiedźma w wieku dziwnym i prastarym, w ukryciu. Ukryciu tak bardzo… ukrytym, że zwyczajnie oślepiały wszystkich. A może nikt nie chciał ich widzieć? Może tak wiele było wystawione na pokaz na tym świecie, że po prostu mieli już dosyć i kolejna dziwność wcale ich nie intrygowała?

Gdy telepocące się nagle wiaderko dotknęło umęczonej upałem ziemi, ona podeszła i zanurzyła w niego swoje dłonie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zamęt nocy” – … bo lubię. Uwielbiam ten świat. Świat, w którym magia jest czymś namacalnym. Nie tylko wampiry i wilkołaki, ale ona cudowna, mityczna magia…

Tak, oto jest cykl – co znaczy, że nie należy czytać o tego tomu, lecz początku, który wychodzi teraz w nowej odsłonie okładkowej – który ma w sobie wampiry i wilkołaki. Arroo… tak w ogóle, czy one wciąż jeszcze są popularne? Nie wiem. Dla mnie świat stworzony przez Briggs to coś więcej. To magia, to one postacie poboczne, to te drobiazgi, które niekoniecznie mają kły i cztery łapy. Tak, oto jest cykl, który czytam nie dla bohaterki i jej włochatego męża – już męża. Zaraz, wróć, ona też umie być włochata!!! LOL No więc czytam nie dla nich, a dla świata magii.

Oj świat magii jest tutaj wyczesany. Nie tylko mamy wiedźmy, nie tylko wszelakiego rodzaju stwory i byty, ale przede wszystkim mity. Bo ta autorka doskonale korzysta z krytyki i wykorzystuje ją. Tak, oto jest autor prawie święty, który przyjmuje na klatę, że zrobił byka i zasięga porad, zatrudnia pomoc (niemiecki, mitologia, badania). I z tomu na tom wciąż potrafi wciągnąć.

Olać to. Pożarłam książkę na jedno posiedzenie, chcę więcej i tak, chcę w niej więcej magii. I kowala i jego syna i… nie zdradzajmy więcej. Chcę więcej tego świata, choć tak naprawdę mogłabym wyciąć z niej tych dwoje. Hmm, czyż to nie dziwne?

U nas serio to ludzie mają problemy z przestrzeganiem prawa. I to mocne problemy, zapewne jakoś wrodzone, czy coś… może po polskich przodkach LOL? No co, pewno mają takowych, tylko się nie przyznają.

Sprawa z Gudhjem jest dość dziwna.

Facet wybudował szpetną małą szopę, bo niby może, ale nie może, więc nakazano wyburzenie. Ale prawnie może, problem w tym, że miejsce to takie, które naprawdę jest niebezpieczne dla ruchu, więc czy on serio może czy on może ma gdzieś wszystko? W to jeszcze zaplątane są prawa i umowy niewypełnione, ogólnie burdel. Niby wynajął to czarne, drewniane, podłużne coś, co jeżeli znacie port w Gudhjem wiecie, gdzie stoi, w znaczeniu budynku. Ale umowy nie dostał, więc… klucze chyba ma, po co mu więc szopa? No i jeszcze właściwie właścicielem jest onego Surf Lodge’a, który jest do wynajęcia, a jak chciał sprzedawać jedzenie, to czemu nie tam?

No ale…

… problem główny to to, i warto ono to zapamiętać, że w Danii umowę można przypieczętować na twarz, na rękę i tak dalej. Bez podpisów, więc gdy podesłano mu prawny wycinek smsem, że do iluś tam metrów kwadratowych można sobie coś postawić, to se postawił i wiecie, chciał użytkować, ale… Ale przecież nie dość, że to szpetne, nie dość, że hamuje ruch, utrudnia widoki, spokojność wszelaką i tak dalej. Na dodatek jest w środku miasta, do którego prawa mają różni, to jeszcze okazuje się, że ten co postawił nie ma stałego miejsca zamieszkania, pierun wie gdzie dochody i takie tam, więc skąd i kto mu dał prawa do tego wszystkiego?

No kto?

Widzicie, wszyscy chcą zarobić, a w takim miejscu zarobić oznacza lato. I dlatego najwięcej tych wszystkich przekrętów wyłazi w tym okresie. Jedni kopią pod innymi dołki i nagle już nie będzie picia wina w Listed, bo tam król jest tylko jeden. Ekhm, tak, taki gość od pływających diamentów i zegarków. Nie ma żadnego znaczenia, że ten król zajął się też już kilka lat temu gastronomią dobrze kumając, że przecież na loda to zawsze każdy wpadnie, a te tam błyskotki to kogo tam stać… Baczniejszy wzrok sąsiadów zakapuje czy nie robicie czegoś nie tak w swoim własnym ogródku i czy macie wszystkie pozwolenia na oddychanie. Taki trochę PRL, gdy wiedzieliście, że sąsiad sąsiadowi zawsze ZOMO.

Tutaj to normalne.

I wciąż wątpię w cokolwiek zwane „pomocną, duńską dłonią”…

Gorzej…

W różnych już obecnie częściach Wyspy, wykryto pałeczki okrężnicy, więc to chyba już jakaś tam epidemia. Pamiętajcie, że to wykrywa się po fakcie, więc polecamy baseny bardzo własne, brodziki, prysznic i tak dalej, ale jak już prysznic, to bez połyku, bo i w pitnej u nas ostatnio coś się lubi kręcić. A tu każdy przecież ciągnie prosto z kranu. Kurde, upał straszny, ale pływać nie można?

Jak żyć?

Tak, nadal gorąco, sucho i tak dalej.

A tutaj już końcówka lipca.

Bryza chłodna od morza nie istnieje, albo pojawia się od wielkiego dzwonu, przynosi ułudę i spiernicza w swoją stronę. Znajomi w Finlandii padają od gorąca, wiadomo, heatwave. A może to ten księżyc? Bo wiecie, podobno znowu mu odbija, a na dodatek ono odbicie ma teraz trwać ponad 4 godziny, więc… może zwalmy wszystko na księżyc, bo jakoś tak ciągle na siebie. Nie, już mam dość.

A i tego całego słońca też powyżej koron drzew. I pomyśleć, że kiedyś tak mnie zachwycały pustynie. Kurde, może człowiek teraz dorabia się własnej, a nawet o tym nie wie? Ech, może lepiej nie myśleć nazbyt wiele?

Może?

Wiecie co wkurza, te wszystkie memy o lecie, co to że niby w Danii zawsze pada? Ekhm, nope bitch! Co jak co, ale rzeczywiście fajniejszą niż zwykle zimę mieliśmy w tym roku, ale wciąż logicznie bardzo ciepłą. I tak dalej… i nie, zima naprawdę nie trwa tutaj osiem miesięcy, co za czub to wymyśla? A może przepisuje z tych memów angielskich i irlandzkich? Podobno u nich ciągle pada, choć jakoś chyba od 2 miesięcy też się ciepłołejwują, więc raczej pewno nie…

A wam jak leci ten heatwave?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Włochanki… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Żarów…

„Przyszła, usiadła i żarzyła…

Ale nie, że jakaś wstrętna była, czy coś.

Nie, naprawę nie.

Ona po prostu jest chyba tak bardzo smutna. Tak bardzo nienawidzi sama siebie, że jakoś tak to z niej wychodzi i tak się kończy.

Mocno.

Paląco.

Wrząco.

Przeraźliwie smutna i dobita. Jakby wiedziała, że nic już się nie wydarzy, co mogłoby ją z tego stanu wydobyć. Jakby już odpuściła. Nie było żadnego przed za i teraz się dziejącego. Żadnej toczącej się kuli historii, która miałaby ją zaprowadzić w inne miejsce, pośród inne byty. A może też i nie chciała onych innych? Może zwyczajnie chciała już tylko żarzyć i nic poza tym? A może nawet tego nie chciała, ale taką była stworzona, nie mogła, nie umiała tego powstrzymać, więc…

Z daleka była tylko wysoką, długowłosą, odzianą w powłóczystą, burą szatę kobietą. Szczupłą, wychudłą miejscami, o dziwnie białych oczach i wąskich ustach, zapadłych policzkach, skórze wiszącej to tutaj to tam. Kimś, kto po prostu już dawno odpuścił, ale dopiero teraz sobie to uświadomił. Naprawdę. Do końca. Dogłębnie i z przypisami. Z erratą i adnotacją od największych autorów.

Po prostu.

Problemem było to, gdzie usiadła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wystarczyło, że popadało przez noc i kawałek dnia, a trawnik od razu się zazielenił. Dziwnie. Nierealnie. Magicznie i jakby z bajki. Od razu pojawiły się te żółte, wysokie, niewielkie kwiatuszki i kilka margerytek. Jakby znikąd się wzięły, a może jednak tylko czekały? Wiecie, na wystarczającą ilość wilgoci.

Ciemność i szarość?

Nie wiem, ale w dziwny sposób ta cała wilgoć i szarość, tak pożądana i wymarzona, nie przyniosła Wyspie wytchnienia. Bo przez cały czas w powietrzu jebane tropiki!!! Na dodatek kąpiele stają się coraz bardziej niemożliwe i już nie tylko z powodu alg. Po raz kolejny E coli pojawia się w artykułach i człek zaczyna wątpić w ekologię. Po raz kolejny… Bo przecież nie oszukujmy się, to kupa. Ekhm, tudzież jak ładnie definicje trąbią „wydzieliny i kał”. Czyli znowu ktoś wypuszcza ścieki prosto do morza i to jeszcze tak bezczelnie w pobliżu, czy też dokładnie w, miejscach kąpieli. Ekhm, niby zwyczajna rzecz. Wiadomo, tutaj wszystko drogie i chociaż sommerhusy mają pewne przywileje, to jednak no bez przesady.

Ludzie!!!

A może od tej ciepłości, co to sobie radośnie na sucho i temperaturalnie mocno wysoko wróciła, bakteryjki postanowiły poszaleć i też się poplażować? No kto takiej pałeczce zabroni? Może i ma piwko u boku, mały leżaczek – mikroskopowo mały i parasol i parawanik…

No ale… kąpieli już mi brak, ale po ostatnich doświadczeniach chyba sobie odpuszczę. Pamiętajcie, że informacje o bakteriach, algach i tak dalej, pojawiają się dopiero, gdy do lekarza zgłoszą się chorzy ludzie, czyli po fakcie. A ilu wróciło do domu z bólem brzucha i zwaliło to na stres podróżny? Oj nie, może sobie wody napuszczę do miski w walnę się na trawniku? Zawsze jakiś holidej, co nie? Tylko że miska malutka, taka ino na stopy, no i kurcze, popływać się w niej nie da. LOL

Ale… może jednak?

No dobra.

Trzecia część lipca.

Miesiąca największego zagęszczenia Turyścizny na Wyspie, głównie w postaci rodzin z dziećmi, Duńczyków i Niemców. Niewielu Polaków, na pewno w weekendy tych, którzy załapią się na rejsy Żygolotem. Żeby nie było, pamiętajcie, że to właśnie wy macie zniżkę na fish and chips w Svaneke. Nie wiem co to za dziwna umowa, ale poczułam się znowu jak wtedy, gdy zobaczyłam zamiast naszej gazety niemieckie papierówki. Jakoś tak… ech, co ja się oszukuję. Przecież tutaj nikt nie wspiera się wzajemnie. Ni rolnicy ni artyści, ni nawet firmy. W końcu dyrektorzy wszystkiego co najważniejsze zawsze siedzą w Kopenhadze, więc…

Czy mam wrażenie, że Wyspa jest miejscem, które reszta Danii wykorzystuje? Ależ gdzież tam, nigdy w życiu. Ja to po prostu boleśnie wiem. Kocham to miejsce fanatycznie, więc mnie to boli. Już nawet nie chodzi te teksty, że „to przecież już nie Dania”, czy macosze traktowanie, ale przede wszystkim spoglądam na ludzi, którzy przybywają tutaj, powracają z obczyzny kontynentu, opiewani w gazetach i po roku wracają z podkulonym ogonem z powrotem. Sprzedając dom, który mieli remontować, wywalając plany ekologicznych gospodarstw, wielkich wizji, cudownych przemian wszelakich, komun, które miały być samowystarczalne… a tak, takie pomysły są tutaj bardzo częste. Wiecie, niby to już było, ale dla Duńczyków to zawsze szansa na odkrycie Ameryki. Lubimy to robić wielokrotnie na Wyspie.

Powroty tych urodzonych tutaj, tudzież takich, co to mają rodziny, to zawsze wielkie polityczne rozważania nad ludzką potrzebą spokoju, powrotu do natury i tak dalej. Wiadomo, każdy lubi wykorzystać innych marzenia. O tym, że ci wracający wytrzymują tutaj sezon lub dwa, a wracają nawet na… taaadaaam!!! Wyspy Owcze, czyli wiecie z deszczu pod rynnę raczej… no to już musi być wielka desperacja chyba – to już nie jest ważne. O tych powrotach nie wspominają.

Było, minęło.

Ale okładka była.

Bo w końcu w takiej naszej gazetce to jednak równoważnik onych wielkich okładek grubszych i wydawanych na lepszym papierze tabloidów. Tutaj każda wieść, to wielka wieść. Mały metraż mamy, wiecie, to łatwo nas nakarmić. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Żarów… została wyłączona

Pan Tealight i Matrioszki…

„No więc najpierw było sztormowo.

Wiecie, tak dziwnie, że tylko fale były, a wiatru na Wyspie nie, więc właściwie wszyscy byli zaskoczeni, gdy do drzwi zapukała ta malutka, bardzo mokra i ociekająca kapiąco, babuleńka w chusteczce i łamanym rosyjskim przez angielski poprosiła zebranych, i mało zainteresowanych, o pomoc.

Oczywiście, że nie rzucili się od razu w ramach powszechnego ruszenia, bo po pierwsze to mogła być ułuda, po drugie zmora całkiem tutaj nie zarejestrowana, a zresztą mogli i śnić. Dlatego nie podnieśli się, nie sfrunęli, nie odkleili… po prostu czekali. Widzicie, w takim miejscu jak Białe Domostwo szybko uczono się, że ufać to można tylko sobie a i to raczej tak pobieżnie raczej. W końcu Wiedźma Wrona Pożarta otworzyła oczy, wszystkie, i spojrzała na okoliczności i zobaczyła w końcu cały ten sztorm i to, co po nim i ślady i krople… I oczywiście był w tym wszystkim jeszcze wrak skrzypiący, krzyczący, który został onym sztormem znikąd poruszony i zagubione duszyczki, które znowu chciały być jednością.

Ale najpierw była ona…

Matrioszka do rozwiązania. A to jej się wcale a wcale nie podobało. Jakoś naprawdę nie. Widzicie, jako idealna metafora matki i rodziny, matrioszki nie leżały jej w kontekście jakiejkolwiek uczciwości.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ocalałe” – … znowu. No dobra, znowu wiedziałam, ale i tak czytało mi się tę powieść naprawdę nieźle. Tym bardziej, że pokręcona mocno, a i sama tematyka dość intrygująca. Często nieporuszana.

Co po…

Co z tymi, którzy ucierpieli, a potem przetrwali i starają się żyć. Czy to na nich wpłynęło? Zmieniło ich? A może jednak nie powinni byli przeżyć?

Powieść to naprawdę mocna historia z gatunku tych „po”. Po przejściach. Po krwi, bólu, o zaleczonych ranach, o radzeniu sobie z codziennością, o wygranych. A może tylko o tych, którzy przetrwali? Bo przecież one wcale nie zostały ocalone. One same się ocaliły. Tylko… czy zdołają zrobić to raz jeszcze jeśli zajdzie taka potrzeba?

Zacznę od tego, że „Final girls”, to na pewno tytuł, który po angielsku poruszyłby mnie mocniej. Polski jednak jakoś miesza, ale to prawa języka. Jednak całe tłumaczenie przez większość czasu sugeruje, że nasza bohaterka w rzeczywistości była ocalałą w znaczeniu tej pozostawionej przez mordercę, a to… porusza w nas coś, co od razu wyjaśnia całą fabułę. Niestety fabuła, choć poruszająca i intrygująca, trochę zalatuje naiwnością. No serio, kto z was zaprosiłby do domu nieznajomą, dziwną dziewczynę? Ktoś z syndromem samo destrukcji czy jednak wariatka? A może ktoś, kto pragnie bólu, lub zaawania go innym? A może w tej powieści nie istnieje tylko jedno dno?

Może jest ich więcej?

Bo przecież to przeszłość nas kreuje, więc z łatwością możemy być tylko kłamstwem odzianym w ułudę…

Warto zajrzeć.

Po pierwsze uważajcie na morze…

Znowu ratownik ratował tych, którzy winny byli być pod opieką rodziców. Ale przecież dzieci się nie wychowuje, co nie?

Po drugie, uważajcie na gąsienice.

Milusie i włochate, w rzeczywistości są groźne nie tylko dla ludzi, ale i dla zwierząt, więc pas pa siebie! Naprawdę.

A po trzecie… znowu morze.

To chyba jednak już czas by odpuścić kąpiele. Po ostatniej omal nie zeszłam, więc z własnego doświadczenia powiem, byście uważali. I to wcale nie musiały zakwitnąć nasze plaże i nasza część morza, ale ponieważ było trochę faliście, możliwe iż przyniosoło ten cały szajs ze Szwecji lub tak zwanej Danii. Wiecie, te kraj, co to podobno Wyspa jest jego częścią, ale się ją pomija i takie tam…

Naprawdę dochodzę do wniosku, że coś nie jest tak.

Rano popadało.

Chwilkę i zaraz pojawiła się temperatura, która sprawiła, że wszystko zamiast się napoić, to spaliło liście roślin. Coś jest nie tak z tym deszczem, słońcem i w ogóle powietrzem. A mówimy o tak idyllicznym miejscu, czyż nie? Ptaki są strasznie niespokojne, w lesie wydają dźwięki dziwnie niepasujące do tej akurat pogody i czasu, ale… nie wiem co o tym myśleć. Wszystkim doskwiera pragnienie. Tak lub inaczej…

Wysychamy…

Ogólnie mówiąc cała Dania objęta jest najwyższym stopniem zagrożenia pożarowego. Czy będzie klęska żywiołowa? Już jest, ale wszyscy tak przyzwyczajeni do tego, że jedzenie przychodzi do sklepu jakoś o tym nie myślą. Za to większość boli zagrożenie praw i swobód obywatelskich w związku z korzystaniem z ognia. Ech ludziska, no trochę pomyślunku, a potem posadźmy więcj drzew. No naprawdę. Porównajcie jak się czujecie pod drzewami, jak tam ziemia wygląda a jak wygląda w miejscu, gdzie je usunęliście dla widoku. Proste. Dodaje się jeden do jednego i opuszcza swoje dziwactwa. Warto. To wszystko w końcu rąbana kulka. My. Ziemia. Świat. Wiecie, zakręca i wraca i leci dalej…

Padnie na każdego.

Lepiej pod drzewkiem.

No nic, to trzeba przetrwać jak kolejki w sklepach, problemy z parkowaniem większości świata i to ich całe wkurzenie, że wszystkiego tutaj nie dostaną. No i moje własne niezrozumienie, dlaczego buda z hotdogami spod głównego sklepu zniknęła? Serio nie było chętnych? Jakoś po prostu w to nie wierzę.

Jaja…

Oto jest i nowa rozrywka w naszej stolicy. A co, jak się bawią, to a całego. Kiedyś odkręcali kółka, a teraz, ekhm… Wiecie, jest ciepło, więc ludzie mają otwarte okna. Wiadomo, AC nie jest czymś zwyczajnym, większości zresztą nie stać na taki wydatek prądowy, więc korzystają z chłodniejszych nocy. No dobra, może nie chłodniejszych, ale jednak trochę bardziej powiewowych? Bo nie wietrznych… a tutaj ktoś postanowił wrzucać przez one otwory tlenowego życia… jaja. Chyba raczej niegotowane. Chyba raczej na pewno surowe i tak dalej. Wiecie, mam nadzieję, że chociaż świeże?

Tak się tutaj bawimy.

Rany julek, współczuję sprzątania.

A tak w ogóle…

… padało w nocy, popadało też w dzień. Dziwne to wszystko, serio. Taki deszcz. I parna aura. Gorąco i pada. Kurna, Amazonia jakaś, czy coś? Koło grenlandzkiej wioski przepływa iceberg a u nas to? Ech tam. No ale… najważniejsze, że pada. W końcu o to chodziło, więc czemu czuję się tak dziwnie? Tak jakoś nienormalnie? No serio? Nie wiem, ale jednak coś jest nie tak.

Choć może tylko zwyczajnie człek się oduczył deszczu i szarości?

Tęsknił, ale nie wiedział za czym?

No nic to.

Pada i to najważniejsze. Miejmy nadzieję, że, no wiecie, wsiąknie ładnie, nie zmyje i czemuś tam jeszcze pomoże. Bo temu co już umarło, to raczej nie. Ale to, co jeszcze życia się trzyma może się jednak napije? Chociaż. Czy to dobry deszcz? A może niedobry i wcale nie będzie nam lepiej? No nie wiem. Nie wiem. Ale najważniejsze, że przez te kilkanaście godzin było wilgotno. Liczy się!!! Niech pada dalej. Się namoczy wszystko i znowu będzie jakoś tak, no wiecie, zwyczajnie i letnio.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matrioszki… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Bitwa…

„Dwa ciastka, czterech chętnych.

Dwa bananowe, dwa truskawkowe.

To pierwsze z czekoladową polewką. Mięciutki i aromatyczne. Chyba z jakąś niewielką domieszką czekolady białej i migdałów, ale tylko lekko wyczuwalną, nieprzytłaczającą bananów, które tutaj smakują i pachną… Właściwie, to coś na kształt maleńkiej tarty. Z wyższymi boczkami lekko podpieczonymi, ale nie spalonymi. Złotymi, cudownymi, niesamowicie kruchymi, które rozpływają się w ustach, którym nie można się oprzeć, które zlizuje się z talerza, brody… nawet z sąsiada, jak się zdarzy, że ciasteczko nazbytnio się rozpuknie. Pewno, że sąsiad może mieć opory, choć pewno nie ma, co bardziej przeraża, ale jednak…

Te drugie ciasteczko jest pokryte białą, puszystą pierzynką cukru pudru i perełkami lukieru. Właściwie można się nie domyślać czym jest nadziana ona płaskawa bułeczka czy też pączek w srebrzystym papierku z koronkowym wycięciem, ale przecież zapachu truskawek nie dało się pierzynką słodkości zakryć.

Oj nie… pachniało… Świeże ciasto, słodki wypiek. Grzeszna przyjemność, choć kurde, no dlaczego niby grzeszna. I cała gromada harpii, mend i potworów pragnąca ich całych tylko dla siebie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Słońce…

Boli.

Ale przecież nie da się tak nie spacerować. Wiecie, siedzieć tylko w domu i gnić tam, czy raczej suszyć się na rąbanego mumiowca czy inne tam prażynki. Po prostu się nie da, a morze coraz bardziej zdaje się pokrywać oną kwitnącą maziają. Ale jednak musisz wyleźć, bo nie da się. Możesz siedzieć na tarasie, ale jednak to za mało. Potrzeba ruchu, spotkanego wiatru, może i tych skał, a może…

Ale to chodzenie boli.

Dookoła umierają drzewa. Trawy już dawno odeszły w suchy niebyt. Można dotknąć te, które zdają się jeszcze stać, a one się rozsypują ci w dłoniach. Spora część jarzębin już zdaje się być dojrzała, a reszta raczej nie wyda owoców. Brązowe liście migoczą w mocnym, palącym słońcu. Właściwie nie ma przed nim schronienia. Niby można nastawić zimno na 19 stopni, ale jednak… to nie to samo. Sztuczne dmuchanie, mimo przeczyszczonych wentylów, jakoś tak męczy i oczywiście powoduje wszelkiej maści schorzenia dróg oddechowych, więc… od wielu miesięcy brzmię jak pomieszanie astmatyka ze starą pijaczką.

I nie ma widoków na deszcz.

Niby coś tam ma być w środę, wiecie tak niby na niby, ale chyba już nikt nie wierzy. Sorry, zbyt wiele obiecano. Zbyt wiele już wycięto i wybito. Wymierające dzikie róże są tak… zaskakujące. Bo przecież one powinny być tak odporne. Tak wieczne. Tak niezniszczalne! Powinny, prawda?

A jednak nie są.

Nie były.

Wszystkie zakazy zostały przedłużone o kolejne kilka tygodni. Coś jak miesiąc. Czyli żadnych ognisk, grilli, odwołano Ildnat, żadnych pokazów sztucznych ogni, żadnych dziwactw z ogniem i tylko biedni Polacy dziwnie niedoinformowani. Nie no, od razu zgasili ognisko, ale policja zdążyła, a to oznacza mandat co najmniej pięć tysięcy, nie mniej. Co mnie zaskakuje, to to, że mieszkali w domu Polaka, który mieszka tu na stałe, i który powienien wiedzieć, więc… kto zawinił tak naprawdę? Przecież susza się nie chowa, widać ją i czuć, zwalamy na zdrowy rozsądek?

Znowu?

A dokładniej jego brak?

Człowiek zaczyna się bać.

Dodatkowo te wszelakie bakterie w żarciu, którym niestety się karmię, czyli zieleninie… kurna, co będziemy jeść? Co będziemy pić? Do jakich zatruć wód dojdzie? Pewno, granit z czasem wsio wyczyści, ale czy my mamy czas?

Ważne!

Nie wolno kąpać się w stawach i jeziorach oraz wszelakich innych, wiecie nieruchomych, wodnych oczkach. Dlaczego? Nie, to żaden tam wymysł, czy inne dyrdymały, to robaczki! I tym razem takie mocno egzotyczne. Serio! Cała historia brzmi raczej jak ryba w penisie, Amazonia i takie klimaty, ale… one robaczki wgryzają się w was i włażą po skórę, i dobrze się tam czują, więc, uważajcie. Poza tym morze, mimo fal działających przez dni kilka dziś było pokryte nie tylko zakwitem algowym ze Szwecji chyba, ale też i dziwnym, tłustawym brudem. Pomijam już fakt nadmiaru wszelakich, śmierdzących łódek, motorówek i innych tam takich. Nie kajaków, bo wiadomo, te działają na człowieka. Nie zwykłych żaglówek i wszelakich napędzanych ludzką siłą czy wiatrem cud się unoszących…

Ale te silnikowe, chyba przeciekają.

No, ważniejsze, że motorowcy wynieśli się do Szwecji. Były oczywicie problemy ze związaniem tego wszystkiego i załadowaniem na prom, no ale, chyba sobie poradzili. Może żadne maszyny nie uierpiały, a Szwedzi mają jednak więcej tego świata na ich smrodki i hałasy. Chociaż łosiom nie zazdroszczę. Kiedyś zawsze się rozpływałam na widok tych maszyn, wciąż są dla mnie śliczne póki nie zaczną hałasować. Bo to miejsce, ta Wyspa, naprawdę nie nadaje się na takie hałasy i aromaty. Naprawdę… co złego w miejscu, które może być tylko ekologią, spokojem i ciszą, czystością, morskimi zabawami, spacerami, rowerami, bieganiem, wszelaką odnową i sztuką? No serio? Co w tym złego? Przecież tak wiele ludzi tego pragnie? Widzicie te wszelakie dziwne memy i teksty w stylu: to domek, do którego chcę się przenieść bez WIFI!

Czy wszyscy tak naprawdę kłamią? Serio?

W internecie?

Czy rąbany peace and quiet jest tak bardzo drastyczny i dla nikogo niezrozumiały? Naprawdę? Czy ucieczka do lasu oznacza samotność, problemy emocjonalne i jeśli nie określisz się jako Szymon Słupnik, zaraz przyjdą cię ratować? Serio? Niektórzy lubią ciszę, samotność, spokój i wszelakie bezpieczeństwo związane z tymi czterema ścianami lub naturą?

A może to tylko ja?

Ale przecież dlatego się przeniosłam na Wyspę!!!

PS. A tak w ogóle. Mimo tych wszystkich promów z Polski, Polskich aut mniej… dziwne. Czy dopiero przybędą później, po zniżkach, czy jak dziwne panie w sklepie wyśmieją ceny? Naprawdę nasze ceny nie są tak mocno wyższe jak wasze nad Bałtykiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Bitwa… została wyłączona

Pan Tealight i Przerwa…

„Potrzebowali jej.

Wiecie, onej przerwy, odskoczni, wszelakiej lubości nicnierobienia i wielkiej niewiadomej w tym zatopieniu się w samym sobie i tak dalej… ale mieli problem. A dokładniej całą litanię problemów, z którymi nie mogli sobie poradzić. Oj nie. Wyglądało na to, że i w tym sezonie nic z tego nie będzie…

Bo tak w ogóle, to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki miała zbyt wiele uzależnień i wcale, ale to wcale wcale nie umiała skonstruować definicji tej całej Przerwy. Czy miała leżeć i pachnieć – no przecież cholery by dostała na samą myśl i wizję onej czynności. Albo te tam hotele, smażenia na plażach i knajpowania? Nie no nie, po pierwsze wszędzie ludzie i tak dalej, a po drugie ona ma skomplikowaną dietę i lubi się jej trzymać. Wszelkie odstępstwa nie są mile widziane.

Szczególnie żołądkowo!!!

No i jak już, to przecież po pierwsze i tak będzie pisać, wymyślać, tworzyć, zajmować się, klikać i zdjęciować, a po drugie… nie toleruje gorących krajów. Mają tam dziwne jedzenia, ludzi, którzy leżą przy basenach i uwielbiają się moczyć w tej samej wodzie blisko siebie, a po drugie, za ciepło. A i po trzecie, to jeszcze te wszelke serdeczności tych, co chcą coś sprzedać zamiast kupić coś od niej!

Nie…

Przerwa musiała zostać jakoś określona, ustanowiona i należało większość z osobników Sklepiku z Niepotrzebnymi znokautować, związać, i mocno mniej lub bardziej, no wiecie, poddać ich subtelnej i zaskakującej sedacji!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kobieta w oknie” – … dobra. Znowu. Baba w oknie. Kto w ogóle pamięta ten film z facetem w oknie? Jeśli tak, to pewno jesteście wiecie, w moim wieku, ale jeśli nie, to na bank był remake!

No ale… siedzi se baba w oknie.

I gada z rodziną, która wybyła i ją zostawiła, co sensu nie ma, więc już wiecie jak się ta sprawa zakończy i tracicie zainteresowanie. Niestety. Sorry, oto kolejna powieść, w której znacie zakończenie, ale… Ha! Ta powieść jednak jest intrygująca. Bo choć domyślacie się większości, to pewne elementy mogą was zafascynować, pewne zaskoczyć, a zakończenie, no cóż, sami sprawdźcie.

Tak, oto kolejny schemat opowieści obserwatorki.

Oczywiście takiej, której nikt nigdy nie uwierzy i tak dalej. Obdarzonej własną przeszłością i niepewną codziennością oraz skąpaną przyszłością. Oto historia kobiety odrzuconej, ale też znajdującej przyjaźń, choć może nie do końca? Tak naprawdę pamiętajcie jedno: niczego nie możecie być tutaj pewnymi. Kompletnie niczego. Wasze domysły mogą być prawdziwe, ale nie muszą. Gorzej, mogą zwieść was na manowce, albo co gorsza, dać zbyt pokrętną nadzieję.

Tak naprawdę to dobrze napisana powieść. Choć wiecie, jednak wciąż możecie cieszyć się słowami, bohaterami, onym bogactwem tego świata, które przecież jest z jednej strony tak niewielkie, a z drugiej… ale to już sami możecie sprawdzić.

Motory, deszcze i trawy…

No więc… zawsze lipiec to czas jednośladów. Głośnych, śmierdzących i bardzo niebezpiecznych. Pewno że wyglądają świetnie zaparkowane, ale ten hałas, ta dziwna brutalność na drogach… nie, to wszystko to dla mnie zbyt wiele. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przyjechaliśmy na Wyspę w lipcu. Pod namiot, w znane miejsce. To był horror. Przez cały czas miałam wrażenie, że któryś z tych zaparkowanych dookoła bestii w końcu się zwali na oną lichą ścianę mego tymczasowego domku.

W tym roku jest jakiś wielki zjazd i ma ich się zwalić prawie półtora tysiąca. Serio? Na tak niewielką Wyspę? Przy takiej suszy, ogólnym kryzysie, oni jeszcze będą dymić? Naprawdę? Wiem, że planowano to wcześniej, ale… może ktoś powinien to przemyśleć? Ale pewno nie. Bo przecież. Te odgłosy przypominają mi niemieckie motory z II wojny światowej. Koszmarny odgłos, dudniący, rozrywający mnie jakoś od środka. Nie wiem, ale potrzebujemy ciszy i spokoju. Nawet jeżeli tylko w ciszy opłakiwać będziemy kolejne drzewa. Brzoza u sąsiada zdycha. Jest nie pierwszej młodości, w otoczeniu dość zielonym, a jednak… umiera. Liście brązowieją, zwijają się, wszystko w niej oklapuje. Malwy są niziutkie albo nie ma ich wcale, a wiecie, przez kilka dni było pochmurno, a nawet wczoraj trochę popadało…

… dobra, to było tylko kilka kropli, ale jednak, powinno się liczyć a mam wrażenie, że te krople zrobiły więcej gorszego niż dobrego. Rośliny zdają się poparzone a wczorajsze upały wydymiły całą wilgoć, jeżeli jakaś w ogóle była.

Spoglądanie co rano na oną słomianą trawę, która przecież zawsze, nawet w największe upały jest zielona, to jakieś kuriozum. Coś, co nie powinno się dziać. Coś, co przecież tutaj nie istnieje. Coś… Uświadamiam sobie, że tego lata nie słychać kosiarek do trawy, bo po co. Przecież jej nie ma.

Nie czuć grilli, bo przecież nie wolno.

Ale żyć trzeba.

Oddychać trzeba.

Morze powoli zaczyna, może nie tyle kwitnąć, ale raczej przynosi wszelaką algowość skąd inąd. Czyli co? Zakwitnie, czy nie? Bo przecież wciąż woda jest raczej chłodna. A nawet, no wiecie, ekhm, zimna. Może więc nie zakwitnie?

Może człek se popływa…

No zobaczymy. Bo przecież niczego nie można tutaj być pewnym. Poza tym, że trzeba się modlić za deszcz. Tańczyć na deszcz i wszelako wiecie, składać te ofiary i inne tam, więc bezczelnie poszukuję dziewicy. A co.

Trzeba ratować swój świat.

Oczywiście, że sezon kwitnie. Ludzi cała masa. Jak zwykle lipiec upływa nam pod znakiem rodzin z dziećmi, ludzi nieumiejących parkować i takich tam. Jest dość głośno, ale niezbyt przerażająco. Zdaje się, że miejscowym już dawno susza sfafuliła psyche. Jeśli chodzi o Turyściznę, to raczej działa to na nich powoli. Wiecie, oni raczej chcieli słonka, co nie? No i je mają. A że pali i boli, może oni przyzwyczajeni? Nie wiem. Może niektórzy po prostu chcą wykorzystać wszystko na maksa?

W końcu zapłacili, co nie?

Ze zmian w ogrodzie – podlewanym – podlewanie nie wystarcza.

Oj nie.

Ziemia zaczyna pleśnieć, ale mrówki już uleciały do nieba. Niczym one pokrętne, malutkie, mocno skrzydlate i zgrabne, aniołki. Nagle spod szałwiowej, poszarpanej ziemi zaczynają wzbijać się w przestworza zachodzącego słońca całe roje skrzydlatych mrówek. Ale no po prostu masa. Najpierw może powoli, w jakimś tanecznym nawet układzie, jakby chciały to z pompą rozpocząć, a potem już samowolka, hulaj dusza, piekła nie ma. Tylko mrówcze niebo, tylko lot!

W końcu koniec z życiem pod ziemią!!!

Pa pa mrówki. Nie będziemy tęsknić. Tym bardziej, że dziś w nocy jedna zaczęła traktować mnie bardzo konsumpcyjnie. I wcale mi się to nie spodobało!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przerwa… została wyłączona

Pan Tealight i Kaszaloty…

„Przypłynęły…

Nie robiły tego od wieków, a przynajmniej od czasu jak to Pan Tealight pamiętał, czy raczej, jak to sobie gdzieś tam zapomniał. Po prostu zwyczajnie raczej kompletnie nie mógł sobie przypomnieć onego dnia czy nocy, czasu, w którym taka ich gromada – każdego w kształcie coś między wielorybem a manatem – pojawiła się w okolicach Wyspy. Taka wielka, gigantyczna grupa.

Głodna grupa ze specyficznymi wymaganiami żywieniowymi.

Bo widzicie, by pojawiły się Kaszaloty, osobniki uskrzydlone w poezję śpiewaną, ale wyłącznie zdobioną ogólnie zwanymi „brzydkimi słowami”, morze musiało być zimne, powietrze ciepłe, a w menu Ludziny winna była przeważać specyficzna mieszanka pokręconych dań. I jakoś tak widać, no tym razem załapało. Zaklikało i ogólnie mówiąc, w końcu mogły się posilić…

Ale by mogły się posilić ofiarą, ona winna była najpierw wysłuchać onych rymujących się sprośności – Kaszaloty nie uznawał białych wierszowań – a z tym było trudno. Bo widzicie, choć nikt nie wiedział co tak grało w tej diecie, że Ludzina taka smakowa akurat w tym sezonie była, to wszyscy z Białego Domostwa z dziką fascynacją obserwowali one zwierzątka, piejące, treląc i rymujące, a potem dziwnie zaskoczone tymi pudełkami w rękach osobników zwanych pożywieniem. Całkowicie niezaskoczonych, niezainteresowanych i ogólnie mówiąc „wdupietomających”,

Tak… dieta dietą, ale świat się zmienił.

Może i mocniej niż wszyscy myśleli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mewy.

Co roku wraca problem mewowy. Nie wiem dlaczego, nie umiem tego zrozumieć i serii chyba już nawet nie próbuję. Nie zauważyłam zwiększenia populacji ptasiej w żadnym wymiarze. Wprost przeciwnie. Mniejszych ptaków jest mniej, a większe raczej też dziwni bardziej sporadyczne. Ale pewno, jeżeli jecie w miejscu bliskim wody, tudzież włazicie na skały jak mewy gniazdują, możecie się spotkać z agresywnością ptasią.

I to jest normalne!!!

Prawda jest taka, że ludzie sami karmią ptaki. Przyznaję się do winy. Nie oszukujmy się, mewy i wróble, wrony i wszelkie corviksy po prostu jedzą to, co ludzie. Proste. Nic nowego. Dodatkowo ludziom to się podoba, więc… no i restauracje nie sprzątają od razu, więc mewy mają ułatwioną wyżerkę. A jak już dzieciak sam podstawia loda, to co się dziwić, że mewa sobie go zabierze. no sorry, sam daje.

A rodzice, to gdzie?

Bynajmniej… mewy to część morza. Krzyczą i warczą, ale są niesamowite. Warto na nie popatrzeć, warto je poznać i zrozumieć dlaczego w wielu morskich legendach są tymi co noszą dusze rybaków. A tak, nie tylko albatrosy takie mają moce. I sorry, ale czy Wyspa nie miała być i bright and green?

No?

Komplikuje wszystko oczywiście susza. Zwierzaki są głodne i spragnione. Zmęczone i wkurwione na tę jebaną żarząc się na niebie kulkę. I ludzi zwiększoną ilość. Logiczne. normalne i łatwo wytłumaczalne, a jednak… a jednak wciąż ludzie się dziwią. A jenak wciąż dziwacznie reagują. Zamiast popodziwiać czy ptaki czy gady czy płazy… to marudzą. Nosz kurde no. Może i liście nazbytni cień wam dają, co? Obudźcie się, bo serio to wszystko nie jest już nawet zabawne.

Zresztą głupota nigdy nie była zabawna.

Nigdy!!!

Czyżby ludzie już w ogóle nie tolerowali natury?

Może i tak jest?

No serio, who cares? Każdy łyka co piszą czy mówią gadające głowy i nie myśli, bo po co. Nie spogląda na wszystko z wielu stron. Ech! I niestety nie zależy to od kraju. Nie ma już lepszych czy gorszych. A może nigdy nie było? Może jednak to ta teoria trawy po drugiej stronie płota? No nie wiem…

Na razie wszyscy czekają na deszcz.

I to tak naprawdę.

Dodatkowo pogodynka obiecuje, że tym razem już na pewno, serio, na sto procent i haczyk. Ech… chyba nie wiem czy wierzę. Chyba nawet wierzę, że nie wierzę, no ale ja to ten Tomasz wiecie niewierny. Może jednak w końcu spadnie? Podobno musi popadać tak z cztery dni minimum żeby nas trochę odratowało. Jakoś tego nie widzę. Zakład, że wtedy od razu podniosą się głosy, że wakacje i ogólnie wszelkie buby z tym deszczem? No przecież. No przecież zawsze tak jest! Na razie z dobrych wieści, to będzie dalsza rekonstrukcja Hammershusa, bo kasę przyznano. Fajnie. Mam tylko nadzieję na to, że jednak nie pójdzie to na pierdoły w stylu knajpy na onym centrum widokowym. Bo co jak co, ale Polacy fajne cegiełki wypalali, więc mogą to robić dalej. Nie moja epoka w końcu. LOL

Jeśli chodzi o całą resztę, to mimo wszelkich zapowiedzi i kilku chmurek, wciąż cała Dania cierpi słonecznie i bezwodnie. Oczywiście niektórych to cieszy, tych myślących przeraża, ale co tam, pomyślmy o Angolach, dla których taki heatwave to mocny koszmar zarazem cielesny jak i kulturalny. W końcu oni tacy przyzwyczajeni do deszczów i chmurek, a tutaj niebieskie niebo, słonko i takie tam zwyczajności letnie.

To musi boleć.

… więc może nie jest tak źle? Nie no, jest źle… wdrażamy te deszczowe pląsy, dalej, wszyscy biorą udział!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaszaloty… została wyłączona