Pan Tealight i Koligacje Wiedźm…

„Chodziło o to, że zachodziły.

Widzicie, są sprawy na tym świecie, na które nawet astronomowie nie chcą spoglądać, więc… może i nie jest to coś, co powinniśmy poruszać, ale jednak… prowadząc badania nad obiektem z Wyspy muszę przyznać, że coś w tym jest. Jakieś podobieństwo, jakaś dziwność, jakieś tam załamania przestrzeni…

Ale ta uważa, że jest jedyna i do innych niepodobna, jakby nie tyko tak sądziła, wierzyła, ale wiedziała. Jakby jej wyjątkowość była tak złowieszczo absolutna, iż omiatała całą codzienność miejsc, w których się znajdowała. Przenosiła się z nią, automatycznie zmieniając wszystko to, co niewidzialne i dziwnie nienamacalne, a jednak świadome i wiadome, chociaż…

… czy cokolwiek w jej przypadku mogło takim być?

Może to właśnie o to chodizło, że nie dawało się jej zidentyfikować do końca? Zdefiniować? A jeżeli o koligacje chodziło… cóż, od zawsze miała problemy przecież z rodzinnością. A może to ona rodzinność miała problemy z nią? Gdyż jeżeli dopuścimy do głosu te myśli, które ulatują najwyżej, one najlżejsze, nieobciążane głupotą współczesności, wszystko było… zwyczajne i dość normalne.

Dla niej.

W niej.

wpis w Dzienniku Pana T. numer 23/2019

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Są lody!!!

I dziwna pogoda.

Jedna połowa Wyspy dobiega 17 stopni, a druga ino 10. I świat się kręci. Sucho jak nie wiem co, trzeba podlewać wiosnę, co jest dość dziwne, szczególnie tutaj choć, jakby spojrzeć na rok poprzedni, to przecież tak się to wszystko zaczęło. Tylko wtedy mieliśmy jeszcze te zwały śniegu, które pomagały, a teraz… nie padało od wielu tygodni, wieje właściwie ciągle, w powietrzu pył, ziemia się przemieszcza, rzeki nam ponownie pustoszeją.

Czy to powtórka z 2018?

Nie chcę tak.

Kurde, jeśli tak, to mamy już przesrane. Krokusy wyszły i zniknęły dziwnie nagle, szybko, jakby nie czuły się na miejscu, czy co? Przebiśniegi i im podobne też nie pobyły dlugo, za to hiacyntom się podoba. Hmmm, intrygujące jak to każdemu nie dogodzisz w jednym czasie. Takie to metaforyczne. Zawilce? Chyba wyłażą, znalazłam jedną przylaszczkę!!! I tyle. Jak na razie marnie i nie będzie lepiej, jeśli nie będzie wody z nieba, a jakoś naprawdę się nie zanosi.

Jeśli chodzi o życie miejskie, to poza nowymi smakami i kierownictwem najslynniejszej lodziarni na Wyspie, czyli naszej w Gudhjem, w porcie oczywiście, to często w stolicy głośno. Komuś zginął kot, czy dwa, widać memo nie dotarło, że zwierzakiem trza się zajmować i nie zostawiać otwartych drzwi, ale co tam… W stolicy głośno, bo muzyka na cały regulator, wiecie, pewno wiosnę przywołują, czy co. Zachody słońca się zdarzają piękne, wschody już rzadziej, ale też. Dni zwykle słoneczne, ale z zimnym, północnym wciąż wiatrem. Bardzo intrygująca pogoda, ale dziwny brak tej krystalicznej, perfekcyjnej widoczności w powietrzu. I to mnie naprawdę bardzo zaskakuje, bo do tego przywykłam. Jakoś tak za tym tęsknię.

A… no i kupa na polach już jest, więc eau de Wyspa is on!!!

Żebyście nie poczuli się zaskoczeni…

Ale wróćmy do lodziarni.

Bo widzicie, jest do czego.

Osoba, która prowadziła to od czwartego roku życia, która kilka lat temu jakby ustąpiła z tronu, ale wciąż jakoś była właścicielem, w końcu całkowicie oddała stery w inne ręce. Czy lepsze czy gorsze, czas pokaże. Na razie wiadomo jedno. Lody są. Są takie same, są i lepsze, bo kulkowe, sławne Gammeldags mają genialny rabarbarowy smak, który po prostu mnie skradł, bo smakuje jak jedna z moich ukochanych…

… szwedzkich świeczek Klinty!

Znaczy, nie że woskiem jedzie… ale wiecie, to tak jakbyście jedli najcudowniejszy aromat. Coś niesamowitego. Świeże, lekkie, a nie jakiś szit na patyku. Dobra, cena jak zawsze powala, ale raz na ruski rok można. Ale… co ważniejsze, w budynku nadal możecie nabyć najróżniejsze lizaki. I tych to kurde cała paleta wielkości, kolorów, smaków i kształtów. Od wyznań miłosnych po dziwne i nie do końca zrozumiałe kompilacje. Zawsze coś się znajdzie dla kogoś, naprawdę!!!

A już taki wielki… ech…

Nowość, to otwarcie tarasu na górze. Znaczy, tak nie do końca na górze, bo wody stamtąd nie zobaczycie, ale to uroczy, ciepły kącik z krzesłami i stolikami, jakby coś w rodzaju balkonu tuż za budynkiem. Ciekawe, czy spod biblioteki ich widać? Trzeba będzie sprawdzić, na pewno. Oczywiście nazwa została i kolorystyka, może nie zmienią, ale zmienili… obsługę, z czego nie jestem zadowolona. Z drugiej strony, ponieważ to był dzień otwarcia, więc może jeszcze ich nie było? I wróci ta pani, co nas kamriła większymi kulkami?

No co?

Ale zaraz, wróćmy do głównej atrakcji! Okazuje się, ze w końcu wykorzystano taką wnękę ponad schodami, maciupki pokoik i teraz są tam misie, krokodyle, elefanty i tym podobne cuda pluszowe. W końcu można sobie do loda kupić misia. Jak jeszcze do tego weźmiecie lizaka, no to wiecie, pełnia radości!!!

Ja wzięłam… misia. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koligacje Wiedźm… została wyłączona

Pan Tealight i Empatia…

„Podobno istnieje.

Podobno jest możliwą…

Podobno?

A jednak nawet naukowcy jej nie uznają. W jakiś dziwaczny sposób może postrzegają ją jako atawistyczną słabość jednostek nie do końca wyewoluowanych w teraźniejszość, niepoprawnych, ale jednak… tia, „zupa z Azji”? A może być i rąbany Pikaczu, ale jednak… jak się okazało i ona miała sowją boską prominencję. Osobowość cichą bardzo, zahukaną, skumulowaną w niskiej, chudej, długowłosej postaci, dziwnie białej aż nadmiernie. Biała skóra, białe oczy, białe włosy… niby albinos, ale te dłonie tak dziwnie ciemne. Jakby orękawicznione, a może cudze?

Podobno wykopała sobie studnię, w Podziemiach Sklepiku, w ich najgłębszej Zakurzonej Świątyni i tam mieszkała. Podobno tkała też makatki. I wszscy się dziwili, że robiła też skarpetki i rękawiczki, które potem znajdowali w różnych, czasem dziwnych okolicznościach czasu, miejsca i przyrody.

Bogini Empatia.

Która nie chciała wiernych.

Przegrana teraźniejszości.

A jednak, wciąż istniejąca. Dlaczego? Jeżeli nie widziała przyszłości, jeśli dość miała przeszłości, a i teraźniejszość nie była dla niej jasna, w końcu w takiej studni to echo, stukot drutów ino i tkackich ciężarków mógł doprowadzić do szału… może właśnie dlatego istniała? Ona…

Kolejna Królowa Szalona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmie opowieści” – … baja. Po prostu baja. Może i miejscami aż mocno przewidywalna, moze i dla tych, co raczej lubią i bohaterkę i caly cykl, a może jednak nie. Może właśnie dla tych, co chą rozewrzeć paszczę?

I się rozerwać!

Bezpiecznie.

Oto opowieści oraz bajki, baśnie i takie tam. Oto spotkania po latach, no i może ostatnia taka wycieczka naszej bohaterki Wrednej… wrednej też. Czasem aż nazbytnio, ale kto jej zabroni. No kto wiedźmie zabroni?

Miłe, sympatyczne, słodkie miejscami, wzruszające. Dobre i wiejskim powietrzem tchnące… oj kupa. No wiecie, naturalne. Z jednej strony tętniące folklorem starej Rasssiji, z drugiej, jakieś takie zadziorne, moderne trochę bardziej, jakieś takie sympatyczne, wrażliwe. Jakieś takie do duszy przytul, wciągające.

Po prostu super!!!

No więc…

Wiecie, tutaj często się robi rzeczy, co dziwne dostaje się na to i granty, no ale dziś spacer na stojące skałki. Znazy wróć, jakie stojące skałki. Znaczy żeby nie było, stoją sobie, niektóre, większość leży, bo przecież ludziom dziwnie tak patrzeć na stojące, to wiecie… huligaństwo ma daleką historię. Pełną się znaczy. Od piramid i innych takich po dzięń dzisiejszy, gdy chce się to zwać sztuką.

Performancem.

Ech, no nic.

Chodźmy w czasy Wikingów. Bo możemy. Bo w końcu tutaj stojące kameinie znaczą wiele. Ale akurat to miejsce, sporadycznie odwiedzane na szczęście przez ludzi… jest leśną ostoją, z mnstwem oczek, lekką podmokłością i jeszcze rzeczkami… i pomyśleć, że kiedyś był tu i dom i jeszcze groby i…

Ale od początku.

Jeśli uda się wam odnaleźć Bogebjerg, to fajno. Ale uważajcie. Nawet w czasie suszy jakoś tak tam mokro. I to bardzo. Iść, a racej przedzierać się przez zarośla trzeba daleko, ale jednak warto. Poleziecie wyglądając kamieni, skacząc z jednego omszałego mniej lub więcej, wiecie, w zależności od pory roku, a potem, w końcu będzie znak, a potem nawet ten poprawny może się wam trafi i możecie otworzyć bramkę cmentarną. No wiecie, nie taką jak współczesne, ale jednak, warto… już od wejścia widziecie kamienie.

Wysokie drzewa zdają się nie miec nic z tego, że w dole groby skrzynkowe, menhiry i rosery, ale co tam. Przecież one tak zwykle. Miejsce zbadane, więc poczytać możecie o nich spokojnie, chyba że wam facet z psem przeszkodzi. Ale jeśli nie przeszkodzi, to wciąż szurając zeszlorocznymi liśćmi możecie odnaleźć się w intrygującym miejscu. Szczególnie teraz, gdy wszystko jest wciąż odkryte. Czapa urhanu, moze zniszczona, ale jednak widoczna. Podobnie groy, menhir, a potem, idąc ścieżką, jak już napatrzyliście się na oną oddaloną bardzo przeszłość, gdy już złożyliście przodkom ofiarę… naprawdę, nie zapominajcie o tym.

Gdy wszystko poprawnie… idźcie za niebieskimi kropkami.

Idźcie.

Ale uważajcie.

Bo podmokło!!!

To oczywiście nie mój pierwszy raz, raczej sprawdzenie, czy wciąż stoi, raczej coś w rodzaju obchodu, ale czy tutaj w ogóle ktoś zagląda? Może i lepiej, że nie? Te ostatnie zniszczenia mnie dobiły, więc wolę nie…

… nie ludzi…

Ale przyznam się wam, że jako archeolog, przywlokłam swoją dupę tutaj, by zobaczyć co jest dookoła, bo jak ostatnio byliśmy tutaj, to krzaki już były wysokie, a teraz udało nam się ujrzeć oogrodzenie… jedyne co pozostało po niedalekim gospodarstwie i mlynie, jak się okazuje. Jak nic kamienie pożyczyli sobie z grobów, ale wiecie, to jak zwykle, czyż nie? Jak się okazuje one gospodarstwo z XIX wieku miało się przez jakiś czas całkiem nieźle. Pojerzewam, że i drzew nie było no i oczywiście rzeki były, a nie ino ona podmokłość, kilka oczek wodnych z cudowną roślinnością, ptaki, po prostu trelują cudownie, no i oczywiście te rzeki. których już nie ma przecież… poza…

… poza onym strumyczkiem.

Maciupkim.

Ale co najważniejsze, to chyba tym razem nie to stare, zresztą, co chciałm to sprawdziłam, co chciałam spisałam i zrobilam zdjęcia… ale najważniejsze oczywiście były te drzewa. Te niesamowite, takie domagające się uścisków drzewa. Takie proste, a jednak cudowne i kochane. W końcu człek czuje się na miejscu i…

Lżej dziwnie.

Lepiej.

Jakby w końcu był tutaj, gdzie winien być.

Powrót jest dwojaki. Możecie dotrzeć do parkingu obok szkółki leśnej, a potem dookoła, możecie też trochę poszukać i znaleźć taką jakąś ścieżkę, która zaprowadzi was prosto na pastwisko, przy którym zaparkowaliśmy. Szkoda mi trochę wracać. Zostałabym tutaj, naprawdę.

Strasznie mi ostatnio brakuje dziczy!!!

Strasznie!!!

PS. Ktoś zgubił w Ronne metadon, więc sorry, see ya!!! Lecę szukać!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Empatia… została wyłączona

Pan Tealight i Zakłócenia Magicznomantyczne…

„Pojawiały się od czasu do czasu.

Tak bardziej z nienacka, całkowicie swobodnie, mocno nieobliczalnie. Nietworząc żadnych wzorców, ni nawet się nie zapowiadając. No naprawdę! Jak tak kurde można? Jak można zwyczajnie nie dbać o takie podstawowe zasady savoire-vivrów!? Jak można? Przecież żyjemy w świecie, który…

Powinien je mieć.

Ale chyba dawno już sobie odpuścił, więc może i one stwierdziły, że nie trzeba, że nie warto, a może iż nawet ich nie rozpoznają, więc po co się w ogóle starać? A może jednak byłoby warto? Przecież przybywały z kosmosów niezbadanych. Mogły czegoś uczyć, a nie ino rozpierdalać mózg Wiedźmie Wronie Pożartej.

I to na amen z hosanną!!!

Naprawdę.

Wystarczyło, że pierdyknęłoy po raz pierwszy i rozłożyło ją na całego. Ni nogi ni ręce, ni flaki nawet nie chciały współpracować z tym, czym naprawdę była. Z tym, czym chciała być, co jej pasowało naprawdę, co było jej i czego nie mogła utracić, bo zwyczajnie nic innego nie miała.

Bo nie miała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie czuję wiosny w powietrzu.

No po prostu nie czuję.

Pączki na drzewach nadal zamknięte, nocami zimno, w ciągu dnia pogoda zmnienna jak w górach. Niczego człek nie może być pewnym, a przecież to już koniec marca. Nie żeby mi się spieszyło do lata, ale tak mnie to zastanawia, że roślinkom się nie spieszy jeszcze bardziej!!! Ale hiacynty wylazły. Wiecie. Człek kupuje te cebulki, wsadza je i ma nadzieję, i często na nadziei się kończy, a trawnik wciąż ino zielony, więc tym razem, informuję radośnie, że skubańce wyłażą!!!

A wrony zeżarły wszystko co było w karmniku wykazując się zdonościami samobójczymi i akrobatycznymi i wszelako szaleńczymi. Naprawdę muszą być zdesperowane bo na to chwiejne coś to trudno się dostać. Człek wie, że gadziny kochane są sprytne ponad przeciętność, co z drugiej strony nie jest w jakiś sposób trudnym osiągnięciem w dzisiejszym, dołującym świecie, ale nadal twierdzę, że one mają to coś!!! I to dużo tego czegoś, na pewno!

I wykorzystały to by nas obeżreć.

Dla wróbli już nic nie zostało.

Znaczy dostaną, ale wiecie, muszą kurde walczyć. Najśmieszniejsze jest to, że one w końcu wiedzą, że się na nie patrzysz, boją się, wcale nie przyzwyczaiły się do nas aż tak, mimo karmienia, przez te wszystkie lata, ale są pośród nich wyjątki, które chyba nas nawet olewają. A już bezczelnością wszelaką jest to… że one tupią nam w dach, walą, krzyczą i domagają się jedzenia!!! No żesz kurcze! A pomyśleć, że jak coś, to ja już wolałbym pieseczka, włochatego takiego słodziaka, co zje każdego, ale wiecie, nie będzie wyglądał na seryjnego mordercę, czy coś.

Taki pozorant!!! LOL

No przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Przynajmniej…

Jeśli o wyglądanie chodzi, to oczywiście w rejonach sprzedaży nieruchomości poruszenie. Wiele domów chce zmienić właścicieli, wiele wraca na główne listy, wiele dziwnie sprzedaje się co kilka lat i potem znowu jest…

Nie wiem.

Dziwna sprawa, ale z drugiej strony… wiele osób po zimie chce wrócić ku cywilizacji. Naprawdę. Wiele!!! I wcale się im nie dziwię. No i poczywiście jest sprawa promów i tunelu!!! A tak, tunel wciąż na topie, widać jakieś wybory się szykują, czy co? No mniejsza, sprawa tunelu wiruje dookoła i na Wyspie od zawsze. Widzicie, niby jest to logiczne, przecież do Szwecji jest rzut beretem. Serio.

Widać ich jak się tam szwedują!

Widać ich kominy i wiatraki…

Kiedyś nawet mniejszy stateczek pływał sobie do Simrishamn.

Ale teraz chcą… właściwie to co chcą? Ryć w dnie? Żeby nie było, spojrzałam ponownie na ten model dna Bałtyku i jakoś mi się nie wydaje? No serio? Tak głęboko? Hmmm, a może coś pływającego?

Dlaczego nie od razu most kurna chata?

No dobra, sprawa oczywiście jest przez cały czas w powijakach i tak naprawdę ktoś tam chce chyba zebrać ludzi, by inni tam zebrali kasę, by dowiedzieli się, cyz w ogóle można, bo jak na Owczych można, to czemu nie… ech, ona nieznajomość świata. Nago łazić można i w ciepełku hawajów i tu, ale ptaszki facetom robią się w zimnie mniejsze, taka tam, wiecie, no naukowa dygresja ornitologiczna. Też zbadana.

Ekhm.

Co? Stara jestem, wolno mi się bawić ptaszkami!!!

Ale, wróćmy do tunelu.

Co myślicie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakłócenia Magicznomantyczne… została wyłączona

Pan Tealight i Nadziemni…

„Nawet jej nie dotykający.

Unoszący się nad ją, jakby czuli się lepsi, brzydzili się jej dotknąć, a może zwyczajnie tak byli stworzeni? Bo przecież nie mogli wiedzieć nawet kim są. Dziwnie eteryczni, ale widoczni, odziani w pasiaste ubranka, na pewno ręcznie tkane, pelerynki, kaptury, ale i z włosami furkoczącymi na wietrze, które wymykały się im spod szatek. Z dłońmi jasnymi, twarzami nie do końca widocznymi…

Ludzcy, ale czy na pewno?

A może tylko ułuda?

A może tylko i wyłącznie coś, co im się śniło? Wszystkim ten sam sen o tych, którzy ziemi nie tykali. O tych, którzy może tak nosili się wysoko, albo byli ekskomunikowani z onej dobrcoi dotyku świeżej trawy, macania paluchami piasku, taplania się w wodzie, zabaw z ciepłą, lekko gliniastą ziemią. O tych, którzy nie mogli usiąść, położyć się, popatrzeć w niebo, zwyczajnie tak jakoś.

O tych innych…

Ale patrzyli na nich bardzo krótko, bo słońce wyszło i pierwsze przylaszczki wychyliły łebi spod trawy i leśnej ściółki i domagały się łaskotania za płatkami. Bo wiecie, one tak lubią. I to lubią bardzo a bardzo!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nexoe inaczej?

Gdy widzę Turyściznę przybywającą do tego miasteczka tylko na chwilę, na kilka godzin, to mi smutno, bo tak naprawdę, to co zrobią? Co zobaczą? A już szczególnie teraz, gdy wszystko pozamykane? Co, Lidla sobie przyjadą zwiedzić? Nie polecam, aczkolwiek ostatni było polskie żarcie i pierogi.

Seryjnie super wypas!!!

No ale, takie Nexø to dziwne miejsce. Niewielkie miasto z muzeum kilkoma sklepami, uliczkami, małymi domkami jak was pogoni dalej, am potem ogródki działkowe, cmenatrz. No pewno, mają kościół, ale co tam, chcecie popatrzeć na architelturę, to możecie się przejść. No i spokój na pewno będzie, chyba że music na ryneczku, to spokoju nie ma. Nic z tego. Nie zaznacie go… no i jest armata i bombka stara…

Jest też magiczny głaz, do którego trzeba przejść przez park i to serjo przesłodki park z kaczkami gęsiami, które są bardzo przyjacielskie. Coś mi się wydaje, że karmione ludziną jak nic. Znaczy wiecie, no ludzie je karmią… nie chciałam niczego insynuować, a już zombie to w ogóle temat odrębny, więc… jeśli lubicie ptaszyny z tymi niesamowitymi głowami w kolarz piór pawich i ich małżonki z niebieskim piórkiem w skrzydełku, to spokojnie, zapraszamy… a ścieżką dojdziecie oczywiście do cudownego, wielkiego świętego/ofiarnego kamienia.

Smalcem i mlekiem może już nieoblewanego, ale kasa jest.

Czasem w każdej dziurce, bo tutaj wciąż niektórzy wierzą, inni robią to dla jaj, jeszcze inni jakoś tak po prostu, a potem może i przyłazi jakiś koleś i ma z 20 koron spokojnie. Styknie na piwo w Netto, czy nie? A mówiąc o Netto, to niewielu wie, że zaraz za nim jest dość intrygujące miejsce. Początek ścieżki bardzo ptasiej, ale też i port oraz rzeczka. Domki kolorowe, tęczowe, drewniane, łódki sie kołyszące, no domy…

Jak oni wytrzymują ten smród?

Bo tutaj często i seryjnie wonieje!!!

Ale przejść się wzdłuż nabrzeża w sronę Balki warto.

Może i droga prosta, nieskomplikowana, ale widoki niesamowite, szczególnie teraz. I serio, nie chodzi tylko o ptaszki. One oczywiście niesamowite. Czadowe i w ogóle. Aż chce się tej lornetki i dobrego zooma. Po prostu. A te dźwięki… gdyby tylko nie ten smrodek. Ech, no wybaczcie, ale naprawdę wonieje!!!

Przez ten cały hałas, płytkość wody, zarośla, no i wiecie, właściwie niemożliwość kompletną kąpania się… całe to miejsce wygląda dla mnie dziwnie. Niby domy po jednej stronie, widok mają, ale smrodek i brak moczenia to nie dla mnie na pewno. Za to architektura onych domków, te kolory, te detale, te okna wielkie i male, te ogródeczki, naprawdę intryguje. Mamy proste formy, futurystyczne nawet, w większości z wysokimi plotami, mamy i bardziej otwarte, w stronę onej ścieżki spacerowo-rowerowej skierowane łagodnym płotkiem i szalonym wystrojem obwieszonych maksymalnie ścian. I to obwieszonych rzeczami różnorodnymi. Od patelni zwykłej po to, co morze wyrzuciło, od patelni do sadzonych – pamiętacie takie, z dziurkami, po jakieś takie sznurki, dzieła sztuki, kij wie co…

Fajne miejsce.

Naprawdę.

Na spacer niedzielny doskonałe. Czy rowerem, czy na piechtę, kupujecie w Netto prowiant i możecie dojść do Dueodde. Naprawdę. Wrócić zawsze można autobusem przecież. A ścieżka spokojna, płaska, w większości pokryta czymś asfaltopodobnym, potem ubita, miejscami liściasta, leśna, miejscami architektoniczna. Naprawdę coś innego, bo przecież są i ptaki, a za Nexø zapach trochę się rozwiewa i już jest odrobinę lepiej. Zresztą, z tym smrodkiem to wiecie, jak wiatr zawieeje, jak słonko przygrzeje, jak coś zbutwieje, jak ptaki nasrają…

Jak morze chce.

Ono rządzi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nadziemni… została wyłączona

Pan Tealight i Trzeci Plan…

„Zawsze był ten Główny Plan.

Wylizany, wyprasowany, wyczyszczony, wyskrobiony, idealnie przetworzony, cudownie opakowany, czekający i był oczywiście ten drugi… no wiecie, backup one! Ten, który albo musiał połamać pierwszemu łapy, albo zwyczajnie poczekać na swoją kolej. Albo olać robotę i pójść do kogoś innego, by być Pierwszym. Albo dalej rozmyślać nad przemocą, no wiecie…

Ale kto z was wie, że istnieje Trzeci Plan.

Ten zapomniany, a często jakże bardzo potrzebny, bardzo bardzo bardzo idealny, gdy świat przekształca się jak tego nie chcecie. Jak nawet nie myśleliście, że może. Ten Plan stoi za waszymi plecami, gdy myślicie, że już nic nie można i uciekacie niczym tchórze nieznający własnych możliwości…

Albo po prostu bojusy.

Zwyczajnie.

Ślepcy nie myślący o tym, że zawsze i wszędzie wszystko może się wydarzyć, bo widzicie, Wszystko tak właśnie to lubi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A może to nie moja rzeczywistość?

Może ludzie nie oszalelli tak na punkcie kotów, że doprowadzili do zagrożenia populacji małych ptaków, w szczególności wróblowatych?

Może to nie mój świat?

Bo uważam, iż facet, który wynosił koty do lasu miał rację!

Miał dość gość, że mu srały pod oknami, miał dość miauczenia, miał dość, więc je wypraszał i… teraz czeka na rozprawę w sadzie. Zaznaczam, że ich nie bił, nie był okrutny, zwyczajnie wypraszał je ze swojego świata. Ale… przecież ci co mają koty, to obecni jebani święci tego świata!!! Oj tak, już słyszę te obrażone głosy. Ale jakoś żadne z was nie zastanawia się nad ekologią, co nie? Silikonowy żwirek, te jebane zabawki. Te urodziny, a babcia w domu starców nawet nie podtarta.

Tak, jestem aż tak brutalna!!!

Bo widzę, słyszę, nie rozumiem.

Dla lekko mądrzejszych przypominam Australię i sprawę królików. Też milusie, włochate… zeżerające florę i faunie zagrażające… to samo robią koty. Kot już nie jest tym, co niegdyś było. Pracującym zwierzęciem, które polowało na myszy, w okresie gorszym było dokarmiane, mieszkało w ciepłej stodole i tyle… Nie, kot obecny to nie natura. WYkarmiony świństwem, sra takimi toksykami, że… nie zastanawiało was czemu gówna psie wyglądają inaczej? A co dopiero te kocie?!!! Zachowujecie się jak ludzie, którzy krzyczą, ze kury kamienie wpierdalają! Pojebani maksymalnie, ślepi, głusi, głupi zwyczajnie.

Tak, ograniczenie populacji jest konieczne.

I kociej i psiej i ludzkiej.

Dla wtajemniczonych, poczytajcie sobie o psich gngach. O psach wracających w dzicz, napadających na ludzi, groźnych. To już nie przyjaciel człowieka, to byty domagające się wolności. A jeszcze te zwierzaki w blokach, te szczekania, łkania… oczywiście, że gospodarstwo potrzebuje kota… łownego kota oraz psa, ku ograniczeniu sąsiedzkiej wścibskości…

Co będzie z tym, który powiedział kotom nie?

Źle będzie…

W ogóle źle jest.

Ostatnia przejażdżka skrajem Wyspy pokazuje masową wycinkę drzew.

Może to nie UK i te ich sieci, nie Dublin z wyciętymi aż tak drzewami, ale gołe połacie straszą. A mój mózg już pokazuje osuwającą się ziemię, zwiększoną erozję… znowu powró do gołej skały, którą Wyspa przecież była nie tak dawno temu. Te kilkadziesiąt, bo nawet nie sto lat wzrostu, teraz nagle nadmiernie i z jakąś popierdoloną nagłością oraz nadgorliwością i wściekłością, są niszczone. Zdrowe drzewa. Tlen. Wzmocnienie terenu. Cień. Miejsce dla ptaków.

Kurna no, przecież to natura!!!

Bo walce z dziką różą widać teraz walczą ze wszystkim. Jeszcze nie oplatają drzew sieciami jak w UK, ale jakoś jeśli ktoś im podda ten pomysł, na pewno się zgodzą. Szczególnie jeśli chodzi o mewy i wrony. Bo jeśli i te pierwsze oczywiście wybierają skały, to jednak ataki onych białych skrzydlawców mogąć być niebezpieczne szczególnie teraz. Nie dość, że się bronią, to nie da się im wytłumaczyć, że nie, nie przeskoczysz tej wody, że są bezpieczne. One dmuchają na zimne, boją się, rozumiem je i wolę unikać wybrzeża teraz, choć zdjęcia tak bardzo i często nęcą.

To światło czasem… ech!!!

Ale jeśli chodzi o wrony, po pamiętym wystrzeliwaniu populacji widzę jak te najbardziej zasiedlane drzewa są wycinane. Tak po prostu. A przecież krzyk wron to tylko kilka tygondni, kurna waszae wrzeszczące bachory znosić musimy cały czas. A wrony wam jakoś przeszkadzają.

A padlinę to kto wyjje?

Mam ostatnio nie tyle znikomą tolerancję na rodzaj ludzki, co wcale jej nie mam. Mam dość głupoty. Najchętniej przeszłabym do czynów cielesnych, ale wiecie, po pierwsze się boję, po drugie brzydzę człowieka, a po trzecie, wychowano mnie, że nie tak winno się problemy rozwiązywać…

… ale przecież oni inaczej nie rozumieją!!!

Co robić pamiętniczku?

PS. Właśnie za płotem płoną i krzaki i drzewa… i nic nie można zrobić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzeci Plan… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrz od Niczego…

„Bo jak się okazuje Niczego też potrzebowało i bóstwa i mistrza, i wszelakiej pomocy by wzrastać i się rozwijać. Też było onym spragnionym uwiązania ku rozmaitym kultowościom, boskościom, wszelakim obrzędom, moze i wyuzdanym, moze i nazbyt wymgającyh wypikselowania pewnych częsci, gdyby komyuś zachciało się nagrywać co robiło… może i więzy, szpikulce…

… młoty, koła łamanie…

Dobra, poniosło go, ale serio.

Chciał modlitw i kościołów.

Miejsc kultu i wszelakiego wsparcia, choć nie do końca był pewien tych wiecie, ofiar. Tacy, kopert i zwyczajnie wsuwanych do kieszeni banknotów, klejnotow wieszanych na posągi i tym podobnych. On raczej chciał słów i psalmów, nowenn i hymnów pochwalnych, może i nawet jakieś rodzaju różańca? Może i monstrancji z niczym i jeszcze wszelkich pochodów, piegrzymek, czołgań się…

Tak… tego pragnął.

Ale, pewno z podowu onej niechęci do ofiar dostał mu się ino Mistrz od Niczego. Niby z aureolką, ale jedna żadne bóstwo. Żadnej bazyliki, żadnej nawet kaliczki, choć kto mu bronił jakąś z gliny sklecić… z patyczków naplażowych, kamyczków, piasku i szkiełek jeszcze ugłaskanych przez fale…

O tak, teraz miał plan!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W porcie…

Mam takie miejsce w porcie w Gudhjem, gdzie lubię sobie posiedzieć. Oczywiście w sezonie to wiecie, trudno tak po prostu sobie tam wleźć i być samemu, bo port zapełniony, ale jednak teraz, gdy wiatry wciąż chłoszczą wszystkim i wszystko, to jednak jakoś tak można być samym, a jednocześnie mieć widok.

Z jednej strony oczywiście jest morze, za plecami, za falochronem, moze czasem trochę zmoczy, ale nieszkodliwie, raczej nie polecam tego miejsca wtedy, gdy fale przelewają się przez wszystko i moczą nawet ulice. Wiecie, bezpieczeństwi przede wszystkim. No chyba że macie inne plany, to wasza wola. Jakoś ostatnio jestem spolegliwa… ale poza takim stanem rzeczy, uważajcie.

Wiatr i fala to niebezpieczne połączenie.

Choć też tak bardzo intrygujące.

Zdjęcia możecie pooglądać na moich pozostałych blogach. FYI

Ale… wybieracie miejsce, bo przecież mimo ulubionego miejsca ono miejsce ma też podmiejsca, no i wiecie, w niektórych może wiać bardziej, w innych mniej, a tam jeszcze na przykład pojawiła się kałuża, a mokry bottom, to niefajna sprawa. Niby małe prawdopodobieństwo, że kogoś spotkacie w drodze powrotnej, ale jednak, na pewno będzie to ktoś znajomy. Oj na pewno, uwierzcie mi!!! Chociaż, czy to w ogóle ma znaczenie?

Tutaj ludzie mają gdzieś w co jesteście ubrani.

Naprawdę.

Przybyłych poznaje się po dbałości o ciuchy. Tych żyjących tutaj z dnia na dzień, po ciuchach roboczych, naddartych, znoszonych… które noszą normalnie, wiecie, niewstydząc się, jakby co najmniej ze złotymi niciami tkane były…

Ale…

Siedzimy.

W moim przypadku siedzenie oczywiście kończy się tym, że pracuję. Pstrykam zdjęcia. Czy to praca? Jeśli tak bardzo człowieka to kręci? Prawie tak jak ryty naskalne, ale… no dobra, archeologia ważniejsza, ale to też ważne, więc… co jest pracą? Czy praca to tylko to, co męczy? To co, gimnastyka?

To męczy, ale to fajne męczenie.

No więc siedzicie.

I jeśli nie jesteście mną, to oczywiście podziwiacie widoki, a te są dookolne. No prawie, bo za plecami dla bezpieczeństwa macie skałę, więc metra wam brakuje, ale przecież tyle wystarczy. Jest i wędzarnia, są białe kominy, są kolorowe domki i ślimaczo pędząca gdzieś droga. Chociaż może i ona się zatrzymała na dłuższą chwilę, coby sobie na ten granat fal popatrzeć, na one prześwitujące przez niego zielonkawości, szmaragdy rozpuszczone w połyskującym tlenie…

Tak naprawdę te fale tak nęcą. Tak bardzo można się zapomnieć i zamoczyć. Niby morsowanie fajna rzecz, ale fale nie puszczają, miotają tobą po kamieniach, po zapomnianych mitach, wspomnieniach, marzeniach wyrzuconych w morze…

Lepiej nie, lepiej dalej oglądać domki.

Po prostu.

Niewielkie kamieniczki w pastelowych kolorach, ale wszystkie z ceglastymi dachówkami. Pomarańczowymi, równiutkimi. Wiecie, taki prikaz i tyle. Ale o to chodzi prrzecież. O pewnego rodzaju uniformizm. O oną perełkę nadmorską. Czystą i spokojną. Z równymi dachami, nie do końca równymi ścianami. O, listonosz przyjechał, znaczy już późno, słońce za górkę się chyli, ale wciąż wieje i świeci. Listonosz oczywiście pocztę zrzuci gdy tylko stateczek przyturla się z naszych Karaibów… no wiecie z Christiansø. Przecież oni też chcą dostać swoje przesyłki.

Rachunki, listy od kochanków, może nawet i coś z Etsy?

Albo jakiegoś Alibaby?

A ja wciąż siedzę. Niby wiem, że czas wracać, ale jakoś kurcze mi się nie chce. Kościół trochę przeraża, ale on mnie zawsze przeraża, więc… co mi tam. Szare niesmoczysko, które zapomniało jak fajnie być magicznym…

Posiedzę tu, zmienię się w kamień.

Fajno będzie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrz od Niczego… została wyłączona

Pan Tealight i Konfjuzja…

„Pojawiła się Konfjuzja, więc wszyscy zebrali się w kuchni, ponad nią, obok niej oraz w wymiarach do niej przylegających, równoległych… no wiecie, w pobliżu, i zaczęli się zastanawiać, co teraz?

Bo widzicie, nie dość, że się była pojawiła, nie dość, że tak naprawdę to po raz pierwszy, no to na dodatek tego wszystkiego jeszcze wlazła w Wiedźmę Wronę Pożartą i napsuła ją, i napchała wątpliwościami nowymi, jakby onych starych wiedźmie było mało, jakby sama ze sobą w trzech osobach nie umiała już do ładu dojść, jakby wszystko mogło się jeszcze bardziej skomplikować?

Oczywiście, że szła wiosna, a co za tym idzie – obecnie w dziwnych, łatanych, kardynalskich szatkach, w postaci sędziwego, brzuchatego, ale i jednocześnie chudego facecika bez zarostu, z łysą głową, możliwe, że nigdzie onych włosów nie miał, ale nikogo chętnego do sprawdzania nie było, wiecie, się nikt nie garnął – no więc ten kurna nowy, całkiem bardzo pan, czy też błogosławiony pierdzielnik Wiosna nadchodził, znaczy nadszedł był już, ale wciąż był dziwnie bezkwietny, mało kolorowy, ciepły i słoneczny i… i już to wystarczyło, że Wiedźma Wrona miała wszystkiego dość. Że Strach się w niej mościł w różnych końcówkach, że…

… i teraz jeszcze Konfjuzja?

A może ona oną Konfjuzję sama zawołała?

Może w tym wszystkim chodziło o coś innego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Znowu wieje i to wieje tak, że człek zaczyna w końcu przywyczajać się do myśli o lataniu. Naprawdę. I do myśli o tym, że może może sobie przewiercić zatoki na wylot, albo choć jakimś wycierem tam pogmerać.

Łeb pęka.

Promy oczywiście nie pływają, bo przecież, a jak już pływają, to samochody się tulą do siebie przerażone, mocno się tulą, tak, że zaczynam myśleć o takich łódkowych odbijakach, coby wiecie, tulić się Nutek do innych mógł, ale kurna nie rysował, czy nie wciskał. Tego przecież nie chcemy, czyż nie? Ale już po prostu panikują ci, co wiecie dwunożni są, no i pjukają na górze, a rano jak ktoś płynie, to wiadomo, chce coś zjeść, wypić i tym podobne, no i nie może. A inni, co dziwne nawet ci co nigdy tego nie rozbili, pjukają cudownie. Paw się szerzy w te i wewte, ale jednak płynąć trzeba.

Ogólnie wiadomo, iż ten nowy, i wciąż sprawiający problemy promowy mocarz, ma ludzi w dupie i lepszych promów nie będzie. Rządzący też mają gdzieś, no i sprawy przerzucają się z prawej na lewą a w TV coraz więcej opowieści o tym, że Ziemia jest płaska. Ekhm… wiecie co, serio. Mój mózg na falach tak nie uważa.

Ale wróćmy do pawiowania.

Jakkolwiek temat obrzydliwy, to jednak przecież aż nadmiernie człowieczy. Pamiętajcie, że Rzymianie, wielka cywilizacja, mieli w zwyczaju wielkie uczty i naczynka do rzygania, by potem jeść więcej. A bulimiczce się obrywa, kurcze. Choć potem nie jemy przecież no!!! Ech, świat nie jest sprawiedliwy. No ale na takim promie nie ma nacyznek, a i torbę znajdziecie w tych Expressach sporadycznie, więc be prepared!!! Najlepiej nie jedzcie, nie sikajcie, starajcie się przeżyć i muza w uszy.

Mi pomaga.

… Chociaż teraz po całej sprawie z VikingSky…

Ale… tak jak, jak zwykle, myślałam iż tylko mi się wydaje, że one maciupkie nowe promy inaczej pływają, się okazuje, że chyba jednak nie, Możliwe, że to kolejna zmowa, by nas zwyczajnie tutaj wybić i tyle…

A przecież… 1648 osób podobno wprowadziło się na Wyspę w 2018… W tym samym czasie 1395 wyniosło.

Czyżby przez promy?

A może durne prawa?

Nie wiem, ale problemów na pewno dla nowych jest masa. Nie oszukujmy się, młodzi chcą do miasta i tyle. Na kija im przyroda?! Nie żeby tak ich szkoły kręciły, nie no, przecież w dzisiejszych czasach każdy chce być Youtuberem, co nie? Ech… no ale, niech się wam wiedzie, ino po co kolejni dziwacy napychający się marshmallowsami czy też makijażujący się, robiący zakupy i wiecie, trupy w lesie…

Ale widać takie czasy.

Taki świat i tyle.

Wroćmy jednak do onych nowoprzybyłych. Jeśli ci się udaje przybyć tutaj, dajmy na to z Kopenhagi, to wiecie, od razu dostaniecie artykuł w gazeicie i będzie klejna opowieść o nowych wyzwaniach, powrotach do korzeni i ekologii. Po roku wrócą do miasta i będą wspominać, i nierozumieć dlaczego to zrobili, no ale. Przecież każdy z nas popełnia pomyłki, czyż nie? Kurka wodna. Patrząc na te pustki, to czasem w ogóle wątpię, czy ktokolwiek tutaj mieszka przez cały rok, naprawdę… wiecie, jak ja?

Sąsiada dawno nie widziałam.

Lekko zaniepojona nagle.

Ale…

… nim oni przesiedleńcy wrócą z powortem, do siebie, do onego co dla nich tak bardzo, bezpiecznie znajome i ma kilka rodzajów masła w sklepach, zabrylują w mediach, otworzą pancakekarnię, czy inny tam interesik. I tyle. Może załapiecie się na donuta czy naleśnika a może i nie? Kto to wie? To wszystko z nowymi jest takie płynne. Tylko prawdziwie wierzący, wariaci i ci co spalili wszystkie mosty i nie mają za co gdzieś wyjechać, tutaj zostają. Nie oszukujmy się, Wyspa jednak wymaga i poświęceń i zabiera zdrowie. Niestety… Jak komuś mówimy, że my tu już od ponad 10 lat, to wiecie, jakoś tak zwyczajnie i po prostu, nam nie wierzą.

Bo nie było nas w gazetach.

Taka czuję się niemodna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konfjuzja… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Sikorek i Pan Mew…

Pan S. i Pan M., którzy początkowo chcieli pozostać anonimowi, ale wiecie jak to z ptakami jest, srają, więc trudno jednak być anonimowym, więc wszyscy wiedzieli i jakoś tak, ubaw mieli po pachy skrzydlane… ale, no więc oni, wyżej wspomniani donośnie i wytłuszczeni w druku, obydwaj mieli problem z seksualnością.

A tak, mieli, bo mogą!!!

I oni!!!

Okazało się, że chociaż z nich ptaki, to jednak jakoś tak nie do końca byli pewni onych ortograficznych, gramatycznych i fleksyjnych pierdół. Bo jako gatunki sikorka i mewa zdawały się być aż nadmiernie… babskie. Nie oszukujmy się. To jak mieć na imię Maria i nie nazywać się Skłodowska! I mieć ptaka. Znaczy no wiecie, ptakiem być. Znaczy… ekhm, z jajami, ale bez jaj!

Znaczy…

Rany no!

Chodziło im zwyczajnie o odmianę. Bo wiecie, nie każdemu końcówka burek. Znaczy końcówka słowa go określającego przeszkadza niektórym mocniej. Niektórym mniej, więc Wiedźma Wrona Pożarta nie miała nic przeciwko nazywania ją ptakiem czy wronem. Serio. Była Ptaszydłem i tyle. Nie żeńskim, nie męskim, zwyczajnie swoistym, a już jak ktoś ją chciał nazwać archeolożką kończył w boleściach wiekuistych, którym nie pomagały żadne świętości… ni maści, oleje ni pielgrzymki. Ni nawet wizyty u zamawiaczy, którzy szybko zrozumieli, że i im się oberwie, więc…

… nagle tracili siły.

Ale Pan Sikor… sikorek? Sik? I Pan Mew, mewi, mewiarz… nie wiedzieli wciąż jak rozwiązać swój problem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cień” – … boski. Chociaż zakończenie mnie zawiodło! Ale bawiłam się przednie. Z przytupem, przeskokiem, wysokim wyskokiem.

I tak dalej!!!

Oczywiście bohaterowie są ci sami, świat też, ale akcja zwyczajnie się rozwija. Wiecie, kobeity, mężczyźni, no i te sprawy. Trochę magii, trochę alchemii, dziwne byty, zawiść, miłość, oraz wszelakie pragnienie onego mitycznego chyba, świętego spokoju, zdają się prowadzić prym w tym, ostatnim tomie tej zajmującej trylogii. Oczywiście głównymi bohaterami ponownie są oni, kuzyni ze strony innej matki, babki i pociotka. Jeden z tej, drugi drugiej strony granicy… no przecież nie będę opowiadać tej historii, to trzeci tom, zacznijcie od początku.

Zacznijcie od początku niezależnie od płci, bo książka ucieszy płcie obydwie. Autor umiejętnie nie przytłacza babską czy męską nadmiernością, wprowadza też byty tak intrygujące, że płeć nie ma tu nic do znaczenia, ale… jak zwykle najlepsze są starsze panie, no i ten język. Taki wiecie, krotochwilny!

Naprawdę polecam całą serię nie tylko tym lubiącym fantastykę zalatującą historią, oraz tych, co po prostu lubią poczytać dobre pisanie!

No to nasz mew sławny ma żonę.

Żeby nie było od 22 lat ta sama!!!

Przyznaję, że o bestii słyszałam, ale kurcze, że taki żywotny i zamężny, czy raczej zamewiony jest, nie wiedziałam. Z jednej strony te dwa rąbane czerwononogie bociany, z drugiej nasze biało-czarne tyż niemałe, wciąż zakochane. A może zwyczajnie są ze sobą dla wygody? Wiecie, on wie co ona lubi, ona lubi jak on plecie, no i sławny jest, na ptasim Instagramie są od dawna sławni…

Może to tylko to?

Słucham sobie jak wieje i leje, leje i wieje i zastanawiam się nad tymi ptasimi sprawami. Bo wiecie, tutaj jednak człek jakoś bliżej skrzydlatych… no i tych kopytnych co choinkę mi zeżerają. W ogóle jako bliżej natury i to nie tylko przez te ciągłe ostatnio wietrzności. Właściwie codziennie się wietrzy, słyszy fale, widzi pole. Natura everywhere. Chciałby w końcu mieć swój kawałek świata, ale nic z tego, więc na razie zajmuje się tym, który pożycza od państwa. Bo może i sąsiad mnie nie lubi, wiecie, powody czysto logiczne, nie urodziłeś się tu, nie masz praw – no ale, jestem, oddycham, uśmiechnę się, może szlag go nie trafi? Może?

Bo wiecie jak to z sąsiadami.

Zawsze może być gorszy, a lepiej nie.

Serio.

Wieje coraz mocniej, okna drżą pod ogromnymi kroplami dziwnie agresywanego deszczu… wszystko jest dziwnie nie na miejscu.

Może i ja?

A może tylko ja jestem na miejscu?

Strajk klimatyczny.

Niech mnie ktoś oświeci, po co to robią? Kolejny hasztag? Rąbana praca pod publiczkę? Przecież w sklepie i tak tylko my mamy przy sobie torby, które mają już około 10 lat i wciąż są okay. Reszta kupuje plastiki. Ot tak, brudna prawda tej części świata, uznawanego za takie emporium ekologiczne to to, że nie ma tu ekologii. Tak, są wiatraki! Hmmm, będzie pewno ich więcej. Ale nie potrafimy z tego korzystać. Kto z was okroi wykorzystywaną enrgię? Nienauczeni wyłączać światła za młodu będą tworzyć oną potrzebę produkcji i tak… wim jak to jest z prądem. Ale produkcja to podaż, jak popytu brak, to będzie mniej produkcji, co nie? No chyba… chyba że znowu wyjdzie nowinka techniczna i nie będziecie potrafili się jej przeć. Czyż nie?

Wymuszają to na was?

Dzieci, które biorą udział w tych „klimatycznych strajkach” w rzeczywistości wiedzą, że będą w mediach i tyle. Zrobią sobie selfie, poklepią je po pleckach, lekcji nie będzie i co z tego, jak nie one decydują o odwiertach? No tak serio, każde z nich miało w życiu więcej telefonów niż ja. Tia wiem, jestem porąbana.

Nie mam komórki.

Żyję.

Nie strajkuję.

Właściwie, to już dawno straciłam jakąkolwiek wiarę w ludzi, więc takie pospolite ruszenia, to dla mnie znak, że Facebook znowu stworzy jakąś serwerownię rujnując podziemy czy zimny ekosystem. Bo przecież o tym nikt nie myśli, że to wszystko, tak, też to co piszę, gdzieś musi być przechowywane. Że to wymaga energii… chłodzenia. Założę się, że znowu ruch prowarzywno-owocowy będzie się po strajkach miał kwitnąco. A przecież wyrwane z korzeniami lasy i zabite zwierzęta dla tych waszych awokado są faktem. Ale wko cares? Vege nie znaczy eco. Sorry. Nauczcie się rozumieć ziemię, las, korzystać z tego, co nas otacza… ale, przecież to niemodne… lepiej strajkować. Wszyscy to robią, więc będzie więcek lajków na Instagramie…

Chyba mam dość ekologii.

I tak nie stać mnie na nic.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Sikorek i Pan Mew… została wyłączona

Pan Tealight i Poplątanica…

„No i jejku, no.

Przecież każdemu się może zdarzyć.

Zaprawdę wam powiadam, iż nikt z nas nie jest pewien tego, że mógłby uniknąć, że mógłby naprawdę, że… taki jest poukładany, ma kąty proste i dokładnie wyczyszczone, zaprasowane, wszelako odblaskowe, nieumorusane, nienoszące śladów zaprzeszłych, całkiem cudzych, działań… najczęście, no i przede wszystkim, że nigdzie się nie pruje. No właśnie, w jej przypadku problemem nie było niewyprasowanie, ona pomięta nierówność, którą niektórzy uznawali czasaem za sztukę, gdy i tylko wtedy oczywiście, trafiła się tkaninie bardzo drogiej i ogólnie mówiąc metkowanej mocno… ale właśnie ono zwykłe, mocne, ciągłe i ponadczasowe się prucie.

Pruła się o to i tamto, o to co ponad i pod, na prawo i na lewo, boczkiem chodzące, pływające, skaczące, latające, nakrapiane, paskowane, wirowane, rozpuszczane, zszywane, łatane, malowane, rysowane, giglotane… no wiecie, o wszystko się pruła, aż w końcu, z tego prucia całego taka nitka długa wyszła, że się w nią zaplątała i ogólnie cieleśnie, ale i umysłowo poplątała.

Stało się i już.

Musiała teraz znosić hordy wyznawców, bo przecież coś takiego, tak unikalnego od razu przerodziło się w boskość, a bycie Boginią Poplątanicą… nie do końca było tym, czego dość introwertyczna osobowość, sobie życzyła. Dlatego się spotkały pewnego dnia, pod gołym jeszcze, ale już budzącym się na wiosnę, Dębem Mocno Zamyślonym z Wiedźmą Wroną Pożartą

Ona musiała ją zrozumieć…

Ale co jeśli nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podobno tam kolejne kryminalne tanga będą kręcić na Wyspie. Ech… ale tak po prawdzie, to wiecie, przyznaję, iż mój pokręcony umysł, kochający nie tylko fantasy, ale i kryminały very much… stworzył już masę takowych scenariuszy. No bo kurna. Tutaj się aż prosi!!! Od tych pradawnyc zemst zza bardzo już rozłozonych grobów, poprzez niepirackie statki zwabione ogniami na skały, rozbite, wymordowane załogi, skradzione zegary, aż po Turyściznę, która no… zwiedziona onym wszelkim bezpieczeństwem gdzieś za bardzo się zakręci… no i pyk, znika się.

Zostają tylko klapki na plaży.

Samotne.

Albo te koszulki wszelakie, spodenki, które szlajają się potem dzięki wiatrom przez resztę roku… albo ten różowy rowerek w Tejnie… wciąż kurde tam stoi. No ja wiem, że przypięty, ale to już tyle lat, a on wciąż jak nowy. Jakby czas się go nie imał ni warunki atmosfryczne, jakby nocą się odpinał i ganiał dusze cierpiętnicze, jakby może ktoś na nim wciąż jeździł, jakby… było w tym coś jeszcze więcej. Zapomniane dziecię, niechciane, może lekko przejawiające demoniczne skłonności, może zostawione gdzieś, zagłodzone, spragnione, wysuszone, jakby…

Albo te łodzie.

No przecież, kto zagląda pod śniące, śpiące łódki? Odwrócone, leżące na nabrzeżu. te natrawne, te skupione jedna przy drugiej, te pojedyncze? No kto? ALbo te porzucone sommehusy. Nic ino kogoś zadźgać i wiecie…

Czekać.

Dobra, problemem może być zwierzyna.

Mamy przecież i chodzące i drobiące, i te latające, a wszystkie żerne bardzo. Moja choinka znowu cierpi. Serio, wysypiecie coś i od razu stada mew, wron i tak dalej. W kolejności dziobania. Często przynajmniej jedno z każdego gatunku czatuje na ulicy, tupiąc w dach, czy coś tam te głupie ludzie nie wysypią.

One wiedzą!!!

Tylko… czy miałyby coś przeciwko?

No więc mamy, takie morderstwo. Powiedzmy sobie, że nic sekciarskiego, nic religijnego, nic tam ofiarnego, choć dziewica, to wiadomo, zawsze by mogła pomóc… mamy ów zezwłok, nie myślmy dlaczego i po co, i jak osobnik zmył z siebie krew, czy będą następne i tak dalej. No i jak mu się udało ją wyrwać.

Ekhm.

No to mamy zwłoki, mamy miejsce zbrodni, mamy… hmmm, nie no, przy takim czymś to przyjechaliby do nas ci z Kopenhagi i tyle z zabawy. Nasi pewno nie mieliby nic do gadania. A kurcze możeby by byli utalentowani. Bo wiecie, spokojność Wyspy zdaje się być czasem ogromną ułudą. Kłamstwem nawet, największym oszukaństwem!!! Dlatego, jakoś tak morderstwo, zabójstwo, zabranie ostatniego oddechu, zdaje się być pasującym elementem. I tak, pisałam niegdyś o tych sławniejszych zbrodniach… ale jak tak teraz myślę, jakby kogoś wcisnąć do jaskini, jakby tak pod wodą…

No nie znajdą!!!

W tym wszystkim smutne jest tylko to, gdy nikt nie szuka…

A jak nie szukają, to czy znajdują?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poplątanica… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar Upragniony…

„No co?

Przecież każdy ma swoje dziwactwa, swoje inności niezrozumiałe dla innych, a tak dla niego zwyczajne i całkowicie poprawne. Ale też każdy jest świadomy tego, że jego inność jest innością… tak, tylko nie ona, jakoś po prostu nie ona, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki.

Może wynikało to z jej paranoicznej wprost potrzeby umartwiania się, krzywdzenia i wszelakiego poniżania, a może zwyczajnie miała AŻ tak pokręcony styl wewnętrzny? Kto z nią może wiedzieć, tak naprawdę? W końcu po częście była wroną, polarnym niedźwiedzieniem, no i tą no… jak to szło: kobietą. A to oznaczało, że pewnych pytań można było sobie oszczędzić, ale jednak…

Koszmar?

Serio?

Bo tak, miała ona jeden taki, który był jej wychuchanym, wyklepanym, w pluszowych kapciach, upragnionym. A może to inni wbili jej do głowy, że to koszmar, chociaż tak naprawdę nim nie jest?

Bo kto tworzy te wszelkie definicje?

Kto decyduje?

Dlaczego tak sporadycznie ty sam?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w mieście rozkopy.

Gudhjem wciąż pracuje nad oną poszerzoną ścieżką rowerową, która – gdy z prawej dolina z lewej urwisko – oznacza zwyczajnie zwężenie jezdni, jest raczej kontrowersyjna, no ale. Dostali kasę. A ludzie w końcu mogą się wkurzać. Co tam kilka minut postojów w czasie drogi z Gudhjem na północ, tudzież i w drugą stronę, też możecie zaliczyć jakieś jazdy na zakładkę. Ech… korki?

Walić to, idę w mieści wiosny szukać.

A razej cieszyć się jeszcze pustymi ulicami.

Tylko moim czasem. A co… wolno mi przecież. Tego chyba nikt mi nie zabierze, radości z rzeczy, których inni nawet nie uważają za fajne. Których nawet w ogóle nie zauważąją. Albo gorzej, uznają za wielki problem i wszędzie chcą wdusić ludzi. I ci czasem przybywają i wymiękają przy kolejnej wietrznej aurze. Jak ta dziś, gdy dach się kłania, szyby stoją dziwnie prosto. Gdy wasz własny mózg sprawia, że chcecie jak najszybciej zapłacić za wszelkie grzechy…

Ludzie to czasem takie cieniasy.

Wiem to po sobie.

Ale wiatr, nawet ten rozwalający psyche, wyszarpujący ją z mych trzewi i szorujący sobie nią niczym szmatą okna w zabłoconym samochodzie… wciąż wolę niż ciszę między sztormami. Niż oną dziwną ciszę. Bo cisza w naturze zawsze oznacza coś złego. Coś, co jest tak złe, że potrafi iść aż tak cicho, tudzież…

Coś tak głośnego, że tego nie słyszę.

Ze strachu.

PS. Uważajcie.

No więc wiecie, jakbyście kiedyś zboczyli, żebyście przez przypadek nie wpadli. Do chrzcielnicy. LOL Tak z ulicy do chrzcielnicy. Dla kościoła 100 punktów do lansu, dla was procenty na coś, co właściwie nie działa, nic nie daje poza miejscem na cmentarzu, no i jeszcze jakimś poczuciem wspólnoty… chociaż, czy na pewno. Większość ateistów należy do państwowego kościoła. Tia, wiem, lekko kłamiszowate to się zdaje, ale w rzeczywistości albo zabezpieczają se tyły, tudzież zabezpieczają się ze wszystkich stron, albo chodzi ino o ten marmurowy kamyczek, czasem może coś większego, ale najczęściej ino kamyczek z napisem, kilka kwiatków, równe ścieżki…

Wiecie…

Protestancki minimalizm dla dusz only.

Jeżeli jednak to wam odpowiada, to chrzczą tych, co nagle pragną onego zachowania, tudzież wykorzystują depresję wczesnowiosenną, albo… no nie wiem, na pewno zwyczajnie brakuje im punktów do lansu.

Na pewno!!!

Ale miało być o mieście, a w mieście troszkę wiosny.

Naprawdę troszkę. Grupki przebiśniegów i im podobnych kwiatów, ale tak naprawdę strasznie niewiele. Jakby ziemia nie chciała jeszcze wypuszczać ni zielonkawości ni kolorów. Chociaż w świecie, gdzie trawa zielona rok cały, to chyba błęde założenie. Przynajmniej w połowie. Późne święta wiosenne w tym roku sprawiają, że sklepy jeszcze przez miesiąc co najmniej będą zamknięte, a niektóre, kultowe, już się nie otworzą. To wyburzyli, to w końcu wymurowali, tamto pomalowali… znalazłam na ścieżce zagubionego krokusa. Może i szedł gdzieś, na jakąś imprezkę, nagle w ziemię wrósł dla bezpieczeństwa człowieka widząc…

Może?

Przyznaję jednak, że połowa marca, a kwiaty skąpe. Nawet te u nas. Kurka wodna no. O co chodzi? Czy coś się szykuje większego, a może jednak nie? A może naprawdę? A może to tylko te wiatry tak one wczesnowiosenne kwiatostany hamują?

Zobaczymy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar Upragniony… została wyłączona