Pan Tealight i Pierworodny…

„Nie człowiek.

No nie…

Przecież to by było za proste, naprawdę!!! I nie siódmy siódmego, czy jakieś inne matemtyki. Nic z tego. Po prostu Pierworodny. Myśl największa. Genialny eksperyment, jednakowo i świnka doświadczalna i swój własny plan i jeszcze największa niepewność, bo przecież pierwszy, choć…

Niepierwszy.

Ale jednak ten, który jako pierwszy wyszedł z onej… ekhm, miejscówki, o której serio wielu myśleć nie chce, choć dla jeszcze innych stanowi, jest, oną najważniejszą osobowość. Oną idealność… oną…

Pragnienie.

Tak, zawsze pragnienie, ale i odraza.

Bo przecież wszystko zależy od okoliczności, wszystko zależy od tego jak co się składa, rozkłada i jak bardzo chce. I nie chce. I czy na pewno dobrze się zasiało… myśl i pragnienie, niepewność i odraza, oraz coś, co można odrzucić i na tym się uczyć. I na tym się ubogacać, ale też…

I to poświęcić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zachody słońca, wschody słońca…

Jeden dzień względnej pochmurności, choć i tak jednak słońce wylazło i zaczęło napierniczać, ale trochę popadało. Czy jeden dzień w miesiącu wystarczy takiej wilgotności? Nie sądzę, ale wiecie, lepszy rydz niż muchomor, chociaż…

To też zależy.

Ale wiecie, ten dźwięk kropel łomoczących o dach i ściany, naprawdę był mega, jednak to, że ziemia wlaściwie nawet nie wydaje się tknięta wilgocią, to jakoś tak, trochę, no wiecie, kiepsko mocno. Ale może w nocy… może przed tymm wiatrem, który znowu ma nadejść, może jakoś kurcze, no wiecie, jakoś jednak popada mocniej?

Ostatnie lata naprawdę nas nie rozpieszczają deszczem.

Naprawdę.

No i jeszcze Turyścizna.

Ech, przyznam się, że nie tęskniłam. Na dodatek pewne rzeczy się tak mocno i dziwnie pozmieniały, że naprawdę, jakoś tak u nas w Gudhjem… smutnawo. I już nawet nie chodzi o wycięte drzewa i przepiękne krzaki koło muzeum, ale przede wszystkim, o wszystko. Naprawdę… ogólny smutek i nerwowość. Z jednej strony każdy jakoś się stara, z drugiej, przyjezdni nie respektują naszych obaw i strachu…

Ten sezon będzie pamiętny.

Miejmy nadzieję, że jakoś jednak…

No wiecie, da się przeżyć. Mieliśmy kolejny długi weekend, teraz już ciurkiem robota bez świąt, ale… dla blogera to raczej nie ma wolnego. Nawet takiej idiotki, która na tym nie zarabia, wiecie, wiekuiste prace społeczne. A może… może naprawdę robię to tylko i wyłącznie dla siebie?

Egoistycznie w pełni?

Wschody słońca, zachody słońca…

Przyznaję, że z mojego domku, prawdziwego domku, wciąż nie do końca odmalowanego i wcale nie umeblowanego, to wiecie, raczej jakoś je widać. Panoramicznie. Po jednej stronie wschoy, po drugiej zachody, one wszelakie pomarańcze, ostre, palące słońce, a potem fiolety i róże wszelakie… cudowne. Ale…

Bo ja chcę pochmurności.

Bo męczy mnie, że o 22giej wciąż jest jasno i mnie to wykańcza.

Strasznie.

Wiadomo, każdy jest inny, jednemu pasuje jasno innemu ciemno, chociaż, nie oszukujmy się, jestem w mniejszości strasznej. Tej, co kocha zimę i może jesień, tej wielbiącej pochmurności i wszelakie cienie, chowającej się i gdyby mogła wybrać, to wiecie, właściwie niewidzialnej, aczkolwiek… cóż, wciąż kobieta, więc zmienną jest.

LOL

No dobra, ale jednak nie aż tak.

Wiecie co mnie jednak mega zaskoczyło, iż przyznanie się do tego, że czeka się na zimę, że kocha się zimę, to jakoś tak ludzie wrzeszczą na człowieka. Od razu hejt się podnosi w internetach. No serio? Co za debilność w tych social mediach? Nie no, pewno że zdaję sobie sprawę, że boskim hejtem w dzisiejszych czasach, to można oberwać za totalnie wszystko, ale jednak pogoda? Serio? Tak to razi twoje uczucia religijne, czy rasę, że kocham zimę?

Rany Mariany!!!

Ech ludzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierworodny… została wyłączona

Pan Tealight i Ząb Głupotności…

„No dobra, kiedyś chyba istniał, ale potem gdzieś zaginął, czasy się zmieniły, Wszelakość Wszechświatów się popierniczyła i…

Wypadł z obiegu.

Ludzie też się do tego przyczynili, no sorry… Czernobyl!!!

Ten od dziwnie pojmowanej mądrości był już taką popłuczyną własnej nawiności, że serio, można było się spokojnie go pozbywać. Bez urazy, chociaż… z drugiej strony, jeśli pęcherzyki mają przestać wycinać, bo znowu stają się przydatne, więc może i on się jakoś odrodzi? Choć nie, wyrostek to wyrostek, jednakowoż magiczność części wewnętrznych człowieka, ujawniała swoje moce dopiero pod rękami maga, który rozcinał wciąż drgająe, często krzyczące ciało…

… i odczytywał przyszłość.

Albo coś innego.

I te serca, no dobra. Rzeczywiście z nimi było trochę inaczej i ciało dziwnie odczłowieczone spadające, turlające się po schodach onych zigurratów, piramidalnych wymyślunków, a może… może jedynych prawd?

Ząb Głupotności jednak powracał.

Powoli, ale jednak…

I jakoś nie wiedzieli, co o tym myśleć. Naprawdę. Bo przecież, może w rzeczywistości już jakoś się ujawniał?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mam!!!

Wychodzi na to, że raz na 3 miesiące dostaję trochę książek… wiem, żałosna jestem, ale w moim słowniku opis brzmi: biedna. Tudzież, moim spokojnym zdaniem durna na te obecne czasy i tyle!

Dzień…

Jasny.

Oj tak, znowu mamy suszę, kurka wodna, znowu jakoś tak prawdziwie na jednej stronie Wyspy temperatura o wiele wyższa, u nas niższa, bo wiecie, przecież nie można mieć tego jakoś tak po równo, więc… więc po prostu odwala pogodzie.

Nie padało nie wiadomo od kiedy.

Znaczy nie pamiętam deszczu. Po prostu nie pamiętam. Dziwne… i strasznie mi go brakuje. I wiecie, że nie znoszę gorąca… a przecież ono nadejdzie. Nie oszukujmy się. Tak będzie i tyle… lato. Pieruńska sprawa. Jakieś truskawkowe księżyce, jakieź eklipsy, najdłuższy dzień… wszystko za rogiem.

Wszystko…

No i jeszcze Księżyc, Saturn i Jupiter się będą, wiecie, do zdjęć ustawiać, bo przecież, no każdy kurna chce być sławny. Może i one chcą o sobie przypomnieć? Czemu nie, ludzie szaleją, więc może i jest jakiś niebiański Skybook?

Trza będzie to przetrwać i tyle.

Oddychać i może nie myśleć i może… wiecie, odpuścić sobie?

Może?

Kogo ja chcę okłamywać? Przecież i tak nie popuszczę. Wsio ma być na maksa i na full, nie ma innej opcji!!! Tak się działa w świecie porąbanego perfekcjonizmu, który tak naprawdę perfekcyjny nigdy nie jest. Nigdy!!!

Naprawdę.

Pola się zażółciły i przekwitły.

Teraz wszędzie zieleń.

I łabędzica z sześciorgiem maleństw. Wciąż nie rozumiem dlaczego określało się, znaczy Andersen dowalił im przydomek „brzydkich kaczątek”. No weźcie, przesłodkie, włochate lekko pieprz i sól kolorowe są…

… ale…

Wydaje mi się, że kiedyś widziałam takie zdjęcie, łabędź i dzieci, właśnie takie, gdy w dość wietrzną pogodę rodzic wozi je w sobie. Właściwie tak to jest. Wdrapują się one od dołu i nagle spod piór wystają ino one dzióbki przesłodkie, plamki szarości na idealnej bieli kołyszące się na falach, ale nie na tych największych, o nie, rodzic nie da sobie piór z tyłka wyrywać. No przynajmniej nie długo… po jakimś czasie już siedzą na morskiej zieleni. Wiecie, na takiej trawiastej polance, która pojawia się tuż przy brzegu, ale jakby wciąż na morzu, gdy spacerujecie brzegiem morza… cudownie zielona, miejscami buraczana w kolorowości, zawierająca niesamowite rośliny wodne, którym ona solność nie przeszkadza…

Choć przecież i tak mówią, że Bałtyk się docukrza wciąż…

… więc… może o to chodzi?

No więc mamy fale, mamy łabędzie… chyba parę, tak serio, to przyznaję, że nie wiem jak odróżnić chłopca od dziewczynki… wygooglam sobie. Ale… poza nimi mamy rzeczkę prawie wyschniętą i jeszcze parkę skrytą w młodych trawach i kamyczki i wodrosty, i jeszcze one inne kreacje na białym piasku.

Takie artystyczne.

Ech… przynajmniej jest plaża.

Przynajmniej… kurna, ale od słońca nie mogę oddychać, więc na co mi plaża?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ząb Głupotności… została wyłączona

Pan Tealight i Poraninka…

Poraninka nie była nią.

Poraninka nie była też nim…

A taka była, że jej nie było, nie istniała, ale Pan Tealight czuł, że musi być wymyślona. Może jako czynność, może jako danie, ale musi zaistnieć! I to już teraz, a może… a może jednak jeszcze nie teraz. Nie wiedział… po raz pierwszy nie umiał podjąć deyzji, z jednej strony miał w sobie ono uczucie i wizję, a z drugiej, jakoś tak, bardzo mocno, bardzo dziwnie…

Jakby nie mógł się zdecydować.

On?!!!

Przecież nigdy tak nie było. Białe białe, czarne czarne, ten ma żyć, tamten nie, wiedział to wszystko nim jeszcze ktoś zadał pytaniem, nim się zauroczył, wahał… nim nawet pomysł na oną ideę, która miała zrodzić wątpliwości i rozgawory, się narodził… Nim wszystko się ustaliło, nim nawet…

Tak, a teraz…

No patrzcie na niego.

Przedwieczny Wątpiący!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to tak…

Polska nie, Szwecja nie… przynajmniej na czas 1 czerwca, gdy to piszę, czy merry dzień dziecka wszystkim!!! LOL Ale Niemcy tak, Islandia i Norwegia też, ale Finlandia nie… takie kurna negocjacje zaszły w rządzie. Jeśli chodzi o otwieranie granic, to może po wakacjach, ale… tak naprawdę, jeśli Duńczyk chce, to se może pojechać czy polecieć nawet na drugi kraniec świata, a co! Nikt mu nie zabroni.

Podobno Grecja jest full open?!

Serio?

Oczywiście nie dla Szwecji, bo wiecie, teraz wszyscy się mszczą za to, że Szwecja się nie zamknęła. Tajemnicą niejednego poliszynela jest, że wielu to wykorzystało, wyjechało do Szwecji na kilka miesięcy, może nawet będą próbowali tam zostać…

Może?

Bo ten spokój, poza oczywiście miejscami, gdzie najeźdźcy przejęli dzielnice, jest niesamowity. W tych miejscach zielonych, dzikich właściwie, niesamowitych… czy mogłabym mieszkać w Szwecji? Nie wiem, nie sądzę… prawnie, to dla mnie kraj jeszcze bardziej pokręcony niż Dania. A tak, Dania też ma swoje szaleństwa, szczerze. Ale jednak… helleristningery tam są przecież.

Tyle rzeczy do obadania, tyle do…

Wakacje… letni domek może? Ale kąpiele!

Oj nie, tam szczerze są potwory w morzu!!!

Wielkie!!!

Na przeciwko mnie stoi helikopter.

I nie, nie jest to zabawka.

Otóż, przede mną, a dokładniej przed moim kawałkiem ziemi, który za dwa miesiące będzie już mój od roku!!! O kurde, ale ten czas leci. Pamiętacie naszą przeprowadzkę… pewnie nie, czy ja ją pamiętam? Pamiętam ból. Utratę. Poczucie okradzenia, oszukania, cierpienie… ale też nowość, wszelaką inność, a jednocześnie, jakby człek tutaj od zawsze… hmmm, dziwny jest mózg ludzki, dziwne jego uczucia…

Nie mózgu uczucia, ludzia uczucia!

No rany, o czym to ja?

A już wiem… no więc zaraz obok, ino, że na przeciwko mego największego z okien jest pusta posesja. Cudo, które z chęcią bym kupiła i zrobiła z niej cudowny, bajkowy sad. Jabłonie, czereśnie i kilka brzóz by wkurzyć sąsiada… bo podobno ma alergię, dlatego wsio wycina… pederasta. Tlen niech se odetnie, bez urazy, ale pyli wsio jakiś czas, nie cały czas jeśli chodzi o drzewa czy krzaki, no weźcie no… trawy okay, ale daj im urosnąć i będziesz żył. Zresztą, zastanów się dlaczego cię tak to alergiuje…

Na tej, wspomnianej posesji, pustej, wygolonej prawie z trawy, wylądował helikopter, bo wiecie, koleś co ją kupił kilka lat temu, to ląduje sobie tutaj raz, dwa razy w roku – mam nadzieję, że nie będzie częściej, swoim maciupkim, ale cholernie głośnym helikopterem. Wyobraźcie sobie jak idiotycznie to wygląda, gdy w dzielnicy willowej, czy jak to zwał, wiecie, domki rodzinne, nagle ląduje sobie takie gówienko.

Przecież to absurd!

Podobnie jak sławetny bopælspligt… wiecie, w domu, który się kupi, poza sommerhusami, należy mieszkać co najmniej przez 180 dni w roku, a nie pozwalać im się walić, nawet nie wynajmować ich, a ludzi szukających tu domu jest masa… więc wytłumaczcie mi absurd, że nie można oddelegować kogoś, by zebrał kasę z kar, ukarał, wszelako wysatwił mandaty… czyli zebrał cash no, bo nie mają na TO pieniędzy.

No przecież to generuje kasę…

Ello głupoto!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poraninka… została wyłączona

Pan Tealight i Wieczorynka…

„Jak sama nazwa wskazuje, pojawiała się wieczorem.

I nie, nie miała ni usypiającego piasku skradzionego spod poduszki śniącego w dzień Dziadka, ani opowieści, nie…

… miała młotek.

Gumowy.

Wiecie, czasem najlepsze są one pierwotne, podstawowe wyjścia ze zbyt skomplikowanych sytuacji. A ona umiała walić. Od razu zaliczałeś komę. I nie, nie, że na zawsze, wprost przeciwnie, umiała tak rozłożyć siłę i dobrać miejsce byś śnił przez dwie godziny, pięć czy osiem… albo ile wypisałeś w pozostawionym przy łóżku kwestionariuszu. Oczywiście, od ciebie zależało, czy byłeś szczery i wypełniłeś wszystkie zaznaczone na „must” rubryczki. Bo wiecie, Wieczorynka nie tolerowała niedomóień.

I była pedantką.

Straszną.

Do onych granic możliwości, gdzie przypiłowywała gałązki, które mijała, tylko po to, by wracając sprawdzić, czy równo odrosły…

Serio.

Oczywiście nie była tania, ale kto by nie zapłacił za dobry, pełen cudownych snów sen? Trwający tyle ile się chce, na dodatek tyle ile organizm jego potrzebuje, bo umiała to wyczuć i czasem, ale doprawdy sporadycznie, lekko naginała granice myśli i dorzucała pytanie o one… wiecie, konsultacje senne…

I ludzie się decydowali.

Za friko!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay…

Większość ludzi uznaje Duńczyków, a przynajmniej tak wynika z mojej małe ankiety, za spokojnych, Wikingów, wszelako dziwnych w sprawach cielesnych ludzi. Wiecie, no oni od razu przechodzą do sedna wszelkiej sprawy, wprost pytają… możliwe, iż to po prostu sprawa językowa, tutaj nie ma, pardonów, czy azaliż wżdy, czy dłońc mógłbym wpierw musnąć swym wąsem nieistniejącym, bom właśnie się zgolił na czysto, psze pani… Tutaj nie mówi się proszę pani/pan, ale po imieniu, wszyscy są na Ty, więc dla Europejczyków… ale i innyczyków…

Są specyficzni.

Niegrzeczni nawet.

Powiem, że to sprawa religii, języka, braku wychowania, tudzież wychowania… po prostu różnych czynników, które kształtują takiego… no właśnie, nie ma czegoś takiego jak typowy Duńczyk. Czy żre te dziwne buły czy nie, czy obsesyjnie kupuje człowiekowy kage na urodziny, pije kawę, je leverpostaja… no dobra, tak, jeszcze młotek Thora na łańcuszku, ale zapisanie do Folkekirketa być musi… wiecie, inaczej nie pogrzebią.

Ale wszyscy zapominają, że Dania jest Dłuuuga…

I ma wyspy.

Wiecie i warstwy.

Nie oszukujmy się, ci na północy mają inne priorytety, niż ci na południu, a ci na wyspach obchodzą ich tyle, co wakacje czasem, jak nie chcą akurat gdzieś w inne kraje, choć wolą w inne kraje, ale wiecie one sommerhusy!

No więc, jak to jest?

Nie wiem.

Jest aspołeczna, ale patrzę, słucham… umiem się schować tak, że zapominają o moim istnieniu i wtedy wychodzi coś, o czym niewielu wie.

Coś tak z Komuny…

Oni donoszą.

Szpiegują się na wzajem, na maksa…

Była w okolicy taka sprawa pewna, że jednak rodzina była za wiatrakami, a cała reszta nie, więc poszły anonimy do prasy, do nich, wiecie, kultura hejtu na maksa. A jeszcze w tych czasach, gdy każdy maksymalnie wkurwiony i dbający wyłącznie o siebie, to już po prostu… wydają się tak maksymalnie bezkarni.

No i jeszcze, jeszcze przecież ta cała kultura hejtu, która z internetu przeniosła się tutaj. Przeniosła się na zewnątrz. Po prostu kwitnie tu jak nie wiem co. Jak najbardziej sąsiedzi niby się lubią, niby nie… sprawa niemiecka sprzed miesiąca, kiedy to złapano niemiecką jednostkę pływającą była oczywista, ale kilka dni temu zadenuncjowano jednostkę ze szwedzką banderą – a pamiętajcie, że do pięknej, zielonej w większości Szwecji, spokojnie jeżdżą Duńczycy na shopping, podobnie jak nad niemiecko-duńską granicę, bo taniej, wiecie…

Co do jednostki, okazało się, że Duńczyk se kupił, ale bandery jeszcze nie zmienił.

Ups!

Ale jednak, kurde, no weźcie no… tak od razu i to Szweda, przecież Szwecję widzicie z Wyspy, błagam, po prostu!

Nie wiem już kogo Duńczycy lubią, albo choć znoszą? Może Amerykanów, bo ich jakoś tak uwielbiają, wzorują się niektórzy na nich, ale co do reszty świata, to nie wiem… blee są. Polacy blee, Rosjanie to wiecie, wróg wielki i strach wszelaki. Tutaj, szczególnie na Wyspie, wciąż pamiętają, nie tylko najstarsi…

Dziwne to.

Ale sprawa szwedziej bandery?

Serio?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wieczorynka… została wyłączona

Pan Tealight i Zakochani…

Zakochani przychodzili.

Nie wiedział dlaczego… ale przychodzili. Może przez zmarłą niedawno kobietę w okolicy, a może przez coś innego, o czym nie chciał wiedzieć? Tak wiele ostatnio w tym świecie było takie… dziwnie mu znajome i nieznajome zarazem. Tak wiele w tym oznaczał jako to, czego naprawdę nie chciał znać…

Nie chciał się w to zagłębiać.

Miał dość tego, że wszystko się wciąż i wciąż i wciąż powtarzało. Homo sapiens sapiens istniało w tak nielicznej grupie osobników, a moc Homo sapiens novinkus wciąż się rozrastała, wciąż… wiadomo, że nikt nie chciał być wykluczony, ale… tak, Pan Tealight ostatnio coraz częściej wypatrywał oznak zagłady całkowitej, bo to teraz, to była li tylko zwyczajowa zabawa…

Zresztą…

Spoglądając na mieszkańców Białego Domostwa wiedział, że nie jest sam w swym zamyśleniu. Co gorsza, przerażało go, iż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… wiedziała o tym pierwsza. Wychwyciła dziwne wibracje, pokręcone myśli wyłapała, duchy wysłuchała… szybciej niż on. Przedwieczny. Pradawny. Jeden z Pierwszych!!!

Wstyd trochę.

I obciach.

Ale ci Zakochani…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z prawie końcem maja rząd poinformował, iż granice mogą przekraczać zakochani.

Znaczy coś, co tutaj zwie się kerste, a co tak naprawdę dla wielu jest „dupą”. Sorry za dosłowność, ale jeśli o to chodzi, to Duńczycy wielu już lekko oszołomili oną swoją lekkością, jeśli chodzi o seks. Tak, jak najbardziej posiadanie dzieci z kilkoma partnerami jest dość popularne, jakby… nie wiem, nie mogli się powstrzymać, za to już rodzina, w znaczeniu rodziców – serio, niezależnie od płci, ale przynajmniej dwójka dorosłych i jacyś dziadkowie niedaleko – to coś niespotykanego.

A podsłuchując starsze panie…

Hmmm, zaczynam się zastanawiać, czy czasem Dania nie straciła rodzinności.

Czy przez ów lockdown, u nas naprawdę lekki… nie uświadomiła sobie na nowo tego, iż miłość nie musi być idealna?

Bo wiecie, pojawiły się teksty w stylu: nie będę już tak wybrzydzać. Może nada się to, co mam, może warto popracować nad związkiem. No i święte „życie po polsku”… oj tak, brechtam z tego zawsze podobnie jak z padania pelikanami. Chodzi oczywiście o pary żyjące razem bez księdzowego, kościelnego, tudzież urzędowego TAK. Kiedyś Polacy, jako innowiercy, musieli czekać długo na „swojego księdza” i tak się uchowało powiedzenie do dziś, mimo iż… cóż, kto tu się żeni?

No i one obleśne, czarne dziwadła stawiane 30latkom, co to wciąż są niesajęci… wszystko tutaj jakoś krzyczy: samotność.

No ale, teraz, ukochani mogą przekraczać granice. Pewno dlateego, że sześciokilometrowa kolejka na Broenie po długim, majowym weekendzie jakoś wkurzyła wszystkich i poluzowywują dalej te obostrzenia? Nie wiem, ale info poszło. Może jak ten blog się opublikuje, granice otworzą normalnie?

Ale z drugiej strony…

Co jeśli inni nie?

Ale…

Jeśli macie ukochaną za granicą, może przyjechać.

Ukochany też… LOL

Tylko, no właśnie, pojawił się problem. W jaki sposób sprawdzić kto ukochany a kto nie? Zaręczeni może i mają jakieś, wiecie, choś zdjęcia i pierścionki, ci planujący śluby to już w ogóle, ale ci w początkowych fazach związku?

Rząd stwierdził, że należy sprawdzać wiadomości, SMSy i tym podobne, ale przecież to naruszenie prywatności jak cholera, więc jak to robić…

Nadal nie wiem jak to rozwiążą.

Może po prostu otwórzcie granice, w końcu niektórzy i tak jakoś się przesmykują, ci co pracują tu a mieszkają tam robią to przecież przez cały czas, ludzie… to wszystko zaczyna przypominać idealną definicyjnie farsę totalną, bo jeśli zaraza, to właśnie oni pracownicy powinni nas wszystkich już zabić, no i jakoś… dobra, żeby nie było, kilka dni temu zmarła… sąsiadka.

We śnie…

Zwyczajnie, więc…

… więc…

Spokojnie. Nie była może super leciwa, jak na nasze standardy, ale… i znowu jakoś tak nierodzinnie się zrobiło, co nie? Samotnie, w łóżku, ktoś ją znalazł… ktoś jakoś tak. Ktoś… takie to… nie, wcale nie smutne. Po prostu nie każdy musi kochać tak bardzo ludzi, naprawdę.

A niektórych ludzie nie kochają…

I takich mamy na Wyspie.

Wielu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakochani… została wyłączona

Pan Tealight i Piaskowy Ludek…

„Odwiedzała ich i karmiła marcepanem.

No co?

Pan Tealight też był zaskoczony, na początku… myślał, że to tylko on o nich wie, myślał, że taki wybrany jest i w ogóle, no ale… właściwie, wiedział, że się oszukiwał. Mimo ślepoty, którą się wymawiała, w jakiś dziwny sposób Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała o wszystkim, albo…

… prawie wszystkim.

Gdy tylko porozmawiał z Piaskowym Ludkiem, od razu pobiegł do starego bunkra, miejąc nadzieję, że O TYM jednak nie wiedziała, ale… nie, nie wyprzedziła go. Nie. Ona jakby raz była w jednym  miejscu, potem w drugim, jakby się rozpadała, a każda jej cząstka dysponowała jej zwyczajowym ciałem, ale jednak umiał rozpoznać niepełną Wiedźmę Pożartą… jakby nie tyle jej całą osobę, ale cień… mogła zmylić zwykłych ludzi, ale jego… znali się zbyt długo.

I może właśnie o to chodziło?

Może dlatego jej nie powiedział, bo wiedział jak emocjonalnie, mocno, może i nazbyt w pełni… zareaguje? Ale ona… ona, jej cząstka, tylko na niego spojrzała i rozmyła się… Instynktownie wyczuwał, że pełna i cała Wiedżma bawi się z Piaskowym Ludkiem starą cegłę wyczyszczoną przez fale i smokiem, który wierzył, że jest wyrzuconym na brzeg patykiem.

Wiedziała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Statki…

Zagubione na całym świecie.

Świecie, który składa się w większości przecież z wody… Statki, o których nikt nie pamięta. Nikt ich nie wpuści do portu, bo przecież wirus, bo przecież niebezpieczeństwo, nigdy nic nie wiadomo…

Statki ze statusem do wynajęcia.

Widzę je.

Podobno najwięcej błąka się dookoła północnej Danii, no logiczne, piasek tam, najważniejsze połączenia, ale… dowożą im jedynie jedzenie, wodę… może czasem i jakieś wiadomości, może czasem, choć dobre słowo, może… tak naprawdę oto jest największe odosobnienie, w brzuchu blaszanego wieloryba, wciąż z tymi samymi, ale czy oni nie są do tego przyzwyczajenie? A może oto najgorsze, co wydarzyć się może.

Spoglądać na ląd, którego zawsze się wypatruje, ale nie móc…

Nie móc wyjść na brzeg!

I ich rodziny!?

Oczywiście, każdy powie, taka praca, takie życie, takie wybory, w każdym porcie panna i tym podobne… i mamy ono morze, pełne morze cudów i dziwów, ale i śmieci wszelakich niestety… więc wiecie, Latający Holender skądś się wziął… może i z zapomnienia. Nie jak drzewiej bywało, rozpalanych ognisk na skałach, by tylko zmamić pływających, podróżników, by rozbić ich statki i oczywiście zabrać wszelkie dobra…

A teraz…

Świat sobie o nich przypomni, gdy tylko potrzeba będzie taka.

A na razie…

Patrzę na statki na horyzoncie i te wojskowe z niemiecką banderą i te wielkie, transportowce? Terminologia mi siada. I rozumiem jak bardzo łatwo zapomnieć o innych. Tak bardzo łatwo, ale z drugiej strony, jak pamiętać o wszystkich? Przecież nawet nie pamiętacie swoich friendsów z facebooka!!!

Ja nie znam wszystkim…

Statki…

Na morzu spokojnym, błękitami łyskającym, miejscami szmaragdowym, łudzącym, że skarby taam są, już tuż pod powierzchnią oną spokojną teraz, że tylko po nie sięgnąć… i tak, jako osoba nadsilnie wprost, komicznie, dotknięta przekleństwem Posejdona, czyli rzygjąca na każdym bujaniu, to wiecie, serio im współczuję, ale z tego co wiem, to oni się uodparniają…

 

… więc…

Więc tak z drugiej strony, jak mają neta, mają książki, kuka mają, to w onym odosobnieniu… przecież kurde sama mam ino ogródek dookoła siebie, pewno przestrzeń mniejsza niż oni na tym ogromie metalu, ale jak tylko, jak tylko zacznie wiać, to raczej chyba im mniej przyjemnie, czy coś… no i ta woda.

Moja w kranie podobno nie z siuśków, ale kto ją tam wie…

I jeszcze ten odcinek z Archiwum X, w którym to łzami krwawymi płakał statek, no wiecie, czas się tam łamał, sól wyżerała wszystkich, to jakoś tak, naprawdę wiem skąd biorą się one opowieści o tych, co na wodzie.

Bo przecież nie tylko tacy, co to pracują na morzu na nim zostali, ale też i ci, którzy pływali sobie rekreacyjnie, wiecie, życie takie wybrali i teraz… nie mogą zawinąć do żadnego portu, mogą tylko czasem, w niektórych wypadkach, przypadkach i wszelakich wiecie… no przecież „Wodny świat” jak nic!!! Czy wytrzymałabym na takiej łupinie? Pewno, że to jakieś tam ciepłe kraje i tak dalej, więc mogą sobie popływać, zimno im nie jest, połowić i tak dalej, ale jednak, czy bym wytrzymała, nie… nie oszukujmy się, potrzebuję przestrzeni i nie tej ułudnej, którą daje horyzont niezamieszany jakąkolwiek ziemią. Potrzebuję drzew… krzaków, roślin, zieleni niealgowej jakiejś, wiecie, nie tej ułudnej, gdzieś w głębi, w onych podwodziach zatopionej… gdzie te światy zatrzymane w czasie…

Horyzont.

Czysta linia…

Wschód, zachód, północ i południe.

Nie, nie mogłabym. Bez onego czegoś pod stopami, bez tych lasów, bez i nieba i wody i ziemi i wszystkich czterech żywiołów i piątego i szóstego… tak, jak najbardziej przestrzeń jest mi potrzebna. Bez niej nie oddycham…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piaskowy Ludek… została wyłączona

Pan Tealight i Rozdarcie i Prucie…

„Wszystko i prucie i darcie, rozdarcie, wszelkie rozszycie, cięcie kantów, doczepianie, stękanie, jęczenie… krojenie, mierzenie, pasowanie i dopasowywanie, no po prostu zamęt straszliwy nagle się pojawił w Sklepiku z Niepotrzebnymi. W tej jego części, gdzie ostatnio Księżniczki i Królewny po Best Before… wiecie, próbowały udawać, że są takie ą i ę…

Ale wiecie, wiosna.

Jakakolwiek by nie była, właśnie się kończyła i Lato już przebierało nóżkami, stercząc za rogiem. Już napierdniczało słońcem, już kreowało kolejną suszę, więc… nie no, pewno, że ten cały lockdown, ale przecież wszystko się zmieniało, Turyścizna przyjeżdżała, więc weki już można było szykować, te słoizki, pojemniczki, beczki na większe części, no i oczywiście zalewy. W końcu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała aż trzy szopy, więc czemu nie?

Nie żeby ona o tym była poinfromowana.

Po co ją zniechęcać od początku, wkońcu miała swoje problemy i znowu otaczał ją nimb czarności i pochmurności wszelakiej, błagalne litanie o szarość dnia i nocy ciemności, pieśni zaklinające błękit nieba, by zniknął… tak, co jak co, ale nie była zwyczajowym człowiekiem, może w ogóle nawet…

Hmmm…

A to prucie i donośny, chociaż też i dziwnie chrapliwy, jakby krztuszący się, stukot maszyny, cóż, Pan Tealight dawno temu nauczył się, iż o pewne rzeczy kobiet pytać nie trzeba. Same w końcu przyjdą, jeśli taka będzie ich wola, a na razie wolał błogą nieświadomość i lody z kwiatów czarnego bzu…

Takie smaczne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dueodde.

Ludzie wrócili.

Turyścizna.

Bleee… straszna sprawa. Dziwaczna po onej pustce. Linie na niebie, straszne to takie wszystko, szczególnie, gdy idzie się na Dueodde. Gdzie ludzie próbują udawać, że wszystko jest jakby nic nie zaszło, że mogą robić rzeczy, ale tylko dzieci próbują wskakiwać do wody, chociaż wieje i ogólnie mówiąc dziwnie…

W powietrzu jakaś mocna duchota, piasek oczywiście, jak zwykle włazi wszędzie. Nie wiadomo w jaki sposób, chociaż pani premier taka strasznie niezłomna, nieustraszona i twarda, to skąd one wszystkie niemieckie auta?

I ludzie?

Hmmm…

Nie dociekam, idę w wydmy. Idę w wydmy, bo u nas można. Bo u nas tyle tego niesamowitego, białego, drobniutkiego proszku-piasku, i one falowania, kształty, struktury, zagubiona, wyczyszczona cegła, może z jakiejś podwodnej budowy, trawy i mikre sosny powykrzywiane wiatrem, ale dumne z tego, że wciąż trzymają się tak bardzo niepewnego świata… kosmicznego, księżycowego może i krajobrazu, ale jednak… pustka tutaj. W pewnym momencie, tak naprawdę, w głębi, zagłębieniu, wszelako nie jesteś świadomy gdzie iść.

W którą stronę?

Bo przecież ni widać wody, choć ją czucjesz, nie widzisz jej, ale jest i ona wieża, latarnia morska w tak smukłym kształcie, że żadna dieta ci nie pomoże, więc… wspinasz się. Wspinasz i wspinasz… i widzisz oną ciemną nitkę w dziwnie wielkiej oddali. Idąc wydmami dotarcie do wody to po prostu prawdziwa droga przez mękę.

Wiatr, słońce, pustka, ona biel… z jednej strony schronienie i ochrona przed świaem, z drugiej, gdyby tylko te piaski chciały, wiesz, że pożałyby cię i oskórowaly w sekundy trzy. A reszty dokonałoby słońce i wiatry…

I sól.

Ona wszechobecna sól.

W tej całkowitej bieli wszystko wydaje się być i możliwe i grzeszne, i wybaczone.

Wszystko.

Biała latarnia, białe piaski, biel, w którą zmienia się błękit nieba pod wpływem wrząccego słońca i jakiś jebany spitfire… znaczy no ten tam, isko lecący odrzutowiec, kurna, serio, ja tutaj toczę dysputy sama z sobą w onej bieli najczystszej, a wy mi tutaj nad głową właściwie mi czachę rysując, bezczelnie tak…

Serio?

Naet dwa. Mam dowód na zdjęciu!!!

Ech, no i widzicie, człek się stara wyciszyć i uspokoić na plaży wielkiej i ogromnej, na onej pustce piaszczystej i wszelakiej niskiej roślinności…

I nic z tego.

Nawet siku nie zrobisz, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy ktoś nagle zza jakiejś górki nie zrobisz. Bo ono schowanie, ukrycie się, naprawdę jest takie ino pozorne. Ino pozorne! Naprawdę… wszyscy cię widzą, wszyscy podglądają.

Paranoja?

Może?

A może to ten piach? Może to one kryształki i sól ona, wieie, może to już miraż jakowyś, może coś się pod kopułką nie tak styka, może i coś w końcu się wykluwa z onych myśli skażonych dziczą i pustką? A może… może… jednak to prawda? Po prostu, zwyczajna, ale wiecie, wszyscy się na to godzą, więc…

… więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozdarcie i Prucie… została wyłączona

Pan Tealight i Pokój do Niespodzianek…

„Pojawił się…

… nie, nie wiedzieli kiedy, mogli tylko przypomnieć sobie kiedy każdy z nich go dojrzał, zrozumiał, iż istnieje, a potem… zapomniał. Bo w końcu o to chodziło, by jakaś część ciebie wiedziała o tym, iż on istnieje, ale żeby nie było to takie… oczywiste, a już na pewno nie oczojebne. Oj nie!

Pokój do Niespodzianek.

Do końca nie było wiadome kiedy i dlaczego się pojawiały. Czy z powodu uczuć mieszkańców, czy z powodu samego domu, a może zawsz ebyły obk, jednakowoż nikt ich nie zauważał, zapomninał zbyt dobrze, zbyt mocno, zbyt prawie na zawsze… może to to, a może jednak…

Było w tym coś więcej?

Coś większego?

Smok siedzący na kupie złota, nie żeby mu było wygodnie, to gówno uwierało… wiecie, nie była to złota równa kupka, ale masa monet i tych upierdliwych ozdóbek, a już korony z tymi spiczastymi pierdołmami na czubkach… strasznie wkurzajaca sprawa. Naprawdę. No sami kiedyś spróbujcie, jak nie wierzycie.

Zapomniana rzecz, której odnalezienie wcale nie przynosiło radości, bo już jakoś tak opłakałeś, jakoś tak odpuściłeś, minęły eony, a ona się pojawia, a ty masz już nowe ulubione, bo chciałeś wypełnić pustkę…

I zonk.

Albo ludzie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ludzie, ludzie, ludzie wszędzie!!!

KOSZMAR!!!

Po tych kilku miesiącach pustki i ciszy pojawiły się tłumy. Nie no, pewno że wiem, iż to nie jest jeszcze to, do czego ludzie są zdolni, ale jednak, po tej ciszy cudownej, po tej całej może i stresującej, ale jednak i cudownej samotności… wiecie, wszystko ma wracać do tak zwanej normalności. Ekhm, choć nie wiem, czy to możliwe, bo po drodze widzieliśmy jak nas para wymijała takim łukiem, że omal nie przekroczyli wodnej granicy z Polską… sorry, ale chyba mnie to już tylko śmieszy…

Wiecie, kolejny objaw depresji, ale…

Who cares.

Są auta, są ludzie, pojawią się problemy, bo przecież i tak w niektórych miejscach puste półki były normą, więc… ale za to ludzie są i wojenne, niemieckie statki i te tam, no, odrzutowce nisko latające, więc już nie wiem. Najazd, czy jednak wirus, czy może dzieje się coś całkiem innego?

Może… kto to wie?

Ja już niczego nie wiem.

Powietrze dziwne takie, raz gorąco, raz zimno, wszelako duszno, dzika mgła wisi w powietrzu niczym gaz bojowy całkiem naturalnje produkcji.

Nie daje się oddychać.

A jeszcze te aromaty z pól… podobno są już świeże ziemniaczki, młode, wiecie, ale jednak są ino dla tych co to mają te puginały pełne kasy i złote kutasiki i takie tam, no wiecie, zasoby wszelakie na wymianę…

Ja poczekam.

Się doczekam, albo li i azaliż nie.

Bo u nas z warzywami, to wiecie, łatwiej z Chin niż z Wyspy lub Polski na przykład.

Ale…

Ostatnimi czasy bardziej czuję się jak kosmita z jakiejś Matplanety, niz człowiek, jakich dookoła pełno. Nie dość, że nie myślę jak ogół, nie zachowuję się jak ogół, ni też nie oglądam tego, co dają, jak ogół, to na dodatek…

Kompletnie nie rozumiem ich problemów, które nagle się pojawiły, gdy zamknięto to i tamto. I jeszcze hipermarket… wiecie, głównie chodzi o kosmetyczki i fryzjerów, oraz wszelkiej maści tego typu dopusty nieboskie. Jakby nagle nie dawało się żyć bez paznokci plastikowych, kłaków doczepionych i tym podobnych? Serio, każdy leci tam co najmniej raz w miesiącu? Pozwalacie się dotykać obcym ludziom?

I wcierać w siebie rzeczy niewiadomego pochodzenia?

No bez urazy, ale kto z was czyta ulotki?

Czy jestem przeciw?

Ależ nie, zwyczajnie jest to coś, co robią kosmici, a ja tego nie rozumiem. Może gdybym z psiapsiółkami obrabiała dupę mężowi co piątek przy jakichś napitkach i nie wkurwiałaby mnie słowa takie jak „kawusia” i inne zmiękczenia, to zajarzyłabym tych kosmitów lepiej, ale tak… nie wiem… naprawdę.

Kiedyś ktoś robił trwałą i wyglądał jak baran, a o moich doświadczeniach z fryzjerem – 2 razy w życiu, to już pisałam. Chyba? Kosmetyczka to mi uszy ino przekłuwała. Na pistoleta strasznego. I tak, jest różnica igła – pistolet. Ale, jak jako dzieciak rozdarli ci ucho zbut cienką igłą a potem wepchnęli w oną dziuręczynę szeroki nader kolczyk, to sorry, ale wolicie sobie strzelić w małżowinkę.

Naprawdę.

Czy botoks chcę?

Oj pewno, mogliby mi naciągnąć i to i tamto… ale wiecie, problem z głowy jak człeka nie stać. I zawsze, jak kogoś to zawstdza, możecie podciągnąć pod religię czy minimalizm. LOL Mi nie przeszkadza mówienie, żem biedna… nie rani mnie to. Chyba? A może tylko się kosmiczznie oszukuję?

Przesiąkła już tymi kawusiami i chcę szanelki?

Hmmm?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pokój do Niespodzianek… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmitowie są back…

„Znowu przylecieli.

Wiecie, podobno się zwiedzieli, że jakaś impreza na Ziemi odchodzi, a tutaj, kurna, wszyscy jacyś tacy dziwni. I zamaskowani. Jedni się buntują, inni znowu chowają w domach, nie chcą wychodzić, a jak już, to zakładają kostium dinozaura albo jednorożca, a może… tak naprawdę w końcu one, ukrywające się byty na poły ino ludzkie, w końcu uzyskały jakieś prawa?

Bo wcześniej ich tak nie widzileli…

Wiecie, jawnie wynoszących śmieci.

No ale… jak się dowiedzili o wszystkim, to wiadomo, od razu zawinęli ogony i uciekli. Nie, wcale nie chodziło o wirusa i tak, Kosmitowie mają ogony. I tak, odpowiednio winno się ich zwać w ten sposób, a nie odmieniać… dziwacznie. Komisici, może, może czasem to wytrzymają, ale zwykle… Kosmitowie.

A ogon…

Znaczy, nie ogon, ale ogony.

No tak, mają, a co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Harry Potter” nowe wydanie … – no właśnie. Nowe… Tak właściwie, to ma już kilka lat, ale jednak jak byk pisze tam, iż poprawione, oraz z wprowadzonymi zmainami nakazanymi przez autorkę.

I wiecie co?

W kij z tym.

Co to jest? A może tylko mi się tak wydaje? Może przesiąkłam filmami? Nie no, weźcie, przecież to nie ja… widzę na własne gały, od pierwszych stron, że coś jest nie tak, że książki przypodobały się filmom.

Że to już nie do końca to.

No dobra, pewno, wciąż to, ale jednak…

Dlaczego mam nowy zestaw HP? Bo przecież straciłam wszystkie książki, 5000 tomów. Garść jeszcze leży w workach, ale otwarcie ich grozi raczej, jeśli nie poważnym zakażeniem, to zgonem. Sorry. Taka pleśń, że strach się bać. I przez to zaopatrzyłam się, a raczej mi się udało, bo moja obecna ilość tomów to jakieś 50 sztuk… i jak tak człek wciąż czyta to samo, to zaczyna szaleć… jednak potrzebuję nowych, ale z pustego i Salomon…

Chociaż, gdyby Salomon spadek jakiś mi zostawił.

Miłoby było…

Ale, ciekawa jestem, czy czytaliście pierwsze wydanie, czy widzicie różnicę?

Kosiarki, kosiarki, kosiarki dookoła!!!

Tańczą, jak wariatki na dobrych dragach i seryjnie mocno napierniczają. Ten dźwięk człowieka dobija, bo w końcu miał być Bright Green Island, ale… kiedy to było. Śmieszy mnie, gdy ludzie mówią, że Dania taka ekologiczna. No pewno. Tia… sarkazmem ociekam, sarkazm ze mnie wycieka, sarkazm mnie obmywa.

Nie jest ekologiczna.

Tak, jak najbardziej ludzie mają rowery, ale…

… bez urazy, wkurwiony rowerzysta, próbujący cię przejechać, zarysować każdy pojazd i tak dalej, to wiecie, taki kurna ekologiczny. Może i nie smrodzi, ale zeżarte przez niego awokado zniszczyły już tyle lasów… kolejne części dzikiej Brazylii zostały „udostępnione” światu i jest cudnie.

I niszczycie dalej.

Ja nie niszczę.

A wypraszam sobie.

Dosadzam wciąż. Może i na niewielkiej przestrzeni, ale dosadzam, staram się wciąż jakiś nowych gości zaprosić do ogródka, jakoś tak zazielenić, mieć mleczyki i stokrotki, trawa może rosnąć, pierdzielić to, przecież pampasy mnie tu nie urosną! Przecież to zwykła trawa, nawet nie zabawowa palarnie…

Jestem cięta, wkuta i w ogóle.

Nie mogę wyjść na zewnątrz, bo wiem, że znowu wycinają, znowu likwidują tlen, bo i po kiego chu… kurna, muszę przestać przeklinać, po kiego nam oddychanie. W ogóle serio, oddychanie, to zbędna sprawa. Kompletnie niepotrzebna. Przereklamowana, wiecie, ludzki organizm potrzebuje ino szybkiego internetu i tyle.

Kuźwa, co się stało z tym światem.

Ale…

Oto i mamy kolejny długi weekend, bo wiecie, czemu nie. Wniebowstąpienie czy coś w tek deseń, nigdy nie umiem zapamiętać. No ale, cztery dni… ŁAŁ. Znowu będzie malowanie, ale może w końcu człek pójdzie na jakiś spacer, a nie ino w domu zapiernicza te kroki? Wiecie, coś jednak robić musi…

… ruszać dupą…

Ale jednak, azaliż wżdy, ponieważ piszę to sobie na zapas, to powiem wam, że już po majówce, czy jak to zwał i czas czerwca się rozpoczyna. Wciąż nie wiadomo co to będzie z tym czerwcem, ale wiadomo, że ludzie do Szwecji wybyli i to nie tylko Duńczycy, bo wiecie, tam obostrzenia mniejsze… intryguje mnie jak tam się dostali, no ale… babeczka z Czech podobno bawi się świetnie od kilku tygodni.

Co do Danii, to lańsko w parlamencie dostał ten nasz gostek, co to one respiratory pradawne, pewno z epoki kamienia lekko rzezanego, wiecie, wysłał do Włoch. No zmyli mu wszystko, bo śmiał przecież święty pijar zniszczyć…

Ale wypłatę na pewno dostanie.

Ech!!!

I tak jak człek se o tym wszystkim pomyśli, jeszcze spoglądając w okno, za którym już one jasne noce się zaczynają… to serio, nie wie co o tym myśleć i czy w ogóle, to poprawnie myśleć o czymkolwiek? Bo… trudno wierzy w pewne rzeczy i sprawy, jak człek ma kilka komórek i wiecie… rozglada się dookoła…

A jak się rozgląda, to wie, że człowieki pełnoletnie do chyba 28go roku życia, jakoś tak, testy mają sobie już robić. Nie wiem po co one im, poza badaniami, ale jak na razie, to wiecie, wykazały tak znikomą ilość wirusa, że ekhm, no… cała reszta, czyli my starzy możemy się badać za jakieś kilka tygodni… znaczy na razie nie biją i ciągną za włosy, ale wiecie, może zaczną, kto to wie?

W końcu, wsio możliwe…

Wsio!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmitowie są back… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Naleśnik…

„Pan Naleśnik Płaski.

… żeby nie było. Bez urazy, ale płaski było dla niego istotnym słowem. Nie, że jakiś pancake amerykański. Brzydził się nimi!!! Tymi grubymi, puchatymi bułami lekko ino, jakby usiadł na nich jakiś grubas, ale podniósł się w połowie całej imprezy i wiecie, po prostu nie spłaszczyły się na amen, ale jednak…

Ale jednak nie były jak papier.

Nie były tak niesamowite, jak on… płaski, cieniutki, wiecznie wietrzny, poddawany wszelakim powiewom… idelnie bursztynowy poza kilkoma plamkami w rejonie twarzy, bo przecież płaski był może, ale jednak i człowieczy w kształcie, ludzki nader, ale jakiś taki… no wiecie… ble.

Może, gdyby dodać nutelli czy czegoś…

Albo chociaż gacie?

Bo goły był… nie żeby coś, wiecie, naprawdę wszystko miał płaskie i jakieś takie, wiecie, jakby zanurzone w zimnej wodzie, czy coś, więc kompletnie li i aseksuwalne, ale też… jednak niezjadliwe kompletnie.

Nadzwyczajnie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna.

Wirusy…

Do tego jeszcze oczywiście alergie.

Po prostu ubaw po paszki! Nie wiem w jaki sposób tak wiele osób uwielbia tę poręroku, nie wiem jak można nie rozumieć tych, którzy nie czują wiosny… czy lata… budzą się dopiero jesienią by świętować zimę.

A bo co!

Wolno nam.

Widzicie, nie możecie nam zabronić czuć, myśleć, mieć waszego zdaniaa za nasze. Tak, na pewno możecie próbować i dodatkowo jeszcze nami manipulować, oj tak, ale jednak… zawsze znajdą się ci, któzy naprawdę mają to gdzieś co o nas myślicie. Jak ja… nie żebym nie przeżywała hejtu, no błagam, widzicie tutaj miejsce na komentarze? Nie… dlaczego, bo moje zdrowie psychiczne właściwie nie istnieje. Znaczy w mniemaniu zdrowotności. Po prostu wiecie, gdzieś tam zniknęło, rozmyło się…

Jest tylko wielka, czarna dziura.

I już, zaakceptowłam to, ale nie muszę wam pozwalać jej pogłębiać, co nie? To dlatego też o pewnych rzeczach nie piszę, nie mówię, nie krzyczę, nie fotografuję ich, zwyczajnie, jakoś tak… nie… bo łatwiej i lepiej tak.

Ale… Wyspa szykuje się na sezon.

Bo będzie jakiś sezon.

Kto w nim będzie uczstniczył i jak to będzie, tego nie wie jeszcze nikt, bo nadal wszyscy się układają. Ci z tymi, tamci z tamtymi, Szwecja się obraziła, ogólnie mówiąc po prostu drama jak zwykle!

Polityka!

Ale zobaczymy.

Podejrzewam, iż jak zwykle Niemcy wygrają. Bo przecież, bez urazy, ale spójrzmy historycznie, oni zawsze dostają, czego chcą, albo sami sobie to biorą. Umieją tak i tyle. Zresztą, też i okalające je, oraz i te zbyt dalekie, państwa, jakoś im na to pozwalają. Co więcej, nawet za to nagradzają…

Hmmm…

Mniejsza, wiosna.

Miało być o wiośnie, wyłącznie o cudownej, uspokajającej, wiecie… przyrodzie, ale sorry, śmierdzi. Nie wiem dlaczego, ale wciąż wali chemicznym gównem na zewnątrz, więc przyznam się, iż po raz pierwszy w życiu mamy eeee… jak to się nazywa, suszarka? No wiecie, pierzecie najpierw gacie, a potem wrzucacie w taką maszynkę i one wychodzą suche i pachną ładnie.

Tak, suszarka do prania, to coś, co… ZASKAKUJĄCO, jest niezbędne na Wyspie. I to nie tylko z powodu aroamtów, które czasem człowiekowi zdzierają skórę z twarzy, ale przede wszystkim prze okresy mokrości wielkiej, nie tylko deszczowej, ale przede wszystkim mglistej, szczególnie teraz, gdy havgus sobie szaleje.

Bo czemu nie.

To jego czas… i jego świat.

To dlatego w domkach letnich znajdziecie i pralki i suszarki. To dlatego tutaj tak często łazienki są takie małe, ale pralnio-wyjście do ogrodu, musi istnieć. Jakby… jakby wszyscy wiedzieli, ale tak serio każdy przekonuje się na własnej skórze. Często boleśnie i często smrodliwie szokująco.

No ale…

… wiosna, sezon…

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Naleśnik… została wyłączona