Pan Tealight i Podejrzenia…

„Pojawiły się niezbyt nagle.

Nie, nawet wcale nie nagle, raczej mocno się najpierw zapowiedziały na twardawym, tłoczonym papierze, ze złoconymi literami, delikatnymi rycinami na boczkach, wiecie w króliczki, poziomki i te sprawy… W bladoróżowych kopertach, poprawnie zaadresowane, na dodatek z dokładnie przyklejonym znaczkiem. Idealnie lewitującym pomiędzy kątem prawego rogu koperty, adresem, nadawcą, a kolorową taśmą równiutko zdobiącą jej kremowy dół…

Przed kopertą był nawet telefon, bo nie wiedziały, czy takowa forma korespondencji, tak stara, antyczna dla zbyt wielu, nie urazi mieszkańców Białego Domostwa, dlatego zadzwonili najpierw do Smoka z Komina, który jako jedyny nadrabiał jakoś z tą technologią, no i nie wykorzystywał jej wyłącznie dla zakupów, jak Wiedźmy z Pieca, Księżniczki i Królewny… wiecie, jakoś mu się udawało. Mimo że przecież też chyba był nią? Chociaż tak do końca, kto to może wiedzieć… niby nikt tam nie zaglądał, komin był czyszczony i tyle.

No więc najpierw był telefon, potem list, a potem jeszcze potwierdzenie otrzymania potwierdzenia, że list dotarł… wszystko zgodnie z dziwną, pokręconą etykietą. Wszystko po to, by przybyły Podejrzenia. Tylko i wyłącznie one. Wiecie, zero pewności, zero przeczuć, żadnych dreszczy czy wizji… tylko i wyłącznie szepczące, skrycie jątrzące słowa pomiędzy powiewami dziwnie zimnego wiatru, Podejrzenia. Dojrzałe i pewne swego, a jednak też i będące wyłącznie tym…

Powiewem wiatru.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nawiedzony dom na wzgórzu” – … dziwna. Stara, lekko nostalgiczna. Przewidywalna miejscami, ale też dziwnie zaskakująca. Na pewno nie dla każdego.

Oto powieść z przeszłości.

Nie stylizowana, raczej coś jak przestąpienie drzwi do przeszłości i zapoznanie się, namacalne zderzenie, z tamtą mentalnością, postrzeganiem nauki i duchowości, religijności oraz dziwnych osobowości. Spotkanie grupy ludzi, z których każdy coś skrywa, ale jednak ona jest najważniejsza. Nasza główna bohaterka. W końcu wolna, w końcu pewna tego, czego chce i wdzięczna za tą sposobność. Ono dziwne zaproszenie do pewnego domu. Domu, którego nie zna żaden z członków tej grupy, a jednak tutaj są. Każdego przygnało tutaj coś innego. Ale jednak… kto tutaj ma największe plany co do tych ludzi? Ten, co ich zaprosił, jego małżonka, a może jednak on… dom?

Książka jest na pewno specyficzna.

Wiele się w niej dzieje i nic. Jeśli wpadniecie na dobry trop odgadniecie zakończenie, a jeśli odgadniecie możecie się naprawdę wkurzyć. Bo tak, to zakończenie podziałało na mnie właśnie w ten sposób. Ta cała niesprawiedliwości tego świata, zbyt wiele niewyjaśnionych spraw, zbyt wiele niedopowiedzeń.

Shirley Jackson jest znana ze specyficznego sposobu pisania. Wielu z tych, którzy nie doczytają, nie zapoznają się z jej biografią, może mocno zaskoczyć. Bo nie jest taka jak współczesne pisarki. Ona naprawdę dotykała czasów, o których pisała. Niegdyś była jedną z tych nielicznych, słynnych… niestety ona jej zaprzeszłość, życie w poprzednim wieku, może wielu z czytelników razić i zniechęcać. To dosadnie stara książka. I na to musicie się przygotować. Na dziwność spodni i kobiet podróżujących samotnie… ale też może niektórych właśnie to, ona sepia, kogoś przekona?

Podlewamy…

Dobra, nie do końca rozumiem, ale wiecie jak to jest w miastach. Zwykle najpierw wszystko wycinają, a potem ojerunku, cienia nie ma, zieleni brak, więc sadzą… niestety tym razem posadzili przed okresem wielkiej suszy, która zaczyna powoli chyba docierać do wszystkich umysłów, więc nagle Rønne ma problem. Ale nie żeby miasto miało problem. Nie nie nie… Wiecie, to mieszkańcy mają problem i zostali zagonieni do podlewania drzewek.

Z jednej strony świetna sprawa, bo przecież dzięki temu zwykły człowiek, może niemając ogródka czy własnych roślinek, nagle ma drzewko pod opieką, ale z drugiej, kurde, tyle bulić w podatkach, a potem zapieprzać z koneweczkę? Po robocie, której może masz dość? No nie wiem. Nie będę przeprowadzać wywiadu, ale wiem, że własne roślinki musimy podlewać co wieczór. Wyglądają, nawet z tym podlewaniem, strasznie marnie. Nawet te najbardziej wytrzymałe zatrzymują się przy ziemi i już kwitną. Po pierwsze jakby nie dowierzały temu ciepłu, po drugie, jakby nie miały siły na rośnięcie. Zwykle ponad dwumetrowy lubczyk teraz ma niewiele ponad pół metra i już dalej nie pociągnie, a mówimy o naprawdę wiekowej roślinie.

Susza przeraża.

Tak naprawdę wychodząc na zewnątrz człowiek czuje, jak cała woda, wszelaka wilgotność z niego wyłazi. Jakoś tak po prostu go opuszcza. Ale gdzie się wybiera? Nie wiem. Wiem jedno… tak daleko w morze, nigdy nie mogłam wyjść. Właściwie suchą stopą. To przeraża szczególnie wtedy, gdy załapiesz się na taki dziwny, szalony dzień od wschodu do zachodu słońca.

Wiecie, wylatujesz z Chatki po czwartej i łapiesz to coś, coś żółtawe, potem białe, palące, bolesne, na dodatek plączące się po tak czystym, bezchmurnym niebie, że aż nie możesz uwierzyć w ów minimalizm. I barw i odcieni. I oną błękitność miejsc, do których słońce nie dochodzi… a potem, potem ogromne, gigantyczne słońce, takie, jakiego jeszcze nie widziałam. Po prostu monstrualne i palące. Coś takiego zachodzi i sprawia, że niebo zmienia się w jagodowy szał. Z dodatkiem kremu waniliowego, a może i karmelu trochę. Wiecie, to niebo, które sprawia, że morze zmienia się w białawą ciecz z maciupkimi pociągnięciami pomarańczowych i czerwonawych kresek. Ale nie widać ich z daleka, więc tak naprawdę macie tylko białawy, lekko kremowawy odcień. Wraz ze szczyptą jagodowego soku.

Coś niesamowitego.

Rzadkiego i jedynego w swoim rodzaju.

To kąpanie?

No wiecie, temperatura taka, że nie da się inaczej. Trzeba po prostu spróbować tej wody. Nawet jeśli wszędzie do niej daleko. Nawet na naszej plaży, jakoś tak stare kamienie, znane tak dobrze, zaginęły gdzieś pod piaskiem. Pojawiły się nowe, ale jednak najbardziej zaskakująca jest wysoka hałda piachu gdzieś tam daleko od brzegu. Nagle wyglądasz jak Jezusek kroczący po wodzie. Nagle wszystko się zmienia i człowiek nie poznaje miejsca, w którym dupsko moczy od wielu lat.

Swoje ulubione.

Ale w końcu przyroda wciąż się zmienia.

No i przede wszystkim wybrzeże ulega takim zmianom, że czasem rzadko można doszukać się znajomych elementów, tych charakterystycznych, po których je rozpoznawaliście. Znajome kamienie, na których człek grzał tyłek, znajome kształty, prostotę, powolne się zanurzanie, a nie tak, że najpierw od razu do cycków, a potem wychodzicie i ledwo kostki zakrywa. No nie. Co to za tunel no, rów wyspowański jakiś? I do tego jeszcze promowe fale. No nie… wszystko po prostu fluktuuje jak mu się podoba…

Ale miały być kąpiele, więc idziemy.

Ekhm, woda lekko zimnawa, ale po pierwszym bólu i wściekłych szarpaniach naskórka, zaczerwienieniu i tak dalej, jak już ząbki przestaną grać, to wiecie, jest zajebiście. Po prostu cudownie i genialnie!!! Woda czyściutka, piaseczek, leciutkie fale, no i te najlepsze o tej porze roku głazy. Wiecie, obrośnięte oną fluorescencyjnie zielonkawą trawą. Mięciutką, ale zwodniczą, gdy zaschnie. Bielejącą potem niczym wąsy Dziadka Mroza. Śliską oczywiście, więc uważajcie. Może niektórych przerażają, ale jednak są tak przemiłe, przemiękkie, cudownie muskające, choć czasem mogą zaskoczyć… posmerać człowieka gdzieś, gdzie się tego nie spodziewał i nagle…

… jest dziwnie.

Ale przecież jak można się oprzeć tej czystości i temu zapachowi maciupkich fal? No jak? No nie można, więc się pływa. Bo tak. Bo się pływa, bo już się nie chce czekać. Naprawdę. Nie i to wcale. Wcale a wcale. Szczególnie po całym dniu, gdy człek taki spocony, gdy jakoś tak wiecie, umęczony, to tak najpierw zapada się w ten piasek, pogania się z pliszkami, a potem powoli do wody. Może i ucieknie kilka razy, może i będzie się przekonywał, że nie, wcale mu członki nie zmartwiały, ale płynie i płynie i rusza się i powoli jest lepiej. I okay i ogólnie cudownie. Potem piach znowu i znowu woda i już jest jakoś…

… normalnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podejrzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatrak Zbuntowany…

„No po prostu… nie chciał kręcić.

Mdliło go już to całe miotanie skrzydełkami, źle mu się robiło na widok onych dziwnych przemykających światów, te ptaki rozbijane, te myśli, które zawsze uciekały i nigdy nie mógł ich złapać… Nie chciał być poddanym wiatrom, a na dodatek jeszcze postawili go na środku morza, a on miał chorobę morską! Każdy sztorm był dla niego koszmarem. Każde słoneczne patelnienie się, ohydą.

Nie chciał tutaj być.

Nie chciał tego robić, ale przecież nie mógł się ot tak zwolnić i zmienić zajęcie. Nawet w tym kraju, gdzie ludzie robili to na okrągło, jemu nie było wolno. Był przecież wiatrakiem, onym ekologicznym stworzeniem, które miało zapewnić innym światło, działającą pralkę, lodówkę, suszarkę, telefony, telewizory, zabawki i maszyny oraz, a może przede wszystkim, komputery. A nawet więcej… samochody!!! Tak, nawet je. Te, które widział w oddali przemykające mostem przez morze, znikające w tunelu, pojawiające się, zatrzymywane na granicy, przepuszczane, lub nie… Zawsze się zastanawiał kto w nich jedzie i czy w ogóle na niego spoglądają.

A może tak naprawdę w ogóle go nie widzą?

Niezależnie od chmur i wszelkich zawirowań morskich.

Może nikt nie dba… może i on powinien, po prostu przestać. Bo przecież po co to wszystko? Na co i komu? Może i jest z tego energia, a może i tylko i wyłącznie mit jakowyś? Może i religijność, może i mesjanizm? Może to on jest wybranym, ale jeszcze nie do końca w to wierzy…

Widzicie, na pustym morzu stoi zapomniany wiatrak. Zbyt daleko od sobie podobnych, zbyt blisko sobie nieznanym… i zbyt myśli. Zapomniany, może i zepsuty, ale przecież wciąż wiatrak. Wciąż czasem się poruszający, ale kogo obchodzi? Nikogo. Złom już, zanieczyszczenie, przemijanie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Orientalsk takkeklaper…

Dobra, w życiu bym nie pomyślała, że to żółte coś, do czego tak przywykłam, to coś tak orientalnego, południowego i tak dalej. Że to taki wyjątek tutaj. Ogólnie mówiąc właściwy dla Europy Południowej, ale i występujący w Polsce… lecz z powodu wszelakich zbożowych machlojek rozprzestrzenił się i na Północ. Miedzy innymi do Danii. I choć jest z natury podobny do rzepaku, i zwykle mi wmawiano, że to rzepik, to jednak chyba nie. Najważniejsze, że rośnie co roku na NordHavnie i jest malowniczą odskocznią od codzienności. Jakoś zawsze wybija po tym jak żółte pola już wymrą, więc serio wygląda niesamowicie z tym granatowym morzem, niebieskim niebem…

Baja po prostu.

Nie da się go ominąć.

Ostra żółcień, maleńkie kwiatuszki, do których raczej się nie tulcie w czarnych ciuchach, bo fajnie będziecie wyglądać – przetestowałam. Do sesji zdjęciowej, naprawdę miejsce niesamowite. Nawet mimo suszy wciąż takie jest. Może w tym roku lekko mikrzejsze, rzadsze trochę, to jednak jest. I odkrywa swoje tajemnice. Zaprzeszłych przemytników zboża, tych zawyżających ceny, tych zaniżających jakość, tych…

… ludzi.

No dobra, a tak w ogóle najbliższa prognoza na kolejny tydzień przewiduje, nie zgadniecie; słońce. I to równo napierniczające. Może i Turyścizna się cieszy, pewno przejdzie jej jak algi zakwitną, ale ciekawe kto z nich się dowie o tym – w końcu zamiast Tidende mamy niemieckiego Bilda wystawionego w spożywczym – że zakazano palenia ognisk. Należy uważać z ogniem w ogóle. A poza tym w całej Danii nie wolno już zakrywać twarzy. Znaczy wiecie, już jakieś szejki zapowiedziały, że zapłacą kary za kobiety noszące one worki na głowach, ale… to, co mnie najbardziej uśmieszyło, to ponownie wredna poprawność polityczna, która ruszyła razem z tym zakazem. Białasy nie mogą nosić chustek na twarzy, chyba że pizga, żadnych doklejanych wąsów, bród i masek, chyba że mamy Fastelavn, czy wiecie jakieś inne dziecęce zabawy. No więc… mam mieszane uczucia. Ale widok dziewczynki kąpiącej się w czymś takim… widzicie, mam odruch wymiotny na widok chust z powodu katolicyzmu, każda chusta też mi się kojarzy religijnie, oczywiście taka specyficzne zawiązana, więc jeśli dziewuszka w kostiumie kąpielowym jest w to zamotana, robi mi się niedobrze.

Po prostu.

No ale, na razie problemem giga jest brak deszczu i kosmiczne wahania temperatury. Bolesne fizycznie i mentalnie. Jakoś tak męcące pod kopułą, że już człek nie wie co to za pora roku. Najpierw w południe się piecze, a potem wieczorem sięga po zimową bluzę. Nie narzekam na zimne noce, kocham je, ale jak przetrwać te wrzące dnie?

I to słońce?

Pola wiatrakowe…

No tak.

Nie dość, że pola wiatrakowe, to jeszcze znowu Rosjanie. A o co chodzi, no wiecie, jak zwykle o ekologię. Albo o to, kto dostał za co i dlaczego.

Okay.

To dość zwyczajowa sprawa, takie pola wiatrakowe na wodzie. Szczególnie widowiskowe są gdy pędzicie Broenem. Jak jakiś kosmicie siorbiący nasze powietrze, czy inne ta alieny. Białe, zawsze zapacowane, rzadko spokojne, choć zwykle znajduje się jeden taki, wieie buntownik, który nie chce się kręcić. Który stwierdza, że ma dość tej roboty i więcej nie będzie. Albo gorzej, po prostu kompletnie robi to w innym rytmie. O Matko Wyspo!!! No po prostu zawsze.

Pola wiatrakowe to podobno świetna sprawa energetyczna, ale za każdym razem mne intryguje jak na to reaguje morze, jak powietrze, ptaki, chmury itd. Wiecie, z igły widły i tak dalej. No i, co gorsza, kto tak naprawdę za to wszystko płaci, jeżeli wiemy, jak rząd reaguje na panele słoneczne… wciąż jestem pełna wątpliwości. Z jednej strony logicznie na tak, ale z drugiej, coś mi tutaj nie pasuje. Te kłótnie wyciszane, dziwne wątpliwości, konflikty… No ale. Pole u nas miałoby się znajdować blisko portu, a wiecie, to jednak miejsce dla Turyścizny, gdzie wyjebali kawał skały by zrobić centrum widowiskowe, więc gdzie logika w zasłanianiu natury?

Nie ma.

Ale mają być nowe miejsca pracy… nie wierzę. No i przy okazji oczywiście człek się dowiedział, że jeśli Rosjanie dostaną pozwolenie na kopanie tego swojego ciągu podwodnego, to będą u nas parkować, a to oznacza brak miejsca. I znowu, rząd nie chce, się nie zgadza, to wtergnięcie itp. itd. ale jak tylko usłyszeli o mitycnzych NOWYCH MIEJSCACH PRACY nagle, od razu są na tak. A ja chyba jestem na to za stara. I raczej niewierząca.

I jestem w sobie wyobrazić potrzeby Rosjan… których Wyspa nie będzie w stanie spełnić. I te góry śmieci. Tak, jak najbardziej jestem za uznaniem tego miejsca za swego rodzaju park narodowy, w którym nadal jednak żyć mają ludzie, ale bez trujących pierdół, z krówkami, owieczkami, nie że cofają się do średniowiecza, ale mają płacone za czystość, za pewnego rodzaju zachowanie tego ekosystemu.Więcej pasiek, mniej idiotów i oczywiście, jak najbardziej turyzm.

Ale… na spokojnie…

Jak myślicie, nazbyt utopia?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatrak Zbuntowany… została wyłączona

Pan Tealight i Zemsta Wisielca…

„Właściwie, to trudno nazwać to zemstą. No przecież nie żeby coś robił. Znaczy robił, ale trudno to nazwać atakującą czynnością i tak dalej…

On przecież zwyczajnie sobie wisiał.

Na drzewie tuż przy jej domu, białym, z obrośniętymi ścianami, z balkonem zdobionym rzezanymi stworami, które nocą nawet nie miały zamiar opuszczać swojego miejsca i bezczelnie szczerzyły się do wszystkich za dnia, wystawiały języki i takie tam. Wiecie, jeśli je miały, bo przecież niektóre miały tylko głowy, inne znowu całe korpusiki, a jeszcze inne nawet nogi, a wiecie, jak z tymi z nogami bywa…

Dom był aż nazbyt wiekowy, na tyle by nie martwić się odpadającym tynkiem, obdrapanymi okiennicami, zaroślami, które zbudowały na jego posesji dziwny ekosystem, w którym zamieszkiwały wyłącznie Sprzedajne Licha. Jakoś widać nobilitowało je chyba życie tutaj, przy białym domu z okiennicami, bluszczem i onymi nierównościami. Z tarasem zarośniętym, pełnym różnorakiego ptactwa, kwiatami wkradającymi się nawet pod drzwi. Ale ona go kochała. Znaczy wiecie cały ten dom z jego starością, z jego cudowną niesamowitością. Ale też kochała muzykę. I wiecie, śpiewała, wysoko, mocno, z całego serca, płuc i takich innych tam… a on, on ją kochał nad życie, kochał właściwie od zawsze, ale nie mógł już dłużej. A ona, dla której poświęcił wszystko, naprawdę do końca, nie chciała śpiewać troszeczkę ciszej.

Nic a nic, więc…

To zrobił to.

Wiecie, zrobił coś, by nie słyszeć, ale też nigdy jej nie opuścić… widzicie, nie dość, że miała wzrost mniej niż niski, to na dodatek jeszcze bała się wysokości i wisielców, więc… chciał się trochę na niej zemścić, ale też nie chciał jej kiedykolwiek opuści, dlatego zawisł pewnego wiosennego wieczora. Wrzącego, gorącego, pełnego światła, gdy ona wyciągała swoje najwyższe noty.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

Bleee…

Tak, tak właśnie, nader dorośle reaguję na tą majową pogodę. Nie wiem dlaczego tak nas pali i czemu deszcz ZNOWU nie pada, no ale wiecie, nic z tym nie zrobię. Chociaż, może by tak jakiś deszczowy pląs na wysuszonej trawie? Tylko kurna tak na gołego to trzeba, a wiecie, że człek się spali od razu w tych bardziej gdziesłońceniedochodzi miejscach, więc może raczej nie? Ekhm, może Chowańca namówię?

Zawsze będzie na co popatrzeć.

Tak, po tylu latach nadal mi się chce patrzeć. I nadal mnie to kręci. Zresztą podobnie jest z Wyspą. Choć to trochę inne uczucie. Panika i totalny amok, zakochanie i szaleństwo. A może to nie jest tak inne uczucie?

Może?

Bo to przecież już sporo lat minęło. Zaskakujące, że jeszcze żyję? Chyba tak. Naprawdę. To, że przetrwał człowiek te wszystkie kłody pod nogi, ten cały syf i wszelaką degrengoladę, że uświadomił sobie, że to tylko ludzie i to często mniej wykształceni… gdy lekko pozbył się poczucia niższości, ale nie swych chorób psychicznych, to wiecie, jakoś zaczął to ogarniać. Może i nie umie czasem wyjść w domu, ale może popatrzeć w niebo. Tylko może nie teraz, bo kurde jakoś tak nazbyt jasno… Ciemność zapada tylko na chwilę i to dopiero po 22giej. Zaczynam tęsknić za oną mglistą szarością, ciężkością zewnętrznego świata.

Jak nikt inny.

Czasem podpatruję tych, co to się dopiero sprowadzili, pełnych nadziei, miejących pomysły podobne do naszych i ponoszących te same porażki, a potem wracających do domu. Bo wicie, Wyspa dla nich nie okazała się domem. Nie była czymś, co gdy musiałeś na kilka miesięcy ją opuścić, nawiedzało cię nocą i dniem, sprawiało, że łkałeś za drzewami, ulicami, lasami, a nawet drzewami, za plażami, morzem, nawet tym specyficznym smrodkiem. Może to właśnie jest dowodem na opętanie? Na to, że w Louisenlund czuję się jak w bazylice, niczym największy z akolitów, którzy naprawdę wierzą, i którzy wiedzą, że ich wiara jest namacalna. Może tak naprawdę nie można przybywać tutaj z oczekiwaniami, ale trzeba się oczyścić maksymalnie i pozwolić Wyspie siebie wypełnić.

Na nowo…

Katharsis i odrodzenie?

Może tak?

Bardzo wiele osób pisuje do mnie, że tak bardzo chcą się tutaj przeprowadzić. Że to ich marzenie. Zawsze się pytam: więc kiedy… i wtedy zaczynają się problemy. Bo dzieci, bo dieta, bo praca, pieniądze, rodzina szeroko pojęta. Bez urazy słoneczka, ale wy już jesteście w swoim domu. Tutaj możecie sobie przybyć na wakacje. To jednak nie jest wasze miejsce, jeżeli nie jesteście w stanie przetrwać ciszy, bezludzia, braku jedzenia wymarzonego, wszelkich dziwactw oraz spacerów.

Sorry…

Czasem wydaje mi się, iż potrzeba tutaj wielkiej desperacji, by przetrwać.

Przetrwać to, że w końcu ci uśmiechający się ludzie okazują się zadufani w sobie i dwulicowi. Dodatkowo mają o sobie wielkie mniemanie, ale słabe wykształcenie, no i jeszcze… ekhm, mają gdzieś i sztukę i ekologię. A przynajmniej większość z nich. A ci pozostali to gatunek wymierający, więc wiecie, ci do odstrzelenie. I jeszcze te wszelkie niewiadome, rząd, który a gdzieś ten kawałek świata i takie tam. A gdy pozwolicie się Wyspie opętać, to wtedy cała ta niesprawiedliwość strasznie was boli. Chcecie rozerwać grubego Niemca, który twierdzi, że jest u siebie – ale oni chyba tak genetycznie mają – i rzuca śmieci na drogę. Jakby nie mógł skitrać ich w kieszeni. Ale oczywiści to nam podwyższą podatki z okazji ekologii.

I te stare samochody.

Nagle dopadają was podatki, nagle na nic was nie stać, a oni rozpierają się w wielkich autach, starych autach – które nagle przestają być romantyczne i tak dalej, raczej zawalają wam drogę, gdy jedziecie do Netto, no i zasmradzają świat. Patrzycie na ludzi kupujących gigantyczne psy wkurzeni, bo te gówna większe niż ludzkie, a przecież by je wyżywić ktoś buli, dodatkowo jeszcze płaci podatek od psa – wysoki – a potem jęczy, że jego autystyczna córka nie ma zagwarantowanej przez państwo opieki.

I wszelkich udogodnień.

Tak, Duńczycy są nieodpowiedzialni i kochają być lepsi od reszty, ale też… żeby nie było, hołdują onej przymusowej równości. Wymaganej. Z jednej strony masz osiągać sukcesy, ale z drugiej się nie wychylać. Jak to pogodzić? Czasem wydaje się, że trzeba być psychicznym samotnikiem, jak ja. Naprawdę. Wtedy możecie zwalić na swój łeb i zwyczajnie uciec od ludzi. Bo przecież zakochaliście się w naturze, miejscu na Bałtyku, nie człowiekach. W ogóle nie w nich…

Gdy przełkniecie, że pensje tutaj nie są takie jak w Kopenhadze i że ludzie wciąż się to plują, gdy nagle zagrozi wam trzęsienie ziemi, a rząd postanowi zwalić nam na głowy odpady radioaktywne i trzeba walczyć… gdy w końcu przestaniecie słuchać. Będzie dobrze. Bo natura zdaje się wynagradzać wszystko. Tylko, że widok wyciętych połaci lasu tak bardzo mnie dołuje. Tak wiele wycinają, tak nic nie sadzą. I co gorsza, chcą budować tak, jak rząd zakazał – jedyny mądry pomysł. Wiecie, w strefie zalewowej, w miejscu, w którym czasem zwyczajnie fale są takie, że płyną sobie ulicami…

Lepiej po prostu…

… nie… już nie myśleć.

Nie tłumaczyć sobie niczego, tylko popatrzeć na dwa duże, tłuste zające marcujące, czy też raczej majujące się na polu. Piękne takie, wolne takie, cudowne… póki ich nie przetrzebią, no ale.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zemsta Wisielca… została wyłączona

Pan Tealight i Morskie Motyle…

„Piękne, niesamowite i wszystkie złote.

Nad nimi wychylona dość niebezpiecznie ponad nadbudówką portu Wiedźma Wrona Pożarta z aparatem w drżących, zmęczonych dłoniach. Nie ma już siły. A słońce wcale jej nie ułatwia sprawy. Grzeje, pali, niszczy… ostatnio tylko to robi. Wysusza, gnębi, nie pozwala dorosnąć na pełną wysokość.

Jakoś tak się chyba mści.

Naprawdę…

A przynajmniej tak to odbierała.

Ostatnio słońce sprawiało Wiedźmie Wronie zbyt wiele bólu. Czasem tak wiele, że wracała do domu z zamkniętymi oczami, płacząc i tylko czasem uchylając powieki by sprawdzić, czy jeszcze jest na względnym chodniku. Chociaż w czasie Turyścizny panującej, nawet chodnik nie był bezpieczny. Ale musiała zobaczy motyle… inne motyle. Wodne motyle. Motyle opowiadające opowieści.

Motyle złote, unoszące się tuż pod powierzchnią wody, szepczące historie o miejscach, do których może kiedyś trafi, gdy tylko pochyli się bardziej, gdy pozwoli się fali zabrać… ale przy tak niskim poziomie wody to raczej mało prawdopodobne. Musiałyby ją jakoś znokautować, zrzucić może z tego nabrzeża?

Czyżby czuła dookoła jakąś obecność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kształt wody” – … dobra. To co to miało być? Romans? Fantastyka? Głębokie rozważania na temat człowieczeństwa? Że co, że mam zbyt wielkie oczekiwania zdaniem literatury?

Ale czy nie powinnam? Widzieliście kto jest autorem?

Dobra, może się czepiam. Może i rzeczywiście człek za dużo czyta i to tylko moja wina, ale wiedzą jak to wszystko się skończy od początku tym razem była aż nazbyt męcząca. Ekhm, nie oszuujmy się, stan głównej bohaterki mówił wszystko, a on… ono bóstwo uwięzione, do tego dobry lekarz i wredny psychopata… Rozumiem balans, ale wciąż.

Co to było?

Co właśnie przeczytałam? Opowieść dwóch kobiet, kilku mężczyzn i istoty na poły magicznej, boskiej, pradawnej? Historię ludzkiej chciwości, czy też ludzkiej dobroci? A może pokaz walki pradawności z nauką. Może opowieść o braku otwartości grzmiącą dziwnie silnie ostatnio w chyba całej ludzkości? A może historię wyłącznie romantyczną z niepotrzebnymi stronami? Nie wiem… film też mnie nie przybliżył do zrozumienia.

A tak, nie powiem, że obejrzałam, ale był włączony.

Wiecie, we mnie raczej lepiej wchodzi słowo pisane. Oglądanie, to dla mnie bardziej słuchanie i dźwięk mącący mi w głowie. No więc co to było? Co? Na pewno współczesna bajka, na pewno oczywistość i dobroć tych, co mają najmniej i wredna buntowniczość tych, którym się zdaje, że wiedzą wszystko, że mają misję… wierzących. Fanatyków. Historia tego, w jaki sposób nauka zabija wiarę, pradawne bóstwa, czy jednak opowieść o nadziei, którą powinniśmy w sobie wyhodować.

Że oni wciąż są pośród nas?

Nie wiem…

Plastik, plastik plastik…

Keczupy drżyjcie.

Bo szlag mnie trafia. Ale najpierw od początku. Wiecie, że problemy z kolejnym kontynentem skleconym ze śmieci, zaśmieceniem rzek i mórz i wszelakie mamtowdupie ludzi jest na porządku dziennym. Ale też może pamiętacie, że kiedyś keczup był w szklanych opakowaniach? No wiecie… szkło zawsze da się przetworzyć, albo rzucić w morze, a ono zrobi fajne koraliki. Niestety, w pewnym momencie i Dania pozmieniała opakowania. A bo szkło to trudno, a bo zanieczyszczone, a bo kto to przerobi, no i ciężkie, bije się łatwo.

I w pewnym momencie szklane opakowania zniknęły.

Plastik opanował i świat keczupów.

Obecnie keczupy są wycofywane z obrotu i będą miały znowu zmienione opakowania. Ale… żeby nie było, jak zwykle nikt się ludzi o zdanie nie pytał. I teraz jest siwy dym. A ja nawet nie używam keczupu!!! I przecież nie ja chciałam go w plastikach. Nie wiem, ale czy zauważyliście jak łatwo zrzuca się sklepom i firmom winę za zaśmiecanie na zwykłych ludzi? A uwierzcie, kupno rąbanej papryki bez folii dookoła niej jest niemożliwe. Każde warzywo czy owoc jest zapakowane. Tylko szczypiorek i czasem cebulę na sztuki dostaniecie tutaj. I może ziemniaczki, ale te i tak zważycie i spakujecie w plastik. To samo z bananami. A już najmocniej zapakowane są te ekologiczne. Zawsze mnie to śmieszy, choć jestem w stanie to zrozumieć…

No ale mniejsza.

Oczywiście, że nie chodzi tylko i wyłącznie o rąbany keczup. Chodzi o plastik. O bitwę między tymi, co nie chcę plastiku, chcą go logicznie ograniczyć, oraz tymi, co krzyczą, że papier i drewno zżerają wodę i są bardziej szkodliwe. Dlatego patyczki higieniczne też będą miały papierowe trzoneczki. A co. Ciekawe jak ładnie będą się zgniatać jak człek sobie je w ucho wepchnie, coby se muszelkę obmyć… ekhm, uszną muszelkę. No ale. Co ja się tam znam. Przecież dopiero co odkryli mikroplastik w wodzie, a kranówę tutaj walą wszyscy, bo ona najlepsza w Danii i ogólnie ave i amen.

I pastorałki.

Pomijamy subtelny fakt tego, że nawet jeżeli nagle usuną nam plastik stąd i tamtąd, to przecież Chiny wciąż będą produkować pół miliona ton tego dziennie. I co teraz? Przez cały czas uważamy, że Ziemia nie jest kulą ino talerzem? I wszystko spada dookoła? Znika w otchłaniach Wszechświata… no weźcie no.

Ech!

Turyścizna atakuje.

Wypełza człowiek z domu, no przecież bzy kwitną, a raczej zdychają w tych koszmarnych upałach, które nas łoją już od dłuższego czasu. Kroczy po suchym asfalcie, suchej trawie i wszystkim suchym. Lepiej serio nie palić. Rzepak, który już przekwita wygląda na raczej spalony niż dojrzały, ale… rzepik nad morzem, w moim jednym z najbardziej ukochanych miejsc, czyli w NordHavn w Gudhjem, maluni. W tym roku nie dość, że niski, to też na dodatek go mało.

I jeszcze pies jakiś właśnie rozmazał gówno po kawałku portu…

… więc…

Wystawiam nos w morze, ale go nie ma.

Nie dość, że niemieccy emeryci go miażdżą i torturują nie mam pojęcia skąd się tutaj wzięli, ale jest ich ogromna masa. Zaskoczeni zamkniętymi sklepami, a tak spora część wciąż jest zamknięta, kilka zlikwidowano, kilka można wynająć, kilka na sprzedaż. No nie oszukujmy się, cały ten bum się zakończył. Już od dawna zwykły człowiek dostaje w dupę. Chleba nie ma, sera brak, ogólnie w spożywczych pustki, Lidl się chyli koszmarnie ku upadkowi, różnorodność żywieniowa umiera. A ci, co mówią, że jak nie ma to trza sobie posiać, niech się pierdykną w łeb. Zamiast ziemi jest kamień, podlewanie tego w formie ekologicznej kosztowałoby tyle, że lepiej nie myśleć. Tutaj tworzy się rąbane trumny i usypuje się ziemne kopczyki z kupnej gleby.

Koszta, koszta, koszta…

A deszczu wciąż brak.

No więc kładę się na tym kawałku portu, mieszance betonu i kamieni, i patrzę w toń, która już nie jest tonią. Która już kompletnie nie ma w planach jakichś tam fal, czy czegoś tam. Tylko lekkie prądy bawią się wodorostami. I takie to wszystko niesamowite. T kolory, lekkie przebłyski starego złota, niebieskości i srebrzystości. Kamienie, które tutaj mają tak wyraziste barwy, nawet rdzawe, burgundowe nawet…

Słońce pali i boli.

Oczy łzawią, skóra mimo zakrycia jakoś dziwnie mrozi. Tak fajnie by było zanurzyć się w las, ale dziś trudno znaleźć tam spokojne miejsce. Poza staruszkami mamy jakieś pokręcone wycieczki, mieszane, dziwnie energetyczne, głośne. Nie, to nie mój czas. W tej chwili trzeba się ewakuować do domu, choć światło takie przepięknie czyste, niebo takie błękitne niesamowicie, kolory i refleksy takie cudowne.

Może tutaj zostać?

22ga… a tu wciąż jasno…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morskie Motyle… została wyłączona

Pan Tealight i Depresja Seryjna…

„Właściwie to Depresja nabyła sobie Seryjnego Mordercę, którego też miał Sklepik z Niepotrzebnymi w swoim składzie. I tak, nieczęsto się to zdarzało, że coś takiego miało miejsce, znaczy wiecie, kupno/sprzedaż… ale tym razem jakoś razem sobie przypadli do gustu, więc Pan Tealight nie mógł się im sprzeciwić.

O to w końcu tutaj chodziło…

Wiecie, nie żeby właściwie brakło na nich zapotrzebowania, znaczy na morderców i to seryjnych, ale jednak… jak zwykle z osobnikami, bytami tego miejsca było, ten też był dość specyficzny. A może nie tylko specyficzny, a nadzwyczaj protekcyjnie porąbany? No i był babą, a to oznaczało, że jego czy też jej, wyjątkowość jest niesamowicie specyficzna i może dlatego tak pożądana?

… że nie rozumiecie, dlaczego świat ich potrzebował?

No cóż.

Po pierwsze był przeludniony, po drugie seryjny dobry killer zawsze posiadał wysoką inteligencję, a po trzecie, no wiecie, czymś trzeba zapełnić gazety, blogi i wszelakie takie tam. Świat potrzebował wieści, wszelkiego strachu przymuszającego go do kupowania, do zalepiania dziwnych dziur w sobie i tak dalej, więc takowy killer nie zagrzał długo miejsca w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nie żeby reszta nie była zdolna do takowych postępków, ale wiecie, to byli totalni amatorzy!!!

Ona była wybitna.

Zaliczyła już tyle trupów i wciąż jej nie złapali, wciąż jeszcze była na wolności, nawet jej nie podejrzewali, więc… z Depresją Seryjną było jej bardzo po drodze. Miały tą samą trasę, oną samą mapkę i jeszcze GPSa. Po prostu były jak te dwa puzzle, jak dziura i pasująca do niej zatyczka, jak flaszka i wódeczka… jak… no wiecie sami jak to jest. Gdy się znajduje to coś, oną symbolikę, tę więź, to kołatanie serca i łatanie dziury, o której istnieniu nie miało się nawet pojęcia.

Gdy tak razem odchodziły, przez chwilę Pan Tealight miał jakieś dziwne przeczucie, ale zaraz mu przeszło, więc zwalił to na zgagę. Pasztet mu Wiedźma Wrona Pożarta przywiozła z zagramanicy, wiecie polski taki, więc to pewno to. Zbyt wiele masła, bułek z kiszonymi ogórkami i pasztetu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło…

Pogoda słoneczna, miejscami wieczorem mglista. Od ponad miesiąca jakoś nie chce się zmienić i nagle przychodzi havgus i wszystko powala. Tak gęsty, że człek popełnia mistrzostwo Guinnessowe w wymiarze klęcia tych co świateł na drodze nie używają. A jednocześnie, jest po prostu oszołomiony. Musi stanąć na wzgórzu, spojrzeć w dal, która nagle tak bardzo jest bliska. Na wyciągnięcie ręki, ale też jednocześnie jest tak niestabilna. Wystarczy dmuchnąć, pomachać rękami i… nic się nie dzieje. Oj nie, na tą mgłę nie masz wpływu. Nic z tego. Ona ma własny rozum, więc posłuchaj jej i popatrz.

Bo jest piękna.

Ponad lasami, drzewami, polami i dachami przetaczają się burzany, kołtuny i fale…

Mleczne i całkiem białe.

Z innej mańki… wstrząsy.

No właśnie, nie pisałam o nich wcześniej, bo pierun wie o co chodziło, ale nie da się zaprzeczyć, że wszyscy je odczuli. Coś jak trzęsienie ziemi, a mieliśmy takie chyba dwa lata temu, ale nie do końca. Bardziej trzęsienie ziemi powiązane z wybuchem poziemnym, czy też podmorskim.

Jak na razie wszyscy wszystkiemu zaprzeczają. Wojsko twierdzi, że to jeszcze nie ich czas, a nawet jeżeli to oni nie aż tak – strach pomyśleć, co tak naprawdę robią – a państwo w ogóle nie odnotowało wstrząsów. Naukowcy też nie kumają o co biega, chociaż coś poczuli, więc… więc albo wszyscy coś wiedzą, ale nie wolno im powiedzieć i ogólnie mówiąc wolą zamieść problem pod dywanik. I to nie dywanik modlitewny. Albo… i nie wiem co gorsze, naprawdę nikt nic nie wie.

Kurde…

Tak na chłopski rozum, to mieszkamy w tak dziwnym miejscu, że wszystko się może zdarzyć. To jednak świat podzielony na nader świeży i nader bardzo stary. Linię każdy sobie może odwiedzić i stanąć na młodszej nogą prawą i lewą na starszej. Dodając do tego cały ten syf, który leży na dnie i unosi się, oraz kombinacje Rosjan… ekhm, może rzeczywiście lepiej przyjąć hipotezę o wykluciu się nowego Krakena? No wiecie, może to i fantastyka, ale czy na pewno? W końcu tutaj syreny to nie do końca fikcja, raczej coś jeszcze nie do końca zbadane.

A w ogóle, znowu księżniczka nas odwiedzi

Wiecie, taki klimat i tyle. Z jednej strony są ludzie przeciwni, z drugiej ci, którzy rozumieją pewne niuanse raz także i ci, którzy zwyczajnie są monarchistami. I tyle. Niektórzy przyjdą popatrzeć, inni znowu kompletnie to oleją i już. Tak po prawdzie, śliczna z niej kobieta, a już do śmiechu dzikiego mnie oprowadza ja zagraniczni nie potrafią onych dwóch Maryś rozróżnić. Jedna z Tasmanii i ma na imię Mary, druga z Francji i zwą ją Marie… Niby proste, ale w mediach istnieje jakaś moda, może mająca wyrazić kompletną negację i odepchnięcie korony, nie wiem, ale serio, jak można je mylić. No dobra, obydwie piękne i ciemnowłose, ale serio…

Pole słoneczne…

Czyli wracamy do ekologicznych nowości. Ale najpierw taka tam romantyczność wsteczna. Wiecie, dawno dawni dawno temu Dania miała być państwem czystych energii i takich tam. Wprowadzanie aut elektrycznych miało być jedną z najważniejszych linii rządu, do tego oczywiście wiatraki i zniżki oraz dopłaty do baterii słonecznych dla plebsu. Wcześniej jeszcze zbanowali zwyczajowe sposoby ogrzewania domów i ogólnie ludzie jak zwykle dostali po kieszeni. Wielu myślało, że baterie będą rozwiązaniem, ale okazały się rozwiązaniem nazbyt dobrym. Nagle ludzie zaczęli mieć prąd za friko, bo szybko zwracały się im koszta, więc obecnie… Nie no, wciąż się opłaca mieć baterie, szczególnie przy tych słonecznościach totalnych wariujących tutaj od kilku lat, ale nie jest to już tanim rozwiązaniem. A czy ekologicznym. Ech, nie do końca. Ale nie dołujmy się, przecież nastawiali wiatraków, właściwie wszędzie…

No właśnie, wiatraki.

Czy istnieją badania, które ukazują ich wpływ na środowisko, na populacje ptasie, na wszelakie ruchy powietrza i prądy morskie? No przecież większość z nich stoi w morzu. I to ty, co się rzęsie. Znaczy dno się mu telepie, no wiecie… Mniejsza, wiatraki są, a za prąd wciąż bulimy jak za powietrze. Ogólnie mówiąc podatek jest od wszystkiego, a choć podobno w Danii darmowe są i winny być mosty, to jednak prom nadal pieruńsko drogi. Mają być zniżki dla starszych, ale pewno sama się zestarzeję do mumii do tego czasu i gdzieś będą miała ruszanie się.

Żem przeciwna ekologii?

Nie.

Ale brakowi zdrowego rozsądku i myślenia długofalowego, a nie od razu krzyczenia: hurrrrrra, robimy wam dobrze. To tak. Gdyby mnie było stać miałabym baterie. Naprawdę. To świetny pomysł. Przede wszystkim stajecie się przynajmniej częściowo niezależni. Jeszcze gdyby były baterie przechowujące zgromadzoną energię, oj to pewno już anarchia, co nie? W końcu państwo karmi się dopłatami do energii, że aż mu trzeci podbródek rośnie. Ale mnie nie stać, więc… oszczędzam. Wyłączam, nie używam, odpycham se od ust…

Miało być jednak o polu. No więc pole urosło. Urosło sobie ono pole i zakwitły na nim te wielkie panele słoneczne. I teraz taka dziwna myśl, sorry, ale zawsze na wszysto patrzę spod dziwnych kątów, nawet tych najbardziej porąbanych. Czy nie będzie to wpływać na samoloty i ptaki? Wiecie, takie zajączki światła. Oślepienie, dezorientacja. Z jednej strony świetny pomysł, jest takie cudo przy pastwisku w Paradisbakkerne by zasilać płot. Genialna sprawa, ale stoi sobie tylko jedno. Jak ekosystem zareaguje na całe pole. Nie no, pewno gorzej niż te GMO nie będzie…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Depresja Seryjna… została wyłączona

Pan Tealight i Zawód Krzykaczka…

„Była nią.

Krzykaczką.

Jedną z największych w tym zawodzie, czy raczej powołaniu? Bo przecież to nie był tylko zawód. Było w tym coś o wiele, wiele więcej. Coś, co zadawało ci pytania gdy dorastałeś, co odpowiadało na nie, jeśli tylko dorosłeś do odpowiedzi. Coś większego, mocniejszego, ważniejszego. Siła, która wzrastała w tobie, i której nie mogłeś się nie poddać. Znaczy mogłeś próbować, ale jednak, czy było warto? W końcu Krzykaczka to siła, z którą lepiej nie igrać.

Na czym to polegało?

Cóż, nawet jej samej trudno było to wyjaśnić, ale świetnie się odnajdywała w świecie dziwnych poprawności politycznych, wszelkiego przymusu do gracji, odcywilizowania słownego, oraz braku pyskówek. Bo wiecie, podobno tylko zwierzęta tak robią. I tak dalej… Że już krzyczeć nie wolno, bo się uczucia innych brudzi, bo przecież każdy powinien po cichu i spokojnie wyłożyć swoje nawet atakującemu psu, którego trzyma właściciel powtarzający, że on nie gryzie i nagle się gubisz, że może to chodzi o właściciela, a nie o psa i może przerażają cię obydwaj?

Jeden naturalny, a drugi pojebany?

Ona krzyczała.

Robiła to za innych, dzięki czemu oni mogli powiedzieć, że się nie unieśli, że są tacy spokojni… jakby to było wyrazem człowieczeństwa i wszelakiego wyższego wychowania… Wiecie, cywilizacji. A potem szli na siłownię, albo w zaciszu domu i ciemności stor robili rzeczy, o których dziwnie łatwo im się zapominało za dnia. No przecież nie krzyczeli. Nie pozwalali sobie na gniew… Mieli Krzykaczkę. Stworzenie, a może i już bóstwo pomniejsze? Może…

Krzyczała na tych co się opierdzielają i nie musiała przepraszać. Krzyczała za innych, a oni spoglądali dziwnie nieprzepraszająco, bo przecież to nie oni, ale zaznaczając, że rozumieją inne kultury. Krzyczała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wyprawa błazna” – … co? Co właściwie jest w powieściach Robin Hobb jest największym atutem? Cóż, oczywiście że magia, ono połączenie ze zwierzętami, kobiecość tak silna i męskość tak dopasowana. I do tego świat. Tak znajomy, logiczny, ale i zróżnicowany, w którym wszystko jest możliwe.

Ale czy tylko?

Nie. Dla mnie Hobb to mistrzyni opisów.

Nie są one męcząco szczegółowe, ale też nie są graniczone. W umiejętny sposób autorka wplata swój świat w umysł czytającego i mimo ogromu postaci, nawet jeżeli zerwiecie na jakiś czas znajomość z tą serią, zawsze można do niej wrócić. Chyba dlatego nie miałam żadnych, mimo wielu lat, problemów z powrotem do tej serii. I wciąż się nią bawić. Wciąż by oczarowaną. Wciąż jakoś do niej pasować, a nie dzieje się tak ze wszystkimi seriami, wiecie, tymi się ciągnącymi…

Chociaż nie.

Ta historia się nie ciągnie. Możecie przecież przerwać kiedy chcecie i przyznam się, że się nad tym zastanawiałam, bo śmierć niektórych bohaterów to czasem zbyt wiele. Ale też. Widzicie, chciałam dalej żyć w tym świecie. Magicznym, ale i lekko średniowiecznym. Pełnym smoków i możliwości rozmawiania ze zwierzętami, magią wszelaką, zróżnicowaną, zaskakującymi zwrotami akcji, gdy nagle już mieliście nadzieję…

Nie, nie należy zapoznawać się z twórczością tej autorki od tej książki. Oj nie. Zacznijcie od początku. Warto, nie tylko jeśli kochacie fantastykę, ale przede wszystkim, gdy fascynuje was dopracowanie świata, jego społeczności, religii i bohaterów.

Bizonowi się zmarło, więc byka potrzeba.

Wiecie, jakby ktoś wiedział, to może… ekhm, no co? Jest problem. Same baby z młodym. Razem z onym świeżakiem, co się urodził w tym roku w Alminingen mieszka 15 bizonów. Chłopa jednak chyba trzeba, bo wiecie, no jak to? Tak bez samca trochę głupio. Z drugiej strony od czasu zaludnienia Wyspy onymi cudami upłynęło już trochę czasu i kilka osobników nie przetrwało, więc… oczywiście problemem są geny. Należałoby skołować jakieś nowe, najlepiej w postaci chętnego na taki układ byczka.

Pewno, że po II wojnie światowej cała populacja bizonia mocno się okroiła i ogólnie problemy genetyczne w onych rejonach są mocno problematyczne, ale tak czasem se myślę, że może jednak, no wiecie, pogadać z Amerykanami. Znaczy onymi bizonimi. Czy te dwa rodzaje są tak różne, że nie wydadzą potomstwa, tudzież będzie ono bezpłodne, albo całkiem odmieni życie bizonów europejskich? Hmmm… no wiecie, eksperymencik taki, trochę mocno szalony, ale kołacze mi się po głowie.

Bo coś trzeba zrobić.

Z poważniejszych spraw, niestety piętnastolatek zmarł. Przyczyny są nieznane, a raczej dostępne dla rodziny i tak powinno pozostać, ale niepokoi, że zmarł podczas biegania. Oczywiście, gdy na Wyspie ktoś odchodzi, to jest to bardziej widoczne i namacalne. Nawet teraz, gdy sezon powoli się zaczyna. Gdy coraz więcej ludzi w lasach, na plażach, a przede wszystkim na ulicach. Dziwnych, nieznajomych, szaleńczo dokądś pędzących, jakby ktoś ich batem poganiał…

Świat dookoła powoli zdaje się decydować na lato.

Temperatury podskakują mocniej i słabiej, zależy, z której strony Wyspy się patrzy. Susza ma się dobrze, choć w nocy w końcu po kilku miesiącach pokropiło… czosnek kwitnie, aromat się roznosi niczym za tymi, co wiecie, żarcie na wynos wożą. Niebo błękitne jak nie wiadomo co… znaczy, no jak niebo tylko potrafi. Wschody i zachody słońca powalające… naprawdę coś niesamowitego. Wciąż jeszcze jest gdzieś ta przejściowa cisza, czas tylko dla ptaków, wron bawiących się w przesuszonej trawie, czyszczących sobie pióra, pozujących niczym ludzie na plaży…

Wiecie, no rąbany Eden.

Śmieci…

Ten temat zdaje się mieć na celu odwrócenie uwagi wszystkich od tematów, które ostatni wyskoczyły. Przykryły problemy z osobami starszymi, problemy niejezdnych dróg, wszelakich nagłych opłat i dopłat, śmierci, narodziny, wycinane drzewa, suszę i tych tam u żłobu, co całkowicie nas olewają. Ale nie no, nie wątpię, że problem się pogłębia. Jakby ktoś nie zauważył jeszcze, to dookoła mamy morze…

Nie oszukujmy się, ruch na falach spory, a ładownie czyści się gdzie się da. Wszyscy mają gdzieś normy europejskie, morskie, wszelakie zarybienie, odrybienie i tak dalej. Śmieci dookoła siebie wolą buchnąć w morze. Ale śmieć ma to do siebie, że uwielbia wracać. Oj bardzo uwielbia. Jakby był aż nazbytnio zakochany w człowieku, więc wiecie, nie może się ot tak no z nim rozstać. I wraca… wraca lekko znoszony może, lekko postrzępiony i tak dalej, ale wciąż śmieć.

Może tak naprawdę rzeczy, których używamy stają się częścią nas na zawsze?

Może?

Nie wiem, ale cały ten szum przydeptał nawet 50 urodziny następcy tronu. A tak, dziwnie wciąż młodo wyglądający kronprins ma już pół wieku. A jego dzieci takie  duże, a dopiero co Mary zaskoczona ciążą z rumieńcem przyznawała się do tego, że tak to będą bliźnięta i tak, ich też to dość zaskoczyło. Bo wiecie, wychodzi, że u nas przynależy się jednej żonie dwójka dzieci. Tak było z dwoma żonami młodszego syna i tak chyba miało być z Mary, ale wiecie, się zdarzyło. Ciekawe jak to jest powiedzieć Królowej, że sorry, ale będzie ich więcej i tak, pewno lud nie będzie zadowolony. Ale… patrząc na tłumy pod zamkiem, patrząc na to jak się cieszą z jego urodzin, oraz uświadamiając sobie, że kronprins dziwnie pogańsko, choć nie do końca, odbył sobie egipskie święto sed, no wiecie, biegał był… to jakoś tak, człekowi w duszy gra. Nie ma co, pogaństwo na całego.

Pogaństwo jest super!!!

A na zewnątrz…

… trochę się zachmurzyło, chyba nie będzie pięknego zachodu słońca. Może to i lepiej? W końcu człowiek powinien sobie odpocząć. Tak naprawę i od wszystkiego, łącznie z zachodami jakichtamkolwiek słońc.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawód Krzykaczka… została wyłączona

Pan Tealight i Kłódki…

„Nie chciały…

Wcale nie chciały brać udziału w tej czy innej, kolejnej, dziwnej, pokręconej, nie do końca zrozumiałej, sprowadzającej wielkie szaleństwo, zawsze jednak zbliżone do tej wcześniejszej… miłości.

Tak w ogóle, to miały własne problemy.

Wiecie, na przykład te kluczyki. Kluczyki niewielkie ale łapczywe. Niby pasują, ale tak naprawdę, zdradziecko pasują do wielu, więc… zboczeńcy, seksualni amanci, wszelacy niedbający o swoje panny. Albo te numerki, te kody, zawsze się tak źle kojarzące. Nie, naprawdę miały własne problemy.

Do czego im jeszcze ludzka miłość?

I tak naprawdę, ona odpowiedzialność.

Czy ludzie mocniej poszaleli? Zamiast zajmować się własnymi uczuciami, oną drugą częścią, by dbać o nią, o niego, o nich, rodzinę, przyjaźnie, wszelkie kontakty, tudzież akceptować własną samotność we dwoje… potrzebują kłódek? Naprawdę? I klucza rzuconego w morze… „… nikt nas nie rozłączy, tyko ty o Boże?”. Kto to napisał? Poza Małą Wiedźmą wiek temu? Tak, ona teraz i wtedy rozumiała. Wiedziała, że rodzi się nowe bóstwo, a które będą mogli zrzucić winę za niepowodzenia wszelakie w sferze uczuć. Że ona powie: nie zrobiłeś tego, źle myślałeś, a może w ogóle nie. A on będzie milczał, udawał, że nie usłyszał, chociaż usłyszał.

Na pewno usłyszał…

Zawsze słyszał.

A one.

Zgwałcone przez kolejny kluczyk pasujący do zbyt wielu z nich, nie mogły protestować. Bo jak. Ich przecież nikt nie słuchał. Były dla większości tylko kłódkami. Może i we fywolnych kształtach, może i w odmianach serc, zwyczajnymi w wielorakich kolorach, wielkościach, sposobach zamknięcia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna wiosną, lato za pasem, więc…

Jak planujecie sobie wakacje?

Czy wszyscy wyjeżdżają na jakieś wyprawy, zagranice wszelakie i tak dalej? Serio? Czy ludzie mają urlopy? No wiecie, takie dni, gdy serio nic nie robią? Czy to w ogóle jest możliwe dla kobiety, by nic nie robić? Nie wiem, u mnie się raczej nie sprawdza, więc w pinse oczywiście czyściliśmy ogród, podjazd wygryziony do suchej niegleby i cały świat już wie, że paranoja na posesji!

No ale.

Duńczycy na świecie pobudzili wyobraźnie wielu pragnieniem wkroczenia na Everest bez tlenu. Tak wiem jak teraz wyglądają wycieczki na ów ośmiotysięcznik… Chociaż po takich nalotach i trzęsieniach, to czy on nadal ma te osiem tysięcy? Czytałam, że go trochę zadeptali. No mniejsza. Oczywiście wyprawa głośna i tak dalej. Powiodła się w około 30 procentach. Po pierwsze na szczyt dotarł tylko jeden z pary, a po drugie jednak leciał na tlenie. I tyle. Ofiar nie było, więc i tragedia kolejna oszczędzona światu. Tak szczerze, to wciąż mnie gryzie, że ludzie to robią. I że obecnie to wygląda tak dziwacznie… wykupujesz zwyczajną wycieczkę. Cholernie drogą, która spokojnie może się zakończyć śmiercią, a już na pewno coś sobie odmrozisz albo nadmrozisz… za dużo książek czytam, ale wciąż nie rozumiem.

Dlaczego?

Po co?

Z drugiej strony do Czarnobyla też na wakacje ludzie jeżdżą, więc co tam, wiecie, ekhm… może zwyczajnie nie rozumiem tego świata. I wolę jednak te moje dolinki załamania, skały i wszelakie trawy, plaże wszelakie i lesistości. Cuchnące kwitnącym czosnkiem. Mocno zieleniące się, ale wiecie, nie jakoś dziwacznie. Po prostu. Tak już zmieniające zieleń i one lekkie rdzawości wiosenne na ciemną zieleń. Bo to taki czas. Może i susza, ale jednak trzeba lecieć dalej jak się jest drzewem. Nie da się inaczej.

Czy ja czekam na lato?

Niezbyt…

Ale jestem dziwna, więc mi wolno, co nie?

Na Wyspie jak zwykle.

Jedni przyjeżdżają, inni wybywają, więc jest o czym pisać. O nowych smakach wyspowego, samozwańczego lakridsowego króla, nowych knajpkach, starych, brakach w rejonach zatrudnienia, no i wiecie, nadchodzących wydarzeniach kulturalnych. Nie żeby ktoś ich wypatrywał. Chyba już straciłam nadzieję, jeżeli o to chodzi. Za to kronprins pobiegł sobie ślicznie, u siebie… a może raczej nikt nie chciał go wyprzedzić w tym maratonie, czy czym tam, nie wiem. Za to obserwujący wszystko obcokrajowcy wszelacy byli zaskoczeni tym, że tak może osobistość być blisko, że rozmawia z chłopstwem i ogólnie nie w papamobilu zamknięta.

No wiecie…

Ogólnie mówiąc top temat ostatnio, to śmieci.

A tak, nie ma co się oszukiwać, od jakichś nastu lat jest u nas coraz brudniej. Ulice si lepią. I to dosłownie. Gówna psie, od czasu uchylenia ustawy o strzelaniu do psów, jest źle. Nie żebym popierała strzelanie, ale wydaje mi się, że wisiał nad właścicielami jakiś miecz Gównokleklsa, a teraz hulaj dusza, strzelby nie ma. Sraj gdzie chcesz. Do tego oczywiście pety, butelki po wielkich, wszelako nie zawsze nocnych libacjach i puszki czy opakowania po pizzy i innych żarciach na wszelaki wynos. Miasto się lepi. Jest po prostu obrzydliwie. Wiem, że dla większości to zwykły stan, ale nie tutaj.

Ale przecież dzieci się muszą bawić, bo co one tutaj mają. Nosz wkurwia mnie ten tekst maksymalnie. Jak to co mają? Świeże powietrze, możliwości ekologicznego rozwoju, internet i siebie nawzajem. Do cholery, my mieliśmy patyki, nóż i ruiny!!! Ale no przecież to czasy dopieszczania, przecież oni wszyscy tacy zestresowani!!!

Czyszczenie plaż w toku, nawet mamy nową maszynę do usuwania graffiti. Ogólnie mówiąc serio jakoś tych świństw jest więcej. Torebki, puszki, butelki. Bez przesady, ale z roku na rok tego więcej. Wiem, że ludzie śmiecą, ale wydaje mi się, że więcej statków zwyczajnie gdzieś tutaj zrzuca swoje ładunki. I wcale, ale to wcale mi się to nie podoba. Nie zobaczycie tego na wszystkich plażach, bo takie cuda gromadzą się w miejscach nurtów, czy przy rzekach, ale jednak zobaczycie.

I jest to przerażająco smutny widok.

Bolesny.

Poruszający i uświadamiający, że nie ma ucieczki od kulistości ziemi.

PS. Chleba brak!!! Nie wiem co się dzieje, ale pieczywo nam wydzielają!!! Poza suszą, to chyba jedna z gorszych wizji… uświadamia nam jak będziemy w dupie, jeśli serio przestaną działać sklepy. Oj tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kłódki… została wyłączona

Pan Tealight i Kamieniczki Przeszłości…

„Stoją, czekają, obserwują…

Właściwie ma je większość miast.

Wiecie, chodzi mi o te kamieniczki. Jedne już się sypiące, inne dziwnie załatane, jakby wciąż chciały pamiętać przeszłość, ale nie miały siły na wszelaką, pokruszone, pochylone, inne znowu dziarskie, odnowione, odmalowane, pełne ludzi, hałasu, z dopisaną historią, która nagle staje się sławna. Oj jak te ostatnie się puszą, jak się czują większe, lepsze, piękniejsze. Bo wiecie, niby przetrwały. Niby zachowały zewnętrze tak lśniące i powalające, a jednak… gdy człek popatrzy do środka, to wszędzie było to samo. Wspomnienia. Przeszłość. Gdzie niegdzie przystosowana do współczesnych norm, ale w większości zatopina w przeszłości. Może z odmalowanymi ścianami, ale jednak wciąż siedzące w tamtych czasach…

Ale te były jakieś inne.

Ustawione wzdłuż kanału, obserwujące, chowające tak wiele, że aż nazbyt świadome swoich wspomnień i złudzeń innych. Wiedzące, ale nie pragnące kontaktu. Oczywiście, chciały być podziwiane, zadowalały je tłumy i flesze, westchnienia, pochwały oraz ceny za metraż w środku, ale jakoś tak… nie do końca. Bo wiedziały jak mogą skończyć. Zbyt wiele soli wgryzło im się w barwne mury, zbyt wiele łodzi wypatrzyły, zbyt wiele fal podmyło im fundamenty. Wiedziały, że w każdej chwili wszystko to może się skończyć, ale wolały nie myśleć o tym, zadowolone mianem NOWYCH.

Zawsze nowych…

Wiedźma Wrona Pożarta kochała domy i kochała kamieniczki. Jakoś dla niej to nigdy nie były po prostu domy. Pomieszczenia mające na celu skryć, ukryć, przechować. Obstalować ludzkie teraźniejszości, przypatrywać się koszmarom, akceptować odmienności. Nigdy nie były to dla niej tylko ściany i okna, drzwi, sufity i dachy. Nie, dla niej były to dusze, w innej formie. Ale w tych, które znalazła w tym mieście, nad tymi kanałami, było coś więcej… mocno więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

27go znowu nas sparaliżuje.

Nie no, pewno że na chwilę, ale jednak… widzicie, nie rozumiem tego, ale jest jak jest. Jak w tej kreskówce gdy ten pies od Myszki Miki, ale ten dwunogi, chodzi po chodniku i klnie na auta, a potem jest kierowcą i odhacza sobie z dzikim rechotem trupy na karoserii. Tak jest z rowerzystami. Wydaje się im, że nie dotyczą ich znaki płaskie, znaki stojące, znaki wszelakie i zwykłe, podstawowe prawa ruchu drogowego. Spora część świata uznaje, że na Wyspie to rower ma pierwszeństwo. I kończy się to często krwawo… jako człowiek chodzący obrywam od obydwu nacji, choć kulę się na swoim paseczki z narysowanym ludzikiem.

Od tego roku przestaję się kulić. Mam dość. Dość tej jebanej ekologiczności rowerzystów, którzy uznają się za święte krowy. Tak, właśnie tak tutaj jest. Afery tego typu są nazbyt częste. Nagle panowie z brzuszkami w śmierdzących strojach są wymiarem, którego nie da się osiągnąć nikomu innemu. Tworzą kastę lepszych od reszty świata. A jaka jest prawda? Że mają często największe samochody.

A ich ciuszki nie rozpadną się nigdy… więc…

Sparaliżuje nas coroczny rajd. Na szczęście tylko na jeden dzień, ale śmieci zostaną na dłużej. Często na zawsze. Ciekawe jak poradzą sobie z rozkopanymi drogami i korkiem trzyminutowym przy Gudhjem? Nie wiem. Postanawiam mieć to w dupie. I tych rąbanych cyklistów, tak odmiennych od zwyczajowych ludzi, którzy jeżdżą, bo to lubią, którzy zamiast auta do sklepu depczą z buta czy też z rowerkiem. Mieć gdzieś panów z brzuszkami na wielce wypasionych bike’ach, którzy właśnie przedzierają się przede mną przez zarośla. Boją się kałuży, nie podjadą pod górkę. Tak właściwie nie wiem po kiego im te rowery, gdy głównie je prowadzą. Ale co tam, śliczne są takie, wymuskane, oni też odziani od czubków butów po czubki głów, więc co mi ubogiej do nich? Nic. Zresztą, oni są w grupie… a ja sama. W lesie. Lesie, który chcę pełen ptaków i cichości leśnej, a nie ich wrzasków i muzyki.

Włażę w ten las i zaskakuje mnie w nim wilgoć. Bo widzicie, to może was zaskoczyć, ale po wszelakich perturbacjach z wielkim tam centrum przy Hammershusie mamy teraz dziwność. Mamy 3 parkingi. Dla motorów, dla autobusów i niepełnosprawnych oraz dla reszty świata. I to KURWA płatne!!! Dlaczego klnę, bo widzicie, w Danii jest coś takiego jak wolny wstęp do większości miejsc historycznych i przy nich zwykle jest parking zwyczajny, darmowy. Ale nie… i żeby to jeszcze Wyspa kosiła kasę. Nie, kopenhawka, czy inny tam zamorski byt. Dlatego człek naciągnął kilometr i zatrzymał się na malusim parkingu pod drzewami. Dzięki temu nie zalał nas gorąco, ale zeżarły komary. Oj tak, spacer skałami i lasem w stronę Vang to był komarowy szał. Jako jedyne na Wyspie, gdzie ogłoszono chyba ósmy stopień zasuszenia, tutaj jest wilgotno, coś się kluje, dziwne oczka powstały chyba nie do końca naturalną ręką, a robalom ino w to graj. Tosz tylko wypatrywać malarii, czy czegoś tam!!!

Jest buba!!!

Przemykamy się przez las opędzając się od robali na górze, na dole, a nawet takich lewitujących Piękno skał i młodych liści nas omija. Człowiek chce dotrzeć przynajmniej do tej drogi, żeby chociaż było ich mniej, a na drodze… na drodze kurna cała parada samochodów, rąbany kład z jakimś dziwakiem kochającym pylistość, chyba już wtedy miałam dość tych ludzi. Najpierw ten parking, potem oni tutaj, a w lesie kurde krwiopijcy. Nie ma wyjścia, przyśpieszam i znowu trochę w las, ale potem już jest… ten błękit, ona niebieskość, to wszystko błękitne górą i granatowe, to wszystko piękne lekko pofalowane, w mazy jaśniejsze i ciemniejsze, lekko poruszone, lekko…

Po prostu niesamowite.

Ale jest ten wymarzony, choć wysoki, brzeg… są skały, pojedyncze, ostatnie kwitnące jabłonie i oczywiście niesamowite brzozy. Czadowa droga pełna kup, więc trzeba uważać, ale tylko garstka najeźdźców, więc nie jest źle. Da się wytrzymać. Do tego te kozy. Choć bardziej jak kozice. Wygrzewają się na najwyższej skale, śpią, żują, lekko pomrukują, szarawe, białe i brązowe oraz skomplikowanie klejone z tych barw… patrzą na ludzi niczym na jakąś rozrywkę. Jakbyśmy byli dla nich czymś ciekawym. Intrygujące te kozy, naprawdę intrygujące. Ta jedna stoi, jakby pilnowała wszystkich, a tamta leży, raciczki jej zwisają, więc słodko wygląda… ale ja chciałam pod Hammershus. Na tę plażę, którą niewielu odwiedza. Na one kamienie nad oną rzeczkę i drzewko tak cudownie ukształtowane, jakby ktoś je uczesał.

Lekko zgiął i wiecie, spryskał lakierem.

Ale najważniejszy ten spokój, te niebieskości i ruiny górujące nade mną.

Wcześniej jednak trzeba było częściowo się ześlizgując, zleźć w dół. Część drogi sama spłynęła zimą, część odkryła nowe, gładkie kamienie, a reszta pełna kwitnącego w końcu czosnku niedźwiedziego. Zielona i biała. Pomiędzy krzaczkami wąziutka ścieżynka. Po prostu coś niesamowitego. Coś jak z bajki, a potem pierwsza część tej plaży, z ogniskiem jeśli ktoś chce, a potem druga z ruinami i wielkimi głazami i zielenią obijającą się w spokojnych toniach morskości i dwie przeładowane łódki z Turyścizną i w oddali żaglówka oblewana srebrzystością słoneczną.

Po prostu coś niesamowitego.

I nikogo poza nami!!!

Przycupnięcie tutaj, tudzież spacer po kamieniach – nie polecam w kiepskich butach i gdy macie problemy z równowagą – to naprawdę zaczepista sprawa. Po prostu coś oczyszczającego maksymalnie, ale trochę dziczy jeszcze przed nami. Bo trzeba wrócić do samochodu, a jednak nie ma go na parkingu pod Hammershusem jest dalej, dlatego zagłębiamy się w dolinkę tuż pod punktem widokowym, którą niewielu odwiedza. Widać, bo trawa wysoka, mostek łobliwy i ogólnie mówiąc dzicza. Ptaszęta świergolą, choć pora już mocno popołudniowa, czy nawet wieczorna, znowu straciłam poczucie czasu… genialne uczucie. Co prawda droga wąska, głazy i zarośla, powalone drzewa, strumień wciąż szemrzący, więc problem siku… ale jednak po prostu raj. Skała po prawej, skała po lewej, kolory nieziemskie. Górą oświetlone wciąż drzewa, dołem lekka ciemność. I maciupki wodospadzik i w końcu jakaś prostość drogowa i nagle… mostek, który jest tylko deską i jeszcze dziwny szlak w górę… między drzewa stojące blisko siebie, czy człek się zmieści, do tego śliskie, gładkie głazy, do tego jeszcze piach, suchość i ogólne szarawary, ale damy radę. No musimy i tyle.

Nie ma innego wyjścia.

… więc dajemy radę, ja częściowo na czworaka, ale to te krótkie nóżki, choć ćwiczenia popłacają. Człek sapie, ale zaraz przestaje, nic go nie boli, teraz stąpa przez pola jagodowe, zapatrzą się one drzewa tak różnie ukształtowane, jakby znowu znalazł się w ogrodzie tanecznym, w którym ktoś czas zatrzymał. A może jak tylko się odwrócę, to wszystko znowu zacznie pląsać i muzyka zacznie grać? Może… coś przecież szeleści w krzakach, jaszczurka zaliczona – krzyki są – zaskroniec też, ale ten już bez krzyku, bo to nie ja go widziałam.

Dobra wycieczka.

I jest auto, chłodne, zacienione, czas do domu… a wszystko przez to, że mieliśmy pinsedag! Dokładnie dwa, ale niedziela się nie liczy.

Wolny poniedziałek za to, to jest to!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamieniczki Przeszłości… została wyłączona

Pan Tealight i Łoś…

„Widzicie… Wiedźma Wrona Pożarta kochała wrony bo tak, polarne misie i niedźwiedzie w ogóle bo tak, oraz łosie, bo inaczej.

Wiadomym jest, że w każdym człekopodobnym czai się coś ze zwierzęcia. W niej od zawsze siedziały wrony i misie. Ale łosie, ech, z łosiami, ale i rogasiami wszelakimi, było jakoś trochę, dziwnie inaczej. Pojawiły się gdzieś nagle w jej istnieniu w okolicach wszelakiego niedojrzewania i jakoś tak, nie dały się wyplenić. Ni chirurgicznie, ni antybiotykami, czy wiecie, przeszczepem jakimś.

Nie, nic z tego.

Po prostu pewnego dnia stała się trzema zwierzakami, trzema osobowościami i trzema ogólnie mówiąc postaciami. Trzeba było się z tym pogodzić i tyle. Ale wiecie, nie oszukujmy się. Przecież nie każdy to wiedział. Nie zwierzała się, bo i po co tak się otwierać przed wszystkimi, serio wystarczyło jej to, co związane było z jej wielką blizną na brzuchu i dwiema mniejszymi, okrągłymi. Więcej już nie chciała się otwierać. Nie tak, nie inaczej. By patrzyli… leżeć, czuć dziwnie wrzenie i gorąc ze środka wszystkiego siebie i nie móc nic zrobić. Kompletnie nic, bo dopiero się wstało z martwych i durnie byłoby to zaprzepaścić, jak już się wybrało ten świat.

Jednakowoż należałoby nadmienić czym był łoś w Wiedźmie Wronie… bo co do niedźwiedzia, to chyba wszyscy wiedzieli, a nawet jeżeli nie, to sobie mogą wygooglać. Co do wrony, wystarczy zapytać Badb, ale łoś… widzicie, łoś był rogami. Tak, rąbanymi, wielkimi antlersami, które wyrastają nagle, i nie pozwalają wejść w różne miejsca, bo łeb masz tak ogromny, że zwyczajnie nie mieści się w wąskomyślowość świata, do którego pukałaś. Ale nie tylko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Martwa jesteś piękna” – … oto opowieść o celebryctwie. O naszym współczesnym świecie, w którym o wiele łatwiej zdobyć sławę dzięki złu niż dobru. I oczywiście o tych, którzy one celebryctwo ułatwiają – dziennikarzom.

Bohaterka może nie jest jakoś wybitnie zaskakująca. Niby dziennikarz od zbrodni, a rzyga na widok krwi – to już było – niby silna, a jednak dziwnie rozmiękła miejscami, wymęczona, ale i dziwnie silna, choć skąd niby czerpie oną siłę? Niby wie co robi, a jednak, a jednak przesadza… Czyli wiecie, jak zwykle. Ale może nie do końca? Bo gdy nasza bohaterka, Eve, powraca do domu, powraca też do smutnej codzienności ojca zmagającego się z Alzhaimerem. Do codzienności ulicy, która ją zna i wciąż obserwuje, oraz do mordercy, który zaczyna do niej czuć coś więcej… On – artysta. Ten który ze swoich zbrodni czyni nadzwyczajne pokazy i ona, której życie nie potoczyło się tak jak sobie wymarzyła. Nagle jedno nie istnieje bez drugiego. Dopełniają się, uzupełniają, grają ze sobą… ale kto zwycięży?

I gdzie tutaj jest ono wymuskane, definicyjne dobro? Czy w ogóle ma znaczenie? Czy tak naprawdę da się je znaleźć?

Powieść zaczyna się bombą i toczy niczym lawina. Nie można zatrzymać czytania, odkładacie książkę, bo przecież trzeba wrócić do życia, ale potem nagle, rezygnujecie z codzienności, by czytać dalej. Bo choć wiecie prawie wszystko, podejrzewacie jak to się skończy, to jednak te wszystkie niespodzianki po drodze, te zaskoczenia, wtręty… nie, nie możecie przerwać. Po prostu. Dostaliście zaproszenie na tę wystawę i wstydem byłoby odmówić. Przemykacie między problemami samotności, strachem przed śmiercią, obawą o życie, ale i lękiem pozostania na tej ziemi. Wszystkim co człowiecze, dosłownie i boleśnie wszystkim oraz samotnością, która często zabija w nas ludzkie odruchy…

… i odnajdujecie w tym wszystkim samego siebie…

Naprawdę dobra powieść.

Nyhavn.

No dobra… znaczy, nie oszukujmy się, oczywiście, że chodziło mi o zdjęcia, a w polskim sklepie Chowaniec nie dostał pączków i się wkurzył… czasu do wizyty w konsulacie mieliśmy jeszcze trochę, więc biegusiem, bo wiecie, to jednak kawałek… jak się okazało spory całkiem.

Oj, oczywiście, że to nie nasz pierwszy raz w stolycy, ale jednak nigdy nie było czasu, a teraz wzięłam to na celownik. Do tego ten rąbany heat wave, więc niebieskie niebo, odbijające się wszelakości w onych kanałach, łodzie restauracyjne, łodzie mieszkalne i te, które wielu zastępują samochody… i masa mostów. Po prostu masa. Niewielkich, większych, betonowych, z metalowymi poręczami i wiecie, ogólnie kombinowanych… no i w końcu są, malowane domki. Datowanie, pewno gdzieś od drugiej połowy XVII wieku, ale po prawdzie te kanały rodziły się przecież wcześniej. Kamieniczki kolorowe z fikuśnymi zwieńczeniami, a pod nimi uliczka zatkana po dziurki w załamaniach betonu ogródkami piwnymi. Oj pewno, że człowiek trafia na czas frokostu, więc ludzi jeszcze więcej niż zwykle, straszne… koszmar.

Ble!!!

Ale chodziło o te domki, więc człek czepia się tego jedynego, pięknie kutego mostu z całą masą pierońskich kłódeczek… tia, tutaj przerywnik: serio ludzie, serio zamykacie tutaj swoją miłość. Tak pomyślmy na chłopski rozum: ciężar tych cholernych kłódeczek niszczy most, na rozum wiedźmowy, jeśli naprawdę w to wierzycie i kochacie kogoś, pozostawiacie tutaj swój ślad, który ktoś wam naprawdę niechętny może łatwo złapać i narobić niezłej buby w związku. Jakby to powiedzieć: nie róbcie tego. Nope, niet i w ogóle ogólnie nie. „Put a ring on it”, a potem pracuj nad związkiem. To nie jest fizyka jądrowa, ale wymaga wiele gadania, czasem ciszy, a czasem pozwolenia na wolność… naprawdę. No ale, kłódki są kolorowe, więc świetnie wyjdą na zdjęciach, do tego oczywiście one kamieniczki, tu mieszkał H.Ch.Andersen… ciekawe, czy woniało mu z kanału, jakby co, jest sklepik z pamiątkami z jego imieniem, a w nim jego figurka lekko nadaktywna, ale zbyt mnie przeraża, bym tam pobyła. Kilka zdjęć odbić, bo te muszą być, potem zajrzeć w tę czy inną mieszkalną łódź. One koszyki z kwiatami, te wycieraczki i skrzyneczki pocztowe, te malunki ptaków, no po prostu coś cudownego, ale nie dla mnie. Gdzie ja bym książki pomieściła? No i ciągły hałas… straszne.

Straszne to wielkie miasto, naprawdę. Z jednej strony serio wygląda jak Wrocław, z drugiej, rowerzyści bardziej agresywni. Ale może teraz i we Wrocławiu tacy są? Kto to wie? Nie było mnie tam już dawno… ilość ludzi przeraża, ciągle czuję się nie na miejscu, mało drzew, nie ma się gdzie schować… trzeba uciekać.

Czy już stałam się wieśniakiem? A może odludkiem i kuzynem Szymona Słupnika, czy innego tam samotnika? Pewno tak. Ale czadowe kolorki kamieniczek rzeczywiście są jak na zdjęciach. Pojechałabym tam kiedyś, gdy pogoda inna trochę, gdy ludzi może mniej, wcześniej, by zrobić zdjęcia takie, przy których nikt cię nie przejedzie i nie zostawi śladów opon na grzbiecie czy nogach… bo można tutaj poszaleć, ale bez ludzi. I bez tego całego ruchu. W jakiejś spokojności może, jesienności, może się uda. Ale jakby nie, to widziałam. Wiecie, można uznać za odbębnione.

Tylko jak znaleźć się tam, ale nie brać udziału w ruchu drogowym. Onym koszmarze i tłoku, wszelakim szaleństwie…

Ale popatrzcie na taki Lund. Niby miejsce mniejsze, a jednak…

Akurat szykowali się do jakiegoś świętowania.

Serio nie wiem o co chodzi, ale podejrzewam studentów. Kurcze, studia tutaj naprawdę muszą być czadowe. Tak jak we Wrocławiu kub Krakowie. Wiecie, spojone oną aurą przeszłości. Z tymi postumentami i ludźmi odlanymi w brązie czy innych metalach, tudzież kutych w kamieniach i spoglądających na was z góry… spod onej brwi obsranej przez gołębia, świntucha złoczyńcę, co akurat tutaj lubi se posiedzieć, a że przy odlocie popuszcza, no cóż, jedni mają to za cudzołóstwo, wszelaką abominację, a inni nie zauważają…

Mniejsza, Lund.

Miejsce, które serio warto odwiedzić wiosną lub jesienią, albo zimą. Mają nowy, zaczepisty sklepik z pamiątkami, bo widzicie o to w tym miejscu trudno. Jak tu wam powiedzieć gzie on jest, n po drugiej stronie parku za katedrą z Groszkową Panną. Jest tam kawiarnia, a po drugiej stronie, niepozorny, wyglądający jak domek, pokoik właściwie, sklepik. Sklepik z cudami wszelakiej myśli i sztuki szwedzkiej, ale nie jakiejś wiecie przaśnej i dziwacznej. Znajdziecie tu coś z metalu, dziewiarstwo, wszelkiego rodzaju figurki, kubki, cuda wianki i takie tam. Łosie, misie i koniki… i dla dzieci i dla tych, co wciąż dziećmi być chcą, ale wiecie, data w paszporcie już nie ta…

PS. Pamiętajcie, że płaci się tam wyłącznie gotówką. Ale bez boja, ATM zaraz obok, więc nie ma wielkich trudów.

Chyba lubię Lund, choć też ma ten „vibe” wielkiego miasta. Ale więcej zieleni i kwitnące bzy, które u nas dopiero zaczynają… wynagradza wiele. Lund wymaga czasu i cierpliwości. Oraz dobrych butów, bo tutaj się chodzi i podziwia. Podobnie jak Ystad, które sobie pooglądaliśmy w zachodzącym słońcu, a jakiś Tubylec próbował mi wyjaśnić, że to zielone między kostkami chodnika, to będą piękne malwa… co ja mu na to: Bitch, please! My są z Bornholmu, my kurna wiemy jak wygląda zielsko kwitnące na chodnikach i tulące się do kolorowych domków. Ha ha ha!!! Uśmiał się gość, a potem umknął, chyba przerażony moim strachem, że przez jego pytlowanie mnie światło ucieka… a ono tak cudne gra na starych drenach, metalach i cegłach. Bawi się z pajęczynami, odbija się, miejscami wchłania, tam znowu pląsa…

Doszliśmy do czegoś na kształt arboretum.

Drzewka tutaj milusie, egzotyczne i oczywiście cudowne, do tego wąziutki strumyk i małe, włochate świeże kaczuszki, no serio… gdy tak dzień, tudzież raczej względna świetlność trwa do dziesiątej, to można się zagubić, zatopić w tym pustawym Ystad. Pewno w lecie więcej tu hałasu, ale na razie, tylko te pustawe pociągi w kolorze milki. I kilka rowerów. W niektórych miejscach grają światła wielkich telewizorów… a to już wiemy, gdzie są Tubylcy. Ale nie ma czasu na badania etnograficzne, bo prom nam jeszcze z tego wszystkiego ucieknie no!!!

To pa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łoś… została wyłączona

Pan Tealight i Znowu Zamorze…

„Tu nie chodziło o to, że uznawali Wyspę za pępek świata. Ale nie oszukujmy się, w końcu nim była. I z prawej i z lewej, a już ze środka wielowiecznego w szczególności. Naprawdę była pępkiem świata, znaczy dokładnie jest. No wiecie, tak po prostu. Bo przecież któż inny, niż ona, tak naprawdę? Zagubiona na dziwnym, wewnętrznym morzu, bliższa krajowi, który ją chciał, ale nie dostał, obrażenie oddalona od tego, któremu była przypisana, ale który przyznawał się do niej, gdy trzeba było przywołać piękne widoczki i zesłać ludzi gdzieś na wakacje…

No wiecie, pępek świata.

Piękno piękna i cud nad cudyma, który ma w sobie i przeszłość i teraźniejszość, ale nie do końca pewne jest przyszłości. Bo wie, że rzeczy i sprawy mogą się nie wydarzyć. Naprawdę. Ale ona jest nim. Cokolwiek się stanie, cokolwiek wybrzmie w słowach dziwnych ust i tam innych otworów, cokolwiek napiszą, cokolwiek w większości przemilczą i w ogóle, cokolwiek… ona jest.

Nadal…

To dlatego tak się wkurza, jak Wiedźma Wrona Pożarta opuszcza ją chociaż na chwileczkę. Chociaż na momencik. Chociaż w myślach, snach, zagubia się gdzieś w tych rejonach wszelkich wieloświatów, woali, równoświatów i innych. Nawet jak śpi i nie śni tyko i wyłącznie o niej, wiecie… ma jej to za złe. Gdy nie głaska przez sen jej kamieni, które ma pod poduszką i przy łóżku i nad łóżkiem… jakoś tak czuje, że nie jest to wszystko w porządku, a jak już wyjeżdża.

No dobra, wiadomo było, że nie można było tego załatwić inaczej, więc jej pozwoliła. Udzieliła dyspensy. Na ono Zamorze. Na ten dziwny świat, który miał sprawy i przedmioty, których ona nie miała, ale też nie miał tego wszystkiego, co najważniejsze, co najpiękniejsze, najcudowniejsze… No dobra. No niech jedzie, przecież wróci. Przecież inaczej nie będzie mogła. Nie da się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dziś będzie o paszportach, wielkim mieście i bzach.

Ale najpierw oczywiście będzie o czymś takim, co się zwie Molslinjen, a raczej wróć, przecież teraz to Bornholmslinjen. No wiecie, w końcu się dotarli, przemalowali i tak dalej, a to oznacza, że gdy porą nazbyt wczesną, wybudzeni z dziwnego snu o pięknych książkach, ale powiem wam, takie były piękne. I oprawa rzezana, tłoczona, i ryciny ręcznie malowane i jeszcze tematyka ludności pierwszej w Ameryce Północnej… o cuda wianki wam powie, ale nagle siku i po śnie. Niby przez czwartą, ale człek wie, że jak teraz przyśnie na te pół godzinki, to umarł w pacierzu, więc bierze się za robotę i w ciągu chwil niezbyt kilku coś tam nadgania. A potem mycie, herbata w kubek, proszki na rzygania wszelkie i w drogę. Chociaż obiecali morze gładkie jak stół, taki wiecie, gładki stół, to jednak bez avio ani rusz…

Podjeżdża dusza pod punkt, w którym bilecik się skanuje, bo wiadomo teraz te techniki, to sam se musisz w domu bilet wydrukować, a i często kurde skaner w porcie i tak nie umie gładkiej kartki sczytać, więc i numerki wbić człeku sam se musisz, no a tam… serio mocna kolejka!!! I człowiek nagle? Nieczęsta sprawa. Wiecie… człowiek. Nie maszyna. I zabiera się za skanowanie tych biletów. Bo wiadomo, jak doszło do przejęcia starych linii promowych przez nowe to nie poszło gładko i bez oskarżeń. Wprost przeciwnie. Poszło źle i z wyzwiskami. Pozwalniali ludzi i teraz te biedne babki szukają pracy… a u nas o pracę trudno. Nawet wybitnie trudno. Nawet jeśli startujecie na sprzątaczkę, możecie zostać odprawieni z kwitkiem. No ale… są nowe linie, mają być tańsze, nie do końca są, ale nie miało być o tym. Świt wstał piękny. Serio morze jak stół. Piękne, niebieskawe refleksy, wielkie słońce… nic, tylko płynąć, gdyby nie ta spora i radosna, gromada rozwrzeszczanych nastolatków.

Ale… to morze.

Jest w nim taki ogrom wody, takie szaleństwo kosmiczne, ale też i ten spokój dziwny, atłasowość romantyczna. Gdyby tak skoczyć… przecież onej prędkości promu nie widać, wiecie, bo to ten szybki, więc gdyby tak skoczyć i już nie wracać na powierzchnię, zostać w błękicie?

Ale…

Witamy w Ystad… a dokładniej od razu w drodze do Kivik.

Widzicie, Kivik jest słynny z grobu i jabłek.

Oczywiście w moim przypadku grób ważniejszy, ale zobaczyć te drzewka jak kwitną, marzyło mi się strasznie od dwóch lat, naprawdę strasznie. I jestem teraz, jestem na miejscu w odpowiedniej porze, nawet błękit nieba jest i słońce, światło niesamowite, patrzę na nie, a one są… bardzo disappointing. Strasznie. A wszystko przez to, że drzewka mocno przycięte, dziwnie rzadkie, jakieś takie, pewno dobre dla wielkich owoców, ale nie do zdjęć. Zresztą, włazić komuś na posesję, czy też w ogród/sad, to raczej nie moja bajka. Ale czosnek niedźwiedzi u nich kwitnie mocniej niż u nas. Ludzie jeszcze jacyś tacy nie do końca wybudzeni, ale w sklepie kilka dusz, czas wysłać kilka kartek. Nie mogę tego sobie odmówić, to po prostu niemożliwe.

Jednak przecież przybyliśmy tu, by dotrzeć do Danii.

Ogólnie mówiąc to kosmicznie dowcipne, że płyniecie z Danii – Bornholmu – do Szwecji, by dostać się do Danii. Tak wiem, Wyspa siedzi sobie bliżej Szwecji niż swego kraju, ale jednak. Takie to dramatycznie sarkastyczne czasami. Pomijając fakt ceny. Niestety, nawet te bilety kupione miesiące wcześniej są zwyczajnie drogie. Pewno, że bierzesz ze sobą samochód, ale jak inaczej? No jest pociąg w czadowym kolorze Milki, ale jednak, zbyt wiele zachodu tym bardziej, ze konsulat kraju zwanego Rzecząpospolitą Polską leży w miejscu… chyba najdroższym. Chowaniec sprawdził ceny posiadłości tam i plasują się one w granicach trzydziestu milinów, więc chyba… ekhm, płaci się za bliskość morza, wszelkie zagrożenie zalewowe, zielone drzewa, trawniki wyskubane i przepiękną architekturę. Naprawdę. Domy tam to całkiem osobny rozdział. Warto się przejść, nie zwracając zbytniej uwagi na siebie, na wszelki wypadek, i pooglądać sobie ten przepych i kasę przeciekającą przez płoty.

Ale idziemy…

Najpierw zaskoczenie, bo kurde, kto pokręcił temperaturę?!!! Serio, gorąc jak na Saharze!!! Suche powietrze, mocne, parzące słońce, nie no… pod tym względem Kopenhaga jest marunda jak cała Anglia. Zawsze uważają, że mają kiepską pogodę!!! Zawsze!!! Mamy z Irlandią i łkającym chłopcem na ławce, że on nie będzie miał lata, bo z Irlandii są i w wersji duńskiej. Może mieszkanie na jednak ciepłej Wyspie nie zalicza się do Danii. No ale, idziemy wyrobić paszporta. Mamy oczywiście te tam papiery i zdjęcia i oczywiście jesteśmy umówieni, bo widzicie, trza się zapowiedzieć sporo wcześniej. Ale, gdy zatrzymujemy się przy miejscu, w którym dwa lata temu byliśmy, wyraziście pisze, że mamy iść dalej naście metrów, bo tak, bo chyba remont, czy coś.

Może ich wysiedlili?

Może imprezowali…

Idziemy więc, architektura piękna, dziwność tuptania na poziomie morza nadal niepokojąca, kolejna nalepka, że ci co umówieni, to jednak nie tu, a dopiero do następnej bramki. Oczywista, trza odczekać swoje, bo otworzą dopiero o wiadomym czasie, a tu już kolejka i te dziwne pytania „kto ostatni”. Dobra, nieczęsto muszę stać w otoczeniu ludzi mówiących po polsku i łapię się na tym, że nie dość, iż odpowiadam po duńsku, to polski jako język jest dla mnie dziwnie egzotyczny. Jakiś taki… obcy. Ale nic to… prawie tysiąc koron w pięty, do tego pobranie odcisków palców wskazujących obydwu dłoni… serio? Znaczy co? Już jestem winna? Niby pada, że to dla mojego bezpieczeństwa, ale zbyt wiele mam we łbie teorii spiskowych, które okazały się prawdą, żeby im uwierzyć. Ale czy mam inne wyjście? Widzicie, przy moście kontrola. Jeszcze duńskie numery ze Szwecji do Danii przepuszczają normalnie, ale w drugą stronę już nie.

Trzeba okazać papiery i tyle.

Aj dziwna ta Europa.

Paszport ma przyjść w ciągu 4 tygodni.

Zobaczymy.

Panna w okienku warknęła lekko, jak się dowiedziała, że muszą to wysłać, no ale… co ja ci na to poradzę? Dania to wyspy!!! Dlaczego wszyscy tak dziwnie na to reagują? Dlaczego wszystko było takie głośne, czemu Polacy tak krzyczą? I czemu wiem, że pan się rozwiódł? A! Gdyby wam ta wiedza była potrzebna, to w przypadku rozwodu małżeństwa zawartego w Polsce, to że rozwiedliście się w Danii – kilka klików w kompie – nic nie daje. Musicie założyć sprawę w Warszawie lub miejscu zamieszkania w Polsce jeśli takie posiadacie. Sorry, ale w małym pomieszczeniu były trzy okienka z ludźmi mówiącymi przez głośniki, jakbyśmy byli oddaleni od siebie o lata świetlne, więc człek wiele się dowiedział. Też o obywatelstwie dzieci urodzonych z polskich matek tutaj. Wsio trza załatwić w Polsce. Nie da się przez komputery!!!

Kurcze… strasznie to dziwne. Takie pokręcone. Bo przecież niby jedna Europa, a jednak problemy graniczne.

PS. Chłopak, o którym pisałam w poprzednim blogu okazał się mieć nie tylko 15 lat, nie tylko biegać zbyt wiele, ale i jest teraz w Kopenhadze i stara się żyć. Miejmy nadzieję, że się uda… Powodzenia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znowu Zamorze… została wyłączona