Pan Tealight i Skorupa…

„Stara… lekko poobgryzana na brzegach.

Z małym pasiastym wzorkiem, ciemnokarminowa z jaśniejszymi, ceglastymi plamkami… Właściwie całkiem niewielka, ot kawałek brzuszka jakieoś dzbanka czy bardziej korpulentnego garnka. Nie do końca gruba i nie do końca cienka. Taka  sobie, wiecie, nie do końca zwyczajna, ale i dziwnie tajemnicza…

Skorupa.

Gdyby nie to, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane kochała sikać w krzakach, to pewno nawet by się nie poznały, no ale… jej wielce dzika kobiecość, albo też li azaliż mały pęcherz, czy też może i poszukiwanie dziwnych wrażeń w życiu, jakby jej brakowało w codzienności… no więc wynikiem tego jedna się do drugiej przylepiła. I nie nie, nic z tych rzeczy. Ani to nie był numer dwa, ani też nie jakiś atak ceramiczny na wypięty zadek, nie nie…

Naprawdę nie!

Chociaż pewno, tak łatwiej byłoby to wytłumaczyć, niż zwykłą błotnistością podłoża, wietrznym dniem, nierównością terenu… nie, żaden kurhan, czy coś, zwyczajna zgubiona niegdyś przez kogoś skorupa, nagle znaleziona, nagle nadzwyczaj gadatliwa i co gorsza pyskata!!!

A tak, one tak mają!

I kompletnie nie chciała przyjąć do wiadomości, że Wiedźmistość Wronia Archeologiczna w rzeczywistości nigdy nie przepadała za ceramiką, może przez zbyt wiele klejenia jej za młodu, ani też naprawdę nie chciała wracać do robót głębokoziemnych, tylko te skały macała, rytów szukała, zbyt wiele symbolicznie myślała… ale nie, ta na nią, że systematyka, że przecież resztki, że ona wiele może… że w niej wielka moc wiedzy zaklęta jest…

Tylko…

… przecież wiedza sama w sobie, to nie zawsze to, co naprawdę chcesz wiedzieć, więc gdy już Wiedźma skapowała co jej się do buta przylepiło, gdy wysłuchała okrucha, nie większego niż dwa paliczki… to jakoś tak, wiecie, zaczęła się zbyt wiele nad wszystkim zastanawiać, potknęła się i…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Początek i koniec.

Wschód i zachód…

Gdy człek nagle kupuje w końcu dom, wciąż go nie pomalował, bo wiecie, finanse to jakaś wersja innej baśni, do której go nie zaproszono, wciąż nie ma mebli, wciąż jakoś tak ciszy się dziwną wolnością przestrzeni i wielkim oknem, od którego nie chce się odczepić i chociaż sypialnia miała być z innej strony, to jednak… nie może wyleźć z tego, co zwą salonem, bo jest to okno i po raz pierwszy, bo boją się tego powrotu do domowej może normalności, a może i czegoś bardziej dziwnego… dorosłości… No ale najbardziej chodzi o to, żeby nie przegapić tych wschodów i zachodów słońca.

Bo je stąd widać.

A bezczelnie budzą go o porze, gdy świat spowija jeszcze czerń.

Ona ciemna, głęboka, śpiąca i śniąca czerń muskająca cię wszelakimi potworami i tak dalej… ale czasem, oj tak, właśnie teraz w listopadzie i grudniu, gdy dni stają się coraz krótsze, one poranki są niesamowite. Bo nawet jeśli są ciemne, obserwowanie onej ciemności cofającej się od strony morza w stronę Wyspy – pewno wyłącznie dlatego, że ja mieszkam w Gudhjem, nie w Ronne – ale wiecie, w zależności od wschodu słońca, jakoś tak… jest zróżnicowanie…

Najpierw mamy one ciemne poranki, może i deszczowe, które naprawdę sprawiają, że tęsknimi za łóżkiem, że nie chcemy go opuszczać i ci, którym wolno pracować w domu naprawdę wolno przytargać kompa czy coś do pisania i malowania i wszelkiego tworzenia do łóżka, no i wiecie, po prostu nie wyłazić…

… ech, kogo ja oszukuję!

I tak w końcu musimy wyleżć…

A może nie?

No weźcie, jak szaro jest i pada, gdy patrzę jak ciemność powoli ustępuje szarej, miękkiej nie do końca jasności, i wszystko staje się onym oczekiwaniem na śnieg, jakąś wstępną świątecznością może i… chociaż nie wiem, w dzisiejszych czasach święta przerażaja wszystkich, albo większość. Nie mam pojęcia dlaczego? Przecież nikt wam nie każe gotować ton żarcia i sprzątać.

A siedźcie w łóżku i już!!!

Łóżko jest super!!!

Ale…

Są też te niesamowite poranki, kiedy widzicie, że słońce wschodzi, gdy ono wdziera się nagle w oną szarość, której się spodziewałeś. Nagle niebo rozbłyskuje się kolorami, czerwienie, róże i pomarańcze walczą o to by zlikwidować niebieskość i czerń. I słońce, no tak, bo przzecież to przez nie… i nawet jeśli nie zostanie na cały dzień, nawet jeśli to tylko ten wschód, a poza tym będą wiatry i ulewy…

To jest pięknie.

Najpierw są kolory, potem pojawiają się chmury, albo nie, bo przecież niczego nie możesz być pewnym, wszystko nagle może się skończyć, zniknąć, rozmyć… serio, więc patrzcie, bo przecież każdy z tych wschodów o tej porze roku jest unikatowy. Każdy zdaje się opawiadać inną historię, każdy… jest niesamowity.

Nawet jeśli słońce bawi się wyłącznie z chmurami, podświetla je, zabarwia, zmienia, uwidacznia ich kształty i puchowatość. Wciąż wszystko jest niesamowite. Jakoś tak dziwnie człowieka ładuje, nawet jeśli wypędziło cię to w gaciach z nieumytymi zębami na wybrzeże, byś zdjęcia robił, to jednak… ładuje. Nawet mnie. Mnie, osobę, która o tej porze roku jednak woli one szarości i przyciężki chmurzastości.

Ale nie pełnię księżyca.

Oj nie… wykańcza mnie sucz!!!

Można się zapatrzyć na te widoki. Na dachy, ptaki i drzewa. Na kolory i kształty na morskość wszelaką, rzekę w oddali i pola zielone… właściwie neonowo zielone. Zaskakujące. dwójkę dzieciaków podwożonych do szkoły i sąsiadkę, która kurcze chyba jest rozchwytywana, bo wciąż gdzieś jeździ, wciąż się kręci…

Kobieto no, ja tutaj się wschodem cieszę.

A może już nie… bo zniknął i zmienił się w dzień. Ech, aż w trzewiach czuję oną zmianę. W codzienność nudną.

W tą dniowość pracowniczą.

Do jutra!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skorupa… została wyłączona

Pan Tealight i Postępowy…

Postępowy nawet nie chciał by zwracać się do niego per „pan”. Ogólnie podobno z każdym miał być na TY, ale Księżniczki, Królewny, Wiedźmy z pieca, a potem i cała reszta zaczęła bląkać coś o niepasaniu krów razem, tudzież owiec czy kóz, wszelako rogatej bydlęciny też, no i dojarek oporządzania, więc…

… trochę go to zmyliło.

Zmyliło, dopóki nie dorwał Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane.

No i tutaj oczywiście od razu trafił na podatny grunt. Bo jej się ostatnio obrywało od obcych za to, że oddycha, że żyje, że w ogóle jest, więc była tak przerażona, iż można było z nią zrobić wszystko. Wprost lepić ją jak glinę, rąbaną plastelinkę, lekko już podgrzaną, a nwet i zabawę z tym pisakiem co plastikiem sra…

No wiecie, ona zwyczajnie nawet się nie broniła.

Nawet nie mówiła nie, tylko się trzęsła i był to widok godzien nie tylko pożałowania, ale też dziwnej dwuznaczności. Z jednej strony wiedzieli, że powinni ją przytuić, zająć się nią, ale przecież nie lubiła dotykania, a z drugiej… oj tak bardzo chcieli zwyczajnie rąbnąć ją w łeb albo naćpać lekami… bo kurna, no ile można. Tak kurde wołać o zauważenie i tak dalej. Oj pewno, że jej nie rozumieli, a Pan Tealight nie miał sił już wyjaśniać jak działa wiedźmostwo złamane, ale…

Na szczęście Chochel – chochlik pisarsko, naukowo-malarski, co to ostatnio awansował mocno, przebudził się z onej przerowadzkowej senności i zaczął z nią chodzić wszędzie. Może niewidoczny, ale jednak od czasu do czasu celnie kopał ją w pośladek, zwykle prawy, dlatego tak nierówno puchnęła… ale z tym ciulem wiedział, że musi zadziałać inaczej. To nie był czas na bicie i tak posiniaczonej, oj nie…

I wiecie, potem była potrawka na obiad.

Mięsna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W Vangu cisza…

Na środku Wyspy cisza.

I cienie wszędzie.

I tak to bywa, czasem poranek wali słońcem, masz nadzieję na dobre światło, a gdy docierasz na miejsce, to nadchodzą chmury i mówią ci: a takiego wała! A nic z tego nie będzie, a naprawdę kompletnie nic. Bo tak, bo my możemy i tyle.

I już.

Bo to my władamy światem.

Bo tak.

Błąkasz się po Wyspie tuptając za przesuwającym się światłem i jakoś tak nie wiesz, czemu ona nagła pustka tak cię fascynuje. Dlaczego? Przecież tak było zawsze? Przecież do tego się przyzwyczaiłeś, a jednak. A jednak jakoś jest inaczej. Bo Turyścizny moc była jednak przez dłuższy czas i było ich więcej, ale jednak…

Ale jednak może to nie to?

Może to one puste pola?

I lasy i drogi…

Uwielbiam pustkę na Wyspie. Jako jedyny osobnik pewno mogłabym robić za tego Szymona Słupnika, smotnika z jaskini, czy innego tam, no wiecie, stroniącego od dwunogów. Ale dzisiejsze czasy nie rozumieją takich ludzi. A tacy właśnie przenoszą się na Wyspę. A potem obrywają w sezonie. A potem nagle znowu dostają oną pustkę i… jakoś tak, w końcu…

Oddychają.

Od nowa.

Znajomo.

Wyspa ma w sobie oną moc głaskania pragnienia samotności. Ona rozumie, że można kochać tylko ją i tyle. I w pełni, po boskiemu i królewskiemu to akceptuje. Bo ją trzeba, należy czcić. I jeśli o tym się zapomina, to jakoś tak coś się w życiu smędzi i tyle. Należy to zaakceptować i amen, alleluja, do tyłu i na boczki.

Vang to dziwne miejsce, bo właściwie nie mam pojęcia, czy wciąż jeszcze ktoś tutaj mieszka. Mają niesamowite domy, Począwszy od onych starych, odnowionych pięknie, poprzez zabytkowy młyn i inne tam chatki rybackie, oraz te nowsze, z wielkimi oknami, magiczne, oj, miejsca takie, że chciałbyś ino siedzieć i się gapić.

I nic poza tym.

I to wystarczy.

I może malować, robić zdjęcia, rzeźbić… wiecie, artstycznie…

Pewno, że można pójść w prawo i macie niesamowite tereny i wodospad – jeśli oczywiście padało, bo wiecie, u nas one są wybitnie okresowe. Jak pada, to są, nie pada, nie ma. Logiczne to niby, ale jednak sporo o tym zapomina. LOL I nagle wielkie ajwaje, że miało być, a nie ma. No serio.

Ludzie wrzeszczą, gdy susza…

Ech!

Ale… wracajmy do Vangu. Podobnie jak Bolshavn zdaje się tak być wyciszony, by nie rzec iż martwy w okresie chłodnym – ech, bo przecież wiecie, u nas zimy sporadyczne LOL… że prawie martwy. Prawie nieżyjący. Prawie jakichś takiś nieistniejący. Ot makieta, którą czasem ktoś ndmuchnie, a czasem…

To tak jak z tymi wszelakimi budynkami, które tutaj znikają z powierzchni ziemi w jedną noc, a potem jest ino dziura w horyzoncie. Czasem sobie myślę, że te przepiękne hotele i tak dalej, które nawet ja pamiętam, albo te, które utrwalone zostały ino na zdjęciach, naprawdę byłyby o wiele lepsze niż ta codzienność teraz. Naprawdę. Co było złego w onej piękności murów? No dlaczego tak niszczyć?

Nie wiem…

Tak to wszystko dziwnie nie gra ostatnio tutaj.

A może nigdy nie grało?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Postępowy… została wyłączona

Pan Tealight i Goryl…

„No małpy to jeszcze nie mieli.

Bez urazy, oczywiście, że w Sklepiku z Niepotrzebnymi nie każdy wyglądał jak ludzka modelka, ale jednak stuprocentowy goryl?

No wiecie, taki serio bez ciuchów, ale z piórkiem w zadku!

I to pawim!!!

Naprawdę! Wielkim, gigantycznym nawet, z mocnymi barwami, połyskiem wszelkim i glitterem dookoła otworu wkładanego. Znaczy widać było z daleka, nie że ktoś się jakoś tak do niego zbliżył. Wiecie, w końcu skąd mieli wiedzieć, czy bezpieczny on choć względnie, bo, że on już widzieli…

Niestety.

Siedział na jednej z Wielkich Sosen, kurcze serio, że go nie kłuło, podwieszał się, bujał… i donośnie się śmiał do nich, ale dziwnie jakoś, wiecie, jednak za dużo zębów, no i jeszcze na dodatek wpieprzał serowe czipsy, te ulubione ostatnio przez Wiedźmę Wronę Pożartą. Wiecie, te, co mogła jeść, jako jedna z tak niewielu rzeczy, które nie sprawiały, że wywracała się na drugą stronę od dupy kierunku.

Niby powinni coś tegoś, ale jakoś nikt nie chciał być pierwszym, bo wiecie, ci co wyżej was i jeszcze jedzący są, to… no w końcu zawsze coś z nich wypadnie! Jak z mewami, wiecie, albo innymi ptaszkami!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Jezioro ciszy” – … kocham. Kocham Anne Bishop i wciąż nie wiem jak ona to robi. Naprawdę nie wiem. Wciąż zaskakującym dla mnie jest to, że z kilku słów można stworzyć tak pełny obraz.

Tak kompletny, skomplikowany, tak zaskakujący.

Ta książka nie jest kolejną częścią serii, ale jest jej elementem. Jest opowieścią o zranionej kobiecie, która ucieka w miejsce, w którym, ma nadzieję, nikt już jej nie zrani. Ale jednak gdy jej prawie przyjaciółka gotuje oko, uzmysławia sobie, że terra indigena to coś więcej niż tylko niewidoczne siły. Gdy dotyka jej Pani Jeziora, nagle zdobywa coś jeszcze większego… a potem, no wiecie, jak zwykle przybywają źli ludzie i…

Nie mogą wygrać.

Wiemy, że nie mogą wygrać, ale jednak wiemy też iż cała ona równowaga nie istnieje. Iż siły natury wciąż wybierają sobie jednostki, ale nie wiedzą jak postępować z ludźmi. A przynajmniej nie do końca.

Powieść jest piękna. Babska do kości, choć bardzo bym chciała by choć część facetów się z nią zapoznała. Bo to przede wszystkim opowieść o budowaniu swego życia na owo po tym, jak ktoś sprowadził was do poziomu gówna. I tak, wiem, że to może zbyt mocne słowa, ale nie w tym miejscu. Tutaj wykorzystana koboeta może w końcu zawalczyć o siebie, prosząc o pomoc to, co nieznane, albo się poddać… co zrobi?

Ona, zakompleksiona, z przyjaciółką tak piękną…

Może obie tak naprawdę, choć trochę, zmienią świat?

Przeczytajcie. Warto. Jak każdą powieść tej autorki, która jakoś za każdym razem potrafi nauczyć nas czegoś więcej o obiecości, czegoś więcej o kobietach i mężczyznać, miłości, uczuciach, związkach, a przede wszystkim… szacunku. Do innych, inności, ale przede wszystkim samego siebie.

Samej siebie.

PS. Tym razem no love story. Bo wiecie, nie wszędzie ona musi być, by przekazać pewne prawdy.

Nadchodzi noc.

Oczywiście, że o tej porze zmrok otula Wyspę szybciej, zależnie od tego czy dane nam było trochę słońca, czy nie, będzie to 3, 4 po południu… Ze wschodem słońca w granicach 6 to wciąż sporo dnia, ale… ten zmrok. Oj. Zapada albo nagle. Wiecie, kompetnie z nienacka, albo pojawia się powoli, a potem, odwracacie się…

I już nie ma świata.

Nic nie widać.

Ale czasem, czasem najpierw nadchodzi biel… niska mgła kładzie się na krzakach, dolnych gałęziach drzew, na polach i dachach. Zahacza o zarośla, o one wiecznie zielone płotki, o te kolorowe wciąż krzaczki, o wszelaką jesienność, która całkiem nie zniknęła jeszcze i właściwie w pełni jeszcze nie wybrzmiała. Mięciutka, puszystka mgiełka, coś w połowie żywego, coś leniwego, coś przecudownie innego, coś…

… dziwnie radosnego.

Zachwycająco wzruszającego.

Znajomego z jakichś innych, zaprzeszłych czasów, gdy jeszcze można się było nimi żywić, wiecie, brać łyżeczkę i zwyczajnie jeść. I zwyczajnie, jakoś tak, po prostu karmić się oną niesamowitą puszystością. Jedyną taką, szczególnie dlatego, że to taki czas. Ciemny. Cudownie ciemny. Niesamowicie miękko ciemny.

Uwielbiam te szare dni.

Jakoś najlepiej mi się wtedy pracuje, oczywiście poza robieniem zdjęć. Dla tych otrzebuję albo światła, albo mgły całkowitej i lasu pełnego śniegu, ale wtedy zdjęcia wychodzą. Po prostu przefascynujące!!!

Jedyne takie!!!

W ogóle w mgłach na Wyspie jest takie…

Coś więcej.

Wiecie, one dusze potopionych marynarzy, one marzenia niespelnione, one światy znikające na chwilę i pojawiające się nagle. Te wszelakie miasteczka ufortyfikowane, które w baśniach zawsze otwierają swoje bramy tylko dla wybranych, a potem, zapominają onych wybranych wypuścić i znowu spędzasz kolejne sto lat w miasteczku, które może i ma wszystko, ale jednak, no ile można kurde!!!

Ile!!!?

Ile można wytrzymać zamkniętym w może i magicznym miejscu, ale jednak… wciąż niewielkiej przestrzeni osłoniętej mgłami… chociaż z drugiej strony, gdyby tylko mnie tam umieścili, z moim domkiem, z moim światem, który mam w głowie.

No i może jeszcze z Chowańcem

Wiecie, on jednak bywa potrzebny. LOL

Zamkniętym, chronionym przez mgły. Wymykającym się tylko na chwilę, moment może, by… no wiecie, zdobyć coś do jedzenia, może jednak coś na święta, no przecież kurcze, tak uwielbiam popatrzeć sobie na świąteczne ozdoby, na one światełka, które jakoś tak u nas… wiecie, to dziwne, specyficzne miejsce – często świecą się przez cały rok. A niektóre okna, naprawdę mogłabym przysiąc, skrywają ubrane przez rok cały choinki…

No ale, to świat nissenów.

U nas co drugi, to wariat na punkcie underjordisków.

I większość zbiera wszelkiego rodzaju krasnale, nisseny, wszelkie dwarfy i inne tm elfowate. Wiecie, magiczne stworzonka na zimę chowające się w domach. Na zimę zmykające z lasów i… choć ostatnio wydaje mi się, że jednak uciekają i w lecie, uciekają przed nadmiarem ludzi… bo jakoś tak, mają dość.

Rozumiem to.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Goryl… została wyłączona

Pan Tealight i Kapitan Niewidocznego…

Kapitan Niewidocznego był jak najbardziej widocznym, rześkim lecz już widocznie starszym mężczyzną po osiemdziesiątce, z laseczką i dziwnym podbierakiem u biodra. Z pasem, odzianym w skóry – co było dość pokręcone dla Wiedźmy Wrony Pożartej, ale się nie czepiała…

… w końcu skóra mogła być z wieloryba, czy foki…

… golonej…

Nie musiała być z onych, wiecie, truposzczy, które teraz bardzo marzły, a które podobno on, chcociaż nie wyglądał na takiego rozpasańca, robił na tony. Wiecie, brał żywego i leciał z nim w trrupa. Oczywiście za pomocą trunków, które pędził sam, więc ci mądrzejsi już wiedzieli, że należy wylewać za kołnierz lub do roślinki, ae nie w gardziołko. Chociaż, nawet z jego oddechem zdawało się nie być czysto procentowo. A może jednak bardziej… ekhm, magicznie?

Może nie chodziło ino o pędzenie?

No co?

Ludzie są różni, nawet ci, co skórują. Albo nie, przecież mu nie udowodnili… a może nie chcieli, nie przeżyli?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Reklama.

Ostatnio oskarżono mnie o to, że specjalnie w photoshopie maluję domki, by wyglądały wiecie… kolorowo. Jakoś ludzie nie potrafili dać się przekonać, że tak, u nas takie kolory są i tak, nie mogę przemalować swojego Gulehusa na niebieski, bo prawo zakazuje, tak jak nie mogę mieć balkoniku i tak dalej, a dach ma być w jednym, określonym kolorze i kształcie i tyle. Nie ma bata, a raczej jest bat…

No tak, domy w okolicach miejskich, ekhm wiecie, to wciąż są osady rybackie – fiskerleje – ale skuśmy się na oną miejskość, by popsioczyć na niewolę barw. Wyłącznie earthy tones i ni więcej. Czerwień w jednym odcieniu, żółcienie mogą poszaleć, czasem lekka zieleń, szarości, ziemistości, ale nic szalonego. I tyle. I wiecie co, jak najbardziej to rozumiem, dzięki temu Gudhjem czy Melsted i Svaneke pozostają sobą, ale… wiem też, iż wystarczy dobrze „posmarować” by dostać pozwolenia na zbudowanie pewnych koszmarków, więc… gdzie tu logika? I gdzie tu ona słynna równość prawa J.?

Są lepsi i lepsiejsi i reszta…

I tyle.

Balkoniku mieć nie będę, jak się kiedyś uda może schodki i coś tam jeszcze, ale to spadek, wygrana w totoloto, czy jakieś inne cuda finansowe by się zdały. Oj zdałyby się bardz by się zdały. Alleluja! Znaczy niech się stanie!!! Choć na niebieski kolor stać mnie na pewno nie bądzie, to marzy mi się kupienie kilku domków letniskowych i wynajmowanie ich. Bo serio, to jest w końcu jakiś biznes.

Ino kto się tym zajmie, ja tam pewno wszystkich i tak za darmo bym w nich trzymała, więc… ech, marny ze mnie kreator finansów.

Po prostu przypadek krytyczny.

Z przytupem.

Ale reklama…

Jeżeli o to chodzi, to oczywiście są one papierowe gazetki/broszurki, które dziwią zdjęciami aż nazbyt artystycznymi, opisują tylko tych, który zapłacili – no trochę logiczne – a poza tym pokazują Wyspę z jakiejś takiej dziwnej strony. Jakby było w niej ino kilka knajp, jedna czekoladernia i właściwie ino dwa miasta.

A i wybrzeże…

Ha ha ha!!!

Serio, ostatnio miałam w rękach takie cudo, na które poszło zbyt wiele drzew. Serio, drzew imi szkoda. Oczywiście, iż wydanie piękne, Zdjęcia jak lubię robić, ale nadmiar drona oszałamia i mnie wkurza. No nie toleruję skurkowańców. Naprawdę!!! Bzyczy toto jak pierdolony zmutowany szerszeń, więc wykonuję najczęściej gustowny i wypierniczający mnie z kręgu dam gest, i jeszcze jęzor wywalam w jego stronę.

Bo tak.

Wolno mi.

Stara jestem i dodatkowo wariatka, więc czas najwyższy, by jakoś czerpać z tgo cholerstwa jakieś korzyści. I mieć gdzieś te natrętne bzyczenie. No serio no! Ile można. Pewno, że poza sezonem jest tego mniej, ale gdy szukasz ciszy, spokoju i wszelakiego zjednoczenia się z duchem miejsca, nagle wyskakuje ci taki latacz…

Nic ino bazooka czy chociaż łuk…

Hmmm, może sobie wystrugać?

No co, handmade i to w zgodzie z naturą będzie!!! A co do reklamy, to wiecie, zawsze miejcie na uwadze to, kto gazetkę zrobił i kto ją zamówił. Czemu, po co i na co. Naprawdę. Lepiej doczytać i przemyśleć, a potem, wybierając się na Wyspę zwracać uwagą wyłącznie na szyldy, wystawione flagi i oczywiście drapnąć mapę!

I już.

Wystarczy.

Można znaleźć cuda, których nie stać było na reklamę.

Które zwyczajnie są spokojne, niegłośne i naprawdę przemiłe. Zasięgnąć języka. Poczytać blogi. Przepatrzeć internety i tyle. Bo po co… przepłacać i niedopatrzeć czegoś, co może było przeznaczeniem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kapitan Niewidocznego… została wyłączona

Pan Tealight i Rozszpunka…

„Kurde!!!

Ale żeby tak się czepiać jej fryzury?

Nosz przecież jak tak można? No serio!!! Ona już od dawna miała dość tych cholernych kłaków. Nie dość, że się wszystkiego czepiały, nie dość, że mycie ich zajmowało dzień i wymagało armii służących, a drugie dni kilka suszenie… to jeszcze na dodatek zaczęły się jej rozdwajać końcówki i było ich jakby…

… więcej.

A więcej znaczyło ciężej.

A waga u królewny to sprawa wiecie…

… nie do końca sporna. Oj nie. Królewna ma być smukła, gładka i wszelako cnotliwa. A ona kurde musiała jakoś przynajmniej w tej gestii się zbuntować. Ale przecież imię nad nią dominowało. Podobnie jak nad jej Prababką, Babką, Ciotkami wszelkimi i Matką, która w końcu pozwoliła płomieniom poszaleć i teraz dumnie nosiła lekko dymiący kołtun zamiast tego cholernego warkocza.

Wiecie, że miała w nich myszy?!

No we włosach.

Ona, nie Matka!!!

Matka już nie miała żadnych kłopotów, a i Ojciec serio był z tym jak najbardziej okay. Nie potykał się w momentach koronacyjnych i innych tam, oficjalnych… wiecie, same za, ale ona… ona była jeszcze nastolatką!

Choć już zopiniowaną.

Nazbyt.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada deszcz, pada i uderzają one krople o szyby i ściany…

I wieje, duje i liście zabiera.

I zaczynam się zastanawiać, gdzie one się kurna zbierają? Gdzie one się chowają? Bo w lesie ino zeszłoroczne i zielone na górze. Na polach ziemia i zieloność wszelaka, na drogach ino na brzegach jakieś płatki… nie ma kurcze. Liście znikają. Na plaży ino wodorosty, więc liści nie ma. Może i zbiera je jakiś tam zasysacz, no ale…

Liści brak.

Nie wiem kurcze jak nadrobić ten odgłos szurania, deptania, tego bahcania się w liściowych kopach… bo przecież budulca do nich brak. W jaki sposób to jakoś przetrwać? Kurde, może i Sherlocka i Poirota z panną Marple mi trzeba żeby jakoś wybadać, gdzie te nasze liście z Wyspy się podziewają?

Może i je sprzedają gdzieś…

No serio!?

W końcu przecież wszystko tutaj jest na sprzedaż. Ciągle ktoś podobno się sprowadza z wielkimi nadziejami tutaj, a potem… ech, wraca skąd przybył. I znowu artykuły o wielkich powortach do korzeni, do kolebki narodzin, tudzież miejsca, które wychowało i zrodziło dziadków czy rodziców, ale… to szybko mija. Artykuły o onych przesiedleńcach są, ale o tym, że wracają i domy znowu są na sprzedaż, to już nie. Bo tak. Niestety. Niektóre z domów zdają się być na zawsze przywiązane do jakiejś rodziny inne znowu wciąż są na rynku. Nagle kupione – albo to ino ściema – wiecie, w końcu i agencje nieruchomości jakoś muszą tym rynkiem kręcić, więc… tak, tutaj człek uczy się niewierzyć innym… ale naprawdę, wracając do domów, niektóre co roku pojawiają się na rynku. Niektóre zmienione, niektóre znowu nie, więc… co, ktoś kupił i się rozmyślił, nagła lokata pieniędzy, dostał coś taniej, myśli, że pójdzie drożej? Nie wiem… wiem tylko tyle ile widzę i czytam, a nieruchomości tutaj mnie fascynują, bo poza onymi spędami domków wszelako takichsamych są i…

Cuda.

I mam kilka tych cudów ukochanych, ale o tym kiedyś wspominałam.

Świat…

Świat na Wyspie zwalnia. Czas jakoś w końcu się dopasował, wschód i zachód, ciemność i szarość, wszystko jest na swoim miejscu, ale też… jakoś jest inaczej niż rok temu, niż kilka lat temu. Niż… no właśnie, kiedy?

Julemarkety, julefrokosty, wszystko zdaje się zmierzać w onym jednym kierunku… rok się zakończy, zima może będzie, może nie, a potem od nowa. Koło się toczy. I nic go nie może zatrzymać, a może…

… morze?

No tak, morze zachwyca wciąż i wciąż, szczególnie teraz, gdy człowiek może na nie spoglądać z innej strony, jakoś tak z góry, głębiej, inaczej, jakoś… po prostu niesamowicie. Ona ciągła zmienność światła i kolorystyki wody jest oszałamiająca. Zmienia się, łączy z morzem, odłącza od niego, zwalnia, przyspiesza, no i są oczywiście jeszcze ptaki, bo przecież bez nich nudno by bylo, czyż nie?

Ale…

… wiele z onych znajomych i miejsc i wydarzeń w tym roku zniknie. W tym roku po raz pierwszy ich nie będzie, choć człek patrzył jak się rodzą i rozwijają… i teraz mu smutno, ale jednak wie, że co jak co, ale tutaj krótkotrwałość jest raczej czymś normalnym. Podobnie jak i długotrwałość niektórych miejscówek. Które niestety ostatnio przemijają. Ludzie odchodzą. Ci, którzy dali im życie przemijają, a nowi…

Ich nie ma.

Albo pojawiają się i po sezonie…

Odchodzą.

Wyspa zdaje się znowu zaliczać jakiś dziwny upadek. Czy się z niego podniesie? Czy znowu będzie jakoś stabilna, wszelako dobrotliwa choć dla samej siebie?

Nie wiem…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozszpunka… została wyłączona

Pan Tealight i Jesień Muchomorów…

„Są.

A może były?

Kurcze, nie wiem… nie da się wejść do lasu, który pije i pije i zdaje się przechowywać wodę na potem, jakby się bał, że znowu jej zabraknie. Można co prawda iść wyznaczonymi śieżkami, tymi wiecie, asfaltowymi, ale jednak… ziemia pod stopami, kamienie i korzenie wygładzone… Wiedźma Wrona Pożarta tęskniła za nimi, więc wybrała się w las nie dbając o błoto i gwarancję nieślizgalności.

A tam przywitały ją one swą pieśnią.

Przywitały ją swoimi kolorami i wielkością wprost gigantyczną.

Muchomory.

Aż ją coś chwyciło za gardło. Aż nią telepnęło i serio nie był to żaden napad Muchomora Giganta, bo on akurat był bardzo pokojowo nastawionym grzybem, no i na dodatek muchy zjadał, więc super… ale jednak, nie widziała go od tak dawna, tak brdzo dawna, że nie mogła powstrzymać łez…

One nie chciały w niej siedzieć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W końcu niektóre dni stają się szare i przyjemnie mgliste.

W końcu wszystko staje się spokojniejsze, cichsze, jakieś takie bardziej wyspowe. Takie, jak pamiętam. Wielkie halloweenowe boom przeszło. I chyba raczej nie poszalało, bo nie oszukujmy się, to nie jest nasze święto. Mamy inne. Mamy Fastelavn, mamy dzieci błagające o kasę, ale cukierki…

… nie no, nie w tym kraju!

Dobra, w stolicy rzeczywiście było widać kilka zakręconych w prześcieradłowe kiecki dziewczynek biegających po ulicach, ale kilka, to wiecie, niewiele. Może i w jakichś bardziej zamkniętych społecznościach, jeśli tutaj takowe istnieją, coś się działo, ale tak naprawdę… poza kilkoma gnijącymi teraz dyniami… nic.

Bo to nie nasze święto.

Na pewno wymuszenie sklepowe, na pewno komercha i może byłoby fajne, gdyby nie właśnie to wymuszanie. To… Przecież tak serio „trick or treat” to zwykły szantaż. Dawaj, albo ci wpierdolimy. Co oczywiście przemieniło się w dosłowne „Wpierdolimy” w niektórych miejscach, gdzie policja ostrzegała ludzi przed otwieraniem drzwi z pwoodu band nożowników. Szczerze… kurde, kto dziś otwiera drzwi? I mówię to z miejsca, w którym jeszcze naście lat temu otwarte drzwi były normalnością. Teraz, już nie są. Mocniej, policja nawet wydała stosowne zarządzenia, by ludziom odrobinę starszym opisać to w przystępny mocno sposób i tyle… skończyła się wolność i swoboda…

Nadszedł strach, więc…

Sorry Halloween…

… ale jeśli chodzi o Samhain, oj tak. Może i spora część z nas ma swoje ukochane miejsca, ale wiem, że wiele ludzi odwiedza wszelakie skupiska kamieni, kurhany i rosery wszelakie. Bo co jak co, ale tutaj pogaństwo to piwo zostawione nissenom i balanga w miejscach, o których niektórzy myślą, że im chronologia się już skończyła. Tutaj się świętuje jednak wciąż po staremu. I chociaż Duńczycy amerykańskość kochają, to jednak w tym miejscu, no jakoś takoś, pośmieją się, ale nic poza tym.

Lub niewiele.

W sklepach oczywiście w końcu pojawiają się wszelkie świąteczności.

Jul na całego.

Ceny zwalają z nóg, rąk, rzęs i cycki opadają. No chyba, że coś się wam uda zdobyć z wyprzedaży, ale po pierwsze wyprzedaże u nas coraz rzadsze, niestety, ale jakoś tak wolą przechowywać rzeczy przez lata i przeceniać je dopiero po kilku wiekach zakurzenia, ale… w końcu co my tam o modzie wiemy?

Nic!

No ale… ważniejsze, że jest ciemniej, aczkolwiek dziwnie rzadko i sporadycznie, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Pasji, której wciąż nie rozumiem. No serio, co szewce mieli z tą pasją? Ktoś wie? Nie chce mi się googlać już, serio. Grudzień idzie, niby jesień, ale temperatura wciąż dość wysoko jak na ten czas roku, liście opadły, ale wiele z nich dziwnie zielonych i wiecie co…

Zawiedziona się czuję.

No serio.

Ja chcę kolorów, światła, wszelakiego poruszenia, szelestu i tak dalej. A tu na dodsatek znowu jakieś wiatry, więc i te ostatnie liście znikną. I tak w ogóle, to podejrzewam jakiś koszmarny spisek. Seryjnie! Spisek dotyczący kradziejstwa liści z Wyspy. No naprawdę one znikają. I ich nie ma. W ogóle nie ma!!!

Ni na górze ni na dole…

No ja już nie wiem…

A reszta oczywiście zielona. I pola i trawniki. Czyli kurcze Szkocja, czy co? Irlandzkie klimaty ino z innymi domami?

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesień Muchomorów… została wyłączona

Pan Tealight i Chusteczka Natchnienia…

„Pragnęli jej wszyscy twórcy wszelacy.

Nawet ci, co to sznurówki projektowali, bo podobno nie było od dawna żadnej nowinki w tej dziedzinie, więc… I ci od guzików. Wiecie, niby rzepy i napy, czy co tam, podbno haftki wracały znowu do mody, ale jednak… chcieli czegoś nowego. Właśnie w dziedzinie wszelkiego zamykania.

Tak naprawdę, była to jedna z największych, nowoodkrytych prawd, więc naprawdę ona prawda była takowa, iż ludzie pragnęli większego zamknięcia, ale i jednocześnie otwarcia, a żeby to zrobić, to musieli mieć nowy pomysł. Wizję jakowąś… a żeby to się zdarzyło, to nadejść musiało ono…

Natchnienie.

Piękne i ekspresyjne. Zmuszające człowieka do pracy nim mu się mózg nie zaczął gotować, a rączki przecierać i jeszcze oczywiście się odwadniał, jeśli tylko nikt mu nie pomógł, jeśli ono Natchnienie napadło wszystkich, to przecież… robili, tworzyli, myśleli, budowali… i ginęli. Pożarci przez nie.

Przez jego siłę i wielki głód.

Przez jego własne widzimisię… a jednak, bez niego było jakoś tak sucho. Słomiasto i wszelako cuchnąco, więc się o nie modlili. Ofiary składali… niezauważając, że przecież przybyło. Przybyło w postaci Onej Chusteczki natchnienia, co to opadła z kolana pięknej, czarnowłosej niegdyś blondynki, która skończyła swoj posiłek, otarła czerwone, krwiste usta i właśnie odeszła od stolika…

… ale oni nie powiązali końców i nie połączyli kropek…

Zapatrzeni na jej silikonowy tyłek.

A Gaci Natchnienia na stanie nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones”)

Z cyklu przeczytane: „Witajcie w Puppet Show” – … witajcie. Rozsiądźcie się. Spokojnie. Mniej lub bardziej… wiecie, w końcu mamy seryjnego mordercę, więc któż z nas może być spokojnym?

Może nawet nie on…

Detektyw.

Ten, który ma rozwiązać sprawę. Może nawet powstrzymać dalszy, brutalny rozlew kewi. Tylko, czy mu się uda? Jeżeli wszystko wskazuje na to, że to on będzie kolejnym ciałem. Kolejnymi zwłokami. Brutanie potraktowanym życiem… wcale nie tak nagle zakończonym? Czy zdąży? Czy dożyje? Bo widzicie, on sam ma nad sobą tyle ciemnych chmur, że właściwie się o to prosi. Rąbany, kolejny w takich powieściach, samotnik, bierze się do roboty, do pomocy ma kobietę a wszystko dzieje się w tajemniczej, magicznej, pradawnej Kumbrii.

Dobra, wygooglałam.

I szczerze wam to polecam. Te widoki, północno-zachodnia Angla z onym zróżnicowanym krajobrazem. Płaskie, górzyste, woda i skały… fascynująe. I gdy już się napatrzycie, zrozumiecie, że to, co się dzieje, ono całe „zło”… bo wiecie, jakoś nigdy nie jestem przekonana do bieli i czerni, ten koszmar się dziejący w takich okolicznościach przyrody musi szokować jeszcze bardziej!

Spokój i cisza… odosobnienie i wszelaka wolność, a tu nagle…

Dobra, ułamki recenzji i opinii umieszczone na obwolucie obiecują mi świeżość… lecz jej nie doświadczyłam. Przewidywalność – tak. Brak zaskoczenia? Oczywiście, ale to wszystko zwalić można na moje nadmierne czytanie od czasów zarodkowych. Dlatego nie czepiam się, bo spędziłam dobry czas. Naprawdę intrygujący, jeśli można tak mówić o koszmarze dziejącym się innym, który czytałam. Co mnie bardziej szokuje, to to, iż doniesienia z różnych miejsc świadczą o tym, że jest to… norma. I w tym momencie, gdy człek sobie uświadomi, iż czyta może nie do końca fikcję, a czyjś możliwy omen, który go naznaczył na zawsze… wszystko się zmienia. Naprawdę.

Dlatego przeczytajcie.

By dowiedzieć się, że wyrządzona krzywda nie przemija.

Czas nie leczy…

Albo przeczytajcie, by zakochać się w innym świecie, zainspirować się może – no weźcie, nie kryminalnością – przyrodą, krainą, innym światem.

Tia…

Człek przeprowadza się na Wyspę.

Wiecie, czuje coś, czuje się w końcu jak w domu, czuje, że to jest miejsce, które go chce, które nie wykopie go, gdy tylko zrobi coś źle. Albo gdy zrobi nic. Miejsce wciąż jeszcze dzikie, ale też z oną znajomą zmiennością sezonów i Turyścizny, z którą właściwie się… narodził. Bo takie były moje początki. Ciągłe zmiany ludzi dookolnych. Turnusy, nowe twarze, nowe osoby, ból, smutek, radość…

… więc Wyspa z tą swoją zmiennością wydawała się być tak bardzo idealna. Niesamowicie znajoma. I te drzewa… pewno, że młode, ale jednak i ona samotność posezonowa. Oczywiście, że powiedzieli, iż nie będzie śniegu, ale był… i był dla mnie i był niesamowity. Wszystko jakoś tak… ale też było ciężko.

I z czasem ciężko się nie zmieniło.

Wprost przeciwnie, ale ludzie się zmienili.

Stali się Facebookiem w realu. Nie oszukujmy się. Wyspa z 2006 roku nie jest tą Wyspą z 2019go. Nie. Naprawdę. Zamykane sklepy, dziury w drogach, roboty drogowe trwające lata a nie godziny. Wszelkie nieprzyjemności, tajmenicze nagonki, listy i tym tam podobne. Wszelkie podstawiania nogi, wszelkie…

Nie wiem, ale „Źle się dzieje w państwie duńskim” bardzo pasuje.

Szczególnie u nas.

Niestety.

I nawet kurna ta jesień jakaś taka nie do końca jak powinna być. Czasem zapachnie, a potem to znika. Zieleń wciąż jeszcze jest w dominacji, a reszta to obgryzione gałązki, no ale. Najbardziej zaskoczył nie siedzący tuż przy drodze na pałąku myszołów, krogulec, czy coś w ten deseń, który gdzieś miał samochody. Myślałam, że wiecie, ktoś sobie wyrzezał nad skrzynką na listy… a potem on odrócił głowę i spojrzał na mnie.

I ten moment auta przejeżdżającego, ludzkiego wzroku, ptasiego dzioba…

Magia!!!

Żołnierka stracherka.

Przerywnik – możecie już latać bezpośrednio na Azory od nas, jakby ktoś chciał, ale wiecie, no nie wiem…

Wracamy do mundurowych.

No więc stoją tak po dwóch stronach drogi i wiecie, bez urazy, pewno mają jakieś manewry, pewno coś tam robią, ale… jak czujesz się, gdy nagle zza zakrętu ścieżki, gdy cieszysz się leśną ciszą, kolorami liści i szmerem rzeki, która znowu przybrała, która ponownie jest wodą i kamieniami, a nie tylko błotnym wspomnieniem.

Masz w końcu sobie tą spokojność intrygującą

A tu nagle wypada na ciebie karabin.

I tak, wiem, jestem psychiczna.

Mam swoje choroby, mam ich cały zestaw, więc… czy naprawdę reaguję tak dziwnie? Strachem? A jak powinnam zareagować? Kuźwa świeżutkimi liśćmi ich obsypać i pleść im wianki z naszych całorocznych stokrotek? Serio? Nie… jak już chcecie sobie biegać i bawić się w wojnę, róbcie to u siebie, na poligonie. Już wystarczy, że czasem, a ostatnio aż nazbyt często, pójdzie polami seria z kałacha albo zwyczajna strzelanka. Dość tych ogromnych wojskowych straszaków na morzu…

To miała być cisza i spokój.

I coś się zjebało.

Mocno…

Wyspa się zmienia. Ewoluuje. Ale ludzie, którzy szukali na niej ucieczki zaczynają szukać jej gdzieś indziej. I niestety, zbyt często… nie znajdują już takich miejsc. Bo gdzie? Norwegia? Kto zniesie te ceny? Szwecja? Może leśne ostępy, ale wciąż boję się, że i one znikną, że i to jakoś tak się rozmyje i…

Jest dziwnie.

Mówiąc ogólnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chusteczka Natchnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Kalosz Zwątpienia…

„Że co, że jemu nie można, bo różowy z kokardką w muchmorki?

Że babski, to nie…

… no właśnie dlatego, bo przecież z lewej nogi!!! A to już oznaczało, że wolno mu było wszystko. Serio! Tym z lewej zawsze, bo jednak prawa, to wiecie. One niemorusane pyszczki, one prasowane rękawki i jeszcze te tam podgardla… no wiecie, te tam rąbane, białe kołnierzyki.

To dlaczego nie?

Że kalosz? Przecież dawno temu był but. A to też ta sama opcja, ino wiecie, gumiana bardziej. No i jeszcze dodatkowo, to jakoś tak, no dobrze by było, gdyby w świecie magii wprowadzić coś nowego. A kalosz… kto się spodziewa po kaloszu zup gęstych i smacznych i jeszcze magii rozpustnej i radosnej, no i jeszcze oczywiście onych fajerwerków, on był w nich ekspertem.

Kalosz

Dobra, to może brzmieć dumnie!!!

Może!!!

I on tego dowiedzie. Będzie tym, który sprawi, iż nikt już nigdy nie zwątpi w obuwie użytkowe. Że nie tylko pantofelki! Że nie szklane czy kryształowe, ale zwykłe, błocone nawet… Tak, uda mu się.

Ale może jutro, bo dziś pada.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Liście odsłaniają coraz więcej gałęzi. Niesamowita kora powala nie tylko swoją strukturą, ale i wcześniej ukrytymi grzybkami, porostami, kolorami. Wszystko… nie no, oczywiście, że to znowu ona jesień, zwyczajność przemijania, pory roku blah blah blah… ale jednak, za każdym razem udaje mi się odkryć coś nowego.

Coś…

Nigdy kogoś.

Nowe grzyby, takie wiecie, w kształtach całkowicie zbereźne, a nawet wywzywająco seksualne bym rzekła. Albo skały, o tych ksztaltach, które znowu, człek ma jakieś takie dziwne mniemanie, że jednak na pewno zostałyby wypipkane we wszelakich mediach. Choć może nie na Instagramie, bo tam ostatnio ino grzecznych karzą.

I to wiecie…

Za lajki!!!

… więc nie lubcie za wiele i za bardzo, bo was zablokują na dłużej lub krócej. Albo nie wsadzajcie wszędzie buziek uśmiechniętych, choć taki macie nastrój, bo wiecie, znowu was oskarżą, pewno o bycie robotem i tak teraz myślę, iż w epoce wszelakiej poprawności politycznej, to czyż nie jest to naprawdę bezczelność niezgodna z prawem i wszelakie świństwo, tak wprost się mnie pytać: czy jesteś robotem?

A co, jeśli jednak nie jestem pewna.

Bo czyż można być pewnym wszystkiego?

Robocenia też.

Ale ta jesień…

Listopad, więc i jesień się zmienia.

I nie, u nas nie ma natłoku wszelkich świątecznych cudów, więc z zazdrością podpatruję te jęczące paniusie ze wszelkich mediów, co to pitolą, że to mają w skepach i tamto i kurcze, że przecież to za wcześnie wciąż! Nosz małpy jedne, się cieszcie, że to macie. Ciekae co by było, gdyby te wasze miejsca do spacerowania, o przecież czymże są one wielkie sklepiszcza i… kurde, jak to się nazywało, galerie handlowe? No dobra… co by było, gdyby nagle je opróżniono? Co byście zrobiły?

Ile z was ususzyło liście i jarzębiny, kasztany i żołędzie, dziką różę i głóg i zrobi z nich ozdoby?

Hmmm?

Tak wiem, kolejne z durnych pytań… pewno na stronce z zacięciem „ekologicznym” to serio zrobiłoby furorę. A jeśli przy ekologii jesteśmy, to u nas oczywiście ten jebany boom na żarcie śmieci. Wiecie, zupa ze skorupek z cebuli, gotowane obierki i takie tam. Przypominają mi się zupy na karaluchach i wiecie co, pierdolę to wszystko. nie latam samolotami, nie mam dzieci, odycham, sadzę drzewa…

Sieję zioła dla pszczół i robię kupy liści dla jeży, więc się odparadujcie ode mnie, bo już nawet mnie to nie śmieszy. Sorry. Zwyczajnie. Czy moja Babcia by chciała znowu pić kawę z żołędzi, nie. Za cholerę!!!

Choć nie, ona by nie przeklinała.

Ja przeklinam.

Dzięki temu nie biję ludzi!!! No co, to powinno się mi zapisać na plus. Z drugiej strony i tak słabo wychodzę, bo ludzie krzycza na mnie, więc… hmmmm… niech tam im będzie. Może w końcu ta Turyścizna się przerzedzi, bo mamy dosć.

Mamy.

Co do tej całoroczności Wyspy, wiecie, podobno wsio miało być otwarte cały rok, taki eksperyment… no to raczej nie wypala, ale w gazetach na pewno napiszą inaczej. Bo przecież ten nasz PIJAR działa bosko!!!

Zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kalosz Zwątpienia… została wyłączona

Pan Tealight i Kosturek…

„Niewielki Kosturek.

Rzezany w łebki zapomnianych stworków Kosturek.

Magiczny Kosturek.

Tańczył sobie na ulicy obmywanej jesiennym słońcem, kapryśnym słońcem, czasem się chmurzącym słońcem… Kosturek. Wiecie, taki niby zwyczajny, no przecież nie mógłby być niemagiczny, w jego życiu i życiu wielu przed nim i po nim to wszystko musiało być magiczne. Nic nie mogło być zwyczajne, więc pewnikiem on tańczył i dlatego świeciło, albo tańczył i nie padało, albo może i…

… padało?

Tańczył… przechylał się na boczki przed Gulehusem, nowym fortem Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane… który to ostatnio został przez wredniejsze z Księżniczek Niekochanych zwany wieżą Wielce Zastarszej Królewny, co to jej do Roszpunki za krótko było, a róże choć ją obrastały, to jednak wiecie… za mało onego snu, by ją Śpiącą zwać, więc… ale nic to… Wiedźma miała w końcu swój domek, swój zamek, twierdzę wszelaką, może i wyposażoną w kurzą stopkę, może i wronią razej, a może i miała wymieniane takie…

Wiecie, wronie i mewie?

Hmmm…

A teraz miała i patyczek tańczący. Śliczny taki, choć może i dziwny dla tych, co go zauważali… tańczący w leciutkim, jesiennym deszczyku, co se chlusnął tak od niechcenia i wietrzyku, który go płatkami różwych róż oblepił…

Tylko po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje… mocno wieje.

Nowy dom wydaje nowe dźwięki, które mnie przerażają, ale jednak, nie czuję się zagrożona. Wcale. Ale… to wciąż coś nowego. Czy zawieje z prawej czy z lewej, wciąż nowe, wciąż coś, czego się przyzwyczaić trzeba. Może i jakieś jęki, może i błagania o pomoc zamknięty w ścianach stworów, którym odmówiono M4?

No co?

Nadal mnie intryguje o co chodzi z tymi trzema szopami w ogródku. Kto u licha potrzebuje aż 3 szop? Serio? Starsza para mieszkająca tutaj przez naście lat, oczywiście z błędami konstrukcyjnymi, architektonicznymi niedopowiedzeniami… trzy pokoje, salon z kuchnią i jeszcze im te szopy potrzebne?

Serio?

Trzy żółte szopy…

Dziwne spojrzenia onych ludzi dookoła. Ta cała kręcioła ze sprzedażą, zaskoczone spojrzenia ludzi, co to podobno nie wiedzieli, że to było do kupienia… na dodatek nie dość, że tablicy nie było wystawionej, to jeszcze ten nader niezborny koleś z nieruchomości od razu ją capnął i zmył się…

Czy to był przekręt?

Kurka wodna.

Jakby co, to wciąż żyję w błogiej małoświadomości. I choć w końcu udało się nam pozbyć tej wielkiej zamraarki, to one szopy, w których ustać się nie da, nadal nas intrygują. Zaczynam serio przemyśliwać one dusze umęczone, ciała zwinięte tutaj, przetrzymywane, a potem zjadane oczywiście. No bo jak inaczej oni by wciąż wyglądali tak młodo i rześko, tak sprawnie i radośnie… ci dookoła nas?

Ekhm…

Wyspa kryje wiele tajemnic i coraz częściej coś mi podszeptuje, że może lepiej nie poznawać ich wszystkich, ale kilka warto.

Plaża w Melsted.

Zmieniła się… znowu.

Mniejsza trochę, miejscami węższa.

Na pewno odzyskała rzekę, co cieszy, bo brak rzeki doprowadzał mnie do szału, ale ja jestem psychiczna, więc wiecie, czego innego można się po mnie spodziewać? Ale tyle zalesienia, nazielenienia, jakieś tam rośliny, które nagle stweirdziły, że piasek i słona woda, to ich miejsce na wzrost, więc… piasek się kończy. Ale na nim są wodorosty. Obecnie one cudowne, czerwone i burgundowe, krwiste mniej i bardziej cuda… jak one wyglądają na onych białych piaskach. Niczym zwłoki lekko mocno nazbyt, może, tak jakoś intrygująco rozwleczone po śnieżnej niewinnności…

No i te cmentarzyska…

Wciąż miejscami ruchome, trwające pokazy zwłok. Jakby jakiś lekko mocniej rąbnięty artysta, performer rąbany, postanowił zdechłe chełbie poprzewracać i ukazać ich różnobarwne kwiaty… takie to trochę zbyt wiele.

Takie to trochę…

… ekshibicjonistyczne.

Cmentarzyska galaretek. Niektóre już wydostały się na piaski i kamienie, inne znowu wciąż jeszcze unoszą się w wodzie, czystej, niesamowicie przezroczystej. Takie intrygujące. Takie piękne, jednocześnie nieżywe i żywe. Poruszające się, ale też i nie dbające już o nic, choć może… wciąż piękne.

Wyrzucone na brzeg, sprawiają że zdjęcia zyskują coś więcej. Coś niczym wielka soczewka, Coś jak wielka, wodnista poduszka, dziwny implant porzucony, a może jednak jakiś kosmiczny stwór, który tylko czeka, by wyprysnąć ci w twarz swoimi zarodikami i przemienić cię w…

… może w końcu w człowieka?

A co…

Zaskoczeni?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosturek… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrzyni Najciemniejszej Ciemności…

„Oj tak.

Była mistrzynią w swojej robocie!!!

Naprawdę!!!

I wiecie, jaka w tym jej specjalistycznym zawodzie, zawsze do wynajęcia, czasem w naturze… ekologia, bo przecież nie musiała sobie świecić. Nie dość, że i tak słabo u niej z widocznością było, znaczy zewzroczną, to jeszcze kurcze twierdziła, że tak się lepiej czuje i mniej ma lęków, więc jeśli już kurna ma być od tego, od onej Wielkiej Ciemności, pieruńsko Kompletnej, cudownie Idealnej

No to po kij i żabkę od firanek jej światełko?

No i wiecie, też nie będzie jej widać, a już szczególnie jeśli coś skopie, bo przecież ona ma obowiązki. No serio i naprawdę… no.

Zresztą była dumna z tego, kim była. Mistrzynią Najciemniejszej Ciemności. Nie tyle Panią Od Tego, Że Oko Wykol, ale jeszcze bardziej. Że nie widać nic i cokolwiek, co ułapisz, to oczywiście cię przerazi. Nawet jeśli to tylko miś… ukochany, przyjaciel od dzieciństwa, któemu nagle wyrosły i kły i pazury i zabierał się do twojej wątroby, ale tobie się zdawało, że zwyczajnie zrobiło ci się cieplej w tamtych rejonach ze strachu, czy też może, gorzej, zdarzyło się coś, co i dorosłych i dzici bardziej świadome, lekko i mocno lekko przerażało.

Naprawdę.

No co, zsikać się już nie można…

Ona była tym, co pokazywało i wszystko i nic.

Bo przecież kompletna ciemność była i czernia i granatem i jeszcze wymyslem i wydumanie, i wszelkim wspomnieniem z dzieciństwa, potworem spod łóżka, znad łóżka, nagłym stuknięciem szafy, rur pieśniami i jeszcze… tym szelestem… który sprawiał, że budziłeś się od razu przytomny i nie mogłeś oddychać, poruszać się, czując oną Ciemność duszącą cię za gardło.

Siedzącą ci na piersiach i nic to, że robiła ci właśnie ważne badanie…

Nie…

Nikt tego nie doceniał!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowy prom.

Oczywiście, że wszyscy od samego początku, gdy tyllko Molslinjen przejęło nasze i wszelkie inne promowe połączenia, złorzeczyi. I mieli rację. Oto przybyli ci, którzy gdzieś mają pracowników, robotę, a przede wszystkim klientów. Ale wiecie, dają tanie bilety, więc wszyscy mają siedzieć cicho i cierpieć. Znaczy nie pływać, gdy są fale, nie jojczyć i ogólnie mówiąc, wszelako się nie wtrącać, bo łaska pańska po onych dookolnowyspowych, burzliwych morzach hula.

Promy które Molslinjen przywlokło ze sobą są… lekko mówiąc, nieprzystosowane do tego akwenu. I kurna, przecież nie mówimy o nowicjuszach, więc o co chodzi. Postawili dwa maciupkie dziwactwa, otwierane z jednej strony, prawdziwe puszki na śledzie, skłócili załogę, skłócili ludzi i w atmosferze wszelkiej nienawiści…

Pływali.

Częściej nie, no ale… jak pływać czymś takim na tak wzburzonych wodach. Nawet najlepszy z kapitanów wciąż będzie bujał. Pawie na promie stały się częścią aromatyzacji wnętrza, które wciąż wygląda na niedorobione. Dodatkowo jedyna rozrywka, czyli wiecie, sklepik, jest maciupki i mocno kiepski.

Świat zaczął się targać, ludzie krzyczeć, nikt nie słuchał, bo przecież dostaliście tańsze bilety. Ale kto tam pamięta, że tańsze nie oznacza ZAWSZE tańsze, ani że na prom się dostaniecie, jeśli jest pełne obłożenie… a po ostatnich wariactwach naszych wszelakich władz… ech, ludzi jest więcej.

Wyspa ma być otwarta cały rok.

Tylko, że ludzie, zwykli ludzie chcą onego odpoczynku bez Turyścizny. Chcą onej wolności, pływania nago, spacerów, zbierania patyków tworzenia sztuki… bez ludzi. Tutaj wciąż osiadają ci szukający spokoju!!!

No i tak rozpoczął się trwający już kilka lat koszmar.

Trafiło się nam na szczęście tylko kilka takich mocniejszych wstrząsów, ale uwierzcie, jak byliście na kilku zwykłych promach, to nagle zdajecie sobie, że różnica taka jak międzu mikrym airbusem a boeningiem.

Czy jakoś tak…

Oczywiście na szczęście jest Povl Anker, ale wiecie, jeden prom nie obpłynie trzech kierunków. Nie ma takiej opcji. No i jest to oczywiście wolniejszy prom. Ale za to nie buja tak, ma wyższy standard i czuje się człek bezpieczniej. Co wymienić? Szybkość na bezpieczeństwo, czy powolność na wszelką puszkowość?

Z jednej strony rozumiem, ludzie chcą szybko i tanio. I coś takiego winno być zapewnione przez rząd, ale jednak… hmmm, Wyspa od zawsze traktowana była przez kontynent jako gorsze dziecię Danii, więc nikt się już cudów nie spodziewa. I tak ludzie zostawali w portach, czekali… i tak zapominano o przesyłkach, zapominano o towarach… raz nawet zostawili ludzi, no to był już serio bajer wszechczasów!!!

Prom, co zostawił ludzi na brzegu!!!

Żeby nie było, kasa, którą dostają od rządu jest mega-astronomiczna. To są takie pieniądze, że człek nawet woli o nich nie myśleć, gdy widzi po raz pierwszy malowniczego pawia wybuchającego z dzieciaka siedzącego na przeciwko. Ale nowy prom… hmmm, może będzie lepszy? Może w końcu w ogóle będzie pływał?

To, co na razie mamy, to obietnica na 2020 rok.

I specyfikacja, która jednak mocno rani me nadzieje.

Dwa poziomy dla ludzi, dwa dla samochodów, więc serio… to będzie to samo? I co, znowu nie zamontujecie wszystkiego?

Ech…

Trza zamrozić morze i jakieś konie i sanie kombinować…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrzyni Najciemniejszej Ciemności… została wyłączona