Pan Tealight i Golas Ubrany…

„Widzicie bo on chciał.

No naprawdę!!!

Bardzo chciał, ale jakoś tak… naprawdę wewnętrznie to czuł, ale… no jakoś nie do końca mógł. A i pogoda się wiedzie, zjesienniła. Wszystko się schłodziło, no i to spojrzenie tej wiedźmy. Co to patrzyła na niego, jakby wiedziała, ale jednak na razie decydowała się milcześ i tyle. Ale na pewno, jak najbardziej miała zamiar kiedyś wykorzystać to przeciwko niemu…

A może jednak nie?

Nie wiedział.

Nie mógł być pewien!

Ale jednak, czyż nie powinien był zwyczajnie, w końcu otworzyć się na świat? Przecież to nie było nic złego, zresztą i tak nie wychodził z domu, więc… kto komu i jak? Czasem ot ino do ogródka, bo buraczki i cebulki, no i oczywiście jeszcze te kapustki, i brukselki trza było przecież plewić.

Nie mogły zarastać.

Najbardziej kochał te po pierwszych przymrozkach, choć te na Wyspie rzadko się zdarzały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Traktory i morze…

Te strajki klimatyczne… nie wiem, ale kompletnie nie rozumiem. Jak w ogóle można strajkować w takim temacie? Można napisać coś do przedstawiciela w parlamencie, można okupować dziwne fabryki, protestować w miejscach frackingu… ale przecież to nie jest coś, czym pochwalicie się w mediach społecznościowych, co nie? Nie, to robią starsze panie. To one starają się powstrzymać koparki i inne maszyny, to one są ściągane z dróg przez dziwnie zawstydzonych policjantów…

… popatrzcie, co dzieje się w UK.

Ale strajk klimatyczny?

Wielkie spotkanie by pomachać flagami, papierem, by pośmiecić… i co z tego? Nie lepiej zamiast wciąż kupować nowe ciuchy i telefony dosadzić drzew? Pokażcie swoje ogródki przydomowe, bo przecież wiem, że tutaj, na Wyspie, wielu z was je ma, ale nikt w nich nic nie robi, co nie? No przecież, młodzież, dzieci… nie mogą pracować. Ale strajk, oj pewnie. Jak to fajnie brzmi!!! Ja strajkowałam by studiów nam nie zrobili płatnych, ale wiecie, to było w czasach troglodytów i słoni na trąbach, na różowych trycyklach, jeżdżących, więc… kto tam pamięta one czasy?

Nikt…

Wtedy sadziliśmy drzewa, lasy całe, no i zbieraliśmy kamienie i ziemniaki z pól. Tia, dawne czasy. Bardzo dawne. Ale strajk to mniej potu. No i paznokcie na pewno się nie połamią. Serio… Czy jestem przeciwna młodym krzyczącym, że źle jest, nie. Ale nie rozumiem dlaczego krzyczą, a potem sterczą pod sklepem po kolejne buty dziwnego osbinka co jest Jezusem i chce być prezydentem.

Trudno to połączyć…

Trudno też połączyć wielką zbiórkę w Danii na rzecz sadzenia drzew oraz wycięte drzewa w okolicy, czy właśnie… traktory. Stare, śmierdzące traktory ze starszymi panami pod moimi oknami, biorące udział w hygge oraniu.

Tia, dosłownie.

Taki smrodliwy wyczyn zafundowano nam w Melsted.

Na wielkim polu, które i tak trzeba nędzie zaorać raz jeszcze.

I tak, jak najbardziej rozumiem spotkanie starszych panów o laseczkach. Wzruszyli mnie, ale czy nie mogli się ino spotkać, bez kilku z maszynami. Albo, no serio, nie mogły to byc konie czy woły? Serio, jeżeli wszyscy mamy być tacy klimatyczni i znowu dowalą nam podatków, to tak, krzyczę! Walę te strajki! Chcę lasu na polu, który zaorali! Chcę więcej drzew i mniej starych aut oraz głośnych motocykli!!!

Ale przecież kto by tam usuwał stare auta czy bikerów, co nie…

Tia…

Uświadomiłam sobie, że najnormalniejszą rzeczą, którą widziałam w tym roku były… golasy. A dokładniej byli. Wiecie, grupka chyba znajomych chłopaków, na rowerach, zatrzymali się w porcie i popływali sobie. Bez telefonów, średnio głośno, no tak jakoś tak, wiecie, jak to drzewiej bywało. Tacy dziwnie normalni. Nijak straszą. Ni śmiecący, ni przylepieni do swoich ajfonów. Tacy… gdyby przenieść tę scenę, to pasowaliby do onych traktorów, do przeszłości każdej.

Serio.

Wtedy zamiast rowerów mieliby… rowery.

Hmmm… cóż, nie wiem co z tym światem, ale jeszcze raz ktoś będzie gloryfikował Danię za wybory środowiskowe, przypomnę wam, że lasy na Wyspie są dość świeże i isteniją wyłącznie dzięki walce jednego człowieka. Znienawidzonego przez wszystkich rolników wtedy żyjących i pracujących tutaj. Pewnie podobałoby się im ono wycinanie drzew teraz… gdzie się nie obejrzę, znikają brzozy i dęby…

I ja.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Golas Ubrany… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Zaskoczenia…

„Popatrzył.

Bacznie.

„Chcesz mnie?” zapytał ją wprost. Jakby już najzwyczajniej w świecie, bez kuli kryształowej i wizji, znał odpowiedź. Jakby może… On nie wahał się w ogóle, jakby w jego słowach było już zapewnienie, jakby to wszystko, całe te słowa i dźwięki, które miał wydać, a może tylko te, które wydał z siebie…

… nie miały sensu, bo przecież on wiedział…

Ale ona…

Po pierwsze nie lubiła takiej bezpośredniości.

Tak, to sobie koleś do krowy pośledniej i to nie tej z loczkami i grzyweczką i brązami złocistymi w boczkach… możesz, pomyślała, ale na razie nic nie powiedziała. Po prostu na niego patrzyła. Wiecie, no zaskoczona. Bo nie dość, że się nie spodziewała chłopa obcego i nagłego pod swoimi drzwiami, o wzroście nader mikrym i tłustych, przerzedzonych włosach, lepionych w tagliatelle…

To jeszcze się wystraszyła.

A jak ją ktoś wystraszał, to ją albo murowało, albo zaczynała śpiewać głośno, albo… no właśnie, albo była miła. I chyba właśnie ta ostatnia opcja się jej załączała… ale jeszcze wszystko mogło się zmienić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

A czemu nie?

Dawno nie było… więc chodźcie na skały, może akurat się trafi, że żadne ludzie mnie nie przyłapią, nie będą czegoś chciały, choćby obrazić, zwyzwać, czy coś takiego. Bo ja chyba serio wydzielam te fluidy, o których gliniarze gadali, ale wiecie co, trenuję… trenuję chmastwo ostatnio. I ojojojoj jacy ludzie nagle obrażeni jak dostają to, co sami mi rzucili. Wiecie, prezent zwortny.

Ech…

Ludzie wszędzie tacy sami i tyle.

Choć u nas na pewno umęczeni tym sezonem, który był tak ciężki i jeszcze oną suszą, co wciąż trwa, rzeczki serio nie istnieją, alo istneiją ino w ciurkającej postaci. No serce się kraje i wykrwawia w nie od razu. Zwierzyna tyż marnie wygląda, ale morze wciąż piękne, już jesienne takie, więc najpierw, mijając nieliczne ogrody, bo wiele domów zmieniło właścicieli, wiele drzew wycięto, aż zbyt wiele, więc nie łapcie się na one duńskie zbiórki kasy na lasy. Serio. Wycinają wszędzie dookoła piękne, stare i młodsze brzozy na przykład, bo wiecie… pylą… ja nie mam więcej pytań.

Serio.

Tlen widać tyż im pyli…

Ale idźmy.

Najpierw port w Melsted. Znajome łódki, ino dwa golasy, co zażywają dipa małego w morzu, a potem spierniczają z powrotem do ciepłego domu. W Danii 25 stopni to tradycyjna temperatura by załączyć ogrzewanie. Chyba jestem Innuitom. Serio… dla mnie dobra zaczyna się poniżej 10…

… a już na minusie to raj…

Mniam!!!

Ale łóki najpierw… znajome są. I te pląsy barw na wodzie, no i ona spokojność dopóki pies na mnie nie napadł, a wiecie, ludzie zawsze tacy kurwa rizbawieni, oj przestraszył, oj szczeka, oj rzuca się, oj nie gryzie przecież. Nie no, cżłonki mam, to, że ja jestem teraz w pracy nie jest wytłumaczeniem bo dla Duńczyka za mały mam obiektyw na fotografa, więc jakby był jakiś sponsor, to pragnę wielkiego obiektywu.

Do zdjęć wszelakich.

Z aparatem…

Uciekam.

Chcę gdzieś uciec, ale gdzie, na szczęście ono wzgórze ponad Melstedem, co prowadzi do Gudhjem zarośnięte i ludzina nie chce w krzaki jeżyn się pakować. Ja wolę jeżyny i bolesność niż ludzi. Zawsze ostatnio…

Tam przynajmniej one skały, prawie marmurowe miejscami, w tych barwach mlecznych i kremowych i te żyły kwarcu, niestety nazbytnio eksplorowanego i jeszcze granity i rubiny i ametysty, choć maciupkie, ale jednak… i niewielkie krzewinki i wzrastające dołem drzewa, które jakoś czerpią i z tej drobiny ziemi i wody nieśłonej, jakoś dają radę i ona pustka i tylko to morze w dole i wiodk na Svaneke i domy poniżej i zatoczki i kształty skał, które zdają się ciągle zmieniać i nagle człek może się schować.

Choć na chwilę, bo cywilizacja na widoku.

Wiatrak za plecami.

Ale na chwilę jestem tylko ja, ptaki, fale i chmury na horyzoncie, które zaraz popędzą mnie do domu, bo pranie wisi. No co, możesz se być archeologiem i artysą, ale pranie trza zebrać przed deszczem. A to, że światło przed deszczem tak zniewalające, cóż poradzisz, musisz jakoś trafić we wszystko i zdążyć…

… więc jeszcze chwila na skałach by kości rozprostować, bo po wspinaczce bolą, kolce powyjmować, kolana przetrzeć bo znowu by złapać dziwne ujęcia przecież i klęczałaś w pyle i leżałaś i w ogóle…

Pranie znowu trza będzie zrobić.

Codzienność.

A tak ludzie człowiekowi onej morskości zazdraszczają. Hihihi… nie no, sama sobie jej zazdraszczam, ale ona taka wymagająca. Ciągle musisz ją macać, wskakiwać w nią i w ogóle, czycić wszelako. No musisz, nie da się inaczej. Przecież co będzie jak sobie pójdzie, obrazi się i w ogóle…

Lepiej czycić.

Spacerowo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Zaskoczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Matka Innych…

„Przyszła do niej… Matka Innych.

Wiecie, ta sama, która zjawia się, gdy dorastacie i nagle nie rozumiecie, dlaczego wam się nie trafiła jedna. Jakaś tak dziwnie normalna, chociaż w miarę, nie ponad, jakaś taka… chociaż będąca. Wiecie, matka. Takie coś, co wielu i dzieciom i dorosłym brakuje. Wpływ na dorastanie, wszelaka boskość…

Matka Innych.

Nie chciała z nią rozmawiać, przecież miała swoje doświadczenia, więc miała prawo wyboru, więc mogła, była dorosła, no przynajmniej metrykalnie… tak to dzieciak uciekający przed dużymi ludźmi, który wciąż chciał ino zabawki, i to jeszcze takie specjalne, nie jak wszędzie…

Nie chciała jej tutaj.

Nie chciała żadnej.

Kiedyś myślała, że Wyspa będzie jej matką, ale teraz już nie ufała nikomu. I Pan Tealight zaczynał się bać. Jak kiedyś, gdy decydowali, czy ziemia ma być na dole, niebo na górze, czy wszelkie stworzenia mają jeść się wzajemnie, czy jednak myśli winny płynąć, czy skakać może…

Bał się…

Dlatego zaprosił Matkę Innych, ale chyba nie był to dobry pomysł. Wiedźmy Wrony Pożartej nie skusił nawet naukowy aspekt istnienia takiego bytu. W ogóle ostatnio tak ich unikała, że…

… chyba tęsknił…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przyznaję…

Ten wrzesień jest chyba najchłodniejszym, najbardziej jesiennym jaki tutaj widziałam. A przynajmniej, jaki pamiętam, wiecie… to już jednak trochę lat. Nawet pada czasem. Niewiele wciąż, ale jednak. Kurcze… a człek już się przeraził, że te ostatnie dni sierpnia takimi zostaną i tak dalej.

Ale na szczęście wszelaka jesienność już tu jest.

I nawet liście powoli tracą oną swą radosną zielonkawość i zaczynają przechodzić w tę zielonkawość ciemniejszą, bardziej leniwą, oną znoszoną zielonkawość, która wie dobrze, że w końcu może przestać udawać i być bardziej złożoną kolorowością. YAY! Tak wiem, ludzie marudzą, a ja nie. Ha ha ha!!! UUUUuuu znowu zawiało. Wieje ciągiem od dłuższego czasu, ale nic to, przecież to normalność, ale jednak wciąż człek się uczy jak to jest z tym nowym domem. Z nowymi dźwiękami, z nowymi zapachami, z nowymi… nowymi…

… no wiecie, nowymi wszystko!!!

I wciąż jeszcze łazi i głaszcze ściany…

I nie wierzy.

A może wierzy, ale jednak jakoś nie?

Już nie wiem. Wiem jednakowoż, że jesienność czuć w powietrzu, kościach i wszelakiej zamyślności. Człek gapi się jakoś inaczej w okno, dłużej tak, z tęsknotą… i widzi one pola w oddali i drzewa i gardy, które pewnie już nie są takie jak drzewiej bywało, ale jednak na zewnątrz wiecie, nie do końca to widać. Może i nie ma krów na każdym rogu, czy tam innej żywizny, ale jednak…

Mury pamiętają.

Ciekawe jakie jesienie one mury pamiętają?

Hmmm?

Jesień.

Kurde, jesień i poniżej 10 stopni? No serio? Może jednak film „Pojutrze”, czyli opowieść o dość zaprzeszłej teorii klimatycznej – wiecie, „Time” z poprzedniego wieku, który pokazywał pingwina i wszelaką, mroźną białość, może ów film jednak będzie naszą codziennością? Może jednak nie będzie Hawajów?

Hmmm?

Zimno…

Może będzie ten lodowiec i tak dalej? Może znowu nauka dostanie w nosa? A raczej ludzie, bo myślenie to myślenie, a krzyczenie to krzyczenie i tyle. Każdy chce być sławny, to widać. Nawet biedni naukowce. Chociaż ja nie. Jakoś nigdy kariera sławnego badacza mnie nie pociągała, wolę swój grajdołek i myślenie…

Czysta naukowość.

Ale jesień…

W Skandynawii zaczyna się od pierwszego września, o czym już pisałam, i serio sklepy potrafią się zamykać właśnie dokładnie tego dnia. Niektórzy są lepsi i wiecie, jadą rokiem szkolnym, który tutaj trochę inaczej się buja niż w reszcie Europy. Niby nic w tym złego, a na pewno coś bardziej klimatycznie odpowiedniego. Jesień może nie przynosi od razu lamp z białym światłem, które wcale nie są aż tak popularne u nas… a raczej ono pozwolenie na wszelaką depresję pororoczną.

I tyle…

Jesień.

Bo jesień normalna jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matka Innych… została wyłączona

Pan Tealight i Ten zza burty…

„Znowu na promie.

Znowu buja.

Ech, Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, że Pani Wyspy nie lubi, gdy ona opuszcza Wyspę, ale jednak… zbyt wiele było ostatnio nie tak.

Zbyt wiele.

I jakoś tak nie mogła już tam być. W miejscu, gdzie zbyt wiele zginęło, zbyt mało się narodziło, wciąż coś było nie tak, wciąż coś się burzyło, grzmiało, wszelako stawiało się jej okoniem, szczupakiem czy karasiem. No zwyczajnie jakoś tak, po prostu już nie mogła i chciała choć na chwilę…

Pobyć na trochę innej ziemi.

Z drugiej strony, czy tak naprawdę była to inna ziemia? Niby inaczej mówili, ale dawało się ich przeczytać, niby inaczej się uśmiechali, ale wiadomo było, że to ci sami ludzie, takie same straszności, mroczności i niepotrzebności. Tak, te ostatnie w szczególności. Bez nich i z nimi, inaczej nie można było żyć…

Ale jednak, coraz częściej Wiedźma Wrona Pożarta myślała o tym, że to, co jest teraz nie jest tym, co powinno być. I zastanawiała się, czy nie straciła czegoś najważniejszego… czasu. Ale czy żałowała naprawdę…

Nie…

Czy była wciąż Wiedźmą Wyspy?

Nie była tego pewna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni” – … naprawdę ostatni. Koniec. Więcej nie będzie, chociaż… kończą w takim momencie, że nic już nie wiem.

Nie wiem co myśleć, co powiedzieć.

Cała akcja się rozleciała, rozpłynęła, nie znaczy to, że nie jest ciekawie, ale wszystko się urwało, nic nie wyjaśniło, więc… o co chodzi do krucafuksa? Bo one po jednej stronie, lustra wciąż nas kłopoczą, ten nie żyje, ten żyje, a na dodatek oczywiście wszyscy wiemy, że będzie jakaś ostateczna bitwa, bo wszystko do niej prowadzi, więc…

Nie ma niespodzianek.

Jest lekki wkurw, bo cała ta historia ma gigantyczny potencjał. By być większą i pełniejszą, ale jakoś rozjeżdża się na pierdołach, nie dopracowuje się w dobrych, istotnych momentach, przede wszystkim, na taką ilość bohaterów, którzy wciąż nie potrafią się zdecydować kto dowodzi… jest za krótka.

Mocno za krótka!!!

I jeszcze historia przed… zdaje się być tak zajmująca, że aż samej mi się chce ją dopisać. Bo co się stało naprawdę z tymi ludźmi, jak powstaa flaga, czemu, po co, co teraz? Sztucznie stworzony problem? No i Kowal?

Serio?

Nie rozumiem.

Ale na pewno każdy powinien przeczytać, by samemu ocenić.

Z 5 tysięcy książek zostało mi kilka. Dokładnie 6 chyba… tak, czasem tak bywa, że mieszkacie w miejscu, które potajemnie wyjada wam książki, a wy… dostajecie schizy, gdy się o tym dowiadujecie, więc…

Przyjmę książki. Nawet Harry’ego Pottera mi zjadło i załego Tolkiena… i Pratchetta… ech… nie chcę o tym myśleć. Na razie odzyskałam to.

Plus dwie nowości!

Jak tak człek dłużej popatrzy, to naprawdę jest to dziwne.

No wiecie, ta podzielność horyzontu, gdy patrzy się na niebo i morze i akurat trafi się dzień, kiedy one są kompletnie różne kolorystycznie. Góra jasna, bliżej jej bieli niż błękitowi, a dół, ciemny, zdecydowany, jasnogranatowy. I nagle czuje się człek jakby siedział w jakiejś misie, która w połowie jest oną połączoną niebieskością i w polowie niebieskim i polno-leśnym zaburzeniem pełnym…

… zaczynającej się jesieni.

No bo to już ten czas. Jabłka już upadły na ziemię. Niektóre ktoś zjadł, inne znowu wróciły do gleby. Wciąż jeszcze gdzie niegdzie jakieś boróweczki, jakieś winogronka, jakieś jeżyny, ale zjadaczy niewielu. A co… ptaki też jakoś niezbyt chętne na to, wolą czatować na żarcie po ludziach. Wiecie, widać smaki się zmieniają. A w ogródkach oczywiście karmniki. Niektóre to czynne przez cały rok!!!

A poza tym wiatr…

Wieje, duje i ogólnie mówiąc trzęsie wszystkim nadal.

Ciekawe, że jednak ono uczucie siedzenia w misce, te wszelkie otoczenie, to, jakby morze naprawdę było wygiętą membraną otaczającą nas przynajmniej od dołu… no wiecie, nawet z tymi wiatrami, nie mija. Szczególnie, jeśli człek klika przez kilka godzin i tak wiecie, kątem oka zerka ino, co tam na zewnątrz się dzieje. Że kurde listonosz jakiś nowy i na dodatek kurde w dziwnych porach przyjeżdża.

O co chodzi?

Co znowu za zmiany?

A może tylko falistość morza ponownie opóźnia nasze kontakty z kontynentem?

Wiatr…

Misa.

Wszelako myśląc o wyspie jakotakiej, każdy się pyta o oną klaustrofobię. No nie wiem, ale nigdy jej w tym akurat aspekcie nie spotkałam. Nie przytrafiła mi się, a mam z nią pewne, niezbyt miłe doświadczenia. I nazbyt częste. Może to dlatego, że tak naprawdę człek tego świata na co dzień doświadcza w małej objętości? No i tak serio, to nawet jakby się uparł eźć i dzień i noc, to może w kółko, albo ścieżynkami pośrodku, albo ino brzegiem, albo sobie wymieszać to wszystko i jakoś tak…

No nie.

Nie czujecie się przytłoczeni ni wodą, ni horyzontem tak odległym, ni na przykład nim całkiem zanikniętem, nawet jak ciemność kompletna opada na nas, to wciąż nie… bo ciemność jest normalna.

Chociaż kurde…

… chociaż naprawdę głęboka i obecnie napiernicza pełnią… wkurzające takie światło nadmierne, jak już człek się zaczyna zacieszać oną mrocznością, która opada nie w okolicach północy, ale normalniej.

Wiecie.

No wieczorem…

Ona ciemność cudowna, chowająca to, co świat uznaje za niedoskonałości, a ty za coś, czego naprawdę nie widzisz, czego naprawdę nie unajesz za coś znaczącego, co masz gdzieś, a co nagle jakoś w oko świat kole… hmmm, kurde, no przecież sam siebie nie widzisz, te lustra pieruńskie to serio źródło wszelkich niemocy własnych, więc… po co to sobie robimy. W korze drzewa też można się przejrzeć i ono…

… ma gdzieś mój wielki nos.

Fajnie!!!

Serio, ten wiatr doprawdy mi mąci w głowie. Nie lubię tych psychicznych powiewów i podmuchów, a jeszcze zmęcony z pełnią księżyca… koszmar!!! Albo wiecie, kolejny dom tudzież lepsza łódź dla psychiatry. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten zza burty… została wyłączona

Pan Tealight i Kasztan…

„Jeden jedyny upadły… bo reszta, jakby naprawdę nie chciała opuścić drzewnej matki i zażyć wolności, wciąż jeszcze wisiała.

I była całkiem niedojrzała.

A przecież to już koniec września, więc gdzie miejsce na kasztanowe ludziki, na one dziwne plemię, które rodzi się, pląsa, a potem, jakoś tak, albo wysusza się na amen, albo wiecie, zapuszcza korzenie i jakoś tak…

Tak jakoś samo staje się drzewem.

Ot, koło życia.

Ale teraz, koniec września, a tutaj wciąż ich nie ma. Czyżby w tym roku Kasztanowy Ród nie miał się odrodzić? Czyżby kolejne plemię, cudowność jesienna, jakoś tak zanikła, nim jeszcze ktokolwiek ją dobrze poznał czy nawet zauważył? Jakoś tak Wiedźmie Wronie Pożartej tęskno się za nimi zrobiło, za tym ich klekotem, za oną cudowną gładkością świeżych kasztanów, że aż sama poszła sprawdzić, pod jeden z ostatnich Kasztanowców, oszpecony przez ludzkie zachcianki…

I znalazła tylko jedną kulę, która upadła.

I to wciąż niedojrzałą.

W środku tuliły się do siebie wciąż w połowie białe biźniaki, niechętne światom zewnętrznym, niechętne wszelkim spotkaniom i przemianom. Po prostu chcące spać dalej i nie wzrastać. W ogóle…

Wiedźma je rozumiała… też to czuła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak sobie teraz myślę, że…

Przecież mieszkając we Wroclawiu, wliczając jeszcze korki, człek spędzał ponad godzinę by dojechać do IKEAi, teraz jedzie i płynie, ale czy czasu tak wele mniej mu schodzi? Nie. Zwyczajnie zmienił środek transportu. Na bardziej, ekhm, no wiecie. Szczególnie jak spoglądam na to powweekendowe morze i wspominam weekendowe, gdy to wycofali Maksa, chociaż już był na morzu… ten strach ludzi…

Nie, dziękuję.

Naprawdę mnie szokuje jak ludzie zajmujący się na co dzień transportem morskim, mogą tak bardzoe nie szanować mocy i zmienności Bałtyku. Przecież to jedno z dziwniejszych i doprawdy trudnych akwenów. Nie pływa się po nim pudełkami po zapałkach wypełnionymi samochodami i ludźmi.

Nie!!!

No ale, dzieś będzie o Szwecji, bo przecież wiecie, jak człek chce czegoś to musi tam. Nie dość, że korona szwedzka nisko stoi, to jeszcze mają sklepy. Ha ha ha!!! No wiecie, takie, jakich my nie mamy. Czyli właściwie wszystkie. Nie oszukujmy się, w końcu u nas dzicz i to jest piękne!!! Cudowne i należy to zachować, a czasem zwyczajnie i po prostu wybrać się za morze… i już. Tak wiecie, normalnie.

Najpierw Ystad, ale tutaj tylko ICA.

ICA to sieć sklepów, takich w styu naszych z Coop sieci. Wiecie, niby jest wszystko, ale… wystęują w takich różnych rozmiarach i czasem z tak zróżnicowaną zawartością, że naprawdę można poszaleć. Niektóre mają z przodu większe kwiatowe czary mary, inne znowu tylko kilka doniczek na krzyć. W niektórych oczywiście kupicie znaczki, w większości niestety nie… no taka polityka poczty, która wkurza.

I która jest i naszą pocztą.

Ale…

… potem jakieś dziwne miejsca, które dla mnie zdają się ostatbio egoztyczne, wiecie, te pola sklepów wielkich, w których właściwie wszystko i człek nagle, zaczyna… odczuwać strach, że go to zje wszystko i potraktuje dziwnie…

A potem Malmö, któremu naprawdę warto dać szansę. Szczerze!!! Podobnie jak Lund potrafi zaskoczyć jeszcze bardziej, ale tak jak Lund zaskakuje od razu, od pierwszego zerknięcia i znalezienia miejsca na siku… tak Malmö trzeba dać szansę… trzeba się trochę przełamać, trzeba trochę więcej połazić, poszukać i naprawdę omijać dziwne obrzeża, ale nie te ostateczne, bo te są dzikie…

Ale…

Widzicie, jadąc przytłaczają was te bloki, szerokie ulice, jakiś taki zwyczajny brak czaru. No miejsce, gdzie ludzie pracują i sypiają, ale… ale jeśli tylko zatrzymacie się, niełatwa sprawa, ale czasem się udaje znaleźć gdzieś jakieś miejsce, no i nie boicie się chodzenia, wtedy… ech, wtedy w końcu możecie znaleźć naprawdę niesamowite miejsca. Szczególnie na tym ryneczku z muzykantami.

O tak, to dobre miejsce, by zacząć, ale też i spędzić tam ponad godzinę spoglądając wyłącznie na kamieniczki i te detale architektoniczne. A są one fascynujące. Szokujące, bo jakoś tak nie rzuciły się wam w oczy. Albo te szklane, zdawałoby się współczesne koszmarki, ale to tylko zmyłka, bo pod tym kątem to wyłącznie lustra, które mają odbijać oną pięknotę przeszłościa.

Te dachy, te balkoniki, wykusze, te łuki…

I nagle, kurcze, gubię się.

Wlazłam gdzieś, między domy, ale tak ściśnięte, że co chwilę jestem w czymś jak rąbane atrium, ale zarazem i stoliki kawiarniane i jeszcze z góry zwisają sie na mnie roślinki z balkonów, kurcze… czyli co, to jednych podwórko innych knajpiarnia? Jak ini tutaj zachowują jakąś prywatność i zen spokojności?

Naprawdę?

Ale samo przejście, które przypomniało mi trochę Sukiennice… jest niesamowite. Szkoda tylko, że nie było puściej, bo miejsce na zdjęcia, perfekcyjne. Miejsce na wszelkie sesje, eksperymenty ze światłem…

Tylko ci ludzie…

Ech…

Człek tak bardzo lubi mury…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasztan… została wyłączona

Pan Tealight i Krztuśny On…

„Podobno nie zarażał, ale kurde…

Wiedźma Wrona Pożarta nie wierzyła skurczysynowi. No co. Nie spodobał się jej od pierwszego krztuśnięcia!!! Wiecie, takiego mocnego, pędzącego najpierw dziwnym pomrukiem z Dalekiego Niewiadomego, o którym serio nie chcecie mieć pojęcia, by w końcu dotrzeć gdzieś w wyższe trzewia, przełykowe czy już nawet one nazbyt bliskie ust, szaleńczo gardłowe i zabrzmieć, wybrzmieć, może i nawet nosowo lekko… prosto na ciebie. Nigdy obok.

Albo co gorsza…

… najpierw przez dłuższy czas gulgotać, niczym uwięziona mityczna potwora w gardzieli niewielkiego, pomarszczonego osobnika z fajką za uchem i fajką za paskiem, i trzecią jeszcze w zębach…

No naprawdę można ją zrozumieć, czyż nie?

Zresztą nie tolerowała palaczy.

Jak se kopcili w piecach, czy wiecie, gdzieś tam w zamkniętych pudłach, coby to do niej w ogóle nie dochodziło, to okay. W onych dziwnych domach pokrywających się powoli, lub i szybciej, dziwnie żółtym nalotem, który w końcu, z czasem, zdawał się falować i tworzyć wszechświaty bardzo zmienne, atakujące kieliszki i małe łyżeczki, szczególnie te srebrne. Wiecie, najsłodsze… Jak robili to gdzieś daleko, gdzie nie miało to na nią wpływu, choć przezieć planeta kulą, więc co odchodzi to przychodzi i wsio wspólne tak naprawdę, boleśnie, a już powietrze…

No więc, nie przypadli sobie do gustu.

Przynajmniej z jej strony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra.

Płynę…

Wiecie, z tanimi biletami jest tak, że kupujecie w ciemno. Znaczy w ciemną pogodę, ale… jak kogoś nie stać, tudzież zwyczajnie musi akurat tego dnia, to… pogodę macie losową. I niekoniecznie taką, jak pogodynka mówi. Możecie dodstać powiadomienie na telefon, że promu nie będzie, że fale za duże i tym podobne. Możecie dostać powiadomienie, że miast pudełkiem od zapałek dostaiecie Hammershusa czy Poula Ankera… którego uwielbiam, promy większe, wolniejsze, ale dostosowane do tego akwenu o wiele lepiej niż te Ekspresy czy Max… jednak… czasem po prostu podjeżdżacie i nie wiecie, czy będzie czy nie i co będzie… albo czego nie. Czy nie powiedzą wam w ostantiej chwili, dziś nie obsługujemy. No zwyczajnie nigdy nie macie pewności. Dzięki czemu nasi karykaturzyści mają tyle pracy. Serio… co rysunek to coś o Molslinjen.

No ale…

Podjeżdżadmy…

… pudełko na zapałki stoi już gotowe. Piątek rano, więc kopy lud nie ma, ale już wiemy, że wieczorem będzie nadbagaż i aut i ludzi… taka wiecie, koniunkcja, pogoda, klimat i tak dalej. Dodatkowo pełnia, więc… A skąd wiemy? Bo bilet o stówkę droższy. Ha! Co, myśleliście, że kurde tak łatwo jest?

Nic z tego.

No ale… jest pudełko na zapałki, pozwalają wjechać, kapitan życzy miłej podróży, więc wiecie co… jakieś przeczucie we mnie telepie się, klekoce pustymi oczodołami i jeszcze czuję jak mu zęby szczękają, a potem się łamią i wypadają.

No nie…

Coś jest na rzeczy.

Na początku ino buja.

Wiecie, tak lekko buja. Niby coś spadło w kuchni, ale ludzie rzucili się na żarcie, to wciąż mam jeszcze nadzieję, że może się onemu mojemu przeczuciu coś przewidziało, czy inaczej. No wiecie, tabsy na chorobę morską, znaczy Boski Aviomarin tak zadziałał… w końcu przecież kto by tak żarł o szóstej rano?

No serio!!!

Z drugiej strony oni tak zawsze.

W sklepiku promowym oczywiście nikt nie uznaje tych tam praw w stylu tu alkoholu nie wolno, tu czekolady nie, wiecie, samowolka na ałego, dzieciarnia wybiera spod uchylonych stojaczków czekolady i wpierdzielają ile wlezie. Alko chyba raczej nie, ale może i nie widziałam…

Kto tam wie.

Dziś to każdy młodo wygląda.

No ale… gdzieś tak w połowie podróży nagle statek ogarnęła szarość dziwna, deszcz zaczął chlustać, no i się zaczęło. Z prawej na lewą, poten w taki wodny lej, a potem… no właśnie, dźwięk onego pawia był dość… zaskakujący.

Dziwny nawet.

Muzyczny.

Rodzina przed nami, taka 2 plus 2 nagle doświdczyła wylewu wszekich wnętrzności ze swego, chyba starszego syna. Co dziwne, młodszemu zeżarte wcześniej słodycze nie wyszły. Może trza było go inaczej nadusić, czy coś? No ale… bujało nieźle. Do samej Szwecji już właściwie, więc się ciszej zrobiło i ludzie przestali łazić po pokładzie. Przed samym wjazdem do portu poleciałam do klopa, pustego nawet… i wiecie, numer jeden, nic dziwnego, nic zaskakującego czy gorszącego, ale… jak już się zebraliśmy i zaczęliśmy się przeciskać w kierunku auta oczom naszym, zaspanym, ukazała się OGROMNIASTA kolejka do klopa.

Tego, co dopiero pustym był…

No i to tyle z podróży, jakby co. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krztuśny On… została wyłączona

Pan Tealight i Wierność…

„Była naprawdę dla Wiedźmy Wrony Pożartej sprawą wyraziście istotną i kultową. Prawdziwą i wymaganą we wszystkich aspektach życia. Była czymś, co czasem ją nawet przytłaczało, co naznaczało jej sny i doprawdy ją czasem męczyło, ale czasem uświadamiała sobie, że to przecież część niej samej, więc…

… co w tym złego?

No co?

Wierność.

Oczywiście taka, wiecie, od początku oznaczona, opisana, z zakładkami, korektorem podkreślonymi najważniejszymi elementami i jeszcze może indeksem i spisem treści, i wyszukiwarką na każdy typ telefonu, wszelkiej dziwnej maszynerii, ku której człowiek się przylepiał ostatnimi czasy…

Wierność.

Nie tylko cielesna.

Oj nie, Wiedźma Wrona Pożarta szła od razu na całość. Macała myśli i sny, pragnienia i dziwne wzruszenia, wszelakie krztuszenia się czyimś piórczeniem… wszelka niewykonana, ale pomyślana… po prostu pełna. Na zawsze, do końca, wszelako bez żadnych wybaczeń, ograniczeń, dyspens…

Tak… z nią nigdy nie było łatwo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To cudowny czas.

Wiecie, chłodny wiaterek wieje, słońce i chmury na niebie, niby jakieś popłuczyny Doriana, ale co tam. Czas, w którym można spokojnie okryć się kocem, nie pocić się jak prosiaczek i wiecie, jakoś tak pracować zwyczajnie.

Najpierw człek pobawi się z praniem, potem co nieco przesadzi i ogarnie chatę doookola, bo kurde nowa chata nowe i całkiem inne obowiązki, szczególnie jeśli wcześniej padało. Aż kurde już teraz nie mogę sobie wyobrazić tego, w jaki sposób my pomalujemy to nasze taraszcze. Bo to tyle drewna. Ale nic to, jeszcze nie w tym sezonie, dopiero w przyszłym roku. Podobnie z ogródkiem frontalnym, który jest dziki częściowo aż nadto i doprawdy trzeba z nim coś zrobić. Tylko co i jak… trzeba poczekać do wiosny, by w końcu jakoś zajarzyć co i gdzie rośnie tutaj.

I co się wysiewa co roku.

Inaczej się nie da.

Trzeba czasu.

Ale ten akurat ostatnio znowu tak zapierdziela, że aż… drugi miesiąc na nowym, a człek wciąż czuje się jak na wakacjach. No dobra, pewno, że między robotami, ale jednak. Jest w nim ono uczucie czegoś innego, nowego… i te drewniane podłogi. Wiem, dla większości to norma, ale ja przez ostatni 10 lat siedziałam na koszmarze palącym mi skórę, więc wiecie, bardzo doceniam to wszystko, co mam teraz.

No i teraz, gdy już pobawi się w bycie kurą przydomową, wszelaki adomową, czasem zmienną i tak dalej, to wiecie, come back do kompa i znowu w te klawiszki, ale przynajmniej widoczek piękny ma

Oj piękny!!!

Czekam na jesień.

Strasznie!!!

A na horyzoncie statki, które się pochwały przed falami.

Co prawda fale na szczęście chyba nie takie, jak zapowiadali, ale są tam… jakieś maszyny na wodzie się utrzymujące dzięki prostej fizyce, a jednak dla mnie wciąż magii wszelakiej i wielkiej. A na nich ludzie. Często tak ich tam niewiele. Często, tak wiele statku, a ino kilka duszyczek… i szczury…

Ciekawe jak to ze szczurami w obecnych czasach na statkach.

I innych tam jednostkach nawodnych?

Ktoś ma najświeższe badania?

No ale… wiatr, słońce, chmurki, zieleń, pole jeszcze nie do końca zaorane, gdzieś w oddali się kołyszą kukurydze i lipy czy tam inne osiki, świerki i brzozy… i wiecie, ono wszelkie, bardzo wstępne odpoczywanie. Odpoczywanie, które ma się zacząć w końcu, bo przecież to jesień już. A przynajmniej tutaj.

Jesień.

Dziwny czas, gdy wszystko zrzuca zieleń, dojrzewa, a zapach prawdziwych jabłek naprawdę onieśmiela. Ech, prawdziwe jabłka i jagody i jeszcze winogrona. Ech, człowiek naprawdę tak bardzo spieprzył świat, że nie pamięta już, że wciąż zachwyca go… dzika normalność. Dzika, cudowna, normalność.

Ech…

Jesień…

Uwielbiam jesień, bo coraz bliżej zimy! Ale nie tylko. Za wschody i zachody słońca, za kolory, odgłosy, za liście i kwiaty. Ale nie za dynie, dynie wciąż mnie nie kręcą. Sorry!!! Nic z tego ani Halloween. Rany, cała kraina smutku ze mnie. Pogrzebowa Płaczka do wynajęcia. Ktoś chętny?

Jakby co, to jestem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wierność… została wyłączona

Pan Tealight i Kieszonka Na Coś…

„Taka niewielka, wszyta gdzieś pod poszewkę.

Wiecie, mocno ukryta, by nikt niepożądany tam nie zajrzał.

Kieszonka Na Coś.

Coś tylko twojego, najważniejszego, choć maciupkiego. Na pewno takiej potrzebujecie, a jeśli nie, oznacza to tylko, iż jeszcze nie znaleźliście onej potrzeby, a wierzcie nam, ona potrzeba jest wam wysoce…

Potrzebna.

Ale na razie, tak wiecie na zapas, możecie zająć się oną starożytną robotą. Wiecie, igła i nitka, subtelny taniec, czasem walc, spokojny, choć kręcony, czasem bardziej tango, a czasem taniec tak nowoczesny, iż skutkuje krwawym kropkiem na palcu lub, co gorsza, palcach i już wiecie, że w tym tańcu kroki jakoś nie są wam dobrze znane. I nawet Google wam świńsko nie pomaga.

Bezczelna małpa.

Ale już, prawie skończyliście…

Jednak bądźcie tego świadomymi, że mogliście uszyć oną Kieszonkę zbyt niewielką, więc może, tak na zapas uszyjcie kilka. Albo też i rozejrzyjcie się za przestrzenią, która składać się może wyłącznie z Kieszonek na Coś… bo Cosie się wam nagle rozmnożą i będą co do siebie nastawione antagonistycznie…

No wiecie..

Just in case!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zapowiadają deszcze.

Ochłodziło się…

Jak nigdy, a raczej jak od dawna nie bywało, wrzesień jest dość wrześniowy. Chłodniejszy, czasem nawet pokropi, nie żeby mocno, ale jednak… słońce wali takie tęcze, że już lecę kopać ten garniec, ale najpier łopatę muszę naostrzyć, a ostrzałka w zawiłościach przeprowadzki gdzieś wyparowała.

A tak lecieć bez szpadla.

No jak ubiję tego leprechona coby mu z bebechów najlepsze kamienie złotowe wydobyć? Bo wiecie, z tym całym garncem to ściema. W rzeczysistści tęcza pokazuje one zielone stworki z problemami sikalnymi i wiecie, robicie im operację, a potem zabieracie co tam im się w nich zrobiło. Ino najpierw trza szpadlem zdzielić i coby nie uciekli, to do kolanek w ziemię zakopać…

Wcale nie bredzę.

Oto jest ukryta prawda, o której tak naprawdę wszelkie księgi i legendy ustnie przekazywane, one nie dające się spisać, milczą jak zaklęte, nieme, tudzież zwyczajnie bezczelnie wredne i tyle… no wiecie…

Dla bogactwa trza znać się na chirurgii…

Choć trochę.

Niestety.

No i raczej trza szybko biegać i mieć tę osełkę. No i szpadel. Weźcie, bez szpadla nie damy rady. Przecież trza trzonkiem gościa lekko znieczulić, nie bądźmy okrutni!!! No błagam no! Raczej weźcie, nie po ludzkiemu.

Przyznaję, że osobiście tęcz ma dość.

Więcej, już jako dzieciak…

… no dobra no, pewno, że dzieciaka to fascynowało, podobnie jak przerażała mnie burza. Ekhm, nadal mnie przeraża, ale jednak kto by pomyślał, że tęcze też raczej dobrze na mnie nie działały. Nie wiem, ale ten dla religijnych most łączący ludzia zwykłego z boskością, ona obietnica dla innych religii, dla jednych symbol równości – wciąż nie rozumiem czemu – a dla reszty jakoś tak pasuje.

Chyba?

Mniejsza… przerażają mnie tęcze obecnie.

I tyle.

Ale deszcze.. ten czadowy, cudowny dźwięk w tym większym, drewnianym przecież, nowym domu, brzmi oczywiście inaczej. Krople uderzające o drewniane ściany i dach, ten pogłos, który wydaje poddasze, ta obietnica, że może kiedyś się uda i to i tamto i oczywiście to, o czym tak naprawdę od początku marzymy, żeby ten dom, był jeszcze bardziej jak wymarzyliśmy.

A tak, mamy większe plany, ale jednak kiedy i czy w ogóle się wypełnią. Ech… biorąc pod uwagę ciągłe problemy z niepokornością władz, wszelkim niedbalstwem – wiecie, że płytę żeliwną zabrali, ale ziemię i pachołki wciąż stoją. No już kurna od miesiąca taki burdel. Jeszcze kilka lat temu to było nie do pomyślenia.

Ech…

Nie lubię patrzeć na ten cały upadek wszystkiego. Kiedyś serio ludzie robili swoją robotę od początku do końca – no prawie… ale jednak, mniej więcej. Tęsknię za tą ludzką częścią Wyspy sprzed 10 lat.

Jakoś tak…

Ale to se ne wrati, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kieszonka Na Coś… została wyłączona

Pan Tealight i Niewiadoma…

Niewiadoma pojawiała się w Gulehusie świadoma tego kto w nim mieszka i z kim się spotka. Pewna tego, że może usłyszeć NIE…

Ale… zdziwiła się słysząc je już z oddali.

Więcej, poczuła się całkiem dobrze z onym NIE, wywrzeszczonym, wylanym z czarnawo odzianej osobniczki o wściekłych oczach, ciągnącej długi korzeń za sobą. Z wronami otaczającymi jej nastroszone niczym główka dmuchawca, włosy. I jeszcze te dziwne dźwięki, które robiły jej uszy…

Hmmm… to było odpowiednie NIE.

To było to NIE!

Na które czekała tak długo, w którym mogła się umościć i je w pełni zaakceptować, więc najzwyczajniej w świecie wynajęła działkę na przeciwko żółtego, drewnianego domku z niezbyt przyjazną osobowością w środku, masą ptactwa dookoła oraz różami, które zdawały się protestować, gdy ktokolwiek przechodził… tak, to było idealne miejsce dla niej. Po prostu perfekt!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Paradoks” – … prawdziwy pradadoks. Serio. Ta książka to mega instant paradoks. Coś nieprawdopodobnego. Problem w tym, że ilość postaci naprawdę przytłacza i…

… i człek nagle gubi tych ulubionych, oni gubią się w lustrach, właściwie pół książki to opis łażenia i liczenia kroków, więc…

No dobra, środkowy tom trylogii Nadzoru nie jest złą powieścią. Jest lekko nudnawa, jest przewidywalna, oni źli bohaterowie są bardziej intrygujący niż dobrzy, no i… ech, no jakoś tak wsio się nie klei. Naprawdę. Nie rozumiem luster. Pojmuję Slaugh. Wiem coś więcej o Kowalu, a synowie na pewno nabroją… ale jest jeszcze ona dziwna, która prowadzi niemowę i jej zemsta.

I jeszcze jest pies i Hodge i…

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Za wiele tych postaci, a najbardziej intrygująca na dodatek nie chce należeć do gromady i zbyt jej mało. Nie no! Nie zgadzam się!!!

A jednak przeczytałam.

Wiem więcej o Nadzorze, tragediach ludzkich i nieludzkich, ale nagle, może nie po raz pierwszy, ale sporadycznie się mi to zdarza, żebym kurde… wolała złych niż dobrych i im kibicowała. Bo tutaj w końcu poznajemy najgłębszą z prawd i zaprawdę, robi się nam łyso i głupio. Bardzo bardzo bardzo… i… nic nie jest białe nic czarne i nic… nawet ten Londyn nie jest taki sam…

… hmmm, naprawdę nie do końca, ale nie jest tragicznie.

I mam już ostatni tom!

Jesień…

Pojedyncze liście tańczą w powietrzu. Winogrona na krzaczkach dobijają fioletowości perfekcyjnej. Przesmaczne skurczybyki. Wiecie, prawdziwe takie, jakże inne są one od tych sklepowych. Boleśnie inne. Przerażające nagle tym, co wsadzamy w siebie na codzień. Co wmawiają nam, że jest ekologiczne i zdrowo-najlepsze…

Naprawdę.

Naprawdę lepiej nie próbować jedzenia tego takiego ni psikanego ni pakowanego, zwyczajnie se rosnącego, co go wiecie, ptaki podżerają. Bo na przykład sroki to się u nas w okolicy tak bardzo rozmnożyły, że no… aż to zaskakujące. Mewy nagle zdają się być sporadycznością, no i te motyle, te same, co to w Polsce są w sporawych ilościach, takie wiecie, kropkowane, no wszędzie są…

… muchy nagle też…

A zwykle u nas muchy sporadycznie.

Ciekawe to wszystko. Ono nagłe, z dnia na dzień ochłodzenie, one robale takie inne, stwory wodne i ziemne. Tak jakby się zmówiły, bo przecież nie można zwalać na Doriana. A przynajmniej nie w momencie, gdy to piszę.

To dopiero pierwsze dni września.

Ni się człek obejrzy, a już będzie zima…

A może jej nie będzie?

No ale, dość meteorologii.

Świat tam podobno szaleje, to wiecie, popatrzę sobie w niebo. Przytnę róże, zbiorę winogrona ostatnie, borówki i jeżyny. Bo przecież tych cała masa. Jakoś nie padają ofiarą osobników dwunożnych. Nie wiem dlaczego. Bo przecież seryjnie przesmaczne. No i wielkie całkiem i jeszcze… za darmo.

Może i krzaki drapią, no ale…

Naleweczek czy konfitur z dzikich róż też nikt nie robi, a nawet syropu z płatków, bo one jakoś u nas czasem kwitną kilkakrotnie. Wszystko się zdaje marnować, bo ptaki to nawet głóg w ostatniech chwili szamają. A może taki przezimniony lepszy, czy co? Nie wiem? Albo jednak lekko już przewieszałe… bo nie zleżałe, no nie. Podobnie zresztą z jabłkami. Też leżą. Czasem ktoś podejdzie z kubełkiem i wyzbiera, miejmy nadzieję, że w celu jakiejkolwiek konsumpcji, bo serio, jak nie, to niech zgniją i nawożą.

Świat naprawdę obecnie jest nielogicznym paradoksem.

Dziwacznie pokręconym.

Ale nic to… popatrzę sobie na morze nocą, które jest… eee czarne. No dobra, ciemnografitowe. Nawet żadnej lampeczki kołyszącej się na horyzoncie. Tylko te kilka lamp przy drodze, w oknach ciemno, sąsiad już zasypia, sąsiadka też.

Ech…

Cisza, psy nie wyją, kury nie pieją. Znaczy, nocą raczej tego nie robią pewno, no ale, wiecie, coby opisać stan umysłu… bo chodzi o oną czerń. Czerń, która nastaje tutaj gdy wyłączą te nieliczne lampy, ona czerń staje się wszystkim. Kompletnie wszystkim. Wdziera się w domy i ludzi jakoś tak…

… jest normalniej…

Chyba bym nie mogła tak po prostu przenieść się do świateł miasta.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewiadoma… została wyłączona

Pan Tealight i Konieczność…

Konieczność przybyła nie do końca znowu, ale jakoś znowu tak, choć może i nie po raz pierwszy, jednak zaraz po Niewiadomej.

Jakby się zmówiły, a może i nawet łączyły je jakieś pokrewieństwo.

Może i nie krwi, może i nie ciał, ale jednak umysłów, dusz i serc?

No więc się pojawiła ona konieczność i zaczęła podgryzać Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane. To z prawej, to z lewej, to od środka, to gdzieś z zewnętrza… i wiecie co, początkowo Wiedźma serio miała to gdzieś. Po pierwsze ciała niekochanego zawsze lepiej mieć mniej, po drugie dodała sobie do kolekcji kolejne dziurki w uszach i jakoś tak i tak wszystko ją bolało, a po trzecie, to chyba ten status wiekuiście cierpiącej zaczynał być jej częścią.

No serio, mieć takiego pecha…

A może…

W końcu, jakoś tak Pan Tealight zaczął mieć tego wszystkiego dość. Bo widzicie, gdyby jeszcze ona Konieczność zjadała te kawałki, ale nie. Nawet ich nie zakopywała, wyprawiała im pogrzebiku czy je spospielała. Mogłaby też rozsyłać jako wiecie, takowe relikwie po świecie, ale nie, ona cholera zwyczajnie je wypluwała po niewielkim przeżuciu i tyle. Nic więcej.

A mięsko wiecie…

Po pewnym czasie wyraziście i słodko wonieje.

Wiedźma Wrona świętą w ch-religijną nie była, więc jej cząstki nie unosiły się w powietrzu, nie lewitowały i szły w poloneza, i niestety, nie woniały też fiołkami i bzami, czy tam czym by miały kwiatowym… zresztą, przecież ile tych kwiatków też wąchać można, no więc… zwyczajnie niezbyt pachniało w okolicy.

A okolica jednak, może nie całkiem, ale nowa była, więc czemu miała być śmierdzącą? Z takim domem!?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noc.

Niby nocą ludzie śpią.

Ale wiecie noc to też cudowna, miękka ciemność, czas, gdy nikt cię nie widzi i jakaś taka, niepisana wolność wszystkiego i myśli i czynów, i skrywanie się w mrokach, cieniach i wszelakich zwątpieniach i…

Można tworzyć.

Można w końcu zwyczajnie wyjąć narzędzia i coś tam zrobić.

Tylko… nie, no przecież i tak nikt nie podejrzy… zupełnie nikt, bo światła wygaszone, bo przecież i choć firanek, zasłonek u nas nie ma, serio, sporadycznie można je spotkać, co innego zwykłe rolety przeciwko palącym promieniom słońca. Ono za podglądactwo dostaje mega bana… to poza tym wystawki w oknach, prawdziwe muzealne gablotki, tematyczne i ogólnie pięknie zdradzające artystyczne dusze poza nimi…

Albo i li tych, co to lecą za mainstreamem…

No ale, właśnie w cichej ciemności, może dla wielu strasznej, takiej, w której i gwiazdy widać, albo nie, albo księżyc, albo li i nie, albo na przykład jakieś światełka na horyzoncie, gdzie podobno morze, ae kto to wie, czy ono wciąż tam jest, gdy tak ciemno, gdy tak bardzo czarno doprawdy…

Bo jakoś w tym roku nie dość, że tych niesamowitych wschodów i zahodów nie było, to jeszce, jakby ktoś coś przełączyły, to ciemność przyśpieszyła dokładnie od 1 września. No serio. Jak z jesiennością i chłodem milusim.

Jakby ktoś miał pilota…

Jakby…

Liście na drzewach wciąż zielone.

Wszelaka owocność się mnoży, ale… za mało pada. Ziemia wciąż sucha. No przynajmniej na mojej nowej górce. Ale z drugiej strony, czyż nie lepsza jest taka twarda skała niż coś, co spadnie, osunie się i tak dalej?

No ale…

Oto zaczyna się dalej nowe…

Chociaż stare wciąż nas dopada. Mimo iż wydawało się, żę cała sprawa z Mold Husem jest już zakończona, to… nagle dostajemy rachunek, że dziuńki co to tam miały odmalować go w środku wytracili tyle wody ile my przez 5 miesięcy. No serio? Kurde? Bez przesady, ale jakoś w to nie wierzę… w to, że ja za to zapłacę. A co mi zrobią? Wodę odetną? Przecież my tam nie mieszkamy, co nie? Ale tak szczerze, nie nabierzcie się nigdy na skandynawską życzliwość. Naprawdę. Ona zawsze ma drugie, trzecie, czwarte i jeszcze nieskończoność den wszelakich pod sobą.

Naprawdę.

Dodatkowo, wiecie… Dania to taki kraj, co to strasznie chce być nowoczesny i wyłącznie telefoniczno-internetowy i… ekhm, programy nie działają, a są to programy dzięki którym wiecie ile macie czego zapłacić, tudzież, czy za coś was już gnają, czy jednak nie… i tym podobne, więc… jest źle.

Obiecali zmiany na przystankach autobusowych na one zwyczajowe rozkłady jazdy, ale od 2 lat nadal ino te rąbene kody, które oczywiście nie działają, albo wam internet nie działa, to samo zresztą… w sklepach. Tia… wprowadzają u nas płacenie telefonem. Wiecie, bez kolejki, ino skanowanie i takie tam, ale jak to zrobić, jak w sklepie albo program lojalnościowy nie działa, albo co lepsza telefony nie odpowiadają, albo…

Ogólnie mówiąc…

Internety mamy kiepskie.

… ech… ale rachunki wielkie. Za wszystko.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konieczność… została wyłączona