Pan Tealight i Stukacz Komputerowy…

„No właściwie bardziej dychacz.

Naprawdę.

A może jednak tylko tym był? Buzującym, śniącym dychaczem z problemem zatokowym? Wiecie, lekko płaskatym, włochatym zwierzątkiem, coś w stylu kotka, ino mniej śmierdzącym, mieszkającym w laptopie Wiedźmy Wrony Pożartej i lekko komplikującym jej życie. A czasem i bardziej komplikującym, gdy puszczał bąka i wszystko w onej czarnej maszynie, nadmiernie molestowanej w rejonie klawiszków, mocno się nagrzewało, bity i bajty zwalniały…

A może problemem była ona sama?

Wiedźma Wrona?

Wiecie, w znaczeniu, że nazbyt waliła. Jakoś tak jej myśli wyprzedzały palce, palce chciały nadgonić, aż w końcu dochodziło do jakiegoś spotkania, no i oczywiście, od razu wpadały w totalne oszołomienie i… poruszały się jeszcze szybciej. I myśli i palce. Jakby to był jednak jakiś wyścig. Bo i może był, tylko reszta świata nie była go świadoma? W końcu na świecie tyle dziwów i szaleństw… szczególnie teraz. Może tylko o to chodzi, o oną prędkość uderzania w klawiatury, grzebanie w sieci, może jednak za nic wszyscy mają treść, co się oszukuję, wszyscy mają za nic treść, więc…

Liczy się tylko Stukacz Komputerowy.

Ten, który potrafi wytrzymać jak najwięcej i najdłużej. Naprodukować, wszelako zarzucić znakami, więc może nie ma tak naprawdę nikogo w laptopie, jest li tylko i wyłącznie ten odgłos, zmęczenie materiału? Nie no, co się oszukuję! Nie w tym świecie, na pewno nie w moim świecie.

Nigdy!!!

A Dychacz Stukacz znowu się obudził. Bo przecież wciąż trzeba produkować te znaki. Chociaż wiecie, lepiej jednak laptop niż maszyna. Lepiej jednak ten odgłos, nim kałasznikow walących metalowych guzików. Tych samych, z których teraz robi się biżuterię. Bo wiecie, teraz maszyny do pisania rozbija się na szczątki i potem przemienia w nadmiernie drogą biżuterię… ciekawe, czy wciąż stukają?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5372 (2)

Z cyklu przeczytane: „Mroczna armia” – … drugi tom Kronik Gwiezdnej Klingii. Już drugi tom. Jak ten czas szybko leci, naprawdę!!! A trzeci powoli pojawiać się będzie w lipcu w księgarniach – właściwie już jest w Empiku. I co potem? Co potem dla wielbicieli Delaneya i już dorosłego stracharza?

Thomas, Jenny, Grimalkin… przez to wszystko powieść sprawia wrażenie całkiem innej od pamiętnych pamiętników ucznia. Ale też jest zwyczajną, znajomą opowieścią o rzeczach magicznych, paranormalnych, o sprawach diabelskich, złych, ale i tych, które naznaczone są szarością, bo przecież taki właśnie jest świat, czyż nie?

Ostatnio spotkałam się ze stwierdzeniem, że Delaney to opowieści wyłącznie dla chłopaków. Nie ma większego niedomówienia! Joseph Delaney tworzy w swoich historiach oną cudowną równowagę płciową. Pozwala wypowiedzieć się bohaterom obydwu płci, sprawia, że powieść nie jest przesycona wyłącznie walką, że na każdej stronie migotają nici porozumienia. Bo w końcu tutaj przede wszystkim chodzi o to, by świat był lepszy. By Mrok nie wygrał. Pleć… cóż, jakże często to właśnie panie mają tutaj zdanie decydujące, więc… chwytajcie dziewczyny za Delaneya! Jego babki to postacie doprawdy silne i naznaczone charyzmą!!!

IMG_5875

Podeszczowo…

Wchodzi człowiek w las i jakoś tak mu lepiej. Zieleń zmieniła się, stała się bardziej jednorodna, jakaś taka dojrzała, jakby już wiecie, była po osiemnastce. Czarny bez wszędzie, te wszelakie cuda, które znacie z dziecięcych wypraw na łąki, łąki, które teraz trafiają się tak rzadko. Wszystko jest takie trawiaste i pełne, niesamowicie nieprzepuszczalne. Ścieżki pozarastały, tylko nieliczne są dokładniej przycięte, reszta cieszy się swoją dzikością. Jest taka… pierwotna, choć przecież i młoda. Może lekko oszukuje? Może?

Las zdaje się lekko ociekać, a krople albo wygrywają swoją melodię, albo wiecie, wpadają wam za koszulkę i wtedy wy dodajecie coś od siebie. Najczęściej krzykliwego, lub piskliwego. I nagle nic już nie jest tylko wilgotną ciszą. Muzyczną, ale jednak ciszą. Oczywiście poza tymi lasami iglastymi, które zdają się w tym dziwnym, podeszczowym świetle płonąć od dołu. Igły brązowe zmieniają się w lekko żarzące się ogniki. Słońce zdaje się przenikać wszystko i wydobywać z tego pełnię barw. I ten dziwny nastrój. Wiecie, coś pomiędzy „Władcą pierścieni” a „Resident Evil”. I oczywiście zawsze znajdzie się jakaś brzoza burząca oną czerwonawość przeterminowaną, lekko brązowawą, one szarości krwawe, tą swoją zielenią. Tym pniem tak gładkim. Ale wiecie co, pasuje do tych iglastości. Jakoś tak…

I oczywiście zawsze tam jest ścieżka.

Zawsze.

Między iglakami, do połowy nagimy pniami, które w górze dopiero połyskują wilgotną zielenią. Brązowawo-krwawa ścieżka. Dziwnie mistyczna, a może jednak i mityczna? Może kryje się tam jakiś Minotaur? Lub też inne stworzenie, które od wieków nie znosi gości? Nawet tych z prezentami?

IMG_5304 (2)

Początek lata…

Tym razem dość chłodny, ale tylko dzięki wiatrom. Wiatrom, które przenikają wszystko i wszystkich, które naprawdę zdają się chcieć coś powiedzieć? Może chcą przypomnieć o tych upałach zeszłorocznych, które tak nas wykańczały od maja? A może o tym, że nadszedł czas urlopów i serio dziwacznie wyglądam tak ciągle bębniąc w one klawisze? No serio? Nie wiem, ale wieje jak kurcze… i co gorsza straszą jeszcze większymi wiatrami. Może jednak warto zaopatrzyć spiżarnię, której nie mam, no i zamknąć się w domowych pieleszach i w końcu odespać to wszystko, co niedospane? Jakoś tak byłoby fajno w końcu naprawdę się wyspać!

Początek lata, to oczywiście więcej Turyścizny.

To takie dziwaczne, jak nagle zapełniają się ulice i ścieżki i sklepy, jakby nagle ktoś ich domalował do codzienności. Jak nagle nie jesteś jedyną osobą w spożywczym. I znowu ser wykupują. Hihihihi. Naprawdę. To jest fascynujące dość, wiecie… czas, gdy nie ma nikogo i czas, gdy wszystko jest zapchane. Taka uroda sezonowości. Tak naprawdę to całkiem jak dla mnie normalne. Znam to od dziecięctwa. Przywykłam chyba. Albo dokładniej nie jestem w stanie pojąć innego życia. To jest dość regularne, a jednocześnie dziwnie odświeżające.

Ciekawe jakie będzie to lato. Jedni przepowiadają deszcze, inni upały, a jeszcze inni brak urlopów i wszelakie cięcia budżetowe.

Wiecie, jak wszędzie.

IMG_5535 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stukacz Komputerowy… została wyłączona

Pan Tealight i Róg Bezbfitności…

„Mam wrażenie, że proroctwa się spełniają, że wszystko to, przepowiedziano przed nami, teraz ma miejsce. Wiatr pali mi twarz, oczy zachodzą łzami, a zapach fekaliów dusi gardło, a jednak… słońce świeci, chociaż zdaje się być pokrętnie niebezpieczne, zbyt jasne, zbyt ostre. Błękitne niebo drwi sobie z gromady statków wojennych, z całej armady chroniącej się przed wiatrem po mojej stronie Wyspy… Oto mój Róg Bezbfitności. Nadmierność myśli, wszelaka grzeszność pomysłów i historii wtopionych w to ciało.

Bezbfitności, bo ni w nim obfitości, ni jej braku. Właściwie, tylko pytania. O to, czy to co robię, robię dobrze, a jeżeli tak, to czy jest to potrzebne? Albo czy jeśli zrobię ten krok, to skrzydła motyla zabiją kilka razy mocniej i coś się zawali. Albo zburzy, albo co gorsza wybuchnie i wiecie zakrwawi? A może zwyczajnie nie powinnam się ruszać? Bo przecież każdy ruch to więcej CO2, a to znowu źle, no i mogę przez przypadek połknąć muchę, a to jeszcze gorzej, bo zwierzątko zatłukę… więc tak siedzę w tym Rogu Bezbfitności i nic już nie wiem. Kompletnie…

Świat stał się skomplikowany i nagle człek se myśli, że lepiej byłoby być krową, która ino żuje… taka krowa pewno myśli tylko o żołądkach, co nie? A może krowy w rzeczywistości są wielkimi filozofkami? Może któraś wymyśliła w jaki sposób podróżować między światami równoległymi, ale że inne krowy nie były zainteresowane, a ludzie na jej muczenie ino ją po cyckach macali, więc wiecie, zajęła się mleczykiem… o patrzcie, jest i koniczynka!!! I jakieś zioło?

Może więc jednak nie krową?

Z drugiej strony być czymś mniejszym, to się kompletnie nie opłaca, więc i zapracowana mrówka, bo cała ta koncepcja jednego rozumu, roju mrówczego, czy pszczelego do mnie nie przemawia. Nie no, pewno że zawsze masz kogoś przy sobie i wiesz co robić i czujesz się potrzebny, ale jednak… to nie dla mnie. Ścisk straszny, nie można nosić kolczyków… nie… No i jeszcze zdepczą cię, a potem zjedzą. Ech nie… niby gdy zdechnę, też me popioły zjedzą, ale jednak jakoś nie.

Tak wiele myśli kotłowało się w Wiedźmie Wronie Pożartej, tak łatwo usypiały one Pana Tealighta, tak bardzo udowadniając po raz kolejny, że ludzie zawsze są tacy sami. Kompletnie i dosadnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5854

Z cyklu przeczytane: „Julia i ósme niebo” – … lubię Julię. Nie wiem dlaczego, bo przecież to kolejna zwyczajna nastolatka, ale jednak lubię Julię!!!

Kolejna książka z cyklu o młodziutkiej, wrażliwej dziewczynie, czy raczej kolejny tomik jej pamiętnika zaczyna się tam, gdzie skończył się poprzedni. Julia wciąż nie może się otrząsnąć po śmierci ukochanej Mumi. Do tego problemy w szkole, chłopaki, no i pewna tajemnica, coś… czego naprawdę się nie spodziewała.

A jakiś sposób, wraz z tymi rysuneczkami na obrzeżach stron, autorce udało się stworzyć bardzo dobrą, jedną z lepszych na rynku opowieści dla nastolatek. Dla tych borykających się z różnymi problemami. Mówiącą wprost, jak jest. Podpowiadającą jak rozwiązywać problemy. Nie silącą się na dziwaczną wyższość młodych nad wapniakami. Karzącą wszystkich równo.

IMG_5707

Dwie nowe książki…

IMG_8843

No dobra, no nie mogę.

Ciągle się wącham.

Ale to ciągle!!! Oczywiście, że z higieną u mnie wsio w porządeczku i to kwitnący czarny bez tak smrodzi, ale jednak, kurcze, łapię się na tym aż nazbyt często. Jakby mój mózg nie rozumiał, że to nie to. Że jednak jam niewinna całkowicie, wprost przeciwnie, nakremowana i wiecie naodżywkowana, bo w tym wieku to już ino mumifikacja, a nie jakieś tam pitu pitu!!!

No ale…

… zapomniałam o Sankt Hansie. No był jak zwykle 23go wieczorem. Był razem z deszczem, całkowita ulewą i dziwną szarością nieboskłonu. I wiecie co, fajnie. Tak, to ja, zabawopsuj!!! Sorry, ale palenie wiedźm na stosie aż nazbyt mi pachnie KKK i całą oną literaturą dookolnie obiegającą „Młot na czarownice”. Tak wiem, przypisuje się obecnie temu historię o pomaganiu czarownicom i wszelakim heksom, startu ku onym wzgórzom i górom, gdzie się będą zbierały i zabawiały, i tak dalej, ale jednak… ale jednak, jeżeli swastyka nadal ludzi boli, to dlaczego nie inkwizycja? Co? Po jakim czasie coś się przedawnia? Jak długo ludzkość zapomina? A może… ponieważ na tym ktoś zarabia, to nigdy się nie zapomni. Wiecie, bo w tym świecie to tak przecież działa. Właśnie tak. Jak jest z tego kasa, to niech będzie. Otoczka społeczna nieważna.

A na razie pocieszę się ślicznym deszczem. Pełnymi kroplami, wilgocią całkiem sporą motywującą wszystko, co już zwątpiło w zachmurzenie. Ale ta ciemność jest po prostu niesamowita. Zaskakująca. Bo przecież wydaje się, że od tak dawna mamy tylko białe noce… a dzięki zachmurzeniu mamy coś na kształt – no dobrze, może nie ciemności, ale jednak choć zmroku!!!

I to o 22giej!!!

Szarość cudowna, szarość zwalniająca z roboty, szarość, która sprawia, że człowiek naprawdę w końcu pozwala sobie na odpoczynek.

IMG_5763

Skoduj mnie…

No więc, wiecie, że Duńczycy szaleją za wszelkim tym co nowe, owoczesne i labelowane. Teraz zarząd autobudowy stwierdził, że trzeba wymienić rozkłady jazdy na kody QR. Tia… nie bacząc na to, że nie każdy ma telefon odpowiedni, mając gdzieś, że są osoby starsze, mając gdzieś i onych z Turyścizny, którym się wyładowało, czy coś. Albo tych, co zwyczajnie lubią czytać. Jakoś 10 lat temu nie przymuszało się tak każdego do nowoczesności, zauważyliście? Teraz za to każdy ma być od razu z czipem w skroniowym płacie i wejściem do USB w tyłku. To jest tak wkurzające, że przestają, albo nie, raczej naprawdę staram się na to nie zwracać uwagi.

A może bardziej uciekam i przestaję słuchać?

Jeżeli chodzi o sprawę wszelakiej nowoczesności na Wyspie, to jest dyskusyjna. Prawnie i państwowo cała Dania ma internet. W rzeczywistości na Wyspie jest cała masa czarnych dziur, gdzie odbieracie wyłącznie coś od kosmitów, tudzież onych talerzy wirujących dookoła naszego Księżyca… nic poza tym. W lesie, pomiędzy skałami możecie się telefonem wiecie, podrapać po pleckach jak wam komar wysysa ostatnie siły życiowe. Zresztą, przecież ludzie mieszkają na wyspach, tudzież lądują na nich chyba z jakichś powodów, co nie? Takich, że chcą się odłączyć… więc dlaczego się nam nie daje? No? Dlaczego? Czy to tylko kontrola, czy kasa? Na spotkaniu, które miało na celu dociągnięcie lepszego internetu do pewnej czarnej dziury, w której mieszkam, osobnik powiedział, że nie chce, bo go będą podsłuchiwać… Serio? Czy ty facet myślisz, że już tego nie robią? Obejrzyj sobie „The X-Files”!!! Zaszczepili nas alienowym DNA, wszyscy mamy przesrane od urodzenia!!! Ha ha ha…

Choć może mam rację?

A co jeśli on ma? Bo jeśli ma, to kurna, serio, moje życie to raczej nudna telenowela. Ten mój podsłuchujący Anioł Stróż musi nie mieć problemów z zasypianiem. LOL Naprawdę!!! Bo ile można słuchać stukania w klawiaturkę, lub czyjegoś pierdzenia? No co… dieta warzywno owocowa i takie skutki!!!

Letnie!!!

He he he!!!

IMG_5754 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Róg Bezbfitności… została wyłączona

Pan Tealight i W sieci…

„To nie tak, że on się nie interesował.

No miał oną maszynkę i czytał Wiedźmę Wronę, ale jakoś poza nią nie… nic. Jakoś go to nie interesowało, nie intrygowało, zresztą dla jego dziwnych dłoni one klawiatury były po prostu męczarnią, nie tak jak Ojeblik. Oj tak, mała, ucięta główka doskonale bawiła się w sieci. Siedziała tam, pociągała za wszelakie sznurki, lepiła się do czego się dało i zamawiała nadmierne ilości odżywki do włosów o smaku czereśniowym. I wiecie co, jakoś nikt nie wnikał w to w jaki sposób one warkoczyki, w które splatała część swoich włosów, migały po klawiaturze, jak niczym salwy z kałachów waliły oną włosową zręcznością. Jak pamiętały wszystkie kody i hasła…

Ale on nie.

Jakoś go sieć nie bawiła, nie chciało mu się tam szukać wieści, w końcu tam nic nie mogło go zaskoczyć. Kompletnie!!! Ni kolory, ni filmy, ni ludzkie zachowania, ni nawet i wszystkie słowa, ni wszelakie zawołania, czy też sztuki i wyższe myśli. A już na pewno nie kręciło go to, że ludzie znowu powracali ku religijności i to ku tej najbardziej frustrującej, tej najbardziej niszczącej, wiążącej wszelakie myśli i poprawne zachowania. Nie pozwalającej być sobą, nie dającej dostępu naturze…

W sieci nie Pan Tealight jako on sam nie występował. Nie miał swojego elektronicznego odciska palca, czy też raczej wełnianej, wszelakiej codzienności swego ciała. Jakoś wolał tego unikać. Nie do końca wiedział dlaczego, ale czuł podskórnie, znaczy podwełnie, że coś z tym nowym tworem jest nie tak. Że nie tylko wciąga, nie tylko mami, nie tylko wysyła przesiane wieści nie pozwalając na własny wybór jednostki… nie chciał brać w tym udziału, Ale herbatę mu Ojeblik zamawiała.

No bo jak inaczej?

Tak wielu rzeczy nie można już było okiem w oko. Lub listem w list. Tak dziwnie mu się za tym ckniło, choć przecież dla Przedwiecznego to taki maleńki odcinek czasu… a jednak i jego na razie chyba ukochany.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5708 (2)

Z cyklu przeczytane: „Para idealna” – … drugi tom nowej serii Jennifer Echols. Trzeci „Skazani na sukces” już w sprzedaży. Wszystkie składają się na trylogię Superlatives. I są na wskroś zachodnie. Niesamowicie… nie tyle lekkie, łatwe i przyjemne. Co raczej miejscami aż nazbyt przewidywalne i dziwacznie skonstruowane.

Bohaterowie są przewidywalni, a cała fabuła: 3 przyjaciółki – 3 książki dość już wyniszczona. No ale… koniec szkoły, przygotowania do albumu. 3 pary. Zdjęcia, podniecenie, hormony, miłostki i zdrady. Wiecie, no jak zwykle. Dla wielbicieli tematu pewno może być, dla tych, którzy zwyczajnie lubią YA, może już nie. No bo sorry, ale czy serio nastolatki są teraz TAKIE?

Najważniejsze.

Można czytać tomy osobno, ale naprawdę głębszy obraz widzi się, gdy czyta się je kolejno, więc jeśli kochacie autorkę, najpierw zaopatrzcie się we „Flirt roku” i szykujcie się do podróży na Florydę! Będzie amerykańsko!!!

IMG_5706

Miałam taką… hmmm, nie wiem jak to określić, jakie słowo tutaj pasuje… możliwość? Brzmi jakbym miała wybór, a przecież go nie miałam. Trzeba było robić to, więc się to robiło. Po prostu tak się zdarzyło, że mieszkałam w kilku miejscach na Wyspie. Choć zawsze wiedziałam, że jest tylko to jedno, jedno jedyne, w którym chcę być. Do którego innych chcę mieć jak najbliżej.

Wiecie, biedny musi poczekać na swoją szansę.

Z czasem się udało, ale…

Jednym z tych miejsc było Listed.

Coś, co skazano na wymarcie. Wiecie, kilka domów przy drodze, trochę portu i maciupka, różowa plaża, która wypełniona jest różowym gruzikiem. A jednak to tutaj znajduje się sklep z najdroższymi zegarkami i diamentowymi pierścionkami, no i miejsce ma jedna z najbogatszych firm… która sprowadza swoje rzeczy z krajów tak zwanego innego numerowego świata. Poza tym, do niedawna sprzedawano tam homary z Kanady czy innych antypodów, no i wiecie, jest garncarz i szklarka, ale sklepu jako takiego brak. Zresztą to Wyspa, tutaj małych sklepów nie ma. Tylko te głównych sieci. Tylko w dwóch rozmiarach. Widać dla tej wioski żaden nie mógł być przystosowany. No i przecież każdy może pójść te dwa kilometry, lub i trzy do Svaneke, czyż nie? Dla zdrowotności, cudowną ścieżką nadmorską, lub wzdłuż ulicy… Bo tutaj jak z tlenem, nie do końca jest ważny, wiecie, dlatego Listed dla wzmocnienia swej miasteczkowości zaczęło się rozbudowywać. Oczywiście w najbardziej popierniczony sposób. Wycinają drzewa w strefie zalewowej – bo jest tutaj dość nieprzewidywalna rzeczka – by się bogaci mogli w ramach swych letniskowych chatek poukładać.

Wiadomo, jak są pieniądze, to da się wszystko…

IMG_6583 (2)

Spoglądając na tę dziurę w kilka lat po wyprowadzce, nóż się w kieszeni otwiera. Drzewa wycięte, domy na palach szpetne stoją… I Sodoma i Gomora. Zresztą i jedno i drugie nie mogą bez siebie istnieć. Po co komu drzewa. Przecież są takie nieistotne. Podobnie jak jedzenie. Lepsze diamenty i zegarki, których ceny powalają całą miejscowość. Bo wiecie, mieszkających nie stać na nie, a nawet jeżeli, to przecież ważniejsze są sprawy. Ale, gdy przychodzi lato, wszyscy gromadzą się na maciupkiej plaży. Tłok jest straszny i rwetes, ale równość jest w tym pewna. Nagle, wiecie, nagle wszyscy są równi. Każdy musi wystać swoje do skoku ze skał, czy też zjazdu z linki… każdy musi się trzymać na powierzchni, nie da się inaczej.

Listed ostatnio przeszło dziwaczne zmiany, ale jednak wciąż góruje nad nim kurhan i ten park, do którego już teraz nie można wejść. Ostatnia wolna działka w środku została sprzedana, a plany budowlane przeraziły tych, którzy mieszkają dookoła. Bo wiecie, dotąd mieli jakiś widok, a teraz wybudują im czarną stodołę, która zakryje wszystko… i nic nie mogą powiedzieć, bo przecież są biedniejsi. A biedniejszy, mimo onej zawsze wypominanej w Danii równości, zawsze jest do tyłu, w tyle i ogólnie mało poważany.

I tyle…

Przejeżdżając teraz przez Listed mam wrażenie, że to miejsce wymarło jeszcze bardziej. Ludzie już nie parkują, bo im wymalowali dziwactwa na szosie, a na dodatek handelek coraz bardziej podupada. Ino w porcie, tam zaraz koło sklepu z zegarkami złotymi twórca onych zegarków zrobił malutką knajpkę… widać wiecie, jakoś trzeba zachęcić ludzi, by go odwiedzili. W końcu ile zegarków, czy pierścionków zwyczajny człowiek potrzebuje, co nie? A loda obali każdy, czy tam kawkę z ciasteczkiem. To jest zawsze na topie i większość na to stać. Niczym ono filmowe IT, co to teraz podobno będzie miało ciąg dalszy. To…

Naprawdę nie rozumiem ludzi.

IMG_5691

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i W sieci… została wyłączona

Pan Tealight i Zespół Jednego Kawałka…

„Chcieli spróbować.

No w końcu wielki sukces mógłby przynieść kasę, a przy pomocy Mikołajów i Wiedźm z Pieca będą wyglądali jak aseksualność z Kpopów. Nieprawdaż? Magia przecież może wszystko. Chyba może? Makijaż, trochę więcej pudru, jakieś podkłady, jakieś szpachle i inne tam kancerowania… no wiecie, w ramach odkrytej skaryfikacji i tuneli, oraz innych obecnie modnych. Na pewno im się uda, jeśli tylko dobrze się odstawią. Jeśli tylko będą pasowali do innych.

Bo o co chodzi w tym dzisiejszym showbiznesie? O ładne buzie, dobre włoski, ruchy takie i owakie… niby każdy mówi o różnorodności, ale jednak każdy chce tego samego. Jakiejś estetyki, jakichś nut, które sprawią, że wszyscy poczują się lepiej. Znaczy kobiety, bo wiecie, oni mieli dość starodawny sposób myślenia i pragnęli śpiewać dla nich właśnie. Dla kobiet. Dla dziouch. Dla babeczek. Dla onych ust koralowych, dla tych oczu przejrzystych, dla rzęs długich i nóg podobnie strzelistych. No i jeszcze dla krągłości i opieki w samotności. Dla wiecie, ramienia pomocnego oraz wszelakiego poczucia bezpieczeństwa. I jeszcze dla kwiatów, no kwiaty i pierścionki musiały być!!!

Koniecznie!!!

Do tego moc słodyczy, lekka brutalność, na pewno brylanty i więcej kasy, odgadywanie każdego życzenia, w każdym momencie, odczytywanie każdego pragnienia kiedykolwiek, w każdym miejscu. Wiedzieli czego chcą. Byli pewni, że im się uda, tylko wiecie, te ubrania, by były kryjące, ale i nowoczesne, te fryzury, może i doklejane, może i zgodzą się na brody, jeżeli taka moda… może i naprawdę chcieli rzucić wszystko na tę jedną kartę. Może i byli aż tak zdesperowani, ale mieli swoją wiedzę. Mieli swoje przekonania, oraz całkiem słoniową pamięć. A może i dinozaurową?

No i po coś wyszli z tych grobów. Choćby dla jednego kawałka, ale też i by każdy go przeżył w swoim własnym kawałku. Panowie niegdyś mężowie. Chłopaki nie do końca wypełnieni. Panowie zaręczeni, ale wiecie, którzy nie doczekali się ślubu…

Taki tam Zombie Band!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6489

Z cyklu przeczytane: „Pamiętnik Zuzy – Łobuzy. Niech was łoś kopnie” – … Zuza w Szwecji. No tam jej jeszcze nie było. Na dodatek, ponieważ zapoznała się z tym, czego może się spodziewać w dzikich ostępach północy… ma jak najgorsze przeczucia.

Jak to się skończy? Czy będą rysie, łosie i niedźwiedzie?

A może tylko… Zośka trolle?

Kolejny tom ilustrowanej opowieści o Zuzie, a raczej jej kapitalny pamiętnik, w którym przygoda goni przygodę. Bo to szkoła, bo rodzice, bo bracia… a teraz na dodatek świat, którego w ogóle nie zna. Na szczęście u boku ma przyjaciółkę, ale czy to, no wiecie, wystarczy?

Przekonajcie się, czy po wizycie – całkiem niehotelowej – onej gromadki wszystkie zwierzątka nie umkną do Finlandii! I przygotujcie się na salwy śmiechu! Niezależnie od wieku. Bo Zuza zwyczajnie bawi i tych młodszych i tych starszych. Szczególnie tych, którym kiedyś się zamarzył urlop w głuszy i skończyło się to… no wiecie, niezbyt jak sobie to wymarzył. LOL

IMG_5805

Nadal w konflikcie.

Naprawdę mam nadzieję, że to się w końcu skończy, że to tylko wiecie… takie tam clickbaity. Że wszystkim chodzi o czytalność, bo jeżeli wpatrzeć się w to głębiej, to zaczynam się bać. Bać w onych atawistycznych elementach mnie samej pozostawionych we mnie przez moją Babcię – odbywającą w pewnym okresie swego czasu one przymusowe wakacje w Niemczech. No wiecie o czym mówię. Te, w których pajęczyna z chlebem uratowały jej nogę i tak dalej. Bo jeżeli nie, jeżeli Amerykanie teraz wmieszają się w tego rosyjskiego uboota, to przecież…

Mam dość USA. Naprawdę. W jakiś pokrętny sposób ów młodziutki kraj, sorry, ale 300 lat, co to jest – sprawia ostatnio, że wojna jest codziennością. Może nie każdego dotyka, nie łamie nóg, nie wali bombami w twarz, ale pamiętacie czas, kiedy jej nie było? Kiedy panowała jako taka cisza? A może jednak nie? Może ludzkość nie potrafi żyć bez wojny? Bez miecza Damoklesa nad głową, bez strachu wiszącego w powietrzu, lub gorzej, lepiącego się do ciebie niczym świeża pajęczyna… może człowiek jako taki nie umie tworzyć, żyć, egzystować bez lęku?

Ja bym chyba wolała bez tych wiadomość o tym, że Rosjanie znowu naruszyli wyspową powietrzność. Że ludzie szepczą o tym, iż Putin chce przejąć kontrolę nad Wyspą… nad moją, kurna w dupę rajską, morską Wyspą!!!? Ale przecież jaki to ma sens? Rozpoczęcie wojny z Danią? Rany Julek, Dania odpuści. Od zawsze uważają moją Wyspę za coś gorszego i zbędnego poza czasem, gdy chcą sobie dupy wymoczyć, czy pojęczeć na ceny sommerhusów. Popularne powiedzenie Duńczyków, to: Bornholm? Ależ to przecież nie jest Dania… I pomyśleć, że w czasie II wojny światowej ten mały skrawek lądu tak walczył o siebie, a jeszcze wcześniej niczym dzieci z Wrześni sprzeciwiał się mówieniu po szwedzku. O co w tym wszystkim chodzi?

IMG_0405

Tak naprawdę?

Truskawki się rumienią, ptaszencje je wyżerają. Wiecie, zwyczajność wszelako polnej, wioskowej codzienności, czyż nie? Bo przecież Wyspa to nie jakaś rąbana metropolia. Mamy ptaszki, zwierzątka, nie tylko one dwunogie…

Nieba tyle nad głową.

Młodziutkie, niewielkie ziemniaczki tej ziemi są wprost niesamowite, ale… Drzew troszkę jeszcze wciąż jest, chociaż zbyt wiele osób jakoś tak chce się ich pozbyć. Duch Rømera by nam się przydał, bo jest coraz gorzej. Oczywiście, że wszystko się sypie i wali jak w innych miejscach, ale przecież, dlaczego? Dlaczego? Dlaczego nie wystarczy ludziom tyle, ile jest? Dlaczego… Ciężki zapach jaśminy, lekka smrodliwość czarnego bzu.

Czyli wiecie, no lato.

Jak nic, mamy lato.

Czy to coś zmienia?

Lato.

Czas palenia skór, kąpieli wszelakich i urlopów. Znaczy wiecie, jak się komuś uda mieć urlop. Tudzież, komuś się uda mieć ciepłą względnie toń, bezpieczną i miejsce na wszelako pojętej plaży. Jeżeli w ogóle wszelaka myśl pozwoli wam się rozluźnić, bo jakoś, bo wiecie, jakoś nie wiem, jak ludzie mogą zażyć odpoczynku w takim świecie. Wiecie, pełnym głównie złych wiadomości i wszelakich kolejnych rozbojów. Czy teraz wybiera się miejsca wycieczek zwracając uwagę na poziom terrorystyczności, czy jednak wciąż jeszcze znaczenie mają widoki?

Co ma teraz znaczenie?

IMG_0521 (4)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zespół Jednego Kawałka… została wyłączona

Pan Tealight i Przeboje Turyścizny…

„Po pierwsze Rowerowcy… wiecie, ci co właściwie nie zsiadają, a do sklepu włażą w tych fikuśnych butkach stukających i pieluchach. Bardzo ich zawsze słychać, gdy są w grupie, nader głośni, ale jednak też dziwnie… pachnący. No niestety, te wdzianka sprawiają, że pot nabiera własnej egzystencji i kumuluje się w społeczność, którą można wyczuć już z daleka nawet w leśnych ostępach. Nieszkodliwi, aczkolwiek jeżeli nie rozumieją jak działa ścieżki rowerowe, śmiertelni. Dziwnie zawsze wkurzeni, chociaż sport przecież podobno rozluźnia więzy i wszelako stres niweluje… Wciąż jeszcze nie do końca sklasyfikowani, wyróżniać można kilka rodzin i podgrup. Lepiej unikać jeżeli nie ma się dwóch kółek. W szczególnych przypadkach pomagają wyłącznie wypasione kółka.

Potem są Namiociarze. Osobnicy wszelako zdawałoby się naturalni. Dążący ku naturze, zwykle się suszący, czasem, jeśli akurat rodzaju żeńskiego, w niektórych momentach dziwnie wykończeni i sfrustrowani. Aczkolwiek to odnosi się też do poprzedniej grupy. Żeńskie Rowerowcy często przypominają zbolałe zdjęteskrzyżowinki, niż zadowolone z życia osobniczki. Namiociarze zwykle są nieszkodliwi, zamieszkują wyznaczone miejsca, chociaż są i ci, którzy bardzo nie chcą wydać i korony i lądują w miejscac niedozwolonych świecąc tyłkami. Pamiętajcie, że namiotujemy się wyłącznie na campingach, lub jednonocnych miejscach wyznaczonych!

Wozityłki z rowerami na autach, niczym zabawką na szybie, są elementem nadzwyczaj specyficznym. Czasem mają tez przyczepkę, albo i coś na kształt domku przyczepionego z tyłu auta. Zwyczajnego, co do reszty patrz podgrupa: Vogniarze. Właściwie najczęściej wynajmują mieszkania lub domki, a dodatkowych elementów naautowych nie wykorzystują. Po prostu je mają, wiecie, żeby każdy wiedział, że są na wywczasie. Że są jednymi z nich, jakby to miało jednak jakieś magiczne znaczenie. Najczęściej czas spędzają jadąc do sklepu, lub na plażę.

Bojusy… nie do końca zawsze wybierają swój los. Czasem przerazi ich telewizja, czasem znajomi i tak stają na wszystkim, co betonowe lub kamienne i boją się. W las nie pójdą, bo wiadomo, że kleszcze, a jeszcze na dodatek widzieli oną sławetną mapkę i nie pomyśleli, że u nas są lasy i trawy, więc są i kleszcze, a tam więcej pustych terenów, więc gnojków nie ma. No ale, najważniejsze, że fotki sobie cykną i będą na Fejsie.

Sępy i Poszkoci zwykle narodowości Niemieckiej. Po prostu samowystarczalni. Czasem mi się wydaje, że oni jak na festiwalu w Roskilde mocz też zbierają i potem zabierają go ze sobą do domu by na nim uwarzyć piwa. A tak, w Roskilde to ostatnio przysmak! Co? Nie wiedzieliście? A może chcecie spróbować?

Biegacze. Oj tak. Tych jest wielu. Z jednej strony zrozumiałe, no przecież tyle miejsca, takie widoki, tyle nachyleń, drogi wszelako zmienne, możesz w pole, w las, czy jak chcesz się bardziej zmęczyć w piaski. Zwykle nieszkodliwi, wyróżnić można dwie podgrupy: Słuchawkowcy i Bezsłuchawkowcy. Da się ich wyróżnić w obydwu rodzinach: Markowej i Niemarkowej. Stopniowani według zaawansowania. Często wchodzą w konflikty z Rowerowcami.

I jeszcze ci wielce Niezainteresowani. Oj tak. Wiecie, ci co pojawili się tutaj za karę, a przynajmniej tak wyglądają. Damy w obuwiu totalnie nieodpowiednim. Wyróżniająca się tutaj podgrupa to Patelniowcy. Wiecie, leżą i się smażą. Czasem nawet nie wiadomo, czy jeszcze oddychają, ale głupio sprawdzić.

I Upierdliwcy, oj tak. Wiedźma Wrona Pożarta oczywiście była tym ostatnim. Chodziarzem Upierdliwcem, jak już się jej udało gdzieś być Turyścizną. Znienawidzonym przez wszystkich, zawsze szukającym odpowiednich pamiątek i łażącym gdzie się da. Wkurza toto i Rowerowców i Biegaczy, bo stoi im na drodze, ale też i Niezainteresowanych, no bo ona taka napalona na wszystko, że aż chce się nią potrząsnąć i dać kocyk z ręcznikiem i tubką kremu do opalania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6816

Z cyklu przeczytane: „Cela” – … nie rozumiem. Znaczy tak naprawdę i do końca. Chyba nie rozumiem tej powieści. Przykro mi. Tak po prostu i zwyczajnie po ludzku jej nie rozumiem. Chociaż… nie oznacza to, że nie pochłonęłam jej w jeden wieczór, zresztą jest niewielka.

Historia zaczyna się koszmarnie.

Przeprowadzka z Anglii do Niemiec. Niestety nikt nas nie informuje, czy dziecię, które jest głównym bohaterem wychowywane było dwujęzycznie, więc trochę się gubimy, ale mamy przecież dziwny dom, w którym zamieszkuje specyficzna rodzina (ojciec – muzyk depresyjny, matka – śpiewaczka zawsze nieobecna, dwóch braci i niania) i do tego dziwna legenda o psie, opętaniu i wizje młodszego brata. Bo to on nas poprowadzi przez tę opowieść. I… no tutaj pies pogrzebany, ale nie ten z książki. Jak już dają nam dziecko, to już człek podskórnie czuje, że niekoniecznie ono ma rację. Nie wiem jak to u was jest, ale po dziewczynkach z Kinga i innych opowieściach, dawno przestałam ufać dzieciom. I jeszcze ta dziewczynka, podziemne schrony i Elvis…

Brrrrrr!!!

Powieść niestety jest nazbyt oczywista i mocno niespójna. Może i pomysł sklecenia zbyt wielu wątków: opętany dom, opętany ojciec, mroczne wizje i duchy… mógłby wypalić w ogromnej powieści, ale to co właśnie przeczytałam, to nowelka. I to jeszcze miejscami szalenie nielogiczna. Wciąga, oj pewnie, że tak, ale w pewnym momencie już wiemy kto za wszystkim stoi i tylko chcemy się dowiedzieć kto przeżyje.

Może nikt…

IMG_5668

No nie wiem, ale bez przesady no!!!

Zaczęli od okręcania śrubek u kół samochodowych, teraz odkręcają i u rowerów, więc uważajcie. Zawsze sprawdzajcie swoje pojazdy nim w nią, lub na nie wsiądziecie!!! Tak serio nie wiadomo komu tak zaczęło odbijać od czerwca, ale to przecież tak bardzo jest niebezpieczne!!! A może zwyczajnie wiecie, jakoś tak lepiej bez kółek? Kurde, czasem myślę sobie, że musi być jakaś karma, ale z drugiej strony życzyć komuś tego samego… czy jestem wystarczająco niechrześcijańska? Chyba nie. Niestety wychowanie w takiej, a nie innej sferze sprawia, że nie przypierniczę komuś i tyle. Nie zrobię tego, bo boję się zranienia czyichś uczuć cielesnych mniej lub bardziej. I dochodzę do wniosku, że to chujowe wychowanie, kompletnie nieodpowiednie do dzisiejszych czasów. Sprawiające, że sama decyduję się na wyginięcie, więc…

Nie wiem co zrobić.

Z jednej strony gdyby człek dorwał takiego, to by nogi z dupy…. ale z drugiej dobrze wie, że zaraz odezwą się one mamusie, wkurwiające maksymalnie, twierdzące, że przecież dzieci się muszą wyszumieć. Ciekawe co powiedzieć, jak to wam odpadnie kółeczko? Będziecie tak samo wyrozumiałe? A może jednak są jakieś naklejki, które sprawiają, że samochody czy rowery są chronione? Kto ich wie. Wykupujesz abonament od idiotycznych dżołków? A może jednak stajesz się nagle uodporniony na idiotów? Nie… a nawet jeżeli, to na pewno mnie nie stać.

Jak nic na początku rachunku będzie dziewiątka, a potem kilkanaście zer.

Ale… uważajcie.

Wariaci są wszędzie. Idioci mnożą się w postępie, którego najlepsze kompy nie są w stanie obliczyć i dziwnie jest nawet tutaj. Na Wyspie. Szczególnie z tą ogromną ilością ludziny, która się nagle spojawiła, i którą staram się wymijać. Ale wiem, że w końcu się zderzę. Czy tym razem zaatakują mnie Niemce czy Polaki?

Na kogo stawiacie?

IMG_6297

Nadal sprawa lipna.

Ludzie mówią nie, ale przecież oni wiedzą lepiej.

Wiecie co… tu już nawet nie chodzi o drzewo, ale przecież Ronne to miasto rond. Jest ich cała masa. Takich, które są puste i na których mogłyby stawiać te swoje rzeźby, ale nie. Zresztą, po kiego chu… nam tlen, co nie? Nosz przecież mnie krew znowu zalewa no!!! Mniejsza. Na miejscu lipy ma stanąć replika okrągłego kościoła. Internet zawrzał, wyśmiał, zmiażdżył pomysł… ale oczywiście, no przecież jakaś organizacja nam to podarowała, więc trzeba. Grupa na Facebooku niestety mało popularna, więc już wkrótce biedna lipa polegnie. A kolejna replika na kija nam kościoła stanie sobie w cholerę i tlenu dawać nie będzie. Wiecie co… jak nic władze skumały się z onymi polskimi tratującymi Białowieżę.

Ten świat jest naprawdę przerażający, jeśli tacy idioci decydują o wszystkim. Ale innych nie ma. Bo jakoś tak po dopchaniu się na górę, to wszyscy zmieniają się w czubków. Możecie podpisać petycję!!! Wejdźcie w link.

A może to ten gorąc?

Chociaż zaraz, przecież nie jest aż tak gorąco. Chłodny wietrzyk wieje i jest całkiem super, aczkolwiek pamiętajcie o kremach, bo sfajczyć się można w kilka minut. A szczególnie w wodzie. Kąpiele są niesamowite o tej porze roku, więc naprawdę warto się przekonać do lekko chłodniejszych fal. I popływać naprawdę. Nasycić się solankami i wiecie, całą tą masą skarbów, które pakują w kremy. Za właściwie darmo. No prawie… zależy, czy mieszkacie tutaj, czy jednak wydacie na prom. Bo to już czerwiec i… promy ze Świnoujścia mają pływać raz w tygodniu!!! Takie wiecie, normalne, samochodowe!!! Ciekawe jak to będzie z tym nowym połączeniem?

Może spróbujecie?

PS. A jeśli co roku czekacie na Sol over Gudhjem, więc oto jest wynik. Oto zwycięzca. I oto są jego potrawy! Jak na mój gust, na pewno się nie najecie, ale za to jakie ładne obrazki z tych kleksów wychodzą.

IMG_6803

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przeboje Turyścizny… została wyłączona

Pan Tealight i Wrzeszcząca Baba…

„Świadkowie Jehowy już się chyba nauczyli, Mormoni też, ale ta była może nowa? Albo wiecie, bardziej wierząca? W końcu podobno to wiara dodaje sił, a może to bekon, lub cukier? Czy da się teraz dokładnie stwierdzić, co jest prawdziwym powerem ludzkości? Pestycydy? A może jednak botoks?

Mniejsza… pojawiła się kilka dni temu pod drzwiami Chatki Wiedźmy i zaczęła stukać. Oczywiście Wiedźma Wrona Pożarta schowała się i udawała, że jej nie ma. Po piątym uderzeniu nawet udało się jej udawać, że nie istnieje. Że tak naprawdę nigdy się nie narodziła, nigdy nie zrobiła niczego głupiego, nigdy właściwie nie zeżarła całej tabliczki czekolady tak na raz… i nigdy nie wylizała tego kieliszka po ajerkoniaku dorosłych. Serio, nigdy a nigdy!!! Po piętnastym stuknięciu nie wiedziała już, czy wytrzyma kolejne, ale wiecie, no głupio byłoby teraz nagle otworzyć drzwi i powiedzieć: Hej stukaczu pukaczu, jestem, czego chcesz od mej umęczonej, nieistniejącej przecież duszy, której wcale nie ma w tym domu?!!! Dlatego nadal się chowała. W jedynym miejscu, gdzie nie można jej było zobaczyć, w samej sobie, w łazience, która jako jedyna, choć miała okno, to jednak bardzo zaszronione cały rok, więc nic nie było widać.

A przynajmniej taką miała nadzieję.

Bo to, co stukało, co, jak donosiły Siły Zewnętrza było korpulentną babą z plikiem ulotek w tłustej rączce, zaczęło używać też głosu. Zaczęło pytać, pokrzykiwać, aż w końcu rzucać i słowami, których Wiedźma Wrona chciała bardzo nie rozumieć. I wtedy Wiedźma zaczęła się naprawdę bać. Tak do końca, do koniuszków palców, końcówek włosów wszelako na ciele uplasowanych… i wtedy…

Coś mlasnęło, coś zaklekotało, coś się szarpnęło i ucichło. Potem coś zaczęło siorbać i lizać chyba ściany, a może chodnik, który Wiedźma Wrona tak dokładnie oczyściła z niechcianych trawek, porostów, mchów i wszelakich perzowatych, oraz zaprzeszłych zielonek jurajskich… skrzypów i takich tam. W końcu, po trochę długim czasie, który zdawał się jednocześnie zatrzymywać zegarki, wszystko ucichło. Ale ona nie mogła tak po prostu wyjrzeć, nie chciała. Wolała poczekać… poczekać aż przyjedzie Chowaniec i wiecie, jakoś tak, sama z siebie będzie musiała wyjść i zobaczyć…

Nic.

Czystość.

Wszelaką niewidoczność.

Ciszę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7140 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ostatnia noc w Tremore Beach” – … wakacyjnie. No bo jak inaczej myśleć o książce, której akcja dzieje się na plaży? Wyłącznie wakacyjnie, w końcu ilu ludzi mieszka na plaży cały rok? Niewiele…

Nasz bohater to osobnik po przejściach.

Wszystko to, co się wydarzyło: rozwód, zanik talentu, wszelaka depresja… wszystko to sprawiło, że się schował. Schował na plaży w niewielkim domku z nadzieją, że świat się odmieni. Że świat w końcu jakoś się do niego uśmiechnie, jakoś przywróci mu samego siebie. Ale nagle… nagle ujawnia się w nim dar, o którym wspominała matka i wszystko zmienia się w koszmar. Jak z tego wybrnąć? Przecież nikt mu nie uwierzy. No sami pomyślcie. Jak byście zareagowali na faceta opowiadającego wam swoje wizje? Wizje, które jego zdaniem mogą się spełnić?

Powieść jest może trochę rozwlekła, ale wciąga i ma niesamowity klimat. Czujecie piasek pod palcami, czujecie zapach słoności, wiatr, burzowe przerażenie. W jakiś dziwny sposób wiecie, ufacie głównemu bohaterowi i to może was zgubić. Zaczyna się wam podobać w onym odciętym trochę od szybkiego, mknącego świata urokliwym zakątku. Zakochujecie się w bohaterach, bo jak można się w nich nie zakochać… i czekacie na Apokalipsę. Bo przecież ona musi nadejść. Bo to nie tylko opowieść o ludziach, ich wyborach, ale też lekko paranormalna historia. Tak ot muśnięta tym czymś, czego wciąż w naszych mózgach nie zbadano. Jest i maciupki wątek miłosny i troszkę przygody, no zwyczajnie jest wszystko… ale przede wszystkim to dziwne napięcie, które was przenika i nie rozwiewa się mimo przydługich rozdziałów. Naprawdę niezła opowieść, choć łatwo się można domyśleć, kto co i dlaczego. I kto zginie.

A może i nie.

Ha ha ha!!!

IMG_5665

Na szczęście trochę wieje, więc nie da się uświergnąć z wrzącej aury. Słonko migota, dziwnie obecnie wiszące z innej strony niż rok temu, ale… podobna tak ma być. Jeśli wierzyć naukowcom. A co jeśli serio się ziemia przegibnęła i to Innuici mają rację? Ja bym tam zawierzyła Innuitom. W końcu oni wiedzą i wciąż jeszcze czują ten świat. Świat, który właśnie zalał ich piękną Grenlandię. Wciąż nie wiadomo czy to trzęsienie ziemi, czy jednak tylko jakieś pęknięcie, ale z tamtą częścią świata coraz gorzej. Tylko, czy wieści o problemach cichych, zawsze obrzucanych błotem za dietę Grenlandczyków kogokolwiek obchodzą? W końcu to nie muzułmanie…

Nie cały autobus wypełniony małymi dziewczynkami zawiniętymi od stóp do głów w czarne worki… nie przepraszam już za strach jaki mnie ogarnia, gdy na nie spoglądam. Już nie. Za późno.

Nie wiem, ale boję się codziennie rano włączyć komputer. Tych wieści wszelakich i całym źle jest więcej niż jakiejkolwiek radości. Ale też prawda taka, że teraz tragedią jest wszystko, co dzieje się na tak zwanym Zachodzie. Bo cała reszta, to wiecie… pikuś. Przecież pobite Polaki nie przyniosą takiego nakładu jak biedne uciskane muzułmańskie siły. To się sprzedaje, tamto nie. To da się przemielić w dinary, a tamto znowu lepiej odrzucić. A ci co cierpią naprawdę, robią to w ciszy i tyle. W końcu i tak nikt nie słucha. Każdy tylko wali sobie nową flagę na profilowe, że niby taki zaangażowany. A jakby tak pomyśleć, że wszyscy jesteśmy ludźmi? Że różnorodność, to tylko zmienna. Gdyby tak opisywać wszystko: człowiek, bez dodatku jakiej religii, opalenizny, czy z kim sypa? Zobaczcie. Zmieńcie sobie tytuły nagłówków.

Jakie to staje się… nudne.

Czyż nie?

IMG_6398

Na Wyspie właściwie sezon.

Jak co roku rowerzyści uważają, że mogą wszystko, ci czworokołowi też, no i się zaczyna. Jeśli macie nogi… spieprzajcie, bo ich użytek grozi okaleczeniami, lub śmiercią. A na pewno wiązanką w co najmniej 3 językach: duńskim, polskim lub niemieckim. No, może jeszcze szwedzkim. Chociaż ci akurat jakoś tak zdają się być sympatyczniejsi. Za to słońce, jak już wylezie zza chmur, pali dziwnie strasznie. Nabawiłam się na nie alergii, więc jest interesująco. Boli mnie. Niedługo będę łazić w zasłonkach, nawet bez dziurek na oczy!!! Czy to znaczy, że nadaktywność ma się dobrze, czy jednak to tylko ja?

Staję pod Świętą Panią co to wygląda jak pieta i pytam się jej, co dalej będzie. Ona kiwa głową, że nie wie. Że nawet Uśpieni Bogowie drapią się w zarośnięte policzki i mruczą z niedowierzaniem. Że Boginie marudzą w ogródkach, bo nic im nie wschodzi, a zupy i napary nie smakują jak kiedyś. No to jeżeli oni nie wiedzą, to co dopiero ja? Pod Świętą Panią, której pamiętajcie, zawsze należy się pokłonić – gdy będziecie podążać nadmorskim szlakiem do Listed lub z – nie tylko na szczęście, ale raczej na brak pecha. A może wysiądziecie i obejrzycie ją dokładniej? Ją i wyłowionego z morza mężczyznę, który zdaje się upadł przy jej nogach. Nie może go już ocucić, więc wpatruje się w dal z wściekłością i smutkiem, a może już tylko z niedowierzaniem… bo jak to ma żyć sama? Jak może tak być? Jak… bez niego?

Święta Pani zawsze jest dla mnie najbardziej bolesnym menhirem. Najbardziej cierpiącym ze wszystkich na Wyspie. Ale widok z jej cienia jest wspaniały. Na niebieskości, na skały, na miejsca, gdzie albo czasem owce pląsają, albo małe koniki… a pierwsze przymrozki łapią tam maciupkie kwiatki w swoje szpony i zachowują na tak długo, jak tylko trwają one. I te omszałości naskalne i te wszelakie porosty. I jeszcze ten płotek i zwyczajny dom za plecami i szosa.

Dziwny widok.

IMG_5843

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrzeszcząca Baba… została wyłączona

Pan Tealight i Markotny Troll…

„Po długim odwyku od nowych książek, Wiedźma Wrona Pożarta konsumowała je teraz w przerażającym tempie. Nie żeby to jej przeszkadzało w przemierzaniu wszelakich kątków i zakątków Wyspy, oj nie, ale wiecie… była trochę mniej uważna, a sezon się zaczął. Oto i Okres Polowania na Pieszych!!! Turyścizna rościła sobie prawa do wszystkiego i wszystkich, jakby każdy tutaj miał być na jej skinienie, jakby w onej swej królewskiej mości wszelakiej przybyła… żądała, nie prosiła, błagała, raczej uważała za logiczne, iż dostanie wszystko.

Dlatego chodzi z nią i za nią wszędzie.

Chodzili gdy mamrotała i gdy przerzucała strony prawą częścią siebie, by lewą sfotografować nadmiernie olbrzymiego maka, z którego Makowa Panienka była nadzwyczaj otyłą, ale też i przemiłą osobą. No i wiecie, zawsze miała dostęp do Mleczka Makowego, a Wiedźma Wrona ostatnio postanowiła sobie nie stronić od wszelakich wzmocnień i umocnień, dlatego… lubiły się jakoś. A może tylko znosiły, tudzież nadzwyczaj zważały na to, że jedna jest klientem, konsumentem, a druga producentem, który rajcuje się swoim własnym produktem i rozpływa, jeżeli tylko ktoś poklepie ją po szerokich, otłuszczonych pleckach odzianych w makową kieckę z odkrytym i tyłem i przodem, i środkiem i jeszcze rozcięciami po boczkach…

Dlatego trzeba było ją pilnować.

Nie dość, że ładowała w siebie nowe historie, to na dodatek wpadła na Markotnego Trolla i była w stanie poświęcić mu wyłącznie niewielki ułamek swojej uwagi. A właściwie… właściwie, to ona tylko coś mruczała pod nosem, podobnie jak on przygnębiona, przybita i wszelako dołująca wszystko dookoła, a oni poruszali jej rękoma i głową. Była niczym ta laleczka ze sznureczkami w ich dłoniach, mackach, owłosieniach chwytliwych i wszelakich innych chwytadłach… ale Markotnemu to wystarczyło. W końcu on nie liczył na to, że markotnym być przestanie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6607

Z cyklu przeczytane: „Głowa pełna duchów” – … ona i ona. A może tak naprawdę chodziło tylko o niego? O tą całą religijność?

O zrzucenie obowiązków na dzieci?

O niedojrzałość?

A może jednak nie?

Na pewno ta powieść jest pełna duchów.

A zakończenie… ech! Po prostu miodzio. Zresztą, sami spróbujcie tej na poły bloga, na poły spowiedzi. Odgięcia zasłony, przywrócenia głosu przeszłości. Tej historii zwykłej rodziny, która nagle staje twarzą w twarz z opętaną. Najstarszą córką. Ale czy to serio Egzorcysta, czy tylko tania sztuczka? A może jest w tym coś więcej, coś czego na początku boimy się dostrzec, a potem nie możemy już zamknąć oczu…

Powieść wciąga. Jest złożona, wielopoziomowa, zaczepia każdego członka rodziny, wynajduje nowe demony, i tak naprawdę nawet po jej zamknięciu jakoś zostaje w nas. Idealna do Klubów Książki, dla tych, którzy kochają dyskutować o bohaterach i wydarzeniach, analizować każdy element. Naprawdę warta przeczytania, może akurat teraz, wiecie póki noce są jeszcze krótkie i świat zdaje się być nie taki zły w tym słońcu? Bo tak naprawdę…

… to jak to jest z tymi duchami?

Chyba nie wyłażą z książek, co?

IMG_5664

Krowy…

Ja wszystko rozumiem.

Serio, w obecnym stanie codzienności naprawdę wszystko…

… no dobrze, może nie rozumiem, ale mało co mnie wzrusza.

Jednak plastikowe krowy?

No serio?

Po kiego nam plastikowe krowy?

W linku wyżej jednemu widać też się nie spodobała świecąca zabaweczka, ale bardziej mnie rozwaliły stojące na trawniczku trzy biało-czarne mućki. Nader realistyczne, nie ma co, ale jednak dziwaczne. Jakieś takie, no wiecie… We Wschowie znajduje się pomnik byka przy wjeździe do miasteczka. Pamiętam go z dzieciństwa. Zawsze jakoś tak mnie rozwalał i przerażał jednocześnie. Ale ta trójca krówświęta mnie zobrzydziła. Co to już żywych nie mamy? Ech… Rozumiem, że mleczarnia upada, ale czy trzeba w celu ubogacenia wnętrzności jogurtów, których już nie robią, bakteryjnie stawiać takie koszmarki? Nie wspomniałam, że stoją pod mleczarnią? No to stoją. W Klemensker… jakbyście chcieli dziwną fotkę z podróży, to zajrzyjcie tam.

Ciepło… wrząco i gorąco.

No nic to, lato.

Nie żebym tryskała optymizmem, że może choć noce nie będą wrzące, ale… jakoś damy radę, co nie? Jeżeli chodzi o wodę w morzu, o serio przyjemna. Jak chcecie zupy to na południe, jak czegoś lżejszego z falami, to w okolice Hasle. Po naszej stronie to raczej nie dość, że płytko, to jeszcze trochę więcej wodorostów, ale też się da popływać. I jakie to odświeżające i doskonale odmładzające uczucie, tak się na gołego zanurzyć. Bo przecież i tak nikt was nie zobaczy, jeśli nie będzie robić tego w samym porcie!!!

I plusk!!!

IMG_5228

W Svaneke łubiny i rybki.

Znaczy wiecie, najpierw idziecie do portu, tam gdzie te ogromny parking dla autobusów, tam są. Zresztą nos Was poprowadzi, zaufajcie mu. Chociaż nie do końca, bo nie wali tu nic spalenizną, raczej idźcie za żołądkową rozpustą, która Was woła… tutaj po pięciu minutach, w zależności od kolejki oczywiście, możecie dostać tłuściutką, papierową torbę z dobrociami. Cztery kawałki rozpływającej się w ustach ryby w zajebistej panierce, kawałek cytrynki, romulade, no i cała kopa specjalnie ciętych frytek. Jeśli pojawicie się w koszulce z polskim napisem, dostaniecie i obsługę po polsku… znaczy, no jest to bardzo prawdopodobne.

Nam się trafiło.

I jecie tak te rybki i frytki i się maczacie w onym sosiku i patrzycie na latarnię, która już nie jest latarnią, na morze dość spokojne, jakiegoś wielkiego burżujnego statka, który pewno należy do jakiegoś Trumpa czy innego Rockefellera… i tak sobie myślicie, że fajno jest. Bo choć na ten ship Was nie stać, znaczy mnie na pewno, to przecież możecie sobie zjeść fish and chips na kamieniach siedząc, od dołu będąc smyranym przez wyderki, czy inne tam włochate cudowności. Takie mają zabawne pyszczki no!!!

Takie słodkie!!!

A potem łubiny!

Bo wlezienie w te łubiny – a da się, bo tam taka dziura jest, więc deptać niczego nie trzeba – to coś niesamowitego. To jest jak deser. W takiej masie łubiny pachną oszałamiająco słodko, cukierkowo i niesamowicie. Jak coś z przeszłości, gdy aromatów się nazbyt nie wzmacniało, bo przecież wystarczała róża pachnąca różą i truskawka truskawką. I pełna kolorów łączka łubinowa staje się takim nostalgicznym deserem… którego nie warto odpuścić. Zresztą, co rusz ktoś się zatrzymuje i zdjęcia cyka. Bo to takie niesamowite. Choć winno być dość zwyczajne, czyż nie? Normalne nawet? A może i codzienne w tym okresie pól kwitnienia? Tu łubiny, tam znowu koniczyna i kilka uli. Będzie miodek jak nic… jak tylko nikt czegoś tam nie spryska!!!

IMG_5234

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Markotny Troll… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne Hałasy…

„Właściwie od powrotu Wiedźmy Wrony Pożartej wiele się działo i codziennie przybywało nowych delikwentów w Sklepiku z Niepotrzebnymi… Wiadomo – lato. Czas porzucania starych miłości, czas nabywania nowych, czas wywalania przeszkadzających mioteł, złamanych stopni, nienaprawiania związków, wszelakiego sięźleprowadzenia. Olewania starych, pragnienie wyłącznie nowych i wszelakich zmian, które nie zawsze były dobrymi pomysłami. Więcej… najczęściej były najgorszymi pomysłami, błędami wspominanymi przez lata i wyrzucanymi sobie, tudzież przez innych, zawsze prosto w nigdy niezamykające się rany…

Lato nadeszło i wszystko oczywiście się zmieniło. Nadszedł czas, w którym nikt ze Sklepiku nie wiedział jak i co ze sobą zrobić. Dookoła szwendała się Turyścizna, głupio było pokazywać się im, obcym, w swoich doskonałych, ale jednak atypowych pozach i cielesnościach. Chowali się. Oczywiście chowanie się nie odbierało Księżniczkom i Królewnom możliwości spalenia się na węgielki, tudzież innym picia chłodzonych drinków tyle, ile się dało… w końcu w ukrywaniu mieli największe umiejętności i najwyższe poziomy mocy. Ale… i tak się bali.

Nie czuli się sobą…

Chociaż czasem, może to i dobrze?

Może chodziło i o to, by Wyspa od nich odpoczęła? W końcu była pewna, gdzie ich znajdzie, że nie będą się rozłazić po całym obszarze… wiecie, no czasem lepiej wiedzieć, niż natknąć się na dziwne zabiegi osobników niepotrzebnych… Ale te hałasy? Bo widzicie, coś wydawało dziwne dźwięki od początku nastania Lata i nikt i nic nie wiedziało o co i komu chodzi. I dlaczego tak dźwiękuje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0521 (3)

Z cyklu przeczytane: „Sanktuarium. Rozłąka” – … drugi tom. Kolejna część. Znowu świat, w którym Strażnicy są jedyną nadzieją, a jednym z nich jest Lela.

Lela i Malachi.

Jedni nazywają to paranormal romance, inni znowu powieścią fantasy, czy YA z elementami paranormalnymi. Jednak pewno wszyscy się zgodzą, że to przede wszystkim przygoda. I walka. I nagła dorosłość. Uzmysławianie sobie codziennie, że można więcej niż inni równolatkowie, że nagle szkoła to taka spokojna sprawa.

Z całkiem mało istotnymi dramatami.

Trzeba przyznać autorce, że potrafi zaintrygować.

Potrafi dopracować i świat i bohaterów. Potrafi być odmienna od innych pisarzy YA. Potrafi… wciągnąć nas w akcję. Naprawdę warto dać się jej porwać niezależnie od tego, czy chodzi wam tylko o miłość, czy jednak o świat, który nie do końca jest taki jak ten, który możemy odnaleźć wokół siebie. Fine naprawdę umie pisać. Umie podejmować trochę inne tematy, potrafi zaryzykować.

Warto.

IMG_5915

Lato.

Właściwie no lato, tak?

Truskawki, młode ziemniaczki, zielone śliweczki na gałązkach. Listki cudownie żwawe i żyjące. Wszystko jest takie jeszcze niezmęczone słońcem, chociaż w dzień potrafi przypalić. Na szczęście względnie chłodne na razie noce sprawiają, że daje się wytrzymać. Nie wiem jak to tłumaczyć, ale rośliny zaczynają uciekać od słońca. Nagle wszystkim jakoś lepiej w cieniu, wystawienie czegoś na zewnątrz sprawia, że roślinka niknie w oczach. No chyba, że w cień… ale wiecie co, najlepsze są te choinki, co to całkiem zdechły, no serio zrobiły się totalnie brązowe, a teraz… teraz wypuszczają zielone odrosty. Jakby odżywały. Jakby dostały pozwolenie na bycie nową maskotką Nadziei.

Cholerniczki.

Zapowiadają opadnięcie nieba, rozstąpienie się wszelkich bram niebiańskich… czyli wiecie, deszcz. Ciekawe, czy im się sprawdzi? Bo rzadko trafiają. Bardzo rzadko. Wyspa sama decyduje czy chce mokrości, czy nie. A czasem, po prostu chyba przysypia i ma wszystko gdzieś. Tak jakoś mi się ostatnio wydaje, że naprawdę sobie odpuszcza. Święte kamienie ponownie naznaczone monetami zdają się wciąż jeszcze domagać krwi niewinnych i tłuszczów nasyconych, ale kasa chyba im wystarczy. Ciekawe, na co ją wydają? Jeden ma blisko do Netto. Czy idzie tam po kilka piw i parówki? A może lody w obniżonej cenie? Bo chyba nie pizzę? Chociaż, ten kamień pachnących pieczonym chlebem może i sam umie robić za mikrofalówkę? Niczym one wodotryski wszelakie i fontanny w sławnych miejscach, u nas kasę i inne dobra wszelakie lub żywność, zostawia się w tych samych miejscach, co wieki temu. Cudowna chronologiczna wieczność stanowisk archeologicznych.

I te stokrotki…

Wiecie, trawki dość niskie i pola stokrotek dzielnie pochylających głowy, gdy objeżdża je kosiarka, a potem podnoszące się znowu. Są takie niewinne. Takie fascynująco proste, normalne, zwyczajne, jak kiedyś… gdy robiło się w nich wianki.

Lekko śmierdotliwe.

IMG_0394

Czerwiec mija jak szalony.

Człek się nie obejrzy i już będzie zima. I kolejny rok. W jaki sposób to wszystko tak pędzi? W jaki sposób to zatrzymać, lub chociaż spowolnić? A może jednak nie powinno się tego robić? Może wszystko ma przeminąć szybciej? Ludziom puszczają nerwy, wszyscy mają dość tej całej terrorystyczności… wszystko stoi na rzęsach. Na dodatek te wszelkie najazdy Rosjan sprawiają, że ludzie panikują mocniej. A przecież zawsze się ich bali, bardziej niż Niemców. Tutaj to Rosjanie widać są uznawani za większych najeźdźców. Dziwne co nie? Ale wytłumaczalne historycznie.

Zieleń dookoła stała się pełna i przestała już być oną cudowną, flirtującą ze wzrokiem świeżością. Jest teraz dorosła. Dziwnie nudna. Nie no… pewno, że las to wciąż miejsce, w którym serio możesz się wyluzować, ale jednak ta zieleń zaczyna człowieka napastować. Jakoś tak więzi, nagle utrudnia oddychanie i jest wszędzie. Na drzewach zasłaniając widok, na drodze, na poboczu w postaci wysokich traw. Jakoś tak czaruje człowieka, hipnotyzuje go, sprawia, że naprawdę nie można myśleć o niczym innym.

Tylko ta zieleń.

I nic więcej…

Jakby wiecie, wszystko się już nasyciło. Młode wróblęta wlatują do domów, oblatują jadalnię dookoła i wylatują na zewnątrz niezafscynowane ludzkim umeblowaniem. Wrony mają się super, podobnie mewy, choć ostatnio jedne gonią bardziej drugie, a i podobno jakieś wojny zajęczo-krukowate zaczęły się na polach.

No cóż.

Natura…

IMG_0403 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne Hałasy… została wyłączona

Pan Tealight i Zbuntowana opowieść…

„Najpierw pojawiło się gniazdo.

Potem w nim kolorowo nakrapiane jajeczko, samotne…

… ale nie było mi ptaka, ni jaszczurki, ni ducha. Bo wiecie, niektóre duchy są jajeczkorodne. Szczególnie, gdy jajeczniczka jest z tych tylko z solą i lekko się lejąca, albo wiecie, z pieczarkami… taka najlepsza, to wtedy znoszą. Bardzo są wyczulone jeśli chodzi o smak białka i teksturę żółtka. I bardzo nie lubią, gdy obydwa na patelni idealnie się nie mieszają. Naprawdę strasznie je to wkurza i wtedy wiecie, stukają tymi młotami, łańcuchami kołaczą i jęczą przeraźliwie…

Ale w tym gniazdku było jednak coś innego.

Jajeczko zniesione przez starą, zapomnianą Opowieść. Taką, o której nikt już nie pamiętał. Spłakaną, pomijaną nawet w najstarszych annałach, czy też czytelnianych katalogach. Nikt jej już w spisie wykorzystanych pomocy nie umieszczał, nikt bohaterów nie odlewał w plastiku, czy nie robił z nimi jajek niespodzianek. Taka była stara. Taka była zapomniana, więc nim zatopiła swe szczątki w morskich odmętach złożyła ono jajeczko. Niewielkie, nakrapiane, malownicze, jedyne takie.

Jedyne w tym rodzaju takie.

Bo jeśli jeszcze nie wiecie, to opowieści biorą się z jajek. Wiecie, wysiadywanych wiosną, prażonych na słoneczku pierwszym takim ciepłym, mokrzone wiosennym deszczykiem, opylane kwitnieniem wszelakim, pełne… ale to jajeczko zawierało Opowieść Zbuntowaną. Tak bardzo zbuntowaną, że ono zbuntowanie stało się jej imieniem i bardzo, ale to bardzo nie zamierzała się ona historia wykluć. Bo i po co? I dla kogo? Jak się wykluwać, jeśli już nie słuchają, nie czytają… jeśli tylko ludzie łapią pierwsze zdanie, a cała reszta dostaje się Bóstwo TLDR!!!? Nowemu bóstwu, które całkiem dobrze się miało. Nowemu i dziwacznie się wszędzie rozpasającemu…

… wstrętnemu.

Dlatego tak tu będzie leżeć i tyle. I nie wykluje się. Nigdy… no chyba, że ktoś poprosi, albo świat się zmieni, albo może… coś innego się wydarzy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3208 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niania Mania” – … moje pierwsze wrażenie? No nie! Znowu!!!? Tak, takie było moje pierwsze wrażenie i nie przepraszam za nie. Kurcze, ile tych naśladowczyń Poppins możemy znieść, co? Dla mnie Mary to sztuka jedyna w swoim rodzaju. To coś ponadczasowego, a Mania…

Pierwsza rzecz, która zniechęca mnie do tej książki, to autorka. Oh tak, pewno… aktorkę, może średnio na jeża obecnie znaną i popularną, ale pewno taką z lekko wyższej półki, łatwiej sprzedać. Co nie? Że zabiera się za pisanie książki dla dzieci? Oj pewno matką została, czekajcie wygooglam sobie… a tak, trójka dzieci. Wiadomo, że wydaje się jej, iż pisanie dla maluchów to coś łatwego, więc…

No dobra, decyduję się na nie branie pod uwagę ni jednego ni drugiego i… polegam po pierwszych stronach. Bo czyż naprawdę dzieci w dzisiejszych czasach są takie głupie? Przecież jeżeli Jaśmina ma siedem lat, to takie coś będzie już dla niej nie do końca… takie jakie opisuje autorka. Jaś może i się pobawi, ale Jaśmina? Wkurzają mnie imiona, więc lecę sprawdzić oryginał… Jemima i Jake. No to już trochę lepiej, skąd więc się wzięła Jaśmina? Nie mam pytań. Niania? Ech, z nianią jest tak, że poza włosami i niskim wzrostem nie ma w sobie nic. I tyle.

IMG_5904

Oooo… i koniec serii. Co prawda zamiast 42 tomów są 44, ale i tak smuteczek…

IMG_7307

Folki i kasa…

Folkemødet, który na moje szczęście się skończył i można już udać się na północ Wyspy… to według niektórych uświęcone prawo wszystkich obywateli Danii, by wpłynąć na rządzących. Wiecie, lekkie pospolite ruszenie, ale mające na celu nie walkę, lecz powiedzenie swoim reprezentantom co mają robić i jak… I Duńczycy wciąż w to wierzą. W to, że ktokolwiek ich słucha. Nie tłumaczy im niczego to, że nawet rąbanej lipy się nam nie udało uratować. Jakoś wciąż ta naiwność tak mnie zaskakuje w tym narodzie. I powala na łopatki. A może urodzony w Polsce osobnik nie jest w stanie tego zrozumieć. Wiecie… zaufania, wiary w tych na górze? Może. Może nigdy nie będę w stanie. Bo rząd tutaj jest jak w każdym innym miejscu na świecie. Czyli traci prawie 50 milionów na durne spotkanie, po którym ludzie naskakują na siebie, bo Wyspa nie dała im tego, czy tamtego. Bo musieli zapłacić za noclegi i to sporo. Bo nie wiem, pogoda im nie odpowiadała, bo za głośno, za cicho…

Tyle kasy poszło na to spotkanie, a jak zwykle guzik z niego wynika.

Tylko obciążenie dla Wyspy, która nie dość, że nosi na sobie nadmiar ludzizny to jeszcze potem musi być dobrze przeczyszczona. Konsumpcjonizm żyje!!! Tralalalalaa… a na Facebooku ludzie wrzeszczą na siebie i wyzywają się od chciwców. Wyspa ludzie zarabia nie na tym, że ma przemysł, ale na tych kilku miesiącach, więc sorry, ale trzeba płacić. Inaczej zginiemy. A może tego chcecie? Bo przecież te jebane odpady radioaktywne nadal nad nami wiszą…

Skat i kasa…

A… no właśnie. Polska ma ZUS, Dania ma SKAT. Taka zabawna nazwa, bo skat znaczy „baby”, po polskiemu kochanie, słonko, czy wiecie, jak tam chcecie. No i ono kochanie wtopiło masę kasy. MASĘ. W związku z tym SKAT zostanie rozwiązany i będzie siedmiu dyrektorów… Siedmiu zajmujących się podatkami. Siedmiu, którzy będą potrzebowali odpraw, wypraw i odliczeń, więc tak naprawdę, nie oszukujmy się, nic się nie zmieni, ale żeby nie było, coś robią!!! Zawsze coś robią. Tworzenie zasłon dymnych mają opanowane do perfekcji, bo ludzie dookoła nawet nie zauważają, że coś podymiło. Serio – oto jak objawia się wiara w narodzie.

Aczkolwiek Wyspa jak zwykle… wątpi.

IMG_3715

Jebane manewry i wszelakie odwodnienie.

Nadszedł czas na te zabawy chłopców i nielicznych dziewczynek. Wiecie, zabawy w wojnę. Pomyśleć, że człek spierniczał z Wrocławia właśnie przez bliskość wszelaką poligonu. Najpierw mieszkał zbyt blisko, potem dalej, a potem zrozumiał, że zawsze może go obudzić seria z kałacha, albo jakaś tam bombka… a teraz, kilka razy w roku musi znowu słuchać tego samego. No nie no!!! Kurna! Ciekawe ile te zabawy kosztują świat. Z tego co wiem, tyle, że nie jestem w stanie tego objąć myślą, więc odpuszczam. Po prostu nienawidzę. Nienawidzę tych gości w moro, tych maszyn wszelakich rozpierdalających nam drogi, na które nas nie stać i tych pieprzonych statków. Tak, jestem wulgarna. I wiecie co? Wolno mi… bo widziałam, jak się tchórzliwie chowali przed sztormem, zamiast stawić mu czoło. Cieniasy!!!

Na szczęście pola szumią.

Raczej GMO szumią, ale i tak ślicznie szumią.

Może i człek dostaje dziwnych alergii, może i znowu coś na nas eksperymentują, ale te zielonkawe pola takie są niesamowite. Niektóre wyglądają jak naziemne morza. Wiecie, nie mokre, ale falujące. Można tak stać i wpatrywać się w oną czystość. Bo przecież już od tylu lat nie ma w nich ni maków ni innych kwiatków. Ni rumianków, ni bławatków. W ramach pszczelich eksperymentów mieli sadzić wzdłuż pól kwiatki, ale na razie na żadne się nie załapałam… cóż, pożyjemy zobaczymy. Ale możliwe, że krótko pozyjemy, jak będziemy tak chrzanić.

A… zapomniałabym. Jakiś idiota odkręca śrubki kołom w samochodach. Wiecie, bo to w dzisiejszych czasach jest… ZABAWNE. W stolycy tumany oblewają farbą biedną syrenkę… bo przecież ekologia o której krzyczą do tego się nie umywa, co nie? Ludzie… głupi jesteście!!! Dajecie sobą tak manipulować, że to już nie jest śmieszne. Naprawdę, zacznijcie czytać, polecam zaczęcie od książek historycznych, które pozwolą wam zrozumieć, że człek zawsze był taki, jaki jest teraz. Choć może nie do końca, teraz durny bardziej, ale cała reszta mniej więcej taka sama. Jaki z tego wniosek? Że nic się nie da zrobić, więc zajmujcie się swoimi ogródkami, nie wtrążalajcie się w ogródki innych ludzi, nim wasze nie będą tip top. A nawet i wtedy, pomyślcie cóż jeszcze wzmocnić możecie w sobie. Bo jeszcze jednego jebanego kołcza spotkam na swojej drodze i zacznę strzelać!!!

AAAAAA!!! Ludzie no! Nie jesteście idiotami, macie w sobie mądrość. Odkryjcie ją. Przestańcie słuchać tumanów, niczym one owce…

PS. Ruskie nadal nas obserwują. Zbyt strasznie…

IMG_3138 (4)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbuntowana opowieść… została wyłączona

Pan Tealight i Bardzo Nieśpiąca Królewna…

„No to był dopiero numer na całą Wyspę.

Zjechało się na nią stadko Księciów i Księciuniów, do których Księżniczki i Królewny, a i nawet Wiedźmy z Pieca zaczęło robić oczy maślane, kremowe i ogólnie mówiąc niemotorycznie liryczne… Zjechało się z reklamacją na oną jedną. No wiecie, że im Śpiąca nie działa!!! Że karneciki wykupili, glejty wszelkie mają, a ona kurcze nadal ślepiami otwartymi w nich wpatrzona, coś tam na drutach robi i jęzorem ciętym ich odpycha. A wiadomo, że jeśli chodzi o koronowaną narzeczoną, no to lepiej, by w pierwszej fazie znajomości, znaczy onej początkowej, cichą była… wiecie, niby intryguje wszystkich osobowość i takie tam, ale jednak lepiej, żeby milczały. Żeby jakieś takie posłuszne były, bo jak to będzie wyglądać, gdy on się nagle zacznie nad nią nachylać, uśpioną i drżącą w sennych oparach omamów, a jej pięść nagle przywita się z jego czaszką? Okiem, nosem, lub uchem? Nawet nie wiadomo co wybrać…

Dlatego przyjechali na Wyspę.

Wiecie, Śpiącą Królewnę naprawiać. Nawet ją przywieźli w takim mało strojnym pojemniczku. Wiecie, jak dla kota, ale jakoś zgrzebniejszym. Widać nie do końca jawiła się ich pupilką, więc po co im była? Czy tylko dla wypełnienia przepowiedni jakiejś, bycia jak ojciec i dziad? A może… nie, nie mogło tak być. Wiedźma Wrona Pożarta ogólnie cięta na wszelkie nadmierne ludzkie zgromadzenia zaczęła syczeć i pluć z oczu jadem, gdy tylko ich zobaczyła, więc oni zaraz, że: wiedźma, wiedźma, wiedźma i takie tam, wiecie… no to Jorik jednorożec od razu wziął się do roboty i już było ich mniej. Jakoś nie pozakuwali się w zbroje, bo kto by podejrzewał kogokolwiek tutaj o jakieś zapędy… w rozchełstanych koszulach panowie zaczęli się gubić w Maleńkim Lesie. Ale nie mogli się ukryć. Nie przed wszelkim przejawem babskości w Sklepiku. Nie po tym, co zrobili. Nie przed solidarnością jajników, w jakimkolwiek były stanie…

I w ten sposób powstała szklana wieża a szufladkami. Wiecie, wersja chłodnia. Dla każdego coś miłego. Można wypożyczyć, można zakupić, można się zabawić… Panowie w różnym stanie muskulatury, kolorze skóry, długości i kolorze włosów. Nieruchliwi. Mało się sprzeciwiający. Przy zakupie pana na forever and ever, maść do poruszania obiektem gratis!!! Do tego zaklęcie: sprząta-gotuje i dokazuje gratis.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2187 (2)

Z cyklu przeczytane: „Grzechot kości” – … intrygujący pomysł. Takie sobie wykonanie. Bo… jak mógł ktoś dorastając nie sprawdzić historii swojej rodziny. I to w momencie, gdy stykało ino kliknąć Googla?

Ale mniejsza o to.

Wyobraźcie sobie jego. Strażnika kości. Wielkiego Kustosza Jedynego Takiego Muzeum na świecie… miejmy nadzieję? I jego potrzeby. I wejdźcie w skórę jego ofiar. Przerażonych. Nie wiedzących co się dzieje. Tylko czekających na koniec. A może wolicie być nią, tą, która musi go odnaleźć. Sztukmistrza, geniusza, ale przede wszystkim mordercę. Tego, który tak naprawdę od dawna stał za jej plecami.

Niby zwykły kryminał, ale z całym bagażem emocji po obu stronach, z tym wszystkim co zwiemy rodziną, nic nie jest jakoś… proste. Zwyczajne. Z jednej strony to morderca, ale z drugiej… I jest jeszcze on, chłopiec, który nie ma już siły być w swoim ciele. Wszystko to buduje niesamowite wrażenie niebezpieczeństwa, które naprawdę może czaić się nawet za samym czytelnikiem.

Książka wciąga, ale może przez to, że jest długa – co zwykle uznaję za plus – coś się rozmywa, rozlewa, coś umyka. No i… głupota niektórych z bohaterów naprawdę uderza. Totalna nielogiczność sprawia, że jakoś nie potrafię dac tej powieści najwyższej noty, ale skłamałabym mówiąc, że mi się nie spodobała. Zaintrygowała mnie. Mieszając naukowość z empatią… wiecie, tak naprawdę świat nie jest tylko biały i tylko czarny. Tak naprawdę nic takie nie jest.

Przeczytajcie.

IMG_5657

Wrzątek z nieba, chłodna bryza, tudzież prawdziwy wiater nocą. Ciągłe obietnice wszelakich deszczów i Folkemødet. I coraz mniej wody w morzu. I coraz dziwniejsze anomalie. I coraz więcej Turyścizny, która zachowuje się co roku gorzej. I sorry, ale nie mówię tutaj tylko o młodszych osobnikach. Częściej ostatnio odbija tym starszym. Jakby maniery się im uwsteczniły.

Z ostatnich wieści… vegańska lodziarnia.

Jakoś tego nie widzę, ale jako coś, co jest nowe, oczywiście jak najbardziej przyciąga uwagę. Polecam panom te sojowe! Serio! Fajne cycki po tym rosną i cellulit macie! Tak wiem, jestem wredna, a może jednak sarkastyczna? A może to tylko jedno i to samo? Albo… prawda? Kokosowe mleko mordujące orangutany, ojojojoj, ale przecież weganie nie zabijają zwierząt, co nie? Tia. Nie ma to jak indoktrynacja, a nie poznanie obydwu stron, nie muśnięcie wiedzy z każdej kadzi.

Najbardziej człek śmieszy, że nazywają te lody tak samo jak inne.

Nie ma różnicy w nazwie. Jak kurna kotlet schabowy z soi. Przecież to kłamstwo. On nie jest schabowy ino sojowy. Dlaczego nie piszecie prawdy? Jedno, co dobre, to to, że człek dowiedział się, że wieki temu robiło się lody z margaryny, bo wszystko inne (mleko, śmietana) musiało iść na eksport. Bleee… jak sobie przypomnę te czasy, gdy telewizja trąbiła o tym, że ludzie mają ino tłuszcze roślinne żreć, bo to zdrowsze, to mnie skręca. I co? Nawet ci, co w tych reklamach występowali, zaczęli umierać. Ekhm… potem nagle się odwróciło, a teraz znowu wracamy do punktu wyjścia? Jak mieszkacie na gorących wyspach, to papusiacie to, co jest. Wasza dieta pełna jest tego co dookoła. Dlaczego Europejczycy nie potrafią robić tak samo? Tak samo ekologicznie? No pomyślcie. Jesteście durniejsi, niż zwykły lud pierwotny.

Czyż to nie zastanawiające?

Czy tylko dobijające?

IMG_2125 (2)

A tak w ogóle, to prawie lato!!!

Jakiś gość nagrał teledysk na Wyspie i jest wielkie halo. Że tak, jak zwykle wiecie smukt, flot og hyggeligt. Zawsze tak jest. A potem się zmienia. Taka wiecie, dziwna, Duńska forma wyrażania: powinno tak być, ale nie mam swego zdania, ale coś napiszę.

A teraz człek siedzi sobie na nagrzanym tarasie i jakoś tak, jakoś tak po prostu nic nie robi. To potrwa tylko chwilkę, ale jednak… siedzi i marznie. A tak, człowiek niestety uświadamia sobie po raz kolejny, że gdy słonko palące chmury zasłonią, to wieje mocniej, niż zimno. I fajno mi. A bo co. Cieszę się onym zimnem, które mam. W końcu możliwe, że niedługo mi je lato zabierze na amen i na zawsze. Znaczy na lato, no wiecie. Na campingach siedzą sobie ludzie, wpatrując sie w morze, tudzież w drzewa, no wiecie, zależy od campingu. Na tym naszym w Gudhjem wpatrują się w morze. W większości samochody, przyczepy, tylko kilka niewielkich, mikrych namiocików schowanych w szafkach. Raczej niemiecko niż inaczej. Do przyczep dołączone wielkie namiotowe wille. Kurcze, nie ma co, ale ludzie mają kasę. A jednak wolą spędzić wakacje tak.

Z bardzo malutką łazienką…

To mnie przeraża.

Wiecie, bardzo malutkie łazienki.

He he he!!! Gdy tak siedzą wpatrując się w morze, na swoich wypasionych leżaczkach i innych tam fotelikach, za ich plecami siedzą na podobnych utensyliach osobniki, które mają tutaj swoje domki. Wiecie, te słodkie szeregi dwupiętrowych maciupkich chatynek. Albo te większe, wiecie, bardziej wypasione, z większymi oknami. Wszystkie są na sprzedaż. No dobra, spora część z nich. Niektóre można wynająć. I wypróbować. Są naprawdę kapitalne. I ich łazienki nie są takie przerażające. No i to jednak dach nad głową. I jakieś takie wiecie, mebelki i w ogóle… a widok taki sam.

I kibla wynosić nie trzeba.

IMG_2109

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bardzo Nieśpiąca Królewna… została wyłączona