Pan Tealight i Baśń o Wyspie…

„Dawno, dawno temu…

Bo tak się przecież zaczynają takie historie, czyż nie?

No więc ono dawno, wiele powtórzeń słowa, temu, zaczęło się coś pod morską tonią dziać. COś pod głębiną, coś pod powierzchniami niewysławionymi… coś… i ono wielkie i nie do końca wyjaśnione wciąż, tudziez niewymagające wyjaśnienia ono coś, czy też wiecie, coś boskie idealnie, więc kompletnie utyskujące na każdą definiowalność i takie tam, więc… się zaczęło. Zaczęło na całego.

Bo jeżeli już o to chodziło, to nie mogło być inaczej.

Nie mogło być przerw, nie mogły zaistnieć zastanowienia się, zwolnienia, wszelakie planowania, szaleństwa niepewności. Zwyczajnie nie mogły. Nie było na nie miejsca, nie były w planie, po prostu od początku było wiadomo. Bez żadnego przelatujacego Diobła, co to mu się kamyczki znad Norwegii omsknęły, żadnych magiczności poza naturalnymi, wyłącznie z jednym zaklęciem, ale no po prostu ono musiało być, bez niego kompletnie i całkiem nie dało by się…

No nie…

I tak powoli, choć wielu chciałoby powiedzieć, iz w ciągu jednej nocy… jednej z tych tak bardzo jasnych, kiedy to ciemność właściwie nie nastaje, no może na sekund kilka, może na mgnienie oka, może…

Narodziła się.

Całe popierniczeństwo dolepiło się do niej później.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zły las” – … cztery? Ale jak to tylko cztery opowieści? No weźcie no. Oczywiście, że okładka, w ogóle cała stylistyka, rysunek, kreska, środek… spójne, czadowe i magiczne, ale tylko cztery opowieści?

Ale jak to?

No jak to?

Tak wiem, tylko cztery historie, ale jak zwykle świetne. Znajomi bohaterowie, ale jednak trochę inne opowieści, chociaż… chociaż i pierwsza zdaje się być znajomą, kolejna znowu to inna stona tej znanej, następna też, a ostatnia… no nie wiem. Nie żeby to nie było intrygujące, bo książkę się zwyczajnie polyka na jedno posiedzenie, ale…

… ale wydaje się, że autor się nie wysilił.

Smuteczek.

Bo przecież to, czego człek chce, to nie koniec, a ku temu widać seria zmierza, ale coś więcej, więcej początków jakichś. Może nowi bohaterowie? Może znowu więcej Północy, w końcu Autor zdaje się darzyć ją estymą? No nie wiem…

W ogóle będzie więcej?

Obciach za każdy razem.

No wiecie, jednak brudna plaża,czy raczej wątpliwa czystość wody, to mocna sprawa. Tym razem niesamowita Antoinette Strand w Ronne. Nie ukrywam, jedna z moich ulubionych miejscówek niezależnie od pogody. I do kąpania i do spacerowania… oczywiście najlepiej poza sezonem, ale… Ecoli jakoś człowieka zniechęca. I wiecie, wiecie jest w tym wszystkim jedna sprawa. Jedna bardzo ważna sprawa, iż te wszystkie bakcyle oni odkrywają po jakimś czasie. Badań nie robią raczej codziennie, zresztą nawet jeśli, to zawsze jest ta chwila, że mogłeś być w tej wodzie…

Mogłeś!!!

Ostatnie problemy z wodą w Hasle, teraz to, wszelakie i cykliczne szaleństwa jeśli chodzi o wodę na Balce czy Dueodde… kurcze.

Kiła!

No ale… otrząśnijmy się.

Lato za pasem. Turyścizna już nadchodzi. Oczywiście najpierw Niemcy. Ale w końcu, nie ukrywajmy, im to jakoś najłatwiej, najlepiej, najszyciej dotrzeć. I to pożądnym promem, a reszta, reszta to ma problemy. Zresztą i Molslinjen wciąż ma problemy. Wciąż pakują za wiele, wciąż nie udaje im się pływać, wciąż opóźnienia i overbooking, wciąż coś, gdzieś i jakoś… ale przepraszam nigdy.

Raczej: całujcie nas w kadłub.

To co na pewno już jest, to one jasne noce. Oczywiście, że nie jest to tak jak na Północy wielkiej i głębokiej, ale jednak, jest to dziwne. Człowieka rozwala strasznie. Kompletnie nie można się jakoś umieścić w czasie, ale przesrzeń się zgadza, więc wiecie… dzieje się, co nie? Ale do wody wciąż nic z tego. Zimno. Brrr… a jak ja mówię, że zimno, to znacyz, że coś jest na rzeczy. Widzicie, niby czasem słonko świeci i zdaje się być bardo wrząco, ale jak człek wylezie, to nagle kaptur na głowę i zakutanie…

Co to takiego?

Nie wiem.

Może tylko wiatr?

Bo wciąż wieje.

Wieje mocniej, wieje słabiej, a już wiecozrami zimno, brrr. Nie narzekam, te ostatnie lata dość mnie nagrzały, styknie na kilka lat, bez urazy! Ale wiecie, jakoś to dla nas dziwnie. A może człek zwyczajnie zbyt mocno przywykł do bolesności onej wrzącej wiosny i lata? I jesieni nawet?

No nie wiem.

Prawda jest taka, że wiosna wkroczyła już w ten przedletni czas. Zawilce dały ciała, wygryzione z lasow przez czosnek niedźwiedzi, ale za to sam czosnek rozpełzł się po Wyspie mocno i szeroko, silnie i głęboko pewno też. Już kwitnie!!! Ciekawe to wszystko. Woda w morzy kobaltowa z onymi zielonkawymi falami, które robią się od onych chłodnolubnych porostów czy wodorostów, które zdają się neonować spod powierzchni poruszanej, mizianej wiatrem. Na skałach oczywiście wciąż szaleństwa ptasie, więc warto uważać.

Ale tak w ogóle…

… wiecie, pięknie jest.

Drzewa się zazieleniły. niektóe straciły już oną wczesnowiosenną puchowatość. Wszystko jest takie pełne, w końcu horror vacui się człowiekowi jakoś tak uspokaja. Zieleń szaleje, pochyla się ku nam w powiewach wiatru, rytmicznie strzelają czasem gałęzie. Czasem coś człowiekowi smyknie spod nóg i wiemy, że one już tu są. I należy uważać, bo jedne gryzą i są jak najbardziej niebezpiecznie.

Naprawdę uważać.

Co do reszty, to trawy bujne się robią, kleszcze jak najbardziej też są obecne, więc uważajcie i na nie i zakładajcie długie gacie. A co. Lepsze one gacie, niż, wiecie, to, co może się wydarzyć potem, więc…

No ale… sezon nadchodzi!

Właściwie… już tu jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Baśń o Wyspie… została wyłączona

Pan Tealight i Tulipanówka…

„Nalewka.

Serio idealna.

Po prostu na wszystko!!! Na ból serca, na jego złamanie… na lekkie potrącenie, na wszelkie obtłuczenia, obłupania, a nawet, wiecie, na operacje plastyczne. Bierzesz kieliszeczek i ci rośnie, bierzesz dwa i się prościeje!!! Tu sobie podpuchnie, tam znowu schudnie, po prostu jak chcesz, tak się zadzieje…

Tylko dzięki niej.

Tulipanówce!

Nalewce na wyłącznie żółtych i krwistoczerwonych płatkach tulipanów zrywanych lewą ręką, koniecznie kradziejsko, z nieswojego ogródka, z pozostawioną oczywiście opłatą, niewielką, ale wystarczającą, specyficzną, ale i piękną, dostojną miejscami… wymaganą, ale nieoczekiwaną. Bo przecież… to magia.

Tylko ona.

A!

No i jeszcze ważne jest to, by tulipany, z których w końcu zostają ino płatki i kilka onych czarnych spiczastych środków, wrzucone były razem do szklanego baniaczka kąpanego w księżycowym świetle i słonej, morskiej wodzie, znaczonej zielonymi wodorostami… a potem zalane słodem z miodu, który zniosły czarne, leśne pszczoły i oczywiście alkoholem, na który przepis zna nazbyt niewielu, by go tutaj przytaczać. Wiecie, pewne sprawy muszą być sekretne… no i potem, zalane, zaklęte, zapieczętowane należy wsadzić w ocieniony pęd rzeki, która jest blisko morza, ale nie nazbyt blisko…

… tak blisko, by kąpały się w niej wróble, ale nie ludzie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na Wyspie mieszkają dziwni ludzie.

Specjalni ludzie.

Ci z pasją i wszelaką szaleńczością w niej. Niestety, jeden z nich odszedł. Ktoś by powiedział, że ojtam tylko takie tam autografy. No tak, ale ile! I z jakim poświęceniem. W końcu jak mieszka się na środku morza, to wiecie, wszędzie raczej daleko i skomplikowanie…

I tak ostatnio jakoś chodzi mi po głowie…

… że jeśli mieszkają tutaj, tudzież odnajdują prawdziwy dom wyłącznie wariaci mniejsi lub więksi, ludzie opętani pasjami, to tak naprwdę jaka bajka by się na Wyspie stworzyła? No wiecie, czy taka Syrenka Mała, czy jednak coś w wersji łabędziej? Babcia z Wilkiem raczej nie mieliby się gdzie schować, a Calineczka, no cóż, czasem mamy suszę, więc może być ciężko.

No i trzymanie w domu ludzi to podatki!

… więc jaka bajka?

Może o skale, która rosła i rosła i rosła, by w końcu stać się wyspą, Wyspą. Miejscem, które postanowiło zrodzić Bramę, której przekroczenie przenosiło każdego, kto zapłacił odpowiednio, niekoniecznie kasą czy złotem, ale może marzeniami i zmyśleniami, w miejsce ze snu? Ale można było wybrać wyłącznie jedno? I tylko raz zadecydować, po pięciu dniach, by zostać tam, lub wrócić do tego, co zwało się domem… tego ukochanego, najważniejszego.

Albo może chodziło o garniec skarbów największych, o których ludzie zapomnieli zagubieni pośród plastikowej bezduszności, który obrósł kamieniami i drzewami by w końcu pęknąć, gdzieś pod Wyspą… która nagle pojawiła się z mitycznego Nikąd i jakoś tak w niego uderzyła sprawiając, że one skarby oplotły ją, obciążyły i przytrzymały, i uwięziły właśnie tutaj, na morzu, pośrodku świata i światów?

Nie wiem.

A może wiem, tylko odpowiedź trochę mnie przeraża?

Bo może tak naprawdę to tutaj rodzą się bajki i baśnie?

Wiecie, wyłażą z fal, z jajek na najwyższych z drzew wyskakują… może i zrzucają je mowe, może i nawet czasem wyrastają ze śladów na piasku. Nawet tych ludzkich bardzo… ale wiecie, tylko z szalonych ludzi, pozytywnie szalonych.

Albo jest tutaj jakaś fabryka, czy coś i pracują w niej małe rączki i małe mózgi i jedzą wyłącznie czekoladę i żelki? I oczywiście mają one swoje małe rączki i nóżki i główki i ogólnie mówiąc… no dobra, może to trochę creepy, ale jednak, nie czepiajcie się tych, co tworzą bajki. Bo kiepsko będzie! LOL

Albo nikt nie ma wpływu na one bajki?

Po prostu wiedzą, że chcą być tutaj, tutaj dobre mają miejsce na mnożenie się i takie tam. I w rzeczywistości nikt z nas nie ma na to wpływu. Żadnego. Ale to nic a nic. Nie możemy wymyśleć zakończenia, nie dowiemy się co potem, ogólnie mówiąc to wszystko unosi się w powietrzu, kąpie, wszelako się zachowuje i tyle… czasem coś nas muśnie, czasem nawet może spojrzycie na opowieść i jakoś tak się w niej bardziej odnajdziecie i jeszcze może bohaterka będzie miała wasze oczy i jeszcze może włosy, albo twarz…

Bo baśnie, bajki i wszelkie opowieści tak mogą.

Bez pytania!!!

Kurcze… i nawet nam nie płacą.

No nie. Jak to nam nie płacą? Przecież nimi żyjemy, a może naprawdę żyjemy w nich? Chociaż prawą nogą? Albo nawet kawałkem półdupka? Kostką? Uchem może? Lub kciukiem?

Może tak naprawdę nasze kciuki mają lepsze życie niż my cali?

Z kciukami!? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tulipanówka… została wyłączona

Pan Tealight i IamFejmous…

„No i tak jakoś…

Jakoś ostatnio porobiło się tych dziwnych, nowych bogów. Większość z nich może i znikała razem z mijającym trendem czy innym modem, ale niektórzy, niektórzy zostawali. I kurde, ale się puszyli!!!

Tych znikających, to nawet nikt nie żegnał, no może poza Wiedźmą Wroną Pożartą, która choć serca do onych obecnych czasów nie miała, to jednak wiecie, Bogowie Zapomniani, Porzuceni… zawsze jakoś miała serce dla onych bytów przez ludzi porzuconych, więc wiecie, no garnęły się do niej. Na przykład Bóg Dyskietek… serio, ten FloppyDisk. Ten, co go teraz dziwnie kojarzą ino z penwą niedoczynnością męskiego organu. No tego tam, wiecie, co winien stać, ale mu się może zdarzyć, albo zdarza, przytrafia, czy jakoś tak. Bóg od Kaset… o rany, ten to nawet był staruszkiem, razem z Boskim VHSem zawsze chodzili pod rękę i zrzędzili na to wszystko, o czym tak naprawdę Wiedźma pojęcia nie miała.

I mieć nie chciała.

Ale oczywiście dla niej wciąż oni bardzo Zapomnieni Bogowie byli najważniejsi. To im nosiła ofiary, to do nich się zwracała i powoli, dziwnie, jakoś tak, zaskakująco nawet dla nich samych, nie dość, że ich wybudzała to jeszcze była dla nich… jakoś tak, pokręcenie bardzo, no jest sławna.

Very Fejmous!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem…

Czasem, się zastanawiam jak to wszystko wyszło, tym bardziej, że to już ponad 10 lat. Kurde no!!! Jak to się dzieje z człowiekiem, że jak patrzy na siebie, na swoje przeżyte życie, to jakoś wszystko prowadziło go do tego miejsca. Nie było w tym żadnego przypadku. Zawsze żyło się na jakiejś wyspie, zawsze pragnęło odosobnienia pomijając bardzo dziwne i pokręcone eksperymenty dojrzewania

… i podojrzewania…

A;e jednak, czy człek myślał, że wyąduje tutaj… cóż, jakby to powiedzieć, jak najbardziej myślał, że coś go wykopie na Północ. Jakoś tak. Zwyczajnie. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale po prostu tak było…

No więc jest człek tutaj, w miejscu niesamowitym i tak dalej, pięknym, wzruszającym, magicznym, no i jest tutaj już sporą część swego życia. Tak sporą, że prawnik się nie czepi, że tu i tam go znają, a tam znowu w ogóle… ale jednak, wciąż jakoś człek ma dziwne sny na temat tego, że nie może dotrzeć na oną swoją wyspę jakąś… i w tych snach ta wyspa wcale nie jest Wyspą.

Wcale a wcale.

I wciąż go tak bardzo dziwi, że tak kocha i żyć nie może bez szumu morza, dziwnych wichur, rozbujanych fal i… no tak, to pewnie dość kontrowersyjne COŚ, ale jednak, taka prawda, że żyć nie może bez wrzaskunowania onych wielkich, utuczonych, białych, gigantycznych, sprytnych, szalonych mew!!! No tak, nie może. Bez wrzaskunowania ich i wron, bez tupania na dachu, bez bujania się nad żywopłotem, bez…

… onego dziwnego cienia nagle wyrastającego gdzieś nade mną, obok mnie, tudzież, ekhm, gdzieś w granicach wzroku…

Spooky, ale nie mogę!!!

Człowiek wie już czego chce… chyba?

A może w końcu?

Jednak?

No kurde, przecież w końcu chyba jakoś powinien, może nie tyle dojrzeć, czy coś w ten deseń, ale jednak jakoś już wiedzieć, czy chce się z prawej, czy z lewej strony? A może zwyczajnie wiedzieć czego się nie chce?

Bo jakoś to wydaje mi się najważniejsze.

Wiem, że ludzie mew nie trawią. Podobno bo srają, chciałabym zauważyć, że to taki mechanizm i raczej nie ich wina i człowieki palą i cuchną, no ale… tak, ptaki srają. Szczególnie jak podrywają się do lotu, więc szczególnie teraz, jak co roku nie poleca się odwiedzin zbliż blizkiego wybrzeża. Onego skalistego, gdzie mewy gniazdują, bo jak się poderwie taki strażnik, to nie tylko was obsra, ale i zaatakuje. Podobnie z wysokimi drzewami, których niewiele, gdzie gniazda mają wrony.

No bo coś skapnąć może…

Za to polecam jak najbardziej podglądanie ich, gdy przyłażą wam do gródka, szczególnie jak akurat zrobiliście oną rąbaną ziołową rabatkę i wysypaliście ją korą, bo przecież chwasty… no i przyłażą te małe kosy i wróble, i wszystko ino piz… ino lata wysoko, nisoko, ogólnie mówiąc dookoła bardzo.

No co… po oglądaniu trzeba posprzątać.

I tyle.

Ale spacery wybrzeżem totalnym na razie trzeba odłożyć na później. W końcu oczy podobno smaczne, czy jakoś tak…

No i ta kupa?

Ale wiecie co… nawet to mnie fascynuje. Wciąż od nowa. Że jakoś tak ona zmienność sezonów i Turyścizna, jakoś człowiekowi nie przeszkada. Znaczy pewno, co roku przeżywa szok, z samotności w tłum, ale jednak… to go jakoś tam odmładza i odświeża. Zadziwia. I choć już dawno nie rozumie reszty świata, to przynajmniej widzi, iż ona reszta świata istnieje. I tyle.

Ale sama Wyspa

Codziennie mnie zadziwia.

Nawet jak się na nią wkurzam. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i IamFejmous… została wyłączona

Pan Tealight i Fluenserka bez In…

„Widzicie…

Wszystkim chodziło o ten jebany Pijar, a dokładnie o tego tłustego bożka oblepionego opakowaniami po pizzy, KFC i innych sieciówkach, ometkowanego, dziwnie ulizanego, ale też i w odblaskowych okularkach… koszulce z wielkim napisem, o którego genezie Wiedźma Wrona pojęcia nie miała, ale ona rozpoznawała wyłącznie Adidasa, więc co się jej dziwić. A wszystko oczywiście przez jej eksperyment, który sprawił, iż kompletnie się wyczłowieczyła z onego nie do końca już sapiensowego tłumu, i wiecie co, dobrze jej z tym było, ale ni ona nie rozumiała tego… nowego bożka, ni on jej nie kumał, więc dziwnie było. Bardzo dziwnie, tym bardziej, iż skurczybyk postanowił się zadekować w jej szopie pełnej wypoczywających obrazów.

I nie chciał płacić żadnego czynszu.

Uważał skurkowaniec, że zwyczajnie się mu to należy, bo ją gdzieś podlinkuje, gdzieś ją tam umieści, gdzieś jej rating zmieni i takie tam, co seryjnie Wiedźma w dupie miała. I to nader głęboko. W okolicach śledziony, czy wyżej nawet może… może i wykichała to, wypawiła… może…

A może jednak, jakoś to w niej zostało?

Może dlatego tyle tych zdjęć z niej wychodziło?

Może…

Może sama miała się stać Influenserką? Tylko niby czym miałaby ludzi fluensować. I to tak od razu downętrznie.

Czy można bez takich chirurgucznych bajerów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Istnienie lisów na Wyspie od zawsze było podobno wielką tajemniczością. No wiecie, niby, że są, niby ich nie ma… Problem? No cóż, pojawiające się w sieci filmiki z lisem koło Olsker i kroczącą za nią sarenką są przecudne, sa zwalające z nóg, ale… wybite jakieś 30 lat prawie do ostatniego, wracające, moze przez czyjeś wypuszczenie, może nie… od razu zwołały rąbanych łowców. Wiecie, gości z psami, które to jaja mają większe niż ci co trzymają smycz.

I tak, wiem, że w takim miejscu zachowanie populacji wszelakich w pewnych ryzach jest ważne. Z ludźmi na razie się udaje, poza sezonem… ale lasy tną na potęgę, więc… widok liska, który kica sobie, no dobra biega, między zwalonymi pniami jest jak ten koala co to patrzy na ostatniego eukaliptusowego liścia w łapie, a dookoła niego same pieńki. Tak, to tyle jeśli chodzi o ekologię jaką was media karmią.

No i jeszcze Folkemodet.

Już się boję…

Ale nic to, bo przecież jest dzicz, tylko że ona znika, zanika, potrafią nocą zwyczajnie zniknąć drzewa i już. I jeszcze ta mgła przez tydzień… co jest nie tak? Co się zmieniło? A może to Rosjanie jednak odwierty walą, bo mgła zwykle tylko po naszej stronie Wyspy, więc teoria może być trafiona?

Rany Julek!!!

No ale… po tygodniu mgła zniknęła.

I przybył wiatr.

Nagle zrobiło się gorąco, potem zimno – w ciągu dnia – a potem, no wiecie, świat dalej się kręcił. Bo przecież on to robi. Tak zwyczajnie, nie bącząc na nas chyba kompletnie, chociaż, kto to może wiedzieć?

Ja nie.

No ale…

Z innych wieści, wykopki wszelako archeologiczne rozpoczęte.

Od czasu jak przeszłam z kopania w macanie, jakoś wiecie, z czasem człowiek zwyczajnie w końcu znajduje swojego konika i szaleje. No przecież każdy z nas tak ma. Nie kocha wszystkiego nawet w ukochanej cukierni. Proste. A to, co wyciągają z ziemi, to złoto, więc serio nie moja sprawa, chociaż… w odróżnieniu od ostatnich postanowień Izraela, który odmawia upubliczniania odkryć archeologicznych z pewnych terenów oraz, co dziwne, nazwisk archeologów… i nikt nie widzi w tym nic dziwnego i jakoś nikt kompletnie nie protestuje, bo jakoś Izrael jest święty i tak dalej, no wiecie, wybrany naród czy co tam… No mniejsza, u nas oczywiście z odkryć guldgruberów robi się sensację ogromną i całkiem publiczną.

Było nawet oficjalne otwarcie wykopu!!!

He he he!!!

Oczywiście wykop mieście się w onym najbogatszym, najbardziej soczystym, czarnym paśmie z widokiem na kurchany, więc znajdziecie bez innych wskazówek. Szczerze powiem, że mówienie tego wszystkiego w kraju, gdzie wolno latać z wykrywaczem mnie silnie wkurwia, bo ludzie są okropni, wszędzie niestety… nie jest odpowiedzialne. Z drugiej strony, ci co wiedzą gdzie kraść i tak wiedzieć będą, więc dlaczego niekradzący mają być odarci z onej mistycznej, archeologicznej otoczki?

A niech se idą i powyrównują wykop.

LOL

A tak w ogóle nasze muzuem narodowe miało urodziny!!! 212 lat. Trochę tych lat mają, nie ma co ukrywać. Tylko, czy w dzisiejszych czasach ma to znaczenie?

Naprawdę?

Już dawno zwątpiłam w homo sapiens sapiens, ogólnie ostatnio prorokuję odebranie nam onego drugie sapiens i wymianę go na sale albo black friday jakiś, no ale to wredna ja, co nie ma telefonu, więc się nagle okazuje, iż w Danii mam problem z podpisem! A tak, bez telefonu musisz mieć taką karteczkę z numerkami i tak dalej… i dziwne to, jak wszyscy wyciągają swoje pudełeczka z internetem w środku i kamerką, a ja… no ale to tylko sprawa bankowa podpisu elektronicznego i tak dalej, więc…

Czy ważna?

Nie, ale dziwnie się na mnie patrzą nawet jak robią to ino eletronicznie!!!

Czuję wasze spojrzenia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fluenserka bez In… została wyłączona

Pan Tealight i Faszjonistka Wiedźma…

„No serio, kto by pomyślał, ale przecież moda kołem się toczy, bo przywiązana na zawsze do szczebelków, osiek historii…

… więc no nagle ciemna, czarna, wroniasta wiedźmowatość okazała się być na czasie. Modna. Into fashion!!! A co za tym idzie, dziwnie zwyczajna i opatrzona. I wiecie co, wcale a wcale jej to nie przypadło do gustu. Na szczęście nie miała zboczenia torebkowego, czy coś w ten deseń, bo już by kompletnie przepadła, ale ona czerń. No dobra, nie łączyła jej z neonami czy skórką z leoparda, ale przecież ktoś mógł pomyśleć, że miała pod spodem… z drugiej strony, po kiego ma myśleć o tym, co inny sobie myśli… no naprawdę, należy zachować one czarne i krwawe spojrzenie na codzienność.

I przestać zwracać uwagę na innych.

Chyba, że gryzą, wtedy trzeba reagować.

Moda, co jak co, ale nigdy w rzeczywistości jej nie obchodziła. Dla niej okrywa ciała miała być czarna i bawełniana. I tyle. Czy jej było za dużo widać, czy za mało, miała gdzieś. Może i często na nią spoglądali dziwnie, bo czerń była na niej i zimą i latem, ale co tam, była jak zbroja. Była jak ów magiczny pas, jak odpychająca pociski tarcza, jak znak… nie podchodź. Jak grzechotka u węża…

Nie działała tak jednak.

Może to przez oną właśnie modę?

Wiedźma Wrona mody serio nienawidziła. Ciuchy w końcu już od dawna przestały być miarą stosunku kasy do osobowości, poprzez inteligencję i robotność, podniesioną do potęgi niewidocznej. A ona sama, zwyczajnie, miała być tylko i wyłącznie sobą. Nawet w mokrej koszulce i gaciach.

A nie modą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia niszczy” – … no dobra. Przewidywalna, ale jednak znajoma, zabawna, a tatuś jak dla mnie mega!!!

Będzie się działo na pewno!!!

No dobra, to nie jest powieść wybitna. To seria czysto rozrywkowa, z całą gamą sierściuchów i magii w tle. Czasem wydaje się człowiekowi, że ów sławetny duet autorski, bo tak para to pisze, wyczerpała pomysły, ale tu się kogoś zabije, tu kogoś zmieni, tam znowu wprowadzi i wiecie co… i znowu człek jest zaintrygowany.

Znowu to go kręci.

Bardziej, bo tak naprawdę, to kręcą mnie pisania tego duetu zawsze. Jakoś tak. Nie nudzą. Chłopy są tu chłopami, baby babami i to niezależnie od preferencji seksualnych, wyboru uzbrojenia i tym podobnych. Ich bohaterowie zwyczajnie są namacalni, dziwnie prawdziwi i każdy znajdzie kogoś dla siebie, a może i lekko przerażająco odbicie sąsiada zza płota… wiecie, to może przerazić. LOL

Tym razem Tatuś w końcu się pojawia.

I gra zarazem sie rozpoczyna na dobre, ale też i w pewnym sensie kończy, bo wiecie… teraz już wszyscy wiedzą.

Warto jak zawsze.

Warto od pierwszego tomu.

Nadal mgła.

Serio.

Tego jeszcze nie było, żeby mgła, havgus i pierun wie co jeszcze zalegały przez kilka dni na Wyspie. I to nie tak, że wiecie, się przesuwa, nie, zalega ścianą. Dziwnie wrzącą i lepką, ale i zimną przerażająco w tym samym momencie. Temperatura skacze, mgła nagle przesuwa się znad pola i zaczyna nas podgryzać…

A przynajmniej tak się wydaje.

Mury zdają się nią nasiąkać, ale każde otwarte okno, szpara nawet, wpuszcza ją i pozwala jej rosnąć. Czym jednak się ona karmi?

Myślami?

Marzeniami?

A może jednak to one mityczne duchy niespokojne, które kolejną w tym sezonie pełnię otrzymują? Może coś więcej się dzieje, może ona niepewność w powietrzu i dziwny smutek z czegoś się biorą? A może… dziwnie się patrzy na lampy świecące i tak naprawdę nie dające światła. Na tę dziwną, zadumaną, może i zagubioną, poświatę unoszącą się ponad trawą i drzewami…

Dziwną?

A może zwyczajną?

Może tak naprawdę już tak zostanie? Może nie będziemy widzieli dalej niż te 10 metrów. Może jednak naprawdę to tak zostanie? Może…

Czemu nie?

Świat jest taki miękciejszy… jakiś taki bardziej, nie, wcale nie samotny, bo choć dźwieki nagle wszelkie zniknęły, nawet morze milczy, nawet deszcz jeśli się pojawi nie tłucze o oknai dachy… nawet sąsiad, ni auta ni roweru, ni nawet, jakoś tak, zbędnych myśli i pragnień, ni niechęci, ni czegoś niewytłumaczalnego.

Mgła.

Tak właściwie, to dziwne zjawisko, ale to tutaj jest jakby istotą rozumną. Czymś, co wykracza poza wszelką myśl i badanie. Kimś.

Nawet może i więcej.

Nawet…

Bo przecież ten kłąb wyciąga dłonie, członki swoje i chce naprawdę cię objąć. Chce ci uświadomić, że przecież jest częścią tej ziemi, tej Wyspy. Jedną z najstarszych. Bytem, bóstwem, siłą.

Oczywiście, że problemem jest to, że trzeba skołować chleb, a on daleko, więc… więc jak dotrzeć do chleba, gdy wszyscy jeżdżą jak wariaci? Nawet w takich warunkach? No nie oszukujmy się!!! Lekko strach, ale na piechtę, to zajmie cały dzień, rowerem też strach, zostawisz go gdzieś, mgła okryje i nie znajdziesz…

… a co, jeśli sam się zgubisz?

Gdy nie ma dźwięku wołającego cię ku brzegowi, masz przegibane.

Ale może i warto, wiecie, dać się porwa mglistości? Bo ten świat jest bolesny i straszny, a mgła, wydaje się być, a może i jest, przyjaznym tworem. A jakby co, to przynajmniej zgon będzie szybki. I miękki zapewne. Co w tym złego? I może jeszcze, może jeszcze będą sny już po, świat inny po tym świecie?

Może?

Zbyt wiele dzieje się z człowiekiem, gdy havgus tłoczy się i buzuje, ale taki, ścienny, nie, to coś całkiem nowego.

Może to kolejna zmiana klimatyczna?

Ale kurna, jak mi pranie wyschnie? No w tej mgle skwaśnieje od razu! Potrzebne mi czyste gacie!!!

Naturo!!!

Pranie!!!

Chociaż z drugiej strony ona wilgoć tak zbawienna, dziwna żółtość totalna unosząca się nad polami rzepakowymi, te krople wszędzie, one tropiki przemieszane w północnymi aromatami… no czyste szaleństwo. Nie wiem o co chodzi, ale tego tutaj jeszcze nie grali. A nawet jeśli, to nie aż tak długo…

… przez tyle dni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Faszjonistka Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Wolność Krowich Placków…

„Wolność.

Niezbywalna, pierwotna i prosta.

Wolność…

Leżenia gdzie się da, gdzie się przeszło. Wszędzie. Gdzie się spadło może dokładniej, no ale, wiecie, semantyka! Co nie? Bo przecież dla placka to raczej życie się zaczyna po upadnięciu. Czy to na piaszczystą ścieżkę, czy na skalistą, a może jednak się uda gdzieś na coś wyższego, głaz jakiś, pień i tym podobne… albo w trawę się zagłębić i być częścią jakiegoś tam, rodzącego się świata…

Bo gówno to początek wszystkiego.

Naprawdę.

Jeśli jeszcze nie wiecie, to Krowie Placki są jak najbardziej żywe i życiodajne. Posiadają własne związki zawodowe, skomplikowany system wierzeń oraz i nawet zbrojni są w kasty. Tak, jest lepsza i gorsza kupa. Jakkolwiek zdaje się być to intrygująco popierniczone, to jednak takie jest i tyle.

Po prostu…

Mają też swoich świętych. Umarłych i wciąż żyjących, którzy są ich przewodnikami zarazem politycznymi, jak i duchowymi, bo gdy stajesz u początku wszystkiego, to wiecie, tak można. Jakoś tak można.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostrzeżenie o mgle.

Wiecie, w końcu wyspa, więc mgły mamy, czy raczej o tej porze roku ów sławetny havgus. Coś, co się kłębi, żyje własnym życiem, coś… więcej, niż tylko zjawisko pogodowe. Jakiś byt otulający, ale też czasem lekko przerażający. Wisi teraz tuż za trawnikiem, za żywopłotem zawężając, zmniejszając optycznie mój świat, a moze… może naprawdę przenosząc nas w jakiś inny świat?

Inny wymiar?

Może tak naprawdę stajemy się onym mitycznym Avalonem i nikt nas nie widzi poza wybranymi? Może i tak jest. Dzięki tej mgle wszystko staje się takie ciche, miękkie i przytulne. Nagle naprawdę można zwonić, a jeszcze jak zacznie kropić, to po prostu raj! Wiem, że za oknem bzy już zaczynają rozkwitać, ale moje ręce muszą odpocząć i mam bana na zdjęcia, więc… sorry.

Nie będzie kapiących fotek.

No tak, wiecie, współczesność wymaga zbyt wiele od naszych dłoni.

Ale wróćmy do mgły.

Szczególnie teraz, gdy zbliża się wieczór. A właściwie noc już prawie. Lampy się pozapalały, ale wszystko wciąż dziwnie biale, jakby za żywopłotem toczyła się śnieżna zadymka, impreza, na którą mnie nie zaproszono, ale czy chcę wychodzić? Nie, nie chcę. Ja tylko chcę popatrzeć, może i wścibsko bardzo…

… podpatrzeć… oną czarowność.

Inność, która w końcu stała się dla mnie pogodową magią, na którą czekam.

Co roku.

Żółte krzaki przekwitają, widać w tym roku bez spotkał się ze złotem forsycji, ale wiecie, tylko tak na chwilę. Nad polem, zamotanym w mglistości kołują ptaki. I dobra, przyznaję, że może to lekko przerażać, ale jednak… przecież to tylko natura. Może robaki wyszły, może coś zdechło, może się urodziło… a wiecie, u nas kurde mewy to jak krowy niebiańskie latające. Serio!!!

I tak latają nad tym polem.

Dziwnie, rozyte przez białawe kłęby kształty. Może… może tak naprawdę nie są to mewy, a jakieś porąbane mikro anioły? Anioły kanibale wygnane z niebios, co to zaczęły podgryzać inne w kostki i wiecie… zostały wyganen. I to bardzo mocno i na zawsze. Mam tylko nadzieję, że nie przeniosą się na ludzinę, a może… może zaczną wyżerać kleszcze czy inne tam robale czy szczury. Bo te to akurat mamy wielkie, ogroniaste. Najadłyby się na pewno!!! Nawet je doprawimy!

I głębszy mrok nagle zmienia mgłę w niebieskawą ścianę, która się nie porusza. I która, ja gromko wrzeszczą media, zostanie z nami i jutro.

Ja jestem za!!!

Bardzo.

Może w końcu się wyśpię? Bo wiecie, ostatnio ze snem to kiepsko. Jak czlek szaleje w tym życiu, to po prostu nie da się. No ni w te ni wewte! A może to coś innego? Może jednak to te anioły? Wiecie, rąbane kanibale? Dobierają się do nas bezczelnie przy naszej kompletnej, wiecie, senności…

Kurcze, teraz zaczynam się bać.

Hmmm… ale to ta mgła!!!

Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wolność Krowich Placków… została wyłączona

Pan Tealight i Rzepakowy Staruszek…

„Rzepakowy Staruszek, o lekko trącącym zapachu.

Wiecie, ten w czarny wdzianku i żółtej koszuli zwieńczonej muchą w czerwone kropki, zawsze obsypany pyłkiem, bo przecież on taki rzepakowy, wiecie. I miód żre i oczywiście olejem się smaruje aż nazbyt, aż bardzo mocno, tak, że jak chcecie go złapać, to jak nic się wyślizgnie. No i wiecie, wyślizgnie się politycznie, wyślizgnie się z myśli, mowy i uczynku, zaniedbania nawet też…

No śliski typ z niego.

Ale ten jego olej.

Rany Muzy No! Naprawdę bywał aż nadzwyczaj specjalny. Co prawda Wiedźma Wrona Pożarta miała na niego uczulenie i smaku kompletnie też nie tolerowała, no ale jednak. Olej stawał się powoli legendarny… znaczy od czasu, gdy się skapnęli, że można go tłoczyć jak im się podoba. Nie tylko na zimno, ciepło, czy jakoś tam, ale przede wszystkim na boku. Wiecie. Kompletnie bez spiny.

I teraz, jakoś tak, zaczęli w Sklepiku ustalać, czy czasem nie pójść w kremy i maści wszelako zdrowotne.

Może i pachnące?

Wiecie, rozkręcą imprezę, interes i tak dalej, ale… nagle się okazało, że Wiedźmy z Pieca, to nie są do końca pewne, a Królewny po best before tym bardziej, no i jakoś tak wyszło, że po prostu musiał zacząć sam. Wiecie, te kremy kręcić. W malutkim domku, na planie kwadrata, malowanego na rzepakowo-żółto… gdzie komin był bardzo wysoki, za ścianą płynęła rzeka, a nad dachem szumiała wielka, stara jabłoń.

I tak naprawdę to ona była najważniejsza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oczywiście, że najlepiej zamieszkać w miejscu, które jest wakacyjne. Serio. Jezcze w miejscu, które się pokochao na amen i zawsze, to już perfekcja, ale to nie znaczy, że nie będziecie chcieli wyjechać na wakacje. A jeśli chcecie wybyć na wakacje, no to wiecie, obecnie macie problem. Z nowym przewoźnikiem promowym może i dostaniecie tańsze bilety, ale też darmową myjnię słoną dla swojego auta, niepewność wypłynięcia, overbooking i ogólne dziwne uczucie, że nikt was na promie nie chce.

Ale nie macie wyboru.

Samolotem nie zabierzecie auta, a i bagażu większego też nie, więc na zakupy do IKEA się, wiecie, nie da w ten sposób. No ale, człek chce coś zobaczyć, czy raczej, jak w moim przypadku, bardzo chce uzupełnić sobie papiery do swojego projektu, więc i pomacać skały w okolicach prawie Norwegii chce, no i ogólnie…

Znów chce do Fjällbacki…

… więc sobie coś tam planuje.

Kupuje bilety wcześniej, odkłada kasę, zjada bułki tylko te tanie z Lidla i nie patrzy na szparagi, bo cena ich go dobija… ogólnie mówiąc tak, mało warzyw na Wyspie. Tak, mogłabym zrobić sobie ogródek, ale przecież po pierwsze wynajmuję ten domek i ten trawnik i nie do końca mogę a po drugie, by zrobić tutaj coś, trzeba wielkich nakładów finansowych.

Ogólnie mowiąc…

… trza zrobic trumienki.

Z ziemią, która w większych ilościach jest droga zwyczajnie. Do tego jeszcze ślimaki, groźba suszy i tym podobne, nie…

… zbyt stresujące to wszystko.

No dobra, po zeszłorocznej suszy oczywiście się człek boi, że będzie powtórka z rozrywki. Czy będzie? Się zobaczy. Lato podobno ma być ciepłe, ale kiedy nadejdzie? Nie wiadomo. Możliwe, iż dokładnie na czas!

No i fajno, ja tam wolę chłodniejsze wiosny.

Jakoś tak.

Ale… co do całej reszty, czyli jedzenia, tak naprawdę po zamknięciu tgego i tamtego, a potem otwarciu tego czy tamtego, jakoś tak wciąż niewiele tego jedzenia z Wyspy zjeść można na Wyspie.

Na pewno dostaniecie je w Kopenhadze.

Sprawa, to cena.

No ba!!!

Ale jak żyć? Przecież człek nie może ino o pyrach i makaronie. Moje jelita ledwo dychają!!! Nie da się tak!!! Oczywiście, że wodę mamy tutaj przesmaczną i prosto z kranu, ale wiecie, w okolicach Hasle już na nią uważajcie.

Nie wszędzie jest jak w Gudhjem.

To w końcu dom boga… a przynajmniej dosłownie tłumacząc. No jejku, no, przecież nie napisali którego boga no, więc każdy może sobie przypasować. Seryjnie, jak ktoś się teraz pyta o wiarę, lub coś palnie w mym kierunku o to, czym duchowa i tym podobne, to pytam się zawsze o którego ducha, boga, mita chodzi…

…i nagle wielce każdy foch.

Ech!!!

A ja chcę tylko kalafiora.

Żadnych dyskusji o wierzeniach, żadnych tam umocnień, czy cudzych poglądów. Kalafiora chcę zamiast rzepaków. Warzyw w normalnej ilości, które urosły tutaj a nie w Chinach! A tak… albo czereśni z Peru? Serio? Z pająkami są? Bo wiecie, jam odrobinę, albo cholernie raczej, przewrażliwiona.

I gdzie tu do grzyba ekologia?!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rzepakowy Staruszek… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Niewybredny…

Pan Niewybredny.

Tak, takowy istnieje.

No dobra, dokładnie jest go jedna, szczupła lekko łysiejąca sztuka, ale żeby nie było, że nie ma. Jest!!! I to serio całkowicie dostępny jest. Jakby byli chętni, to wiecie, on zapewnia niemarudzenie. Kompletną akceptację, a nawet z czasem może i względną istotną zaprzyjaźnieność się z daną sytuacją czy osobą.

Naprawdę.

On się postara, a nawet jeśli będzie seryjnie źle, to po nim nie poznacie. Ni hu hu. Kompletnie nie. Poker face, kurna!!! I wiecie, wdzięczny za przygarnięcie i okazywaną adorację, oraz oczywiście pączka dziennie, koniecznie z toffi, to on po prostu wszystko. Jest zresztą i tak idealnym kłamcą!

Naprawdę!!!

Ale przecież któż z nas nie jest? No tak naprawdę? Kto się przyzna, że przez cały czas wali prawdę i wciąż jeszcze żyje i wciąż jeszcze kumaty, i wciąż jeszcze ma dookoła siebie ludzi, którzy go znoszą? No więc wiecie, jeśli ktoś chce się zapisać na usługi, tudzież nawet życie z takim Panem Kompletnie Niewybrednym

… wciąż jest dostępny!!!

Naprawdę”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, czy tutaj serio tak wszystko jest powoli i wiecie, hasta manana? No tak jak mówią, czy też próbują wmówić nam w różnych miejscach wszelakiej użyteczności publicznej.

Jak w banku…

Nie wiem.

Czasem mi się wydaje, że tak naprawdę tutaj spieszymy się o wiele bardziej. Wiecie, żeby pójść do pracy, ale po drodze zajrzeć na plażę i wsłuchać się w szum fal, jakoś się naladować. A potem wracać do domu i może się zdrzemnąć, ale nic z tego nie będzie, bo znowu praca, coś do zrobienia też i tu i tam i jeszcze może spojrzeć na zachodzące słońce? A może spacer?

W końcu słońce zachodzi już później…

Ale nie, bo człek już taki zmęczony…

Ostatnio też męczymy się szybciej. Zbyt wiele się dzieje. Zbyt mocno, zbyt nagle, a może tak naprawdę inaczej nie potrafimy? Wiecie, rzucamy się od razu na głęboką wodę? Wmówiono nam, że trzeba próbować i doświadczać wszystkiego, więc choć nawet wiemy, iż się nie da, wiemy też czego na pewno nie lubimy i nie chcemy, to wciąż, to ciągle, tak bardzo się boimy coś stracić, coś przegapić, coś…

I nagle człek się łapie na tym, że mieszkanie w raju, to praca zbyt ciężka. Straszna nawet. Że dzień bez pływania w lecie, to dzień stracony, bo przecież wciąż słyszymy, że: „mieszkacie tak blisko.”. Albo „gdyby ja mieszkała nad morzem…”… tak, czasem serio tak dobrze nie słuchać ludzi.

Już nie.

Lepiej tak, lżej.

Tylko, czy się da? Nawet tutaj? Nie no, nie oszukujmy się, oni są wszędzie, w różnych postaciach, urządzeniach, a jakby co, to nawet list napiszą, czy coś… choć to rzadko. Bardziej niż rzadko!

Raj?

Tak, wiem, Wyspa ma się stać w pełni zielona, bez GMO czy innych tam śmieci, bez Randapów i wszelakich świństw i na dodatek każdy dom ma mieć samochód elektryczny. Tak naprawdę, nie oszukujmy się, traktują nas jak eksperyment. Zresztą, spokojnie, oczywiście, że tak jest. Nie dało się nas spędzić do getta w okolicach Kopenhagi, nie dało się zarzucić odpadami z atomowej rozprawy, więc…

… może posłużymy za zwierzątka laboratoryjne?

W końcu drzewa – lipy pamiętnej, wyciętej pod durną kopię kościoła na rondzie – nie udało się nam ocalić, ścieli ją nocą skurczysyńce, więc czemu nie? No i wybory się zbliżają, więc kiełbasa się wędzi, griluje, gotuje i jedzie na surowo też. Pogoda dopisuje. Zimno, więc może zbyt wielu się nie struje?

Nie wiem…

Zbyt wiele osób zapomina, że problemy mamy takie jak reszta świata, a naweet i ich więcej. Ograniczenie połowów? Nadal nie wiadomo, ale jak będzie, będą problemy. Kolejne ekologiczne popierdoleństwa tych konsumpcjonistow żyjących w miastach, co to mówią mojemu trawnikowi jak ma dla nich żyć… LOVELY! Czasem serio się zastanawiam, co wy tam wszyscy robicie. Serio?!!! Kto z was wysiał zioła zamiast jebanych pelargonii? No kto? A pomidorka może? A ogóreczka?

No dobra, zioła lepsze!!!

Czasem mi się wydaje, że każdy wie lepiej.

Wiecie, oczywiście większość z nich była tutaj raz czy dwa, albo przybywa w sezonie na tydzień i od razu specjaliści. Uwielbiam takich. Zawsze uciekam. Zresztą, nie oszukujmy się, uciekam od wszystkich. To fajna rzecz, no i wiecie, tylko szaleńcy podobno mieszkają tutaj, więc czemu nie mogę wykorzystać immunitetu szaleństwa? Seryjnie pytam, nawet bardzo…

No czemu?

Ech ludzie, weźcie się za nieśmiecenie i niekupowanie wciąż wszystkiego… bo męczący jesteście. Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Niewybredny… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Koszyczek…

Pan Koszyczek ma swój koszyczek, oczywiście…

Oczywiście pełny.

I wiecie, idzie do Babci.

Ogólnie mówiąc, nie do końca wiadomo jakie są ich stosunki, ale… może i lepiej nie pytać? Weźcie no, taka tam odrobina prywatności się takiej celebrytce jak ona przecież należy. No w końcu, dlaczego nie, zarobiła sobie na to, teraz emeryturka łagodna, spokojna w lesistości wszelakiej, gdzie sobie wilki hoduje. Wiecie, ale nie że takie żywe, znaczy zaraz, zdechłe też nie… no hoduje je sobie na… nie, nie na tyłku. I nie, nie przez zimne kamienie, betony, czy takie tam, w doniczkach.

Tak, istnieją wilki doniczkowe.

Serio są przesłodkie i widzicie początkowo Pan Koszyczek był azaliż wżdy wyłącznie i onym suplajerem ziemi doniczowej i specjalnie wypalanych pojemniczów koniecznie z trzema dziurkami w dnie… ale z czasem. No Babcia jeszcze przecież jest aż nadmiernie ruchawa i tak dalej. Coś się jej od życia seryjnie należy bo przecież przed tym wielkim debiutem w Czerwonym była marnie zarabiającą, chociaż bardzo dobrą, sumienną i utalentowaną aktorką… dlatego później zrobili ten serial i jeszcze trylogię przed i po. No więc teraz… ogrodnictwo zawsze było jej pasją, a wilczki przesłodkie, puchate takie, niektóe nawet jadalne…

A Pan Koszyczek

Ekhm, młody był może, znaczy młodszy mocno, no ale… fetysz miał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne.

To jest chwila.

Naprawdę, naprawdę wybitnie krótka, malutka chwila, kiedy to miasto wygląda tak puszyście i wesoło. Czas konfirmancji, ale wciąż jeszcze czas pewnej pustki, bezuturystowienia. Wiecie, kiedy idziecie i udaje się wam odkrywać maciupkie uliczki, zamieszania wąziutkie między domami. One czarowne krainy z lampami jak z Narnii. Te domki, nowe kolory, stare odnowione…

… po prostu bajka.

A do tego oczywiście pojedyncze drzewa, bo mimo onej betonowości, czy raczej kamienistości, drogowatości i cegiełki, wszystko tutaj łka ku błękitnemu niebu i jakiejś tam zieleni, więc… przy ścianach już pojawiły się dość wysokie kępki zielonych liści, które wkrótce staną się malwami. W wielkich donicach kryją się i bratki i tulipany. Kolorowe drzwi, barwne okna, ustrojone, wystawiennicze…

Ale przede wszystkim te minimalistyczne ogródki, które gdzie niegdzie się zachowały. Białe płotki, jakaś taka dziwna omroczność, która sprawia, że wierzycie naglę, iż wszystko jest możliwe. Bajki, baśnie, mity i wiary… marzenia, zwątpienia, a i kopy w dupę dla tych złych, co to naprawdę zasłużyli, a co zdają się opływać we wszystko najlepsze, najdroższe i najłatwiejsze…

… karma…

Ogródeczków pełych kwiatów i puszystej, wczesnej zieleni oczywiście niewiele, ale stare, niesamowite bryły architektoniczne ocieniają pojedyncze drzewa, które sprawiają, że nie tylko lepiej słychać onych darmowych śpiewakaów – no i co, że srają pod siebie, kurde no każdy sra, no, tak działamy! – ale przede wszystkim to właśnie one nadają tej puchatości miastu. Onej lekkości, przymilności, wszelkiej pluszowatości.

To zaraz minie.

Za chwilę, dzień.

Już opadają płatki z kwiatów czereśni i jabłoni. Już liście dotąd puchate i jasne, często różnokolorowe zmieniają się w tą narzuconą zieleń. Wiecie, niczym mundru. Rąbana żołnierka chlorofilowa! Wszystko stanie się latem, choć wciąż przecież dość zimno, szczególnie spoglądając na poprzednie dwa, strasznie parzące lata… naprawdę zimno. Kurcze no. I jeszcze ten wiatr, nie żebym narzekała…

Dziwuję się… wiecie…

Rzepaki.

Dzień Matki. To wiecie, no raczej nie był rzepakowy, ale ludzie rzucili się wybitnie w tym roku czycić. Tak, dziwnie właśnie w 2019 kwiatów kupiono więcej podobno nawet kwiaciarnie się obłowiły, nie tylko Lidl. Ale jeśli chciałeś najtańszy bukiecik, to sorry, ale co najmniej 50DKK trzeba było wydać i to tylko jeśli złapałeś ten w Lidlu. Jak nie utrafiłeś, to zostały już tylko te droższe.

A może coś w doniczce?

Przeceniona choineczka? Ja kupiłam sobie… 10DKK!!! LOL

No ale… pola płoną żółcienią. W tym roku serio zaszaleli i cała Wyspa umowiła się na olejowanie. No wiecie, w końcu tak lepiej. Raz to, raz tamto i jakoś interes się kręci. Chyba? Przyznaję, że wolałabym pole kalafiorowe, no ale. Biel głowy kalafiorwej widać nie jest dość fotogeniczna.

Biedny kapustowaty!

Oczywiście, że nie o instagramy chodzi, ale jednak one pofalowane, pofaldowane pola, miejscami przerywane pojedynczymi drzewami, ścieżką, dróżką, płotkiem, jakąś zagubioną ruinką, szopą bardzo czerwoną czy niewielkim lasem i rzeczką… potafią zaczarować. Pachną może dziwnie… gdzieś na pograniczu „to cuchnie” i „o kurna, ale miodowo”. Nigdy nie potrafię się zdecydować. Naprawdę. W ogóle wydaje mi się, że zapach rzepaku się zmienił. Kiedyś rzepak seryjnie walił, a teraz…

… tak bardziej nie do końca…

No ale wciąż żółci pyłkiem wszystko.

Dziwne tylko to, że pszczół nie słychać. Że więcej ich u nie nad ziołami, gdzie rozmaryn szaleje fioletem swych kwiatuszków, niż tutaj. Przecież powinny tutaj być. Zbierać pyłek i tak dalej. No wiecie, pszczelić się… czy to już te pojebane czasy nadeszły, kiedy nie ma pszczół? Kiedy niczego zapylać w rolnictwie nie trzeba?

Każdy rolnik postępowy sam zapyla?

Tak to szło?

Nie wiem… no ale, jeśli wybijacie na weekend, to na pewno załapiecie się jeszcze na rzepakowe łany i ich morskie opowieści.

Bo jak najbardziej je mają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Koszyczek… została wyłączona

Pan Tealight i Zakonnica bez Boga…

„Widzicie, bo chodziło o ten habicik, zasłonki, o oną ochronę cielesną, przeciwkoczłowieczą, ale i boską… by nikt jej nie nagabywał. No i coby wiedzieć codziennie co założyć. Wiecie, nie przejmował się modą, paznokciami, makijażem i fryzurą i torebką i takimi tam…

No co?

Że nie można być zakonnicą swego własnego zakonu? Z własnymi zasadami, modlitwami lub nie, nonami, tercjami, tymi tam no wiecie, refektarzami i tak dalej. Z po prostu oną zakonniczością… odmawiającą teraźniejszości. Oną ucieczką od świata, fartuchem na twarzy, wszelaką cudownością zawsze dostępną, ale jednak nie wymaganą. I może jeszcze zniżką na prom?

A czemu nie?

W końcu modliła się.

A że nie do końca każdy wiedział do kogo, dlaczego i tak dalej, no przecież jak wszędzie można było, można było wykupić sobie karnecik. Miała takowy u pasów, które wieloma splotami opasywały jej talię… mogłeś się wpisać. I wiecie, podobno działało. Bo jako dziwnie neutralna zakonnica miała wzięcie tam na górze. Jak się okazało to teraz bogowie o nie zabiegali…

… i czasem o nich, wyznawców.

A ona, była taka idealna i dostępna.

I miała nawet paypala i jakby co, to ustrojstwo do kart zawsze przy sobie! Co jak co, ale dziewczyna umiała o siebie zadbać!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Chłopaki Anansiego” – … genialna.

I tyle.

No co mam powiedzieć o jednej z książek, którą czytam już kolejny raz? Wiecie, niektóre książki człek kupuje w lepszym wydaniu, twardej okładce, by były na zawsze i Gaiman dla mnie jest autorem, którego powinni od razu wydawać tak.

Dobra, wiem iż większość ludzi sięgnie po tę powieść teraz z powodu serialu. Wiem to. Takie czasy. Gdy mówię innym, że kochałam GOT nim był popularny, to się dziwią, bo raczej mało kto pamięta o książkach… z oglądaczy. Podobnie pewno będzie z „Omenem”, który obejrzę, mam nadzieję. Więcej, mam nadzieję, że uda mi się dostać na DVD podobnie jak „Chłopaków…”, którzy mi się marzą, bo wiecie…

… jak zombie nadejdą, to co?

LOL

Powieść Gaimana jest niesamowitą historią ludzkości, USA i wszelakiej deickości. Tak w skrócie. To nie tyle opowieść o facecie i jego żonie – spojler MARTWEJ – o nim nie wiedzącym co zrobić, o nim doświadczającym, właściwie o nim będącym nieistotnym, będącym cieniem tego, co się dzieje. No tak… o Cieniu. O człowieku, który go zatrudnia i innych, które dane jest mu spotkać.

O bogach.

Tych przywiezionych na te ziemie. O bogach wyniszczonych o tych zapomnianych, o tych wciąż jeszcze trzymających się cienkiej nitki wyznawczych oddehów i o tych nowych. Nowoczesnych i silnych!!! Nadchodzi wojna. I tak naprawdę wszyscy wiedzą, że nie będzie tutaj zwycięzców. Gorzej… możliwe iż obserwujemy tych, którzy przegrają. Albo i już przegrali? Azaliż wżdy… może? A może… tylko wkraczamy w niesamowitą opowieść o ludzich, którzy wciąż nie wiedzą czy wierzyć, czy wiedzieć…

A może…

Może chodzi o to, że czytając tę powieść ponownie zderzam się z tęsknotą za właśnie takimi, niesamowitymi, dojrzałymi historiami, pełnymi osobowości i słów… których obecnie nie ma, albo bywają sporadycznie bo TLDR…

Ta książka to Biblia.

Zajrzyjcie.

Wypadek.

No niestety. Zdarzyło się. To przypomina jak naprawdę trzeba uważać na wodzie. I nie, nie podniecajcie się tym, że polska łajba, Turyścizna była z Niemiec. LOL Niestety jedna osoba wylądowała w szpitalu, więc wiecie, nie do końca wszystko szczęśliwie, ale jednak przynajmniej nikt nie zginął. Wciąż jednak mnie intryguje jak sporawy prom władował się na łódkę, tudzież odwrotnie?

Bo jak było naprawdę?

Prawda jest na pewno taka, że jeszcze i w dzień później promy z Ystad miały problemy. Wszystko jest tak bardzo napięte, że jak jeden się spóźnia, to reszta już przez dłuższy czas będzie kuleć. To wydaje się dziwne, ale mało kto w ogóle kuma jak to jest z tymi promami. Że to kurde nie autobusy co to mogą się zatrzymać gdzieś indziej, obok, na ulicy, pod płotem i tak dalej. Nawet nie mają innego pasa. Niby kurcze jak najbardziej port w stolicy rozbudowany, mają zabrać nam kawał zieleni – taka to wiecie, ekologia – ale wciąż promy są traktowane inaczej.

Pokrętnie i dziwnie.

Czyste szaleństwo.

Może jednak powinno się nad tym pomyśleć, bo jakoś wszystkim wciąż w głowach siedzi, że ludzie po wodzie i jeżdżą i chodzą, i tym podobne. A promy obecnie serio bujają się na wodzie mocno przeciążone. Lekko obniżone ceny biletów i już ludzi masa. Aż strach czasem pomyśleć, że przecież ilość ludziny potraja się tutaj, a nawet…

Hmmm, zwykle jest nas około 40 tysięcy.

I to wiecie, moim zdaniem są naciągane wyliczenia… ale w sezonie, to już po prostu szaleństwo. Ten natłok człowieczeństwa przytłacza nas, mieszkających tutaj rok cały, co to jesienią, zimą i właściwie przez pół roku widzą ino znajome, nieliczne, twarze na całej Wyspie

… dziwne wrażenie.

No ale.

Taka uroda miejsca, które dla wielu poza latem jest ostoją depresji. A tak, tak też nas nazywają. Podobno nawet mieszkam i uwielbiam oną najbardziej depresyjną część Wyspy, więc może się zgadza? Ja w końcu zdiagnozowana, to wybieram sowje, co nie? Pewno, że to nic śmiesznego, no ale… lepiej się śmiać, niż znów się ciąć. Tak wiem, brzmi to dla was normalnych drastycznie, ale ja już z tym żyję…

Długo.

No ale…

Sezon sezonem, lody już są dostępne, kwiaty kwitną, drzewa powoli, ale jednak kurna się robi zielono. Wiecie, tak puchato zielono, przecudnie, przepięknie, przemiękko!!! Nawet w mieście, nawet na polach, nawet na drogach, ścieżkach, które odkrywa się nagle, nowe, albo na nowo, stare, znajome, ale jednak inne.

Może i susza znowu, może i podlewanie trzeba uskuteczniać, ale nie jest źle, ino te mgły. Ludzie, używajcie syren mgielnych, bo przecież na morzu widoczność i nadmierne zaufanie onym elektronicznym urządzeniom jest słaba. Wciąż pamiętajcie, że jest niebo i wyznacza kierunki i wciąż nie myślcie, że nawet gładka tafla oznacza bezpieczeństwo. Bo nie oznacza. Wprost przeciwnie.

To ostrzeżenie i czekanie…

Ech…

Jesteśmy w końcu morscy.

Choć wielu zdaje się o tym zapominać. No naprawdę. Też i państwo narzucając jakieś ograniczenia połowowe, zamiast przemyśleć sprawy zarybienia i jednakowoż lekkiego odfoczenia.

Może w menu powinny się pojawić tłuste foczki?

Bleeee…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakonnica bez Boga… została wyłączona