Pan Tealight i Orzeszek…

„Wtoczył się tuż za wchodzącą z mroźności wietrznej Wiedźmą Wroną Pożartą całkowicie nie pytając się o zdanie, kompletnie chamsko i ogólnie mówiąc targając domowy mir. Takie pewne, że go nie wywalą, takie w sobie zadufane, a może… a może jednak tylko przerażone?

Może w rzeczywistości przed kimś uciekające?

Ale ta jego mina wyrzezana w skorupce, połyskująca lekko połamanymi zębami i wielkim jęzorem wilgocąca co chwilę usta, ze sczerwienionymi policzkami, łysą czaszką, znaczy bezwłosą, ale jednak poznaczoną strzępkami starawej, już gnijąco zielonkawej czapeczki. Ta mina ich nie przekonywała. Bali się onej pewności, wszelkiej, nadzwyczaj przecież dziwacznej na tak mały obiekt, pewności siebie, specyficznej twardości, która dziadkowi każdemu się oprze…

Wtoczył się razem z zimą, która stała się wiosną, gdy Wiedźma Wrona Pożarta przyniosła tłuste od masła naleśniki, by nakarmić nimi Mikołajów, zdepresjonowanych w tym okresie podobnie jak ona zawsze. Mikołajów, którzy nie uznawali innych świąt poza ichnimy, poza zimowymi, a z racji śniegu, wiecie, oczekiwali, że będzie znowu… bombkowo.

Wtoczył się i zaraz za progiem zakręcił i z dziwnym, zaskakującym dla wszystkich postukiem, wrócił na zewnątrz…

Może nie byli tym, czego szukał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr znowu się budzi, znowu zapowiadają śniegi…

Co jak co, ale z onych kwietniowych spacerów to raczej na razie nici. Pogoda wyłącznie dla tych zabezpieczonych maksymalnie. Ale może Wyspa zadecyduje wkrótce inaczej. Bo cokolwiek bym nie robiła, to wiosna nadejdzie, no i wszystko znowu się potoczy… rąbane koło. Czas płynie przecież dalej, mamy ten porąbany 1 kwietnia, jeden z dni, których serio nie rozumiem, a dokładniej, to którego istnienia nie rozumiem, bo jakoś one psikusy to nigdy nie są zabawne, a jak jeszcze ktoś dobrze trafi, to…

No więc kwiecień się zaczął i tyle.

Świat postanowił się nie zatrzymać i zaraz będzie maj, lato, potem jesień, zima… i znowu. Czasem sobie myślę, że to już za wiele, że jakoś tak za ciężko, ale potem człowiek się wali w łeb i zwyczajnie robi kolejny krok. Choć cała dookolność strasznie boli. Choć ona dookolność taka piękna.

Jeżeli chodzi o Wyspę, to jest Turyścizna.

Bidoki nadal szlajają się po ulicach, psioczą na wicher i śnieg i ogólnie mówiąc warcząco egzystują zamiast docenić ono mityczne, legendarne, przecudowne podobne szalenie niedoceniane, ono słodkie lenistwo, jakie oferuje im to miejsce. No bo przecież można i popić i pojeść i ogólnie mówiąc zostać pod kołdrą, i jakoś tak zapomnieć o wszystkim. Może ja nie potrafię, ale większość, spoglądając na badania, to raczej bardzo, a nawet bardzo very much!!! A ja? Może pójdę w końcu na lody? Zabawne zdjęcia ludzi zmagających się z pogodą, ale jednak siorbiących słodkości rozbija mnie totalnie. Wiecie, no przecież to nie minus siedemset!!!

A może jednak…

… a może jednak zostać w domu, nie stawiać czoła pogodzie? Może wypróbować ogólną leniwość? Ech, kogo ja oszukuję. Nie dam rady. Nie ma co tamto, to raczej na pewno nie dla mnie.

No i rzeczywiście…

O piątej rano jeszcze było zielono, w godzinę później biało. Przez wiatr i pełnię nie mogłam spać, to niczym dziwactwo koszmarne wstałam zbyt wcześnie i siedziała klikając w klawiszki. Przyznaję, że zieleń mnie zaskoczyła i to mocno. No bo przecież wieje tak, a i temperaturka lekko poniżej, a oni mi tutaj… no obiecali mi śnieg, to winni się z obietnicy wywiązać, co nie?

Ale jakoś tak w okolicach dziewiątej zaczęło się.

Najpierw padało wietrzyście przez kilka godzin, zdawało się, że śnieg nie będzie zostawał, że przecież to już kwiecień, że raczej nie da rady, ale… ale zaczął osiadać, lepić się, dołem przypominać kaszkę. I do tego ten straszny wiatr. Wyjący, ale i dziwnie tulący człowieka, huk fal, wszelaka dźwięczność natury, bez której nie umiem już żyć… a jednak nie mogę spać, więc pracuję, ale kątem oka widzę…

Biel.

I tak zasypało, że po kilku godzinach ślicznie wszystko zabieliło i posypały się wypadki. Mógłby człek pomyśleć, że się kierowcy przyzwyczaili do śniegu, ale widziałam i dziadka stającego nagle na wzgórzu, przy kiepskiej nawierzchni i to na zakręcie, więc… serio, ja po prostu nie kumam tych ludzi. Przez niego jedyną opcją było wypchnięcie pasażera by polazł popatrzeć, czy zza domowego węgła się coś nie wynurza, bo inaczej mogiła i czołowe!!!

No serio.

Ale zasypało i wiecie co, Lany Poniedziałek wstał słoneczny i wciąż niesamowicie, czarownie biały. Piękny po prostu, cudowny i niesamowity. Ciepły dziwnie, czarownie czyste, błękitne niebo i jeszcze to słońce już nie zimowe, dłużej świecące, takie nie na miejscu… i gromady ludzi i wszelaka dziwaczność…

Ale o tym następnym razem.

Bo wiecie, jak nagle po wietrznej czasowości nastaje taka krystaliczność powietrza, to zwyczajnie człowiek wylatuje w naturę i maca, odkrywa na nowo, od nowa, a i nagle spotyka to, o czym wszyscy chyba już pisali, więc czekajcie na opowieść świąteczną. Warto… będzie i o spieprzonych architekturach i szalonych budowniczych, o duchach i tym, że ludzie nie myślą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Orzeszek… została wyłączona

Pan Tealight i Kwitnij…

„Zewsząd słyszeli te szepty, piosenki, nakazy, błagania, lekkie proszenia, myślowe przymuszania… by rosły, kwitłyby się wiosenniły wszelakie zieleninki, krzewiny i drzewa. Słyszeli je, ale nie brali udziału w onym zaśpiewie. Nie składali nowenn, nie pisali psalmów, po prostu wiedzieli, że natur sama zadecyduje, a Pani Wyspy wciąż piła podejrzany wywar z Zimą, więc sorry misie, ale popada tutaj jeszcze. Może już nie będzie nie wiadomo minus ile, ale będzie minus…

Jednak inni nie dawali za wygraną i wciąż nucili. Fałszując, męcząc uszy, czy też inne organy za nie robiące. Tak po prostu myśleli, że mogą zwyczajnie nakazać naturze by robiła, co im się podoba. Albo one ich kalendarze, które tak lekko zapomniały stare powiedzenia, które odrzuciły wiejskie mądrości…

A ona… ona się wkurzała.

Dziwnie przymuszona.

Dziwnie zaogniona.

Dziwnie niechętna przymusowi.

Kompletnie nienadająca się by jej rozkazy wydawać, do poświęcenia oraz wszelakiej radosności, więc sorry. Nie będzie kwitnienia, będzie to, czego chce. Nie to, w czym najlepiej widzieliby ją inni. Nie to, w czym żyć i trwać nakazują jej wielce modni, przemądrzali i wszelako powtarzalni.

Oj nie.

Nie jej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dobra córka” – … jaka jest dobra córka? Jaka powinna być? I czy naprawdę o tym jest ta powieść? O dobrej, poprawnej, wygodnej córce? A może jednak o czymś innym, a tytuł to zmyłka?

Oj tak, tytuł jest jak najbardziej zmyłką, bo i córka nie do końca dobra i powieść nie taka, jakiej się spodziewacie. No wiecie, nie do końca dobra. Coś w niej nie gra, coś jest za płytkie, coś znowu nazbyt poplątane, ale to chyba taki już styl autorki. Ale sama fabuła, sama opowieść i wstrząsające zaskakujące zakończenie mogą przyciągnąć.

Nasza bohaterka jest… straszna. Rozumiem, że wiele przeżyła, ale jakoś nie do końca pojmuję, że dopiero teraz, że nigdy wcześniej, że jakoś jej to pasowało? Dzieci kochają nadmiernie swoje matki, to się zdarza, ale przecież powinna była chociaż dociekać, ale nie ona… Dlaczego? Przecież nie było jej tak wygodnie. Dziecięciu przerzucanemu z miejsca na miejsce, niemogącemu zawrzeć przyjaźni, poczuć się bezpiecznym. Przecież to opis koszmaru, który znam zbyt dobrze. A jednak, jednak Dahlia nie pytała. Dopiero teraz, gdy wszystko się kończy ona wraca do jedynego miasteczka i domu, który może nazwać rodzinnym, by sobie przypomnieć… ale co? No i tu klops, bo przypomina sobie tak wiele, że szczęka człowiekowi opada i tyle. Wszystkiego tego jest tak zbyt wiele i wszystko jest przewidywalne i sztampowe, że nawet ona tajemnicza druga narratorka tego nie ratuje. Nie no, pewno że powieść w ten sposób zyskała ponadnaturalny lekko smaczek, ale duchów się zbyt wielu nie spodziewajcie…

Ogólnie… można przeczytać. By popatrzeć jak można zepsuć dobry pomysł.

Bo pomysł był świetny, tylko coś poszło nie tak.

Turyścizna

Takie to szokujące i nagłe, gdy człek wyłania się w piątek z domu i oni są dookoła. Napierają na niego, kręcą się, a raczej snują niczym zombie w mocno paskudnej aurze. W szarościach, falościach i właściwie jeszcze tylko brakuje, by zaczęło lać. Na razie zapowiadają kolejne śnieżyce, ale wiecie, się jeszcze zobaczy… ale popatrzmy na nich. Oczywiście, że się nie przyszykowali, więc ze sklepów znikają wszelkiego rodzaju ogrzewacze. Łącznie z piwem i innymi tam, kupowanymi na kartony, walizki, skrzynki, zgrzewki i tak dalej.

Zresztą, po co się rozdrabniać, co nie?

Ale wróćmy do mojego zszokowania.

Jak po prostu jakiś dziki plemienny osobnik, który ludzinę to od wielkiego dzwonu widuje, a teraz nagle walą na niego takie zombie tłumy. Jakby mnie wrzucili do dziwnego, znajomego basenu, ale jednak pełnego obcych rybek. I to takich pod wpływem wkurwa i ogólnej degrengolady. Nie no, ja ich rozumiem, że mieli nadzieję na słonko i wiosenny klimat i tak dalej, ale jednak… bez przesadyzmu. Wyspa wciąż piękna i niesamowita. Zapiera dech w piersi, szczególnie gdy schodzimy z Gudhjemowej górki do siebie. Niby tylko kilka kroków, ale jednak… to wybrzeże!!!

Problem, na który spokojnie Turyścizna może narzekać, to wykopki. A dokładniej cudowna bruzda okolona palikami w wiosennym, pomarańczowym odcieniu, która skutecznie utrudnia poruszanie się po mieście. Ale spoko, kilka sklepów otwartych, lody są i wszyscy ślicznie się nimi cieszą nie bacząc na wiatr. Naprawdę mają z nimi zabawę jak zawsze. I to cieszy. Można zjeść prażone migdały – zajebiste!!! Kupić kartkę, trudniej już ją wysłać, kupić coś świątecznego i dekoracyjnego, a nawet i bombkę, bo czemu nie… Większość miejsc jednak świeci pustkami albo zamknięciem, poza lodami i wszystkim tym, gdzie można usiąść i coś zjeść. Co jak co, ale placki i pizze oraz wszelakie inne tam posiłki mają wielu zalotników.

Siedzą i jedzą, w cieple i wszelkiej zapachowości.

Wróćmy do wykopków… nie mam pojęcia co to było tym razem, ale miasto wygląda strasznie. Serio. Niegdyś Wyspa nie pozwoliłaby sobie na jakiekolwiek nieporządki na czas świąt, ale od kilku lat wszyscy mają wszystko gdzieś. Do tego bałagan. Co ja mówię – kurna burdel. Zamiast krokusów mamy torebkę z Netto, zamiast wiosennych irysów, krótkich i słodkich, jakieś kawałki plastiku. Naprawdę jak nie u nas.

Już nie wiem co się dzieje…

Wiosna.

Nie oszukujmy się jest. Jest w pogniecionych krokusach, w tych, które jeszcze nie wyszły, w onych irysach, które dzięki zabukowaniu się w jakichś niedociętych krzaczorach przetrwały przymrozki i wszelkie śniegopadanie. Natura robi swoje mimo braku słońca, czy też wszelkiego ciepła… które podobno ma nadejść na chwilę jakoś w przyszłym tygodniu i dobić nawet 15 stopni?!!! No nie wiem, pożyjemy obaczymy.

I tyle.

Ale najpierw podobno znowu ma się obziębić, obśnieżyć i tak dalej.

Koniec marca oznacza, że campingi się pootwierały, ale raczej w takich temperaturach, to chyba dziwnych tylko ludzi przyciągają. Zawsze jednak są hotele i wszelakie tam mieszkania i domki do wynajęcia. No wiecie, wsio już gotowe. W niektórych może jeszcze jakieś remonty, w tych prywatnych nawet generalne. Za oknami, które nie zawsze widują ludzi po obydwu stronach ruch… wiecie, wszelakie uśpienie się powoli rozmywa. Już wszystko się budzi chociaż czasem funduje sobie jakąś drzemkę.

Czyli jak co roku…

Że tak powiem, ponownie czas koło zatoczył i budzi się w lekko zmienionym świecie. Tutaj brak drzew, tutaj całkiem ich brak, no i jeszcze ta rudera niegdyś nawiedzona w Gudhjem. Białe pustaki, trochę szkła i brak dachu na wzgórzu odartym z zieleni. Warto zobaczyć, choć straszy i kompletnie nie pasuje do otoczenia. To zielone wzgórze było jakieś tajemnicze i fascynujące, a to teraz jest po prostu straszne, brudne i oszpecające okolicę. Ale co zrobisz? No nic nie zrobisz, możesz się tylko pośmiać, że zaraz obok do kupienia jest działka za takie miliony, że łeb mały. A tak, malutka działeczka, ale wiecie z widokiem, taka, w której dyktują wam jak się macie pobudować i jak ogólnie żyć i jeszcze Turyściznę biegającą pod oknami tolerować, bo przecież dróżki nie zlikwidują, co nie? A… i jeszcze będą owce, które nieźle czasem trelują. To jak?

Kto kupuje?

Kto chętny?

Wiosna, zmiany.

Czyli jak wszędzie. Bo przecież bez tego nie da się. Nie można żyć w stagnacji. No nie można, ale jednak, jakoś tak przecież bezpieczniej, bardziej pewnie, znajomo. Jakoś tak człek ma tyle na głowie, że te zmiany w otoczeniu, to serio dają zwyczajnemu człowiekowi w kość.

No ale… wiosna…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kwitnij… została wyłączona

Pan Tealight i Tajemny Stryczek na Tajemnym Stryszku…

Chatka Wiedźmy miała swój, nie do końca taki tajemny, Tajemny Stryszek i było jej z nim okay. W końcu jakoś musiał dzielić się na górę i dół. No i jakoś tak dach chciał mieć swoją miejscówkę, odosobnienie, ale też… widzicie, był tam Smok Grzejący i oczywiście Muszla Japę Drąca i jeszcze Wielka Otchłań. I tak właściwie, to do końca nawet sama Chatka nie wiedziała co się tam jeszcze sprowadziło razem z Wiedźmą Wroną Pożartą.

Naprawdę.

Bo widzicie, Chatka Wiedźmy bardzo chciała mieć Wiedźmę, więc najpierw, kilka lat temu – a może już u początku swego istnienia, wlazła w jej sny i zapisała się w jej pamięci, a potem czas dokonał swego. Dopełniło się. Stało się. Ale czy spodziewała się tego, co z nią się przywlecze? Chyba nie, ale zbyt głośno raczej nie narzekała. Naprawdę. Było wiecie, o wiele bardziej ciekawie i jeszcze bardziej dziwnie, i intrygująco… i czasem nawet była tym bardzo zafascynowana.

No ale…

Jeżeli chodzi o Stryszek, to był tutaj od dnia, w którym Chatka się narodziła. Był jej częścią jak drzwi, okna i cały ten wewnętrzny kram. Jej elementem anatomii. Czymś, na co nie do końca miała wpływ, ale też świadomość jego istnienia dodawała jej czasem pewności, a czasem wpędzała w kompleksy. No wiecie, w końcu był chudziutki i niziutki i raczej nic się nie dało z nim zrobić… właściwie nie do końca potrzebny. Nie do końca istotny, taki… nie do końca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to śnieg.

Pamiętajcie, że oczywiście i my mamy ono coś dziwnego, co kosztowało wiele baniek i właściwie działa sporadycznie, rzadko i ogólnie mówiąc… no dobra, stok narciarski najprawdopodobniej będzie otwarty w one wiosenne święta. LOL Znaczy jest otwarty, ale wieje tak, że serio mało bezpiecznie do niego dotrzeć. Lepiej zostać w domu… bo przecież pogoń za jajami też raczej odpada…

… chyba jej nie było.

Chyba?

Kurcze, w gazetce o tym nie wspomnieli, a powinni, więc może jednak, może wszystko się odbyło, bo tradycja to rzecz święta?

Może zwariowani na punkcie rywalizacji osobnicy postanowili stawić czoła i ciała mokrości i wietrzności i wiecie, polować na jaja na Bokulu? Bo pada i wieje cały dzień. Mokry śnieg, do tego deszcz. Nie wiadomo, czy pogoda nie może się zdecydować, czy jednak może, ale nie chce? No i te dzieci, zdolne zrobić wszystko dla wygranej?

Kto to wie?

Mi odpowiada pogoda jakby co.

Cudowna wietrzność za oknem, która pozwala ci na wszelaką leniwość i łóżkowatość. Mniam!!! Ale z dniem wiatr spowalnia i wieczorem nastaje dziwaczna cisza. Krojąca człowieka na kawałeczki. Nagle odbierająca ból głowy, ale wtłaczający w nią zbyt wiele pytań, pomysłów, wiecie, wszelki chaos. Nie jesteś już sam, tylko jesteś ze sobą i to zaczyna strasznie męczyć, gdy sobie w końcu nie przypomnisz, że przecież tak jest zawsze. Że przecież świat tak właśnie tutaj działa…

Znaczy… pogoda.

… a w ogóle to Mads się zagubił. Może ktoś widział?

Tak, w tym świecie to jest wielka informacja. Tak serio mam nadzieję, że psiak się znajdzie, ale z drugiej strony zaskakuje mnie, że tak długo to trwa. Bo przecież Wyspa jest mała i komu by się chciało zostawać w tej zimnej aurze na zewnątrz. A może Mads postanowił wybyć w jakąś większą podróż? Może poznał miłą suczkę ze Szwecji, no i wiecie, po prostu postanowił dać ogon. Bo przecież to wiosna, chociaż nie wygląda, a miłość to miłość, więc i pies może…

Poza tym może też się ślizgać gdzieś na śnieżnych pogmatwaniach, albo zwyczajnie wybrał się gdzieś, by pomyśleć. By po prostu pobyć sam ze sobą. Tylko co on je? W koszach na śmieci pewno coś znajdzie, bo raczej, choć wilki do Danii powróciły, to nie na Wyspę. Nie mieliśmy takich mrozów by morze stało się lodową ścieżką, więc nic z tego. Żubery też są na swoim miejscu, czego nie można powiedzieć o dziwnej i bardzo wszystkich zaskakującej sałatce owocowej…

A tak, sałatce owocowej.

Wyobraźcie sobie, że na morzu w okolicach Samsø rozbiły się dwa kutry. Owocowe kutry. No i teraz na plażach piętrzą się banany i awokado. Tak się zastanawiam, czy sobie to wyzbierają, czy po prostu ptaki się tym zajmą. A może ludzie? W końcu banany chyba da się uratować, a awokado dla mnie i tak jest dziwne, więc morska kąpiel im raczej nie zaszkodzi. To kto ma ochotę na sałatkę?

Za darmo…

No dobra, za bilet na Samsø.

Jakby co, mnie tam nie było, więc może warto skorzystać? Ale na bilet mnie nie stać, do tego ten wiatr… lepiej zostać na Wyspie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tajemny Stryczek na Tajemnym Stryszku… została wyłączona

Pan Tealight i Inne widzenia…

„Właściwie, to jak z nią było?

Bo nie wiedzieli.

Naprawdę, czasem nie byli w stanie ni tego zrozumieć ni nawet ogarnąć, zdefiniować, opisać, odmalować. W jaki sposób ona to dookoła i jej i nich to samo, jakoś ono wszystko widziała inaczej. Jakoś tak bardziej pokrętnie, bardziej mętnie, bardziej naiwnie czasem, bardziej intuicyjnie, bardziej jakoś tak wyobraźniowo bardziej… bardziej baśniowo i dziwnie staro zawsze.

Zaprzeszłe…

Po prostu inaczej.

I nie jak inni ludzie. Mimo wszelakich poszukiwań nie udało się im znaleźć drugiego tak pomiętego w środku człowieka. Nie no, pewno z czasem pomnie się i na zewnątrz, ale jednak… na razie w środku. Z czasem, gdy całe to inne widzenie wylezie na wierzch pomnie się ona, ale… nikt przecież nie będzie na nią już zwracał uwagi, bo z ludźmi tak jest, że pozwalają innym ludziom znikać…

Powoli.

I czasem im się wydawało, że i ona zaczęła już znikać. Rozmazywać się na krawędziach, przenosić się po kawałeczku w jakieś inne, może i bardziej do niej pasujące rzeczywistości, albo tylko nierzeczywiste światy, które tworzyła jej własna cielesność, ale niechętnie wpuszczała tam kogokolwiek… czasem się nawet bali tego jej widzenia, tego z jaką łatwością przewidywała ich postępki, odkrywała grzeszki, alb po prostu… widziała i wiedziała. Jeszcze nim o tym dobrze pomyśleli.

A może chodziło o to, że nie chiciała oglądać tego świata jakim był na wierzchu, bo ona powierzchowność była dla niej zbyt bolesna i zbyt nadmiernie pokręcona, okrutna i brutalna, nierówna i bezczelnie pasąca się na wszystkim co mniejsze, bardziej dobrze wychowane, czy po prostu przestraszone… przestraszone tak jak ona, tak na początku życia, co sprawia, że wszystko, ale to wszystko LEPIEJ widzieć inaczej, bo inaczej wcale nie chce się tego widzieć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna…

Ale podobno zima idzie. No zobaczymy, na razie można wyłączyć ogrzewanie. Może i tylko na część dnia, może i tylko na kilka godzin, ale jednak, można… i właśnie zaczął prószyć śnieg. Prószy ino sobie, za ciepło jest żeby został na trawie, ale jednak. Temperatura spada, więc wciąż mam nadzieję na białe święta.

A co!!!

W końcu na czwartek zapowiadają snestorm, w niektórych częściach Wyspy znowu spadł biały puch. Może i stopnieje w ciągu dnia, ale jednak… ale jednak jest śnieg. Niezłe ambarasy biorąc pod uwagę to, jaki był poprzedni rok. Ile kwiatów i tak dalej. Może to zemsta za ścięte drzewa? Ja bym się pomściła. No co… drzewa potrzebne bardziej niż widoki, ale jakoś to chyba nie priorytet by sobie oddychać lepiej, lżej i tak dalej. Wiecie, mocniej, pełniej, czyściej…

A na plaży?

Na plaży spokój.

Wszelakie cudowności na szczęście przetrwały. Cała ona architektura dzięki temu, że plaż wiele i szerokie, miejscami siedzi sobie nietknięta i aż prosi się o ustawienie szpiegowskiej, maciupkiej kamerki i podpatrywanie sobie kolejnych drobinek piasku, które tańczą w tym przyziemnym wietrze… i może jeszcze te pojedyncze płatki śniegu opadające początkowo tak spokojnie, a dopiero gdzieś nad ziemią wzbudzające się, budzące, tańczące, podskakujące, albo zabierające się za talię na zimę i wiecie…

… zumba!

Gdyby tak mieć taką kamerkę, albo wytrzymałość własną, no ale ile można leżeć na plaży? Ja w lecie nie mogę, a co dopiero zimą, tudzież podobno wiosną?

Ale wyjdźmy przed Chatkę

Dookoła dziwna, zmarniała zieleń. Taka wiecie, przeżuta i wyrzygana całkiem. Jakaś taka niewymowna, jakby straciła nocą niewinność. Może to wina mchów, które nagle pożółkły? Ale przecież mają całą masę wilgotności, więc dlaczego? Z kwiatków ino stokrotki. Dzielne, właściwie trzymały się przez całą zimę. Nie wiem jak one to robią i skąd czerpią tę siłę, a może jednak… są magiczne?

Kto to wie?

Oczywiście przyglądają im się wrony, bo te to zawsze są dookoła Chatki. Pewno chodzi o jedzenie, ale wiecie, człowiek se wmawia, że to przyjaźń, natury promocja ludzkości i takie tam. Smuteczek… naiwność. Czarne i szare. Piękne takie, niektóre człowiek nauczył się rozpoznawać, inne znowu zdają się być nowe, świeżutkie jakieś, pewno zeszłoroczne. No i mewy, ale te przybywają gdy naprawdę jest coś do żarcia. Tupią czasem na dachu tak mocno, że człowiek się zastanawia, czy nadal mamy tam coś między dachem i głową, czy nie… a przecież jest ów Tajemny Stryszek

W jaki sposób tak bardzo je słychać? Wiecie i wrony i mewy. To ono tupanie, jakby ktoś ci deskę centralnie nad czółkiem ustawił a po nim biegały upadające czasem modelki. I to takie przytyte. W jaki sposób dźwięk, pewno wzmocniony przez namiotowe sklepienie strychu, dociera do śpiącego człowieka sprawiając, że ten nagle słyszy coś tak bardzo dziwacznego, tak bardzo… niepasującego do jego obecnej teraźniejszości, że nie tyle się budzi, co przemienia…

W coś innego, w swym śnie.

Ale nic to… bo wieczór przyniósł biel totalną za oknem, a przez to, że wieczór ów następuje po zmianie czasu, więc godzina 19ta, to wiecie, wciąż jeszcze jest jasna i trochę dziwnie to wygląda, ale… chciałam śniegu i wiecie co, to wszystko wygląda jak w pierniczonej bajce. I od strony ogródka i od strony sąsiada. Po prostu pięknie. Maleńkie poduszeczki w różnych miejscach, na liściach i gałązkach, na trawniku, mchach i krzakach. Na choineczkach i jeszcze tańczą w powietrzu… jakby nie mogły przestać.

Jakby chciały przeprosić, że na Jul nic nie było…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne widzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Balonik…

„Trząsł się i telepał na gałęzi… zapomniany, przeterminowany. Wiecie, taki balonik w kształcie Mikołaja, tego ze świętych. Znaleźli go zaraz za zakrętem, chcąc wyprawić się na dłuższą wędrówkę, ale nagle jakoś im przeszło. Ona już nie chciała, on odczepił balonik, dopompował i postanowił, że ponieważ ona tak nienawidzi Wielkanocy, to znowu zrobi jej Merry Christmas.

Bo może…

Lekko go obczyścił, dodał ładną wstążkę i powiesił u drzwi Sklepiku. Jakoś tak na zachętę, wiecie, miał nadzieję, że ona przyjdzie do nich, ale spoglądając na pogodę, na tą wietrzność, mokrość nie do końca będącą oną zimową, to jednak… jednak jakoś tak po godzinie zdjął balonik, wprowadził go do środka, cieplejszego i suchszego, no i czekał dalej. W końcu stracił nadzieję. Po prostu, czasem przychodziła, czasem nie. W rzeczywistości nie było w jej odwiedzinach jakiejś regularności, ale gdy nie pojawiała się przez dłuższy czas, zaczynał wpadać w panikę, bo…

Bo ostatnio… ostatnio jakoś bardziej mu jej brakowało i wpadał w dziwną panikę, gdy tylko do szarej głowy zakradła mu się myśl, że ona może zniknąć. W końcu przeniknąć w inny świat i już tam zostać, albo tak dobrze czuć się w swoim czasie, że tam już zostanie, albo ktoś ją tak pokocha, że po prostu wciągnie ją do swojego świata i już nie puści. Nigdy w życiu. W życiu wszystkich… Czy to znaczyło, że się aż tak od niej uzależnił? A może tak naprawdę zawsze była w nim?

Czekała.

Deszcz bębnił o szyby, o dach, ale dziwnie pod takim kątem, jakoś tak, że wygrywał posępnie żałośnie smutną melodię i naprawdę go dobijał. Wiedział, że na lubiła taką pogodę, więc pewno była w domu. Może czytała, może pracowała, szukała krzyżyków, może jednak bawiła się, może wymyślała coś… coś, co odciągnie ją od niego, coś co sprawi, że zapomni o nich wszystkich…

Taaaak… Pan Tealight źle reagował na wiosnę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gdzie jest Mia?” – … no właśnie. Kto uwierzy matce? Czy może znajdzie się ktoś?

No dobra, może i filmowo pamiętam kilka takowych obrazów o zagubionych pociechach, różnorakich, raz dzieci były, raz ich nie było, istniały lub nie, porwane, zjedzone, kompletnie urojone, dziwnie chciane, a może naprawdę tylko zarysowane w pamięci, zagubione gdzieś tam w czasie i przestrzeni… więc wiecie, nie oczekiwałam wiele. Ale to, co dostałam, nie do końca spełniło moje oczekiwania. Cała historia jakoś tak się nie kleiła. Pomieszanie chronologiczne fabuły, dziwne postępki matki, przewidywalność… No serio, jak kto mógł się nie domyśleć co się stało? Serio?!!

Dobra, powieść jest niedopracowana, przewidywalna i jak dla mnie… dziwnie odpychająca. Zmęczyłam ją. Naprawdę. Znienawidziłam główną bohaterkę i nie zależało mi wcale na rozwiązaniu tej sprawy. Jej mąż to piece of shit, a cała powieść sklejona z obrazów, które wnoszą dziwnie za mało by wczuć się w ból matki. W to wszystko, co zwykle dzieje się w związku po zaginięciu dziecka. Jako czytelnik przez cały czas stałam gdzieś obok, jak jakiś całkiem obojętny obserwator, a takie powieści powinny nam skakać po wątrobie, walić po łbie, ściskać za serce i naprawdę wpływać na postrzeganie świata.

Ta tego nie robi. Jest po prostu za słaba. Albo ja mam ich za wiele za sobą. Może dla początkującego czytelnika się nada?

Kolejne dni w raju…

Na plaży wieje…

… w mieście wieje mniej i jaja na dwóch drzewach lekko ino się chybotają. Po prostu jak zwykle. Morze piękne. Czystość wody maks, niewielkie fale, pływać można. W mieści masa ludzi do 14tej – bo to sobota. Potem nagle wszystko pustoszeje. Podobno po wielu latach po raz pierwszy Kvickly w Rønne będzie zamknięte w święta. Zwykle nie było, bo jest przy plaży i podpadało pod jakieś ta prawa, ale teraz prawa sklepowi odebrano, więc kanał. Niby nie do końca, bo po prostu trza będzie kupić paczkę mrożonych bułek i tyle, ale… ale w świecie, gdzie w święta wszystko winno skupiać się na Turyściźnie, to trochę mocno śmieszne. Bo sorry, ale jak oni przypłyną, to przecież nie będą ze sobą ciągnąć oczywistego żarcia.

Ale co tam, nielogiczność to ostatnio nasz wyznacznik. Robią wszystko, byśmy wyszli na durniów i idiotów. No sorry. Nie obejrzałam jeszcze nowego centrum przy ruinach, ale już wiem, że nabędziecie tam czipsy produkowane w Szwecji, oraz ceramikę z Portugalii. I pamiętajmy, że mówimy miejscu, gdzie co najmniej połowa ludności to artyści. I oni się dziwią, że ludzie stąd spieprzają.

Nie da się żyć wyłącznie naturą…

Tylko dla mnie, nie można żyć bez niej. Po prostu nie można. Siedzenie – nawet w wietrzny, słoneczny, ale chłodny dzień na piachu pod brzozami, obserwowanie piaszczystej strony, która mocno ucierpiała podczas sztormów i powiedzmy sobie szczerze, bardzo się zmieniła… wdychanie onej świeżości i chyba psiego gówienka… no wiecie, natura, to jednak coś, bez czego już nie umiem sobie poradzić. Nawet jak nagle dorywa cię pies, a właściciel cię opieprza, gdy zwracasz mu uwagę, że w lesie pies powinien być na smyczy. Właściwie, szczerze, to znowu nauczyłam się uciekać, kryć się i zamykać od razu samochód, gdy tylko wsiądę. No wiecie, jak kiedyś w Polsce. Po prostu jest niebezpiecznie. A nawet jeśli znajdziecie gliny, to nie mają dla was czasu. Bo wiecie, pewno frokost kurna!!!

Jest gorzej. Drogi w mieści… hmm, czy winnam wspominać, że miasto znaczy Ronne? Może powinnam, więc wspomnę… no więc one drogi straszne. Pomysł idiotyczny z klombami na szosie – wiecie, zamarzyło im się, że i ludzie będą mieli deptak i auta jeżdżenie – na szczęście został zlikwidowany, ale nie wszyscy zostali chyba o tym poinformowani. Dodatkowo uważajcie na pasach. Nie ma już pewności, że auto się zatrzyma jak to drzewiej bywało i wszyscy karnie się zatrzymywali na widok czekającego pieszego.

Uważajcie…

No bo jest źle.

Czy można żyć tutaj tylko i wyłącznie z powodu natury? I to takiej, którą systematycznie niszczą? Zaczynam wątpić.

Ale ten piasek na plaży, te brzozy i sosny pokrzywione. Takie jakieś inne, takie cudowne, takie wciąż zielone, takie, wcale nie do końca przekonane, że będzie wiosna. I wcale im się nie dziwię, w nocy było 5, ale na minusie!!! Podobno przyszły tydzień może zaśnieżyć. Zresztą wciąż trzymają w niektórych miejscach spore kupki i czapy śniegowe. Przebiśniegi się przebiły, na stokach nasłonecznionych potworzyły niezłe plemiona i kolonie, ale jednak, jakoś tak…. wszystko to wygląda dziwnie niepewnie.

Tymczasowo.

Hmmm… rzeczywiście gadanie o pogodzie to super pomysł, serio. Pogoda jest apolityczna i raczej wpływ na nią mamy pokrętny, więc… pogadajmy o pogodzie. O kamieniach porośniętych onym zielonym sałatowym czymś, które mieni się w wodnistej przestrzeni. O tych falach uderzających rytmicznie, o onej kryształowości, dwóch głowach bujających się w wodzie. Ale nie ma to tamto, całkowicie zawinięte w pianki. Nawet na twarzach je mają. Ledwo im oczy i usta widać. Kurcze, ci ludzie tacy mało wytrzymali. Nawet w tych piankach dygotają jak martwiaki jakie w sporym prądzie, zamiast popływać, rozgrzać się i wyleźć, a nie cyrkować.

Ale może lubią dygotać.

No a teraz piasek.

Oczywiście byliśmy na plaży pod Rønne, więc… śliczniuchny i mięciuchny, lekko grząski. W wodzie wielkie głazy i mniejsze, wszystkie gładzone wodą przez wieki, więc wyglądają jak grzbiety jakichś potworów, czy innych tam stworków. A może to statki kosmitów? Kto to tam może wiedzieć? W końcu nikt nie zapukał i nie zapytał, czy wejść można, tudzież z kawą i kwiatami nie wita przybyszów. Może przecież dopiero się obudzili? Może śnili przez wieki mocniej zakryci, a nawet miejscami całkowicie…

Choć może to potwory?

Kuzyni Nessi, tudzież dinusie, które zwyczajnie przetrwały, bo tak, bo mogły i nic im nikt nie mógł zrobić. Zmutowały karmiąc się tym, co znalazły w głębinach, a że tam śmieci, to wiecie, dziwne są, ale jak najbardziej współczesne. Albo może raczej drugowojenne. Ech, wyobraźnia ratuje człowieka przed rzeczywistością. Czasem wydaje mi się, że wariatami są właśnie ci, którzy wybierają teraźniejszość.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Balonik… została wyłączona

Pan Tealight i Piękno…

„Wszystko zaczęło się od kolejnej kłótni pomiędzy Księżniczkami, Królewnami Po Best Before i Wiedźmami z Pieca. Gdy tylko coś ono zawisło w powietrzu, wiecie, to coś, co sprawia, że się baby za kudły biorą, bo akurat mają taką ochotę, ono dziwne coś, co na sekundy przed rozpoczęciem wszystkiego ostrzega tych o zawsze niespokojnych duszach… Wiedźma Wrona Pożarta od razu złapała Pana Tealighta za jego nowy sweterek z dziwnie tęczowym golfikiem i zbyt długimi rękawami i obydwoje dali wszystkie posiadane i te wymarzone, nogi z miejsca zdarzenia. Serio, żadne z nich nie chciało brać w tym udziału.

Czy stchórzyli?

To oceni przyszłość, Jebana Historia, Wszelaka Ocena i takie tam… wiecie, one gromady ludzi, które wolą patrzeć na innych, niż na siebie i wydawać opinie. Cenzurki wypisywać, znaczki skarbowe na nie lizać i tak dalej. W trakcie lepiej uciekać, a nie stać jak durny i być wielce tam Świadkiem Historii. To się serio nie opłaca, naprawdę. Oni przekonali się o tym już tyle razy, że woleli…

Nawiać.

Zresztą, gdzie bab się tyle bije, ta co spieprzyła korzysta!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, znowu poranek zaśnieżony.

Tak wiem, wiosna.

Ale trudno oderwać wzrok od tego wiatraka, żywopłotu, lasku w niewielkiej oddali, pola z mewami, wron, ptaszków w karmniku, ptaszków dookoła karmnika, choineczek w doniczkach i innych drzewek… onych czereśni… moich najpiękniejszych strażniczek, trawnika, głównej choinki, światełek, co dogorywają w carporcie… wszystkiego obsypanego puchem, z poduszeczkami na gałązkach, cudownie jakoś tak opudrowanego, olukierowanego.

Po prostu bajka!!!

Nie da się nie zachwycać.

Zresztą, nie czekam na wiosnę. Nie jestem zainteresowana jej ofertą i tak dalej. Gdzieś mam jakąś dziwną radosność, którą to podobno ma przynieść – jak co roku – i szczerze nienawidzę tych świąt!!! Po prostu no nie wiem co ze mną nie tak, znaczy wiem, nie lubię porodów i tyle, zmian oraz wszelkich opisów chrześcijańskich, ale… żeby aż tak tego wszystkiego nienawidzić? Przecież są króliczki, kurczaczki… bleee, małe kurczaczki strasznie cuchną, trzeba je pod lampą trzymać i wciąż srają, yyyy, może to dlatego, że to wiem? Kurcze, możliwe. No i te owieczki, baranki, krzyżyki niemoje.

Nie… to nie dla mnie.

Omijam więc świąteczności.

Na szczęście u nas są one skromne, w sklepach z każdym rokiem coraz mniej, jakby puchatość króliczków i dziwna niewinność owieczek – wiecie, cały ten poganizm, pod którym podpisuje się obecnie tzw. Kościół, był naprawdę nie na czasie… i wiecie, spacerowe. Żadnego gotowania, sprzątania, po prostu wolne i już. W końcu można się wyspać, odpocząć i jeszcze może się wiecie, mocniej wyegzaltować z onej, dziwnie bolesnej, codzienności?

Księżna Koronna się spojawiła, ale pogoda nie dopisała.

Biedna H. K. H. Kronprinsessen Mary wyglądała jak zwykle ślicznie, o wiele młodziej niż brytyjska Catherine, która jest przecież wyłącznie diuszesą, przynajmniej na razie; w także zielonym płaszczyku – czy to moda, czy wspomnienie po świętym Patryku – wysokich botkach i rozpuszczonych włosach. Przy niej to wszyscy wyglądają jak dziunie. Serio, nabrała onego królewskiego szlifu. Nie żeby patrzyła z góry na ludzi, wywyższała się, czy coś, wprost przeciwnie, ale wiesz, że koleżanki do szklanki z niej nie będziesz miał. Po co przybyła? No wiecie, poświęcić to ono widowisko, które pochłonęło masę milionów, ale dziury w drogach nadal mamy. Jaki sens w tym wszystkim? Ja chyba nie widzę. Znaczy kompletnie żadnego nie widzę. Bo taką kasę, TYLE kasy można było wydać inaczej. Na ekologiczność, czystość, na wszelakie uturyzmienie leniwości Tubylców

Można było…

I tyle.

Dobra, zgadzam się.

Ono cudo jest fascynującym pokazem architektury serio, ale to co musieli zniszczyć, te skały, drzewa i tak dalej, to strasznie mocne poświęcenie… dla mnie zbyt wiele. Że niby ruiny teraz lepiej widać? Bez przesady, przedtem też było je widać. Tylko wiecie, trzeba było ruszyć tyłek, a teraz, teraz ludzie będą parkować i siedzieć i się gapić nie ruszając dupsk kompletnie. No i drogi… właśnie, jak ich wytrzęsie na tych naszych obecnie drogach, to ja nie wiem czy wciąż dobrze będą się czuli. I wiecie, czy docenią całe to oplevelse. Czy będzie im się chciało czytać tabliczki?

Może w weekend uda mi się obejrzeć wszystko. Czwartkowe otwarcie mimo wszelakiej darmochy nie przyciągnęło tłumów z logicznego powodu – tłumy w robocie były. No kto to widział robić takie rzeczy w dzień całkowicie roboczy i kończyć je dokładnie wtedy, gdy ludzie wracają do domów? Ech… widać braci pracującej się muzyczki i inne tam darmoszki nie należą, jak zwykle.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piękno… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar Jakzwykle…

„Czy uznawała je za sny wszystkie?

A kto to może teraz wiedzieć? Po tylu latach pewnie sama się gubiła w stworzonych przez siebie definicjach, ale ponieważ ostatnio strasznie smarczyła… więc wiecie, spała mniej, dziwaczniej i pokrętniej. Dlatego tak jej pilnowali.

Na pewno wyglądało to dziwacznie, gdy tak nad nią wisieli. Od pewnego czasu już nie stali, siedzieli, czy przycupywali w rogach posłania, już im się nie chciało, a niektórzy – znaczy większość – po prostu się bali. Bo wiecie, te jej sny czasem wyłaziły i robiły Buuu albo kawę, nagle zadzierały fartuszek i zaczynały coś piec, o czym zapominały i trzeba było interweniować, czy coś w ten deseń, więc… więc ostatnio wysyłali nad nią Wiszące Wszowidzące Oko. Znaczy poza Tym, Co Czuwa, który zawsze się na nią gapił pokrętnie, obleśnie i silnie karalnie, i który oczywiście zawsze obrzydliwie i wrednie milczał. Ale nad nim nie mieli wpływu. Nawet Pan Tealight od jakiegoś czasu zaprzestał poszukiwań celu, w którym naprawdę go stworzył, bo przecież musiał chyba? A przynajmniej brać udział w jego transporcie, czy malowaniu, no wiecie, w końcu Przedwieczny. Nie pamiętał… ale ostatnio uświadamiał sobie, że niepamięć to rzecz dobra, więc olewał sprawę.

Mocno.

No więc wisieli i tyle… podglądali.

Bez wyrzutów sumienia, raczej z Wyrzutem Sumienia, z którego serio wścibska bestia jest. Robili sobie herbatę i tak jak inni telewizję, czy youtuby wszelakie, lub porno… po prostu patrzyli. A było na co. Bo było dziwacznie i strasznie i pokrętnie i co najdziwniejsze, przez właściwie cały czas.

Cały kompletnie czas, więc jak miała wysupłać z tego gorsze i lepsze momenty?

No jak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna…

Znaczy no dobra, zapowiadają jeszcze mrozy, ale na razie wiosna… kwiatki wylazły, jakby po prostu chciały udowodnić, że to już czas, wyrobić normę. Krokusy nie przetrwały. Nic a nic. Poza tymi w mocno nasłonecznionych miejscach marnie skończyły pod śnieżnymi nawałnicami. Podobnie ze śnieżynkami. Nic z tego nie będzie. W większości miejsc nawet dzielne, kochające zimno ranniki się nie odważyły… czy to powinno coś nam powiedzieć? Może jednak zimowość jeszcze wróci?

Wiecie, że ja nie mam nic przeciwko… ale też doskonale zdaję sobie sprawę z tej całej wegetacji i tak dalej.

No mniejsza.

Poza tym na Wyspie jak zwykle. W końcu więcej ludzi przyznaje się do tego, że zostały zaatakowane przez psy. Policja jednakowoż nie ma dla nich czasu, więc polowanie nadal trwa. Serio uważam, że to prawo ze strzelaniem było dobre. Nie po to by strzelać do zwierzaków, ale dlatego, że były pod kontrolą. Nikt nie puszczał ich samopas, każdy trzymał na smyczy i wiecie… była jakaś cywilizacja, ale teraz, samowolka. I spróbuj coś powiedzieć. Od razu cię zjebią. I to mocno. A tutaj jak dają komuś zjebkę, to idzie taki błyskotliwy ostracyzm, że aż człek staje i niedowierza. Naprawdę niedowierza, że ludzie tak potrafią. A potrafią wybitnie. Od razu na wszystkich frontach. I mejle i do gazety i listy pisane i internet… Po prostu idą na całość totalną. Bezsprzecznie zaskakującą. I nie wierzę. No przecież… to Dania. Ale, w końcu spadliśmy na trzecie miejsce w rankingu onych najszczęśliwszych państw, więc… jeżeli chcecie szczęścia to do Norwegii i Finlandii. Aczkolwiek jeśli chodzi o ten drugi kraj, to mam garstkę fińskich znajomych i wciąż nie mogą uwierzyć w oną szczęśliwość…

Ale, może jednak tylko perkele i picie? No wiecie, ktoś dołączył do badań one rachunki za procenty i jakoś tak… Bo serio, jakie były kryteria?

Szczęśliwość, to takie niesprecyzowane pojęcie przecież… Co zbadać? Poczucie bezpieczeństwa? Dostępność do szpitala, gliniarzy, wojskowości… a może jednak tylko uśmiechanie się? Bo jeżeli to, to przecież większość z nas udaje, gdy jest taka potrzeba. A ilu udaje da badań? Zresztą, kto to sprawdzi? Niskie podatki? Wysokie podatki? Potwory, legendy, mity…

… a może to Rosja?

No dobra, Wyspa panikuje. Jest to dość dziwne, ale jednak z czasem zaczyna być nie tylko zrozumiałe, ale się i udziela. Oczywiście wszystko się rozbija o dno morza, o linię gazociągu, czy innego tałatajstwa i to, że Niemcy tego chcą, a my nie, no a to wszystko oczywiście jest made in CCCP, więc… już to, że ganiają się po niebie i przepędzają spod granic, człowieka wyprowadza z normalności, ale to, co teraz dzieje się w głowach ludzi… ech… Nigdy bym nie pomyślała, że ludzie tutaj wciąż żyją z tym lękiem przed wojną, że są tak bardzo przerażeni, że dla nich to jest takie…

… MOŻLIWE.

A może to znowu tylko nagonka mediów?

Ale ja mediów nie słucham.

PS. Czy ja mówiłam coś o wiośnie? Bo od kilku dni co rano biel na zewnątrz, która powoli topnieje i zmienia się w oną, teraz dziwnie wątpliwą, zieleń. Czy chciałabym żeby biel została? Wiecie, wredna jestem, więc TAK!!! Lepiej czuję się w zimie, ale przecież zima nie może trwać wiecznie. Chociaż, może… jak na razie zmiotła z ludzkich zamyśleń święta w ciepełku i kolorkach. Ma być mroźno i biało. Ale to się jeszcze zobaczy. Wiecie, powiedzmy sobie uczciwie… co jak co, ale Wyspa sam decyduje co ma być, jak i kiedy.

Kurcze… czy u was też pojawiają się takie reklamy wszelakiego strzelania? No wiecie, niby paintball, ale jak reklamują to z wizerunkiem dzieciaka i tekstem: strzelanie jest fajne, to człowiek czuje, że coś jest nie tak z tym światem. No bo nie dość, że strzelanki w kompie, strzelanki w telewizji, to teraz i rozrywka w postaci strzelanek? A ja nadal uprawiam groszek na swojej farmie.

A co…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar Jakzwykle… została wyłączona

Pan Tealight i Łapacz Chmur…

„Znalazła go na spacerze.

Ot tak po prostu czasem się zdarzało i tyle… nie wracała z nich sama i właściwie, właściwie już do tego przywykli, ale nie do końca. Czasem się bali, czasem byli zaintrygowani, a czasem woleli tego nie zauważać. Ale ten mały ludzik, zdający się mieszanką szklanych kropel, nie wydawał się groźny. Był nawet słodki z tymi wielkimi oczami, sporymi, zaokrąglonymi uszkami i wielkim noskiem… siąpiącym i ciągle przecieranym chusteczką zdobioną w fiołkowe koronki i małe kwiatuszki na batystowej, dziwnie czystej, choć używanej raczej, kwadratowej powierzchni.

Znalazła go, a może to on znalazł ją?

Nie wiedzieli i rodziło to wiele niepokojów, ale tak naprawdę, to przecież chyba im nie zagrażał. Może byli trochę zazdrośni, bo teraz jemu poświęcała więcej uwagi, ale jednak… ale jednak nie było źle. Jakoś tak pasował idealni do tego miejsca, no i na dodatek umiał łapać chmury.

… a z chmur robił torty i wszelakie desery, ciepłe, letnie, miękkie i twarde, zimne i całkiem galaretowate, mieszane, monochromatyczne i bardzo kolorowe, fluorescencyjne i takie wiecie, bardziej babusiowate. Stare i nowe. Wszelako znajome w smaku, albo przynoszące zaskakująco nowe doznania. Albo wiecie, te proste, albo skomplikowane, albo te tak bardzo wyuzdane, że wymagały dni, by się ustać, okrzepnąć, by być gotowymi by je zjeść… Po prostu nie można było go nienawidzić, gdy tak latał dookoła i pozwalał wylizać wyłączony mikser. Albo trzepaczkę. Albo wiecie, tą wielką, drewnianą łyżkę. Albo miskę, ale to tylko wybranym…

A wszystko pochodziło z chmur… które tylko on potrafił łapać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Córka króla moczarów” – … czy specyficzna? No oczywiście, że tak. Mocno TAK!!! Wyobraźcie sobie doskonałe, cudowne, swobodne dorastanie, a potem zderzenie się z wiadomością, że to wcale nie tak, że to wszystko kłamstwo. Że ojca macie nienawidzić…

Ta powieść to niesamowity, psychologiczny pokaz zniewolenia oczami dziecka. Ono go po prostu nie widzi. Czasem coś czuje, ale tak naprawdę jest szczęśliwe i kocha swojego ojca. Niczym te dzieci wychowane przez zwierzęta i las. Całkowicie nierozumiejące, że może być inaczej, że to jest złe. Ale zawsze przychodzi ten moment i dla naszej bohaterki też przyjdzie i wtedy wszystko się załamie, zapadnie, ale uczucia… wciąż pozostaną. Czy może być dorosłą, sprawną umysłowo osobą? A może po prostu powinna ze sobą skończyć? Bo gdy wszystko na nią spadnie i potwór powróci, miłość może sprawić, że przegra, a wtedy, zginą i inni… gdy przeszłość powróci…

Ta powieść jest niesamowita.

W tak genialny sposób pokazuje umysł dziecka, którego nikt nie informuje, że jest więźniem tak naprawdę, które kocha swoich rodziców a jego najbardziej. Po prostu genialna! A finalna scena… ech, zwyczajnie warto. Warto gdy kochacie kryminały, sensację czy powieści sfiksowanie familijne. Gdy kręci was antropologia, socjologia i psychologia. Gdy wymagacie od powieści czegoś więcej.

I powiało.

Teraz posprzątać i wiecie, chyba szykować się na wiosnę, co? A już na pewno na ferie świąteczne!!! Po prostu nie mogę się ich doczekać. Otworzą na chwilę sklepy… oczywiście tylko te, które przetrwały zimę i może, może jednak ten zniszczony zakątek śnieżyc jakoś przeżyje? No wiecie, może jednak? Chronione w innych miejscach, tutaj pały ofiarą idiotów, którzy stwierdzili, że wytniemy sobie, podepczemy, rozwalimy, rozkopiemy i w ogóle… rozjebiemy brzeg. Bo i po co te drzewa, przecież korzeniami drogi nie trzymają, co nie… wiecie, w Saltunie droga biegnie sobie radośnie właściwie nachylając się już ku wodzie. Podtopienia są częste, podczas deszczowych dni i nocy zalewa ich tam nieźle, dodatkowo… cuchną, a jednak, wolą wyeksmitować drzewa na zawsze. Wytłumaczcie mi logikę onych zdarzeń, bo chyba nie rozumiem… ale co tam ja. Nie dość, że obce, to na dodatek kobieta, wiecie… głupek.

Ale nic to, bo idą ferie. Turyścizna się pewnie troszkę zjedzie, znowu trzeba będzie uciekać przed psami, ale co tam, wliczy się to w zachowania obronne, ćwiczenia w obronie cywilnej oraz wszelaki jogging. Bo z ludźmi nie wygrasz. Wiecie, no oni jakoś nie słuchają, a jednak słuchają, ale nie myślą, czy coś?

Nie wiem…

Mniejsza… otwarte lody i frytki.

No po prostu cywilizacja jak nic. Nie żeby mnie kręciły, ale jednak, powinien się człowiek cieszyć, a może tylko zastanowić na jak długo zamkną przybytki po feriach? I jak to w ogóle będzie teraz z nowym przewoźnikiem już na maksa i całoroczną dostępnością dla Niemców. Bo jak ktoś na mnie: haltnie, to szczątkowe DNA po Babci, co to na przymusowych wakacjach była w Niemclandzie, mogą się wiecie, uruchomić dziwnie. Oj mogą. Ja już nie wiem co z tymi ludźmi. Czy oni wszędzie są tacy niemili? Wiecie, no przecież każdy ma swoją Turyściznę!

… uciec do lasu?

Może uciec do lasu, ale przecież i tam nagle na człowieka wpadają. Dlaczego nikt nie szanuje czegoś takiego jak cisza. Przecież tyle trąbią o naturze i jej walorach wszelakich, a jednak… cisza z Turyścizną zanika. Mam nadzieję, że nie zaniknie z nowym włoskim sąsiadem. No… auto się pojawiło, dumnie wkroczyła do domku kanapa, ale człowieka na razie nie widać. Ale nic to. Co do mnie, to ja tam mogę mieszkać obok kanapy, serio nie jestem rasistką czy kanapofobką. Czy wolałabym dwa fotele?

Pewno tak, ale w swoim domu!!!

Wiatr ucichł.

Potem nagle zniknął i dziwnie jest pusto bez niego. Przeraźliwie tak. W niektórych miejscach jednak wciąż możecie natknąć się na kupy skostniałego z ciepła śniegu, zamrożone drogi. Sopele na skałach… na przykład w takiej Krowskiej Dolinie… jak tam niesamowicie. Te brzozy i iglaki. Drugie wciąż zielone, logiczne przecież, a brzozowe witki w blasku słońca, które obmyło zeszły weekend, cudownie świeciły się różami i fioletami. I ten rąbany błękit nad głową i tylko szemranie strumyka, zeschnięte trawy, plamki śniegu, ślisko miejscami, ale idziesz… bo choć wieje, to między drzewami przecież spokój, no i to światło, tak dawno takiego nie było.

Prawdziwie Rajskie to Wzgórza. Serio. Warto zobaczyć, bo wiecie, zaraz zetną i po ptokach będzie, chociaż, skał przecież nie usuną, wody może też nie zamkną… uuuu smrodek nawożenia przebija się poprzez gołe gałęzie… ech, no jak nic idzie wiosna, choć w tym roku przysięgam, orali i nawozili i zimą, jakby chcieli wymusić znowu na ziemi bidulce podwójną zbieralność. Kolejną wegetację wydusić z tych ciemniejszych i jaśniejszych bruzd. Z onych czarniawych i brązowawych bruzd żyzności… dziwnie umęczonych… cierpiących prawie.

Ale tutaj w dolinie tylko cisza i trochę wody poza strumieniem… tak sobie myślę, że gdyby nieźle popadało, a nawet więcej – podtopiło – którędy popłynęłaby sobie woda. Gdzie narodziłyby się nowe rzeki i wodospady? Nie da się o tym nie myśleć słysząc to całe skraplanie i skapywanie… oną wilgotność…

Wiosna…

PS. A jak zauważycie dziurę w dachu, na przykład wynajmując domek na Dueodde, to pamiętajcie, że może być sporo wart on kamień, co ją zrobił. A tak, jak coś z nieba spada, to wiecie, się meteoryci.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łapacz Chmur… została wyłączona

Pan Tealight i Inne głosy…

„… a wszystko przez jej zatkany nos.

No dawno nie była tak chora, wiecie, obsiąpiona dosadnie dookoła ust i nosa, wielkiego, większego niż zwykle, zasmarkana, właściwie nie tyle zasmarkana, co z wyrazistymi, małymi wodospadami cieknącymi jej z dziurek od nosa. Opuchnięta, umęczona, bolesna… kaszląca, usznie nie do końca świadoma dźwięków, dziwnie miękka, poruszająca się w pokrętnie miękkim świecie…

Naprawdę, Wiedźma Wrona Pożarta była chora i co gorsza, ciągnęło się to już drugi miesiąc, ale teraz jakby się zaogniło. Jakby chciało jej pokazać, że może. Że przecież zarazie wolno wszystko i zaraz jak najbardziej wybiera sobie cele i miejsca. Bo kto ją zatrzyma? Świat, w którym antybiotyki już nie działają? Zresztą, przecież to chyba tylko katar? No wiecie, logiczne przeziębienie…

… więc o co ten krzyk?

Ale czym było wcześniej?

Grypą? Taką, która mutowała w coś, co winno być mniejszym coś? A może jednak… po prostu zmieniła się? Wiecie, choroby zwykle brzmią tak kobieco… więc dlaczego nie mają się zmieniać. Zmienność to przecież tak bardzo rzecz kobieca. Czyż nie? A może jednak to nowy rodzaj zarazy?

… no ale, chodziło o to, że przez chorobę się jej wymiary pomieszały, drzwi i kluczyki, wszelkie cudactwa, które tylko ona widziała i… nie dość, że słyszała dziwne rzeczy, to jeszcze w całkiem pokręconych tonacjach!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

No weźcie, przecież dawno aż tak nie wiało. LOL!!! Należy o tym wspomnieć. Może i świat dookoła mnie serio dostaje fioła na punkcie mikroplastiku w morzu i wodzie pitnej, to jednak ja, świadoma swojej własnej niemożliwości uczynienia czegokolwiek postanowiłam się rozchorować na amen z pacierzem, nowenną i psalmami na dodatek. A tak Dania sfiksowała na punkcie mikroplastiku, co oznacza, że pewno podniosą nam podatki i tyle. Bo przecież jak w każdym kraju podatek samochodowy na drogi nie idzie, tak i ekologiczny pewno z ekologią nic więcej wspólnego niż nazwa nie ma.

Po prostu nic ino zakończyć żywot.

Serio.

Z jednej strony plastik, krzyczą na tych noszących torby wieloużytkowe, że podobno współczesny plastik się rozkłada tak fajnie, a ja dobrze pamiętam, że jak zakazali darmowych torebek w sklepach to w końcu przestały wisieć na drzewach, a teraz… znowu wrócą plastikowe ptaki. I nie, nie ma – poza onym plastikiem z roślinek – takiego, który się całkowicie rozkłada. Każdy stworzony jest tak, mówię tutaj o onym ekologicznym, z części rozkładalnej i tej wiecie, o której się nie wspomina. Ale kto by tam czytał mały druczek. Że psy srają? Że żwirek dla kotów z silikonu… nie wiem, serio, gdzie żyję. W 2006 to był taki spokojny raj, układ skład i ordnung ze słodkim hygge, a teraz, wszystko ma metkę i nalepkę z ceną.

Serio…

Ale wieje.

Przedstawia myśli pod kopułką, macha dachem, ogólnie szaleje. Obija się od ścian, majta nimi, wgryza się w nie, jakoś tak się do nich tuli, a potem wiecie, z plaskacza. Naprawdę dziwnie uczłowieczony jest ten wiatr. A może to ludzie jakoś tak od niego przejęli pewne zachowania? Kto to wie? W końcu wieje już od tak dawna… od zawsze. Ale wiecie, człowiek jest jakoś przyzwyczajony do tego, że wieje nocą, jakoś jest to normalne, głowa pod kołdrą, pierwotny lęk, dziwne modlitwy kłębiące się pod kopułką… ale w dzień. W dzień to wygląda tak bardzo dziwnie. Tak niesamowicie porywająco.

No więc wieje…

Dodatkowo w przeróżnych miejscach zrobiły się intrygujące ślizgawki, więc jeździjcie ostrożnie. Nawet bardzo ostrożnie. A najlepiej posiedźcie w domu, posprzątajcie, może upieczcie ciasto?! No co? Ciasto fajna rzecz, chociaż ja chyba bardziej wolałabym zupę. Taką warzywną, potem zmiksowaną z maciupkimi grzaneczkami. Ech… mniam!!! Wiecie, na taką pogodę nic tak nie działa jak gorąca zupa.

Nawet jak sparzy w język.

I ten śnieg…

… pewnie, że zaraz zniknie, ale taki on cudownie specjalny, specyficzny, jedyny w swoim rodzaju!!! Jednocześnie świeci słońce i on tańcuje sobie w powietrzu, wiatr nim zamiata, popycha go, mąci, ale jednak… jakoś tak to wszystko do siebie pasuje. Tak jakoś jest hipnotyzująco piękne. Podobno znowu odwieźli jakiś durniów, którzy stwierdzili, że mimo połowy pelikana – wiecie jak to Duńczycy mówią, że wieje na pół pelikana… – oni sobie posurfują. Na szczęście helikopterowi udało się ich wyciągnąć… Chociaż czasem się zastanawiam, czy na szczęście. Wiecie, takie tam Nagrody Darwina i eliminacja idiotów. Bo jakoś ona eliminacja idiotów to chyba ostatnio nie idzie dobrze. Mówiąc majnkraftowo, spałnią się jak nie wiem co. Ekhm, no co, może nie gram, ale lubię sobie posłuchać przy robocie jak to inni sobie grają.

Na termometrze minus trzy!!! W powietrzu tak pieroński, gryzący chłodek, że wystawione pranie staje dęba, no ale. Przetrwamy to. A raczej, lubimy to, nie oszukujmy się. Nawet czasem tak wyjść i się przewietrzyć. Nawet czasem tak dać się popchnąć… nawet czasem pofrunąć!!! Hihihi. Życie na wyspie, pewno każdej w takim czy mniejszym rozmiarze, jest właśnie takie. Naturalnie utrzymujące dwunogi w domu. Gdy wieje, albo tak siecze deszczowo, że skórę zdziera.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne głosy… została wyłączona

Pan Tealight i Twarze na suficie…

„Pojawiały się powoli…

Nawet bardzo powoli, tak, że początkowo nikt ich nie zauważał, początkowo, nikt nie słuchał, widział, początkowo nie zwracał uwagi. Ot po prostu zwykłe plamy na dziwnie ruchomej zwykle powierzchni, ot kolejna doskonałość niedoskonałości… wiecie, w tym miejscu wszystko jest możliwe, ale… problem w tym, że te twarze najpierw zaczęły mieć usta i śpiewać…

I koszmarnie fałszowały!!!

Tego nie mogli wytrzymać.

Nie żeby wszyscy mieli perfekcyjne głosy i słuch, ale jednak, no bez przesady, trzeba mieć jakieś standardy. Naprawdę trzeba. W końcu są pewnym, jedynym własciwie takim miejscem i jakoś no… no nie mogą, nie można, nie wolno im zwyczajnie… No dobra, chodziło o to, że one im po prostu przeszkadzały. Wkurzały ich, wkurwiały i piskliwie grały na nerwach. No weźcie no… jeszcze jako naścienna rzeźba, nie do końca płaska, no dobra, nie oszukujmy się… nie mogli ich ścierpieć. I po raz pierwszy w Sklepiku z Niepotrzebnymi zapanowała totalna jednomyślności, ale…

… ale co mieli zrobić?

Wyskrobać je?

Wyrzezać?

Zakneblować, a potem podpalić?

A może jednak… przekupić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wilgotno i dziwnie zimnawo.

Wilgoć wdziera się wszędzie, pleśń pojawia się na ramach okiennych… no co, trochę naturalizmu dobrze nam zrobi. Nie wdepnęłam w gówno, bo choruję i mam szlaban na długie spacery, więc muszę sobie obserwować świat zza onej szybki. Śliczny świat, z wiatrakiem, gaardem i w oddali morską linią, ale jednak… wciąż widzieć tylko zza szybki. Jak ona małpka czy inne ustrojstwo z zoologa. Albo gorzej, jak coś, co świat sobie obgląda. Ech, a ja taka roznegliżowana!!! Ale czy świat jeszcze o to dba? W końcu już mnie widział. Widzi mnie zawsze, przez cały czas, w końcu u nas nie ma zasłonek i firanek i całego tego cyrku. Właściwie, to zlewa mi to czy ktoś coś widzi, czy nie… serio. Nie żebym stała z cyckami na wierzchu w kuchni, ale wiecie, po prostu potrzebujemy światła, a nie jebanych koronek.

Oczywiście zasłonki od światła są – rolety. Zawiązane. I w sypialni. Tyle… mamy też dziwną swobodę, gdybyśmy chcieli, sikania w ogródku, bo raczej nikt nas nie zobaczy. No wiem, zbyt wiele informacji, no ale… jakoś mi się tak zebrało.

Ogólnie mówiąc, człowiek tutaj jest taki wolny. Nawet w ciągu sezonu olewa to wszystko. Gacie bez dziur, ubranie odświętne. Nie wiem nawet czy coś takiego tutaj istnieje, bo zwykle każdy ma na sobie portki i sweterek czy koszulę i tyle. Krawat to chyba tylko na ślub i to rzadkość. Za to ubranka robocze, wiecie, takie zielonkawe lub pomarańczowe. Nieprzemakalne. Się nie gniecące i tak dalej. Wiecie, jak się wydaje dobre na każdą okazję, dodatkowo dostępne w większości sklepów. Mają je chyba wszyscy. Ja się jeszcze nie dorobiłam. Może już czas na to, ale nie ma czarnych, a ja źle się czuję w pomarańczach. Wiem, że to wszystko po to, by być widocznym, szczególnie na morzu, ale jednak… może jest troch bardziej obcisły styl i czarność. Może jednak tak bardziej kobieta kot? A raczej miś.

I z uszkami i kapturem, co?

Czasem się zastanawiam, czy ludzie w ogóle zwracają na ciuchy uwagę. Powiązane drutem, czy sznurkiem buty to normalność. Nie oznacza to, że ludzie nie ubierają się malowniczo i intrygująco, ale nie ma tu metek, jest wygoda i tyle. I ciepło, tudzież przewiewność, no i oczywiście wykorzystywanie wszystkiego do końca, chociaż… najnowsza moda na plastikowe, jednorazowe torebki, to chyba przesada!!! Serio? Podobno te bawełniane, które noszę ze sobą zawsze, zatruwają środowisko.

Serio kurna?!!!

… no i nagość.

Istnieje.

Spotkanie gościa bez gaci na plaży, nie żeby wam machał przed nosem, po prostu pływa i tyle. Noł problemo!!! Plus wycieranie się bez krępacji. Ale to starsze pokolenia. Podobno badania wskazują, że młodsze pokolenia boją się golizny. Zakładają na siebie coraz więcej i robią namiociki… ale w lesie przy plaży, czy za kamieniem, wiecie, no… bzykają się zwyczajnie.

… bez krępacji.

Ech… te odmienne standardy.

No ale… znowu idzie wiatr i mamy trupa. Nie żeby u nas w domu, odpukać, ale wiecie, jakiś czas temu zaginęła kobieta – znowu! ostatnio jakoś ino te baby się zaginują i zaginują  zaginują, nie wiem, czy to jakaś epidemia, czy co, no ale niestety to zaginięcie się zakończyło śmiercią. Na razie żadnych więcej wieści, no ale… pewno w końcu będą wszelakie. Taki oto dowód na to, jak tak naprawdę nikt tutaj o nikogo nie dba. Wcale i w ogóle. Boleśnie.

A wiatr… wiatr mocny, wiatr silny i majta Chatką. Uderza w ściany targa dachówkami, a mi z nosa kapie na klawiaturę. Yyyyy blee!!! No ale, czyżby to miało być ono obiecane ochłodzenie? No wiecie, podobno miało być! Oj wiem, że połowa marca i wiosna i takie tam wszystkie kwitnięcie, przecież to już było, więc może być znowu zima, czyż nie? No przecież co w tym złego? Oj no dobra, wiem w jakiej szerokości geograficznej żyjem, ale przecież aura zmienną jest, a i wszelaka pogodowość doznaje dziwnych transfuzji… „Pojutrze” może nadchodzi? Co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Twarze na suficie… została wyłączona