Pan Tealight i Paser snów…

„Stał na rogu portu. Nie no, pewnie, że nie na wodzie, oczywiście, że na falochronie. Prawie na styku wszystkiego, co możliwe. Wody, nieba, ziemi, betonu i kamieni, rybistości, wodorostów i wszelkiej ptaszydłości. W miejscu, gdzie człowiek mógł dotrzeć, ale jednak nieczęsto to robił, bo i po co: wietrzyście, dość mokro, kark skręcić można i łatwo i boleśnie zarazem. Dlatego stał tam całkiem sam, a Wiedźma Wrona Pożarta do niego machała. Machała z całkiem innego krańca portu, w którym było podobnie wietrznie i wilgotno i karkowo. A jednak… wiecie, choć tak tylko do siebie machali, bo on odmachiwał, serio, to zdawało się, że się porozumiewają. W jakiś dziwaczny i pewnikiem do końca obrzydliwy sposób… nikt nie chciał wiedzieć jak to do końca było, ale wszyscy wiedzieli, że nie wolno im przerywać.

On był Paserem Snów od wieków.

Chyba zaczynał jeszcze w czasach Cro Magnon, ale do końca nie można było powiedzieć. No dobra, wyglądał lekko neandertalsko, ale przecież nie o to chodziło. I tak każdy kupował, co miał do sprzedania. I to, czego nie miał też. Coś takiego było w jego oczach, że nie można było tak zwyczajnie powiedzieć nie. Ale tutaj, na skraju portu mógł być tylko słonością i wiatrem i wszystkimi żywiołami…

… bo w końcu ludzie tutaj nie łazili.

Po prostu taki się urodził. I zaistniał popyt i zbyt, i takie tam, promocyjne ceny, wszelkie dodatki. Ostatnio modne były torby płócienne i zawieszki. Naprawdę schodziły na pniu, bo przecież każdy chciał śnić, a on znał tych, co śnią dobrze i dużo, ale nie mają na to czasu, więc wiecie, zbywają niewyśnione… A on umiał zbierać, składać, przechowywać, a potem obdarowywać tym tych, którzy nie bali się śnić cudze sny. Bardzo cudze, bo w końcu nigdy nie mogliście wiedzieć kogo sen akurat będziecie śnić. Oczywiście, że będzie oznaczenie powyżej 18 roku życia, ale czy opis: koszmar, czy historia miłosna, jest prawdziwy? Bo co dla ciebie jest koszmarem, a dla ciebie… widzicie, nie zawsze definicja się zgadza. Przerażenie jest jednak prawdziwe…

Zawsze.

Czy Wiedźma Wrona się sprzedawała?

Cóż.

Spróbujcie jej zapytać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7889 (3)

Z cyklu przeczytane: „Julia i pytanie: czego chcą chłopcy?” – … Julia. Lubię ją. Tak wiem, biorąc pod uwagę biologię, mogłabym być jej matką, a jednak, potrafię odnaleźć się w pokręconej roli jej… nie tyle przyjaciółki, co znajomej duszy. Duszy, która strasznie chichocze.

Jakie problemy ma Julia tym razem?

Widzicie… chłopcy. Mężczyźni. Chłopaki i wszelako pojęci osobnicy płci męskiej. W różnym wieku. Ci co zdają się zachowywać jak rodzice, ale i ci, zwani rodzicami rodziców. No wiecie, Babcia chodząca z kimś? W TYM WIEKU?

Jeśli dzień macie pochmurny, sięgnijcie po tę serię. Ślicznie wydaną: twarda okładka, piękny papier, ryciny przezabawne i cudna, wariacka miejscami czcionka… A jeśli jesteście w wieku wczesnonastoletnim, cóż, może odnajdziecie w Julii przyjaciółkę? Może macie takie same problemy. Wiecie, zwyczajne i codzienne?

Może potrzebujecie porady?

Julia czeka!

IMG_4857

Mgliście, wilgotno i ciepło.

Pogoda silnie wiosenna, w powietrzu czuć koty bzykające się, króliczki nie korzystające z króliczej antykoncepcji i ustawy zakazujące pigułki PO. Mgła zdaje się odmawiać działania wszelakiej niedostępności plemnikowo-jajecznej, tudzież wiecie, jak kto tam to robi. No może przez pączkowanie, no może przez tarcie, może tylko przez spojrzenie… wszystko zadziała. Wszelaka wilgotność zmusza do prokreacji, oraz wszelakiego wzrostu. W końcu wiosna.

Może do tej kalendarzowej zostało jeszcze trochę, może rzeczywiście nie wszystko jeszcze buzuje życiem, krokusy nadal uznawane są za zaginione, przebiśniegi nie we wszystkich miejscach wyłażą, albo znikają porwane przez Krokusowego Morderczynia. Trzyma gość w swojej zatęchłej piwniczce między pieczarkami ino same ich pręciki, a dusze krokusie więzi w butelkach po mleku – tych z PeeReLu. Co z nimi robi? Nie wiadomo…

A mgła…

… mgła mu pomaga. Płoży się i łazi. Przerzuca, przekulowuje. No robi co chce, ale to, co zobaczyłam dziś było mega. Niby jest wszędzie, niby nie można przed nią uciec. Może… a jednak pola parują, wszelaka mglistość się unosi, ale nad tym jednym lasem, dokładnie nad jego centralną częścią unosił się niesamowity mglisto-parowy smok. A może i coś smokopodobnego? Coś cudownego.

Coś, co zdarza się raz na jakiś czas.

IMG_8656

Smok nad Lasem Gustafffa był przedziwny. Z jednej strony wytłumaczalny, bo sporą górkę pokrytą jednym z najśliczniejszych lasów – jest na sprzedaż, więc uro mam 25go marca, jeśli ktoś coś i chce płacić za oną lesistość 13 tysięcy miesięcznie, to ja z chęcią przyjmę prezent leśny – przecina jeden z najbardziej malowniczych półwąwozów. Takie wiecie pęknięcie w ziemi, skaliste, pokryte nadzwyczaj niesamowitymi w kształtach skałkami. Do tego pochylone drzewka, do tego gałązki, do tego mchy i porosty, liście brzoskwiniowe i bursztynowe, które zdają się żyć w tej formie przez cały rok, no i oczywiście korzenie. Coś pięknego. Coś takiego elfickiego w pełni. Coś, co można by wykorzystać w którymś z filmów/ekranizacji książek Tolkiena.

Bez poprawek.

Kocham to miejsce, ale dojście tam przy tak wysokim poziomie wody na polach jest mało bezpieczne. Tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że wąwozik, przy takim wysokim poziomie wód będzie co najmniej rzeczką, a może i czymś rwącym… a jednak korci. Kurcze, no korci człowieka podreptać tam, może i utknąć w jakimś dziwnym miejscu, może i potem narobić sobie wstydu, gdy ktoś będzie musiał was koparką wykopać, ale może i zmienię się w torfowe ciało, które wylezie dopiero za kilka tysięcy lat i wiecie… jakiś wariat z przyszłości dopisze do tego mocno porąbaną historię. Może coś z ofiarą dla bogów w tytule? Może coś o miłości niespełnionej?

Może?

Dlatego dziś nie pobawiłam się ze smokiem, ale obraz tej gęstej mglistości, mlecznej, składającej się z wszelakich sił ziemi, yingów, yangów i wiecie tych tam energii, tudzież innych czarów marów newagów i tak dalej, wbił mi się w serce mocno i głęboko. Zagłębił się w duszę pazurami i czuje się tam całkiem nieźle. Ja też. Może tego właśnie mi w życiu brakowało? Smoka z mglistości? Pełnej nieustającej wilgoci, czarownej bryły, którą powinien rozwiać wiatr, a jednak nie był w stanie… może też się zapatrzył?

Może?

IMG_8663 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Paser snów… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Chodząca Po Morzu…

„Może i nie miała w sobie jezuskowych genów, może i nie miała jakoś tak przeszłości od tej strony odciśniętej w sobie… może… ale jednak się udało. Bo tego dnia morze się cofnęło tak daleko, że mogła zaledwie do kolan zamoczonymi portusiami, dotrzeć aż tak daleko. Po kamieniach, po dziwnie, warkoczowato przeplecionych piaskach, po skałkach i wodorostach… wejść tak daleko w morze. No dobrze, może i nie dosłownie chodziła po nim, ale przecież morze to nie tylko woda, ale tez i to co pod nim. A po tym szło się dość miękko.

Wszystko trwało wystarczająco przerażającą chwilę, by Wronia Banda rozcapierzona na brzegu zaczęła ujadać, wrzeszczeć i bić skrzydłami. Wcale im się nie podobała ona tam. Tak daleko. Tak gdzieś niezbyt, nie do końca naziemna. Chciały jej z powrotem. Po prostu… ale ona nie wracała. Nie chciała. Nie czuła tego. Nagle stała na onej dziwnie wilgotnej, ruchomej nie do końca pustyni i w dziwny sposób był to jej pierwszy raz.

Ponownie.

Niesamowity.

Bo przecież to wszystko zaraz się skończy. Woda wróci, morze przestanie udawać, że wystraszyło się rzeczki, która mocno przytyła i się wzburzyła. Bo zaraz będzie tak, jak było… i co, jeśli ona nie zdąży powrócić? Co jeśli morze w końcu ją zabierze? Jak sobie poradzą?

Morze usuwało się jej spod stóp, jakby z jednej strony chciało muskać, ale z drugiej, nagle stało się dziwnie wstydliwe. Nagle miało to coś i nie do końca było pewne, czy gryźć, czy nie? Czy bawić się, cieszyć stanem posiadania, czy może jednak, jakoś tak, po prostu, zwyczajnie poczekać. Pomęczyć i siebie i ją samą… bo przecież w końcu po coś tutaj przylazła, czyż nie? Nie tylko z powodu wtopionego w nią szaleństwa? Nie tylko dlatego, że mogła, bo przecież w niej to wszystko tak nie działało.

Nie tak…

Na pewno nie tak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6126

Z cyklu przeczytane: „Atlantydzki świat” – … koniec. I to zaskakujący. Z jednej strony coś, co jest logiczną kontynuacją, a z drugiej, jak i sam autor przyznaje, pewien eksperyment. Coś, do czego musiał sam dojrzeć.

I nie dziwota.

Bo oto nie jesteśmy już na ziemi, ilość bohaterów nagle bardziej ograniczona, a kosmos pełen pytań. Co zrobić z ludzkością? Jak to wszystko ma się zakończyć? Ile razy ziemia stała już przed takimi pytaniami?

Dobra, trzeci tom trochę mnie zawiódł. Nie wiem dlaczego, ale tak jest i tyle. Czegoś mi w nim brakuje. Czegoś może mniej kosmicznego, a bardziej ludzkiego. Czegoś, co byłoby namacalnie prawdziwe. Czegoś… No dobra, nie potrafię zdefiniować czego, ale jednak. Brakuje mi pewnego silnego postawienia sprawy w jednym, oznaczonym miejscu. Dobra i zła. Ale z drugiej strony czy można dobro i zło odnaleźć w mitologiach? Szczególnie tych, w które wciąż się wierzy i uznaje za prawdę i religię? Bo o tym jest właśnie ten tom. O wyjaśnieniu mitologii. Mitologii, które nagle okazują się wyłącznie… nauką. Czy można zjednoczyć, skleić w jedno te dwie sprawy? Może w tym tkwi w problem, a może zwyczajnie, zamiast potraktować tę powieść za fantastykę lekko naukową, zadaję zbyt wiele pytań? Może…

Wciąż jednak nie wiem… czy kosmici istnieją? Ale dobrze mi z niewiedzą.

IMG_4848

Rebelsi.

Człowiek nie myślał, że istnieją. Nie przypuszczał, że to jest możliwe? Nie wiem, ale jakoś wydawało się, że Tubylcy poddadzą się pewnej karności jeżeli o to chodzi. Że zwyczajnie przejdą na ten przedwiosenny szał. Wiecie, coś w rodzaju pędu ku cebulkom, roślinkom, trawkom, wirowaniu, szmatowaniu, myciu okien, sprzątaniu, grabieniu i piłowaniu ile wlezie. Ale może bez koszenia trawy… a nie, wczoraj widziałam jednego koszącego, więc… więc wiosna już za pasem, a jednak… Oni istnieją. Rebelsi totalni. Odmawiający przyjęcia do głowy wiosennego szaleństwa. Bo przecież po co i po kiego ona nam, my chcemy zimę i w ogóle!!!

Rebelsi…

No wiecie, ludzie, którzy nie pozdejmowali światełek z domów i krzaczków, drzewek, choinek i wszelakich konstrukcji świątecznych. No moja krew, jak nic! Seryjnie. Dobra, więcej ich jakoś tak w części bardziej południowej i centralnej Wyspy, ale jednak, są. Choineczki, drzeweczka. Białe światełka, te lekko osikane i oczywiście te jedyne kolorowe. Tęczowe prawie. Szalone do granic wszelkiej możliwości. Całkiem odbiegające od narzuconych przez tradycję. Rebelsowe w rebelsowej gromadzie.

Mniam!!!

Wiecie.

Nie oszukujmy się. Na Wyspie, gdzie sztuczne światło nie miażdży nocy, a nawet szarości wszelkiej, one maciupkie światełka zdają się być potrzebne przez cały rok. Uwielbiam je. Łańcuchy, które powoli umierają, lampka za lampką, żaróweczka, czy raczej dioda w dzisiejszych czasach, za żaróweczką. Ot zwyczajne wheel of life. Przemijanie od światła ku ciemności. Ale przecież w ciemności nie ma nic złego. Wieczorami wracając z zakupów towarzyszy nam Wenus, potem rąbany Jowisz zabija moją senność… ot wiecie, zawsze coś świeci. Latarnia na Christiansø, albo jakaś jednostka pływająca i chcąca być widoczną i tak sobie myślę, tak się ostatnio zastanawiam jak to było z okolicami Gudhjem. Przecież okoliczności morskie tutaj trudne i skaliste, płycizny pojawiają się nagle, a i skały uwielbiają wyskakiwać z wody, więc… co u nas świeciło. Wiecie nim była elektryczność. gdy był tylko ogień, oliwa i wszelkie tłuszcze?

Trzeba sprawdzić.

IMG_4781 (2)

Krokusy mi zniknęły.

Chociaż podejrzewam je o zbrodnicze skłonności – nie pytajcie dlaczego, specyficzni psychicznie mają tak i tyle – to jednak to, że zniknęły mi z trawnika, to coś dziwnego. No jakby ich nigdy nie było, w ciągu dnia, może półtora dnia dokładnie, zniknęły. Do końca i na amen. A przbiśniegi, zwyczajowo wyłażące mi z trawki, nie pojawiają się. W ogóle. Ale dlaczego? Czyżbym nie zasłużyła? A może mam bana na kwiatki na swoich, nie do końca własnych, włościach? No nic, wsadzam cebulki na kolejny rok, bo tak. Bo mam nadzieję, że jednak wiecie, coś z nich będzie.

Coś za rok.

Bo bez nadziei to buba w zyciu…

A krokusy pewno wrócą.

Może wyjechały w podróż poślubną? Wiecie, skumały się z innymi krokusami, albo by zagrać dorosłym na nerwach, z rannikami i niczym kwiatowe Romki i Julki, wiecie, połączyły się, bzyknęły i po prostu dały na chwilę nogę. Czekajcie na mutanty. Obserwujcie okolice! Może się pojawią? Może? A co jeśli niektóre skumały się miłośnie z hiacyntami? To dopiero będą krzyżówki. Tylko czekać na przyszły rok i wiosnę… zresztą czas tak szybko mija, zapiernicza, zapierdala i wszelako pędzi, że na pewno mrugniecie i już. Rok znowu starsi. Ekhm…

Dołujące, co nie?

Update dotyczący wielkiego sporu o nazwę promu… no więc kłócili się, wybierali, wybrali finałową trójkę czy piątkę i… i ponownie armator poinformował, że jeśli chodzi o prom, to on już imię ma i nie chce innego. A takie zmuszanie biednego pływaczątka, by nagle inaczej się określało, to seryjnie brzydka zbrodnia! No dobra, koloryzuję, ale wiecie, u nas nacjonalizm dudni sobie mocno. Najlepiej we wszystko wsadzić podstawowe literki, których nikt nie wie poza Duńczykami jak wymówić i określać się jako Wyspę przyjazną Turyściźnie. Sprzeczność? Ależ gdzież tam! Sarkazm? Ależ oczywiście, no przecież wiecie, zawsze!!!

IMG_4899

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Chodząca Po Morzu… została wyłączona

Pan Tealight i Budyniowa rzeka…

„Nagle się pojawiła. Nie… źle mówię. To raczej tak, jakby zwyczajową Rzekę przepływającą pod Białym Domostwem, nagle zastąpiła inna. Uprzedzając fakty, tylko na dzień czy dwa, ale jednak. Może w rzeczywistości znajoma Rzeka wyjechała na wakacje? Może na chwilę musiała odpuścić? Po prostu zakasała kiecki czy portki i zwyczajnie wyszła z rowka? Może? Może rzeki też muszą, bo jak nie, to im odbija i zmieniają się w mównicę? Taką polityczną?

Może?

Kto to tam wie.

Jednak widok, jaki ujrzała Wiedźma Wrona Pożarta, gdy wczesnym popołudniem odmawiała swoją własną, spacerową modlitwę, był dość zaskakujący. Wiecie. Wszyscy, ale to wszyscy zgromadzeni wzdłuż brzegu z łyżeczkami, chochelkami, albo łapami bezczelnie… żrący. Jedni brali tylko troszeczkę, na spróbowanie, w miseczkę, kubeczek lub pudełeczko i oddalali się w krzaczki, jakby potrzebowali prywatności. Drudzy żarli od razu. Jeszcze inni ładowali w termosy czy wiaderka i zanosili do domu, tylko i wyłącznie, by po prostu zamrozić ono waniliowo-karmelowe bogactwo. By zachować na potem, nauczeni smutnym doświadczeniem, że to, co dobre szybciej się kończy, niż miłość teściowej do synowej… jeżeli to w ogóle istnieje?

Kto to tam wie?

Wiedźma Wrona przyłączyła się do tych mrożących. Do tych zbierających budyń i znoszących do piwnic, do Lodowej Jaskini, do miejsca, w którym budyń zmieniał się w masę, której nie można się było oprzeć. Gdzie zdawało się, że wszystko obżarstwo jest wybaczone. Jakoś tak od razu, wiecie, jakby bóstwa rozumiały. Jakby same… papusiały, wrednie nie dzieląc się z innymi. Skrywały czekoladę pod posłaniem i cukierki w pudełku po żelazku.

Wrednie.

Budyniowa rzeka była cudowna. Niektórzy, w jej dolnym biegu stworzyli nawet spa. Wiecie, Księżniczki i Królewny, te po best before i te całkiem niedeflorowane… postanowiły zwyczajnie wchłonąć to przez skórę. No jeśli czekolada wygładza, to czemu nie budyń?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0338 (5)

Z cyklu przeczytane: „Rywalki. Kolorowanka” – … no kolorki. Wiecie, kiedyś były na jęzorki, a teraz wszyscy szaleją za kolorowankami. Bo podobno to tak mocno odstresuje wszystkich a i takie to fajne, robić to z dziećmi. Jakbyśmy nie robili tego z dorosłymi jako dzieci. Nie no.

Był dziennik do niszczenia, teraz rozwija się na nowo przemysł kredkarski.

Ten tom został oczywiście wydany jako dodatek do serii Kiery Cass. I jest taki jak jej pięcioksiąg. No wiecie, licząc bez opowiadań. I licząc po polsku, bo wydawnictwa są różne. Był Dziennik, teraz fanki otrzymują kolorowankę z obrazeczkami upamiętniającymi najfajniejsze sceny z serii. Poza tą z kolanem i męskimi elementami, ale… Kolorowanka podzielona jest na części – tomy pięcioksięgu, więc dokładnie wiecie, które sceny macie przed oczami, i które możecie potraktować kredkami. Spore detale i mniejsze, można pobawić się w cieniowanie, można pokolorować cytaty – oczywiście przetłumaczone na polski. Można się pobawić i tyle.

Dla fanów na pewno.

IMG_4862

Jak jest skinke po angielsku?

No bo…

Widzicie, w pewnym czasie, gdy przeprowadzacie się z miejsca na miejsce, znaczy z miejsca jednego języka w miejsce innego języka i dodatkowo uczyłeś się kilku innych wcześniej, wszystko zaczyna się mieszać. W cholerę!!! Nagle wiesz, co chcesz powiedzieć, ale język, którym się chcesz posłużyć, jakoś całkowicie nie odpowiada temu czasowi i miejscu, tudzież ludziom, z którymi sie chcesz porozumieć. I tak, docieracie do miejsca, w którym nagle nie wiecie jak powiedzieć to po polsku. Nagle mimo czytania w tym języku, bo sorry, ale polski jest kapitalny w swojej złożoności i bogaty w słówka i przenośnie. Jest filuterny, cudownie niegrzeczny miejscami i wciąż jeszcze pełen przeszłości w sobie… dlatego lubię czytać po polsku, a jednak, gdy przychodzi do rozmowy, zaczynają się schody. I to całkiem nie ruchome. Jakoś porozumiewanie się z Chowańcem nagle zmienia się w plątaninę różnych słów, niekoniecznie polskich, ale on to rozumie. Gdy przychodzi do rozmów, szczególnie na żywo, z Polakami. Ręka noga, mózg na ścianie, flaki na dywanie. No sorry. oraz częściej jest to niemożliwe. Ale bez obawy, żaden tam rasizm, lekki nacjonalizm może, wyspowy, ale jednak, kurcze… ja tam mam trudności w rozmawianiu z żywymi w każdym języku.

Chociaż angielski zdaje się być bezpieczny.

Wiecie, tak dziwnie pokojowy.

Jakby człek już przyjął już za pewien pewnik to, że wszyscy znają go chociaż tak silnie pi drzwi oko, więc też i wszyscy popełniają błędy, więc… Nie wiem jak to wyjaśnić, ale jednak kurcze, łatwiej mi z angielskim.

Ale jak jest skinke po angielsku? No ham no LOL I to bez wyzywania się od bardzo chamowatych osobników. Spokojnie. Inna sprawa, gdy nagle poznajecie jakieś słowo duńskie i wpaja się Wam ono w łeb tak mocno, ponieważ ma pewne brzmieniowe konotacje z polskimi słówkami i dziwnie spoglądacie na koszyk w sklepie. Wiecie, pleciony taki. Ekhm… i już nie możecie się przestać śmiać. I już nigdy więcej zawody pewne, kobiece zwykle, nie będą takie same.

IMG_0520

Pada.

Cudownie obudzić się i słuchać jak duże krople walą w okno i dach i całkowicie nie musie wstawać. Przez chwilę. Bo wiecie, dorosłość w końcu człowieka zwala z łóżka, wyciąga z tej pościeli, potem odwija z kołderki, w którą próbujecie się zakutać na amen i… popylać do roboty. Nawet jeśli pracujecie w domu. A czasem mi się wydaje, że szczególnie, gdy pracujecie w domu, to staracie się bardziej, robicie więcej. Wiecie, jakbyście chcieli udowodnić, że jesteście równi tym w kubikach i gabinetach. Tym, co jechali do roboty. Co musieli umyć zęby od razu po wstaniu, a nawet się ubrać w sztywne ciuszki. W końcu kto nas tam w domu widzi? No kto? Kot? Pies? A może jednak… no tak, listonosz, to czasem problem, ale zawsze można zakutać się w kocyk.

I udawać.

Pada… krople walą o szybkę, a człowiekowi jakoś tak milusio na sercu. no prawie jakby to był śnieg, czy coś? Wiecie, jakby zima dopiero się zaczynała, ale nie mam złudzeń. Jebane krokusiki wyłażą wszędzie, jakby nie potrzebowały słonka. Jakby olewały wszystko i robiły to na akord. Tutaj fioletowe, tam mdle niebieskie, a tutaj żółciutkie, te jajeczne… W sklepie jeszcze nic. Ta świąteczność w tym roku całkiem jakoś odległa, nie żeby mi się spieszyło, ale jednak. Takie to dziwne. przez dwa lata zaliczaliśmy to w marcu, a teraz… nic?

No cóż. Może i mam szansę na spokojny marzec? Serio nie mam nic przeciwko LOL

Najważniejsze, że pada. Ślicznie pada.

A padanie nocne tak cudownie usypia…

IMG_5814

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Budyniowa rzeka… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatr jakiego jeszcze nie było…

„Takiego jeszcze nie było.

Wszyscy to powtarzali dookoła. I w poprzek i w środku. Wiecie. Wszyscy. Takiego wiatru naprawdę jeszcze nie było. Może tylko tutaj, może wyłącznie w tym miejscu, na tej Wyspie. Może dotąd buzował w innym miejscu, tańczył między drzewami, muskał kamienie i odkryte łydki. Motał żyłki rybaków, a czasem popychał jednego, czy drugiego tak, że ten lądował zębami w morzu łapiąc szczupaka dosłownie i w przenośni. No dobra, nie szczupaka, a może tuńczyka? Albo płotkę jakąś?

A może jednak kurcze… tego no, flądrę?

Takiego wiatru jeszcze na Wyspie nie było.

Tak specyficznie słodkiego, przytulaśnego, tak dziwnie pieszczącego wszystko i wszystkich. Tak dokładnego, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spędziła na zewnątrz cały tydzień. Od początku wiania do końca wiania. No nie chciała wracać do domu, dopóki część Wiatru nie wlazła tam też i nie została na noc… ale, gdy przyszło do pożegnać, gdy Wiatr w końcu został zawołany gdzieś indziej przez Bogów Jeszcze Niewymyślonych. Przez tych, którzy są całkiem na wyciągniecie ręki i tylko czekają, by ktoś ich przywołał. Wiecie, znajomych Wiedźmy… więc, gdy został wezwany z powrotem. W to miejsce, które jest pełne zakątków i zawirowań, dziurek i otworków, wyszumień i murszałości, erozji i miękkich falowości, cóż… postanowił, że część jego tutaj pozostanie. Niewielka część, ale w końcu Wiedźma Wrona zasługiwała na jakąś część jego samego. A i on sam, jakoś nie chciał stąd odchodzić.

Odlatywać, zmykać, pakować swoje powiewy i znikać.

Bo takiego wiatru jeszcze nie było.

Ale może był to odpowiedni czas na to, żeby w końcu się tutaj pojawił?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5612 (2)

Z cyklu przeczytane: „Świat Dysku Terry’ego Pratchetta” – … kolorowanka. No kolorowanka. No wiem, nie książka. Coś innego, coś do innej zabawy, ale dla mnie zwyczajnie sztuka. Paula Kidby uwielbiam. To w końcu on zobrazował Świat Dysku, przynajmniej dla mnie, niesamowicie. I musiałam to mieć. Nie żeby kolorować… po prostu dla obrazków.

Poza zwykłymi bajerami black and white w sporej książeczce dostaniecie reprodukcje kilku najważniejszych dzieł artysty, co mnie rozwaliło. Nic ino wyciąć ładnie i oprawić, bo sorry, ale no jakoś tak nie stać mnie na oryginał. Ale może kiedyś choć na reprodukcję porządniejszą? No może? Chociaż wiecie, zestaw karteczek?

Chociaż…

… na razie mam kolorowankę nie do kolorowania, którą kupiłam wyłącznie dlatego, bo to Świat Dysku. Ci co kolorują pewno będą zainteresowani trudnością, no więc… trudność słaba. Duże połacie do pokolorowania. Ale też trudność ogromna, jeśli chcecie skopiować artystę. Jeśli chcecie poszaleć, to te wszystkie cienie, te wszystkie załamania i gradienty, wymagają pewnej ręki i sporo czasu zajmą.

A i dobre kredki się przydadzą!!!

IMG_1453 (2)

Światło i deszcz i ciepło…

No dobra. Zrobiło się ciepło, wyłażą krokusy i wszelakie inne tam hiacynty, a to oznacza, że wciąż nie wiadomo co z tą pogodą? Czy to już tak zostanie? I co z tą wilgocią wszędobylską? Tą niesamowitą? To szaloną? Jak to wszystko będzie współgrało z wiosną, która przecież zwykle też charakteryzuje się opadami, no to nie wiem. No kompletnie nie wiem, czy nas nie podtopi.

Mokro wszędzie.

Ziemia wchłania z radością cebulki wszelakie i wiecie, robi nadzieję, że może za rok coś z tego wyjdzie. Znaczy zakwitnie. No i piły łańcuchowe, motorowe, wiecie, wszelakie sprzątanie, dodatkowe worki od śmieciarzy i powolne roboty ogrodowe. W końcu to już marzec. Nadszedł tak szybko, że człowiek wciąż jeszcze ma na sobie lametę i bombka mu się z ucha buja. Jakoś taki nie tyle nieprzygotowany, co raczej niezainteresowany. Bo nie chce ciepła.

Tak wiem.

Tylko ja się buntuję przeciwko wszelakiej wiosenności i wszelakiej wzrostowości, chociaż na koncie mogłoby mi urosnąć, ale kurde jakoś wiosna chyba na to nie wpływa? A nawet jeżeli, to raczej nie w moich rejonach. Ech! Czuję się taka oszukana. No serio. Jak już listki, kwiatki i cały ten szał z rybami, to czemu kasa wzrostowej akcji na moim koncie? No czemu? Jak wszystko, to wszystko. Sprawiedliwie powinno być!!!

IMG_5107

Wpadłam ostatnio na youtuba.

Nie no, pewno, że mam konto. Nawet ostatnio też i na Instagramie i chociaż wciąż nie wiem na czym to wszystko polega, łącznie z Twitterem, ale mam. Przecież z bloga samo się szeruje na wszelkie inne, więc właściwie tylko klikasz i to się gdzieś tam pojawia, ale tak serio, to nie wiem po co. Mam na wszelki wypadek. Wyłącznie finansowy, tudzież cudownego odkrycia mnie, ale cobym nie musiała nigdzie latać i ogólnie być sławna, bo mnie to niezbyt kręci. Wiecie… ale, oglądając youtuba nagle człowiek się dowiaduje, że ludzie kręcą wszystko.

Nie tylko ze sobą.

Co jedzą, co kupili, co robią, jak siedzą, malują się – serio, tyle teraz się warstw na ryj nakłada? Tosz ja na obraz mniej warstw kładę, a miejscami uważam się za dość grubomalującą artystę. Naprawdę staliśmy się ludźmi obrazków? Podobno Twitter upada, bo nikomu nie chce się czytać, Instagram zdobywa coraz szersze rzesze zwolenników… czyli ino obrazki. A potem jakiś hejcik pod spodem. Nawet jeżeli skłamiemy, to przecież nie ma to znaczenia. Opisaliśmy kogoś „winny” i choć to kłamstwo, to on na zawsze winnym pozostanie. Nawet jeśli wyjdzie określenie prasowe, że taki a taki przeprasza za to wszystko… nawet.

Świat jest straszny.

Coraz bardziej przerażający. Urodziłam się w świecie, w którym wszyscy wiedzieli, że to jest propaganda, tamto kłamstwo, a to prawda, której lepiej nie wypowiadać na głos, a teraz… wszystko się zmieszało.

Na Wyspie też.

IMG_5157 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatr jakiego jeszcze nie było… została wyłączona

Pan Tealight i Płakusiowata Mgła…

„Płakała.

Już nie wyła, nie łkała, nie krzyczała, nie zwijała się w spazmach… już nie miała na to siły. Zwyczajnie łkała… łzy mgliste spadały z niej na ziemię i trawę i świeże ranniki oraz przebiśniegi. Które nie miały czego przebijać. Nie było przy niej śniegu, który pozwoliłby jej nie być widoczną, nie było przy niej innej mglistości, była sama. Pełna, dopełniona, doskonała, ale jednak przeraźliwie nieszczęśliwa. Łzawa.

Otulała Wyspę całym swoim smutkiem i desperacją, oblepiała i obmakiwała każdego i wszystko. Roztapiała się we łzach, a jednak nie znikała. Wprost przeciwnie. Znikające drzewa i znaki przy drodze dowodziły, że gęstniała, jakby właśnie te łzy i całe to zwątpienie ją syciło. Sprawiało, że puchła w swojej dumie, ale… czyż nie było to nazbyt sprzeczne? Nawet jak na mgłę? Choć przecież ona była inna niż te, które dotąd dotknęły Wiedźmy Wrony Pożartej.

Ale płakała…

Dziwnie mleczne łzy odpadały z niej i rozbijały się o czarną drogę. Drogę, która już nikt nie jeździł, o której nikt nie pamiętał i którą tak naprawdę dawno już zamknięto dla tego świata. Razem z domkiem z wieżyczką, razem z ogrodem, który mimo opuszczenia wciąż jeszcze nie zaczął zarastać, jakby drzewa i krzewy ograniczającego go lasu, wiedziały, że lepiej tam nie wchodzić. A może tylko na razie nie wkraczać? Może nadejdzie ten czas, gdy Płacząca Mgła pojawi się ponownie i znowu będzie można mieć nadzieję, że ten dom i ten ogród staną się częścią tego świata? A może nie było takiej potrzeby, bo przecież… czyż wszystko musi być dla wszystkich?

A ona wciąż płakała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4827

Z cyklu przeczytane: „Piramidy” – … i faraony. No, dokładnie nie do końca faraony, ale wiecie, spiczasto jest. I skomplikowane przez to wszystko. Ale dla Terry’ego Pratchetta to oczywiście kolejny przyczynek, by opowiedzieć o kulistej planecie.

Mimo mojego osobistego ulubienia do piramid, jakoś ten tom zawsze pozostawia mni w pewnym… zaskoczeniu. Rozumiem, oczywiście. Pojmuję prawdy zawarte w tej książce, ale sięgam po nią rzadziej. Bo jest w jakiś dziwny sposób, cięższa niż inne. Dla mnie bardziej wymagająca. Ale może to dlatego, że jest jednak o matematyce? A wiecie, ja i matematyka, to różne wymiary. I choć w tej książce Pratchett udowadnia, że one istnieją, to wciąż ze mnie…

… wielbłąd.

Nadal absurd, żart i świetna zabawa! Ale na pewno nie dla początkujących. Paradoksy, bogowie, królowie i ostrzenie żyletek, trochę może przytłoczyć. To opowieść o tym, co mogłoby się stać z Egiptem, gdyby wszystko poszło w historii starożytnej trochę inaczej. A może i bardzo inaczej? No wiecie, co gdyby skrytobójca był jednocześnie władcą?

IMG_9543

Kilka nowości…

IMG_4868

Cisza i wiatr.

Wiatr i cisza.

Totalna przemienność. Gdy tylko przestaje wiać, a nie daj grzyba jeszcze nie pada, to nastaje koszmarna cisza i masz ochotę sobie wydłubać uszy. Masz tego dość. Bardzo dość. Potrzebujesz tego dziwnego hałasu, potrzebujesz onej wszelakiej namacalności słyszalnej powietrza. Po prostu nie tyle się przyzwyczajasz, co zwyczajnie nie jarzysz oddychania bez wiatru. Nawet jak cię rani, nawet jak to ten psychiczny wiatr… to jednak i tak lepiej z nim, niż bez niego.

A teraz się wyciszyło.

Po deszczach, po onej wpadce pogodowej, która to nie okazała się kolejnym śnieżnym Armageddonem, wiecie, miało nas zasniezyć, zawiać i w ogóle… Ten żart znowu krąży po internecie, coś w stylu: kazali wziąć trójkąt ostrzegawczy, pełen bak, łopatę, wodę i zapas jedzenia – i durnie się czułem z tym wszystkim jadąc autobusem. No to informujemy, że jednak nie zawiało. Znaczy wiało i coś przypominające mrożony śnieg pooblepiało nam autko, ale nic poza tym. Temperaturka potem spadła, ale tak serio, prawie przez cały tydzień świeciło słonko i tyle. Na polach pojawiły się oczka wodne, które odbijając błękit radosnego nieba wyglądają tak cholernie utopijnie, że ino brak na nich onych lelyi różowych i białych. I wiecie, medytujących w powietrzu amorków. Ale ekhm, może żeńskich amorków? Bo tak medytując w powietrzu, to jakoś tak po prostu wszystko widać i tak dalej. Ekhm… No sorry no, wszyscy tak jakoś wariują od tej dziwaczności, zielonych pól, błękitnych oczek, ino wianki pleść z czego się da i nie wiem, no jakoś tak tańcować, czycić wszystko i kompletnie nie zajmować się światem.

Moja piękna, cudowna Wyspa, jakoś tak czasem chyba działa na ludzi, że po prostu zmieniają się w nawiedzonych hippisów i wiecie, podskakują, popląsują, jakoś tak zwyczajnie wariują… A potem uświadamiają sobie, że u nas, to można co najwyżej sobie popląsać i pobiegać na bosaka po plaży. Pokąpać się kiedy się komu podoba, no może nie jak kwitną algi i wszelako ponaturzyć. Bo cała reszta, to wiecie, cudze polityki, które wszystko inne niszczą.

IMG_4787 (3)

Trzej panowie w łódce.

A raczej trzej panowie bez łódki.

O nie, przepraszam, potem zrobiło się ich chyba pięciu. Widać to już ta pora. Pora na stanie w onych gumiaczkowych portusiach i z kijkami, wiecie, zapasem linki, żyłki, podbierakiem na pleckach, czy co tam jeszcze mają. I łowienie. Ciekawe, czy w ogóle to my mamy jeszcze jakieś rybiny? Nie no, pewno, że czasem widzę kuter, a dookoła niego stada mew, więc coś musieli złowić, ale kurcze ile i jak? I czy dobre? Czy te powojenne kwasy i zarazy wydostały się już z zatopionych beczek? A może jednak to tylko kolejny mit? Bo morze się zmienia, pożarło więcej Wyspy, niż przez 10 ostatnich lat, ale…

Czy rybowo jest dobrze, czy źle?

A może zwyczajnie i naturalnie zmiennie?

Wiecie, w dzisiejszych czasach człek już kompletnie niczego nie może być pewnym poza zdrowym rozsądkiem, ale ponieważ ludzie go potracili, to jakoś tak wszyscy głupieją i tyle. Koszmarne. Widać to wszędzie. W tym, co ludzie wykładają na ladę w sklepie, w tym, czego pragną, w tym, czego chcą tylko, a może w tym… czego mieć nie mogą? Nie wiem. Muszę przygotować się na „ballade” i tyle. Wiecie, dziś odkryłam, że jakoś tak ten świat, choć tak bliski Polski z jednej strony wcale się nie różni od niej, a z drugiej jest tak brutalnie materialny, że nie wie się co powiedzieć. Tam możesz mieć coś za darmo, tutaj dopiero się uczą tego, że mogą brać i nie płacić za to. Brać kompletnie wszystko. Bo wcześniej, bez urazy, ale też brali, tylko jakoś tak nikt nie nazywał tego kradzieżą. Bo przecież to takie brzydkie słowo, a to Dania. Najszczęśliwszy kraj najszczęśliwszych ludzi… którzy już przestali w to wierzyć, bo czuć nie czują od dawna, ale za to zawsze, ale to zawsze będą mówić, że taka jest prawda.

Pięciu panów bez łódki nadal stoi w zimnych wodach morza i rzuca oną linką w niezbyt głębokie głębiny i jakoś tak… zimno mi się zrobi. Wybaczcie, ale czy oni nie marzną? No serio?! W ogóle? Ani trochę? Nic a nic? Nic im nie marznie? Ekhm… bo jakoś pań nie widzę z patyczkami, ale panów tak, więc jaka jest różnica? No nie w płciach, no ludzie w zimnie?!!!

IMG_4838

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Płakusiowata Mgła… została wyłączona

Pan Tealight i Ten, co poczyna koszmary…

„Rodziciel.

Pochwa zaczątków.

Ten, który wydala i kompletnie nie dba o swoje dzieci. A może jednak o nie dba? Może je dokarmia, doucza, zbiera na ich utrzymanie, zmienia im pieluchy, a może i dba o stypendia, może i ma dla każdego kołyskę, łóżeczko i domek?

Może?

Tak do końca nikt nie wie. Wiedzą jednak, że istnieje, zlepieniec wszelakich pobudek, gdy wygasły już wszelkie światła, gdy nie ma żadnego źródła światła, ni księżyca, ni gwiazdy, ni nawet oczu świecących w ciemności, jest tylko ona sama. Gęsta i przejmująca i budzi cię swoim oddechem, nagle nie tylko budzi, ale jej dotyk zaczyna muskać cię po gardle, coraz mocniej i mocniej i w końcu… dusi… Naciska. Dobrze wie, gdzie. Dusi. A ty się budzisz, ale nie możesz poruszyć. Twoje gałki oczne zdają się mieć wciąż wpojoną im wolność, a jednak nic poza nimi. Ni ręce, ni nogi, ni gardło. Nie możesz krzyczeć, nie możesz trącić tego ciepłego ciała, które leży tak blisko ciebie.

Które mogłoby pomóc. Które…

Albo te senne cudowności. Sklejone obrazki codzienności, które nagle mieszają się ze sobą, wynaturzają normalność i mieszają dzień z nocą. Nagle wspomnienia i marzenia są jednością, przeczytane powieści rażą obrazami, sceny z filmów igrają ze zmysłami. Wiesz, że to jest sen, ale czy na pewno? Na pewno… nie możesz się obudzić, więc to nie może być snem, ale jest na tyle straszne, że chcesz, by się skończyło, więc…

Nie budzisz się.

Czy on jest dobrym ojcem, czy wyłącznie marnym bóstwem, które ma gdzieś to, że jego dzieci tak rozrabiają? A może jednak to jego wielki plan? Może jest w tym coś więcej? Bo jeśli poczynasz i rodzisz, to coś musi w tobie być więcej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2459 (2)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmikołaj” – … no on. Wiecie, gość dobrze odżywiony, świnki, prezenty. No jak to nie wiecie? Jakie renifery?

Cóż.

Widzicie, czasem zdarzają się pewne rzeczy. Zdarzają się, bo inaczej być nie może, bo istnieją ludzie tak źli i przebiegli, że im się udaje, i wtedy wszystko się kończy. Nadzieja, radość, oczekiwanie na niespodzianki. Magia… Na szczęście Świat Dysku posiada Śmierć, konia i ludzkiego wciąż pomocnika, a to oznacza, że wiecie… może nie będą takie same, ale jednak będą. Cokolwiek kruk ma do powiedzenia i ile strachów Susan Sto Helit wypędzi spod łóżek… święta muszą się odbyć.

Bo tak i już! Muszą!!!

To jedna z moich ukochanych części cyklu. No wiecie, kocham te święta na okrągłej ziemi, więc pokochałam i te na płaskiej. I jeszcze ON za Wiedźmikołaja. Któż by się spodziewał!!! No jak można GO nie kochać? Nie można, czyż nie? Powieść jak zwykle przemądra, pełna intrygujących osobistości, często umierają, ale spoko. Do tego magia, ale taka prawdziwa i młoda dziewczyna z dziwnym dziadkiem. No wiecie, Świat Dysku. Tutaj wszystko jest właściwie takie samo jak u nas, tylko czasem, odrobinę bardziej wyraziste, albo płaskie, albo wykrzywiające pogrzebacz.

Wesołych! LOL

IMG_9553

Wieje mocniej.

Właściwie to huragan, ale wiecie, kto tam uwierzy w huraganowe wiatry na wszelakiej północy, no kto? Ale wieje. Wieje tak, że aż mózg się człowiekowi chyboce i trzeba się jednak czymś wspomóc coby nie zwariować. Bo można zwariować z takiego wiania. W prognozach pogody nie dość, że ostrzegają przed kosmicznym deszczem… takim, jaki przytrafił się nam przez kilka godzin w środę rano – no powiem wam ulewa jak nigdy. Waląca o ściany i okna, tętniąca po dachu, wybijająca trawki i roślinki z ziemi. Coś, co się tutaj zwykle nie zdarza. Jakbyśmy wilgoć tak naprawdę tylko absorbowali z powietrza i nie potrzebowali opadów. A poza tym zapowiadają zimę… ale mało im wierzę. Chociaż, czekam. Wiecie, ja zawsze czekam na zimę.

Wieje.

Po prostu duje i chyboce chatką. Człowiek składa sobie silne podziękowania za te wszystkie kamienie, które przywlókł do domu, te zielone cudowne, te czerwone, te kryształki, krzemienie i ciężkie granity. Może nie będziemy robić za Dorotkę. W końcu mój Toto jest raczej pluszowy i łatwowzlatujący, więc wolałabym nie. Chociaż, może byłoby fajnie? Tak wiecie, kompletnie nie mieć na nic wpływu. Ktoś was podnosi, ktoś powala, ktoś unosi, przemieszcza, zmienia, przewiewa, a potem myślicie o tym, że termiczna bielizna, to coś wymaganego u kobiety.

Chyba?

Wieje… a jednak niebo pełne gwiazd, jakby chciało udowodnić coś, że nie da się posprzątać, że jednak woli mieć taką układankę na swojej powierzchni, jaką ma. Że nie da sobie gwiazdek pogrupować, ani tym bardziej ich wymieść. Chmurki chmurkami, ale jednak kurcze… te gwiazdy, takie normalne na tym niebie, takie niezasłonięte światłami miast, czy wysokimi budynkami. Takie nie martwiące się tym, że Dania sprzedała swoją pocztę NordPostowi, no i teraz zalicza wpadkę finansową, bo wiecie, u nas znaczki dwa razy droższe, więc mieli z tego, coś, a teraz mają nic. Za to NordPost odpowiedział, że Dania sama sobie winna, bo w takiej Szwecji można wciąż wybrać, czy chce się papier czy jednak elektronicznie wszystko i ludzie wybierają, a u nas… coś z tą demokracją u nas to jednak wiecie, jakoś kuleje jednak. A może to ten Wielki Bożek Ekologii, zakłamany skurczysyn!!!

IMG_2444

Rzeki…

No dobra. To, że są wzburzone i pełen wody, to już pisałam, ale to, co zobaczyłam dziś, to, że mogłam wejść w morze tak daleko, tak niebezpiecznie piaskowo-ruchomo… jest przerażające. Nasza Melsted å zmieniła się w budyń. Raczej rzadki i na pewno niesłodki, ale jednak wiecie, budyń. I to totalnie waniliowy. Może i z lekką domieszką karmelu nawet? I ponieważ po naszej stronie fal nie ma i morze cofnęło się dość daleko, to rzeka napędza cały ruch i wszelaką ruchomość piasku. Wygląda to tak, jakby Wyspa zdecydowała rzekami przeprowadzić część piasków ze wschodniej strony na zachodnią. A może to jednak coś innego? Ale widok jest niesamowity. Jakby waniliowy budyń wlewał się w błękity i granatowości morza, bardzo płytkiego, z głazami odkrytymi tak mocno, że aż zaskoczonymi swoją dziwną nagością. Wchodzisz w morze, w miejsce, które powinno ci zakrywać prawie pępek, i dziwisz się temu, co możesz oglądać. Piaski i skały. Liście i wodorosty. I te kolory kamieni. I te mieniące się bursztynowości fal…

Takie to wszystko zachwycające, ale i przerażające jednocześnie. Dotąd działo się to tylko jesienią, podczas tych deszczów jesiennych, ciężkich i zimnych, gdy ziemia spływała z pól, ale teraz to coś całkiem, kompletnie innego. Coś fascynującego, ale i strasznego. Z jednej strony – tylko natura, czyż nie, ale z drugiej… może ludzie znowu coś nabroili.

Z punktu widzenia szaleńczego artysty od kolorów – coś niesamowitego!!!

IMG_2591 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten, co poczyna koszmary… została wyłączona

Pan Tealight i Broda…

„Stała tam.

Samotna, jakby zagubiona.

Jakby odrzucona przez morskiego hipstera, tudzież gościa w modelu drwal, co to nagle postanowili zwyczajnie zgolić, odciąć… może i koczek gdzieś tam pływał? Nie zaglądała w fale, za bardzo była zafascynowana oną smutną brodą. Bo tak, broda była bardzo smutna. Bardzo samotna, zimna, oszroniona, olodzona… i szalenie piękna. Niesamowicie foremna i zaskakująco wzruszająca. Jakaś taka. Stojąca na krańcu pirsu, gotowa rzucić się w fale, zatonąć, a może jednak rozpuścić się w nicość?

A może?

No broda.

Pęk wszelakiej, lekko zmiętej włosiny, innej niż ta nagłowna. Mocniejszej, pełnej okruszków, lekko kręconej, wszelako białawej. Nie siwawej, ale właśnie wiecie mlecznej takiej, jak u Świętego, co to prezenty dostarcza i nadmiernie, zdajecie sobie z tego sprawę pewnikiem, korzysta z pozostawionego mleczka i załączonego ciasteczka… albo i trzech. Jak nic mleczka po irlandzku. No wiecie, jak ta kawa. Podobno można tak pokomplikować i te płyny. No serio, spróbujcie.

Może też dostaniecie brody, albo choć wąsów?

Broda mocno skupiona w sobie. Niepoddająca się wiatrom, bo przecież w brodzie wszystkie włoski odczuwają przynależność do roju. Może nie mają królowej, ale wiecie, ona wspólnota jest aż nazbyt silna, dlatego… broda stoi. Nie porusza się. Nie zmienia pozycji. Nie przestaje z brodowej nogi na inną brodową nogę.

A może…

On tylko poszedł popływać. Bo lubi zimowe fale, wszelakie sopele i mroźność wspomaganą wiatrem, a brodę wiecie, pozostawił, bo mokre włosie strasznie ciągnie ku dnu, a on jakoś wolał powierzchnię, tylko że nigdzie go nie widać. Choć może gdzieś tam, na horyzoncie? Czyż właśnie nie machnęła dloń, lub noga? Lekko siwawa głowa, z niewielką ilością włosków? Tak, to chyba to. Ale jednak tęsknota brody bardzo przygnębia i rybaka, który niczego dziś nie złowi i Wiedźmę Wronę Pożartą, która ryzykując życiem podaje właśnie brodzie kawałek czekoladki z przyprawami. Wiecie, pozostałości poświąteczne… w końcu kto zjada okładki, ten piękny, gładki, oraz wszelako szczuplejszy, jeśli się wiecie, dzieli z innymi!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2078

Z cyklu przeczytane: „Susza” – … Australia. Pająki. Wielkie pająki. I susza. Książkę oczywiście, choć to pierwsza tej autorki, wspomogło to, iż wykupiono prawa do sfilmowania jej. A może ważniejsze było zdobycie nagrody dla niepublikowanego manuskryptu? A kto tam wie…

Australia, pająki, gorąco… śmierć.

Autorka jest stamtąd, więc naprawdę wie jak przekazać oną bezwodność i arachidy skaczące po ścianie, czyhające na smacznych ludzi… tkające sieci. To w końcu tutaj normalność. Do suszy trwającej już drugi rok ludzie jednak się nie przyzwyczaili. Stres narasta. Problemy się nawarstwiają. Nasz bohater przyjeżdża tutaj tylko z jednego powodu. Nie tyle dla zmarłego przyjaciela, dla jego rodziny, ale wspomnień o pewnej zbrodni. Tylko, czy przeszłość naprawdę nie wygasła? Czy nowa zbrodnia sprawi, że ludzie zmienią zdanie? Ale co, jeśli wszyscy myślą, iż ojciec rodziny zamordował swoją żonę, syna i siebie… więc nikt nie szuka? A pająki wciąż tkają swoje sieci…

Dobra powieść.

Klimatyczna. Nie idealna, ale jednak dobra. Nieźle przedstawiająca tamten świat, inny, zdesperowany i ciągle spocony. Ludzi, którym już nie zależy i tych, których małe sekrety urastają do ragi zbrodni. Jak zwykle nic nie jest takie jakim się wydaje i tak naprawdę od samego początku jesteśmy pewni, że ci najbardziej podejrzani nie są winni. Ale w takim bądź razie, kto popełnił zbrodnię sprzed lat i czy naprawdę ojciec rodziny popełnił najstraszniejszą ze zbrodni? Hmmm… no dobra, pewnych rzeczy się domyślicie, ale powiem Wam jedno, mimo lekko usypiającej atmosfery, to nie jest zła powieść. Może nie diametralnie inna, na pewno bazująca na człowieczeństwie, które niczego nowego już nie umie wymyśleć, ale jednak… warto.

IMG_1446

Mokro.

Mokro i wilgotno, a nie padało. Tych tylko kilka kropel z niebiosów to trudno nazwać deszczem. Wieje co prawda, ale to chyba raczej opcja susząca, czyż nie? No to skąd ta cała wilgoć i woda w rzeczkach, strumieniach, a i wodospadach. Wszystko przepełnione, dróżki i ścieżki podmyte, zniszczone, albo zwyczajnie pod wodą. Jakby cała Wyspa postanowiła zmienić w końcu swój stan skupienia. Tylko, czy na zawsze? Nie wiem. Ale wyjście na zewnątrz wiąże się z gumiaczkami, ale tutaj, chyba tylko poza mną, każdy ma odpowiednie wdzianko w kolorze pomarańczowym oraz buciki. Na cieplejsze dni drewniaki, a mokre kaloszkowatości. A ja tak nie cierpię gumiaków, że aż mnie telepie, więc wiecie, wracam do domu ubłocona po uszy. I fajnie jest!!! A już szczególnie jak dziś miałam zwyczajowo niewielki wodospadzik przy dróżce przy Kobbeå przechodzić… nie ten główny ogromny, ale ten wiecie, wcześniejszy po prawej…

… no to, ekhm, się zmoczyłam. I fajno. W końcu człowiek też się musi popodlewać, czyż nie?

Świat naprawdę wzrasta i w prawo i w lewo. Trawki wszelakie wyłażą spomiędzy wciąż jeszcze dziwnie witalnych liści zeszłorocznych, zapowiadając i tulipanki i żonkile i narcyzy… bo wiecie: ranniki i przebiśniegi to już są. W mngości wszelakiej i zwyczajnej. W dorzeczu rowu melioracyjnego, gdzieś tam na zboczu, tutaj zaraz przy drodze, jakby chciały udowodnić, że mogą i muszą. I oczywiście, że przecież są onym zwiastunem wiosny, więc wszyscy muszą, po prostu muszą się nad nimi roztkliwiać. No i pewno to robią… ja wciąż jestem twarda.

Tęsknię za zimą. Śniegiem, mroźnością. Oj pewno, że udało mi się jeszcze złapać trochę śnieżności tydzień temu, ale co to było. Nosz ino tyle, co ten kot napłakał, a to serio bardzo, ale to bardzo bardzo mały kot!!!

IMG_2105 (3)

Poza wilgocią wszelaką, jakoś tak dziwnie wyczekująco się zrobiło. Ludzie trochę się burzą po gazetach, wynajdują dziwne problemy, ale jednak… jakby wszyscy na coś czekali. Koniec świata może się zbliża, może kurcze znowu czegoś nie wiem? Bo wiecie, to się zdarza. Nie mam pojęcia co się dzieje w Grze o tron, znaczy tej filmowej, oraz komu co tam obecnie gra. Bez telewizora ona dziwna nieświadomość staje się dla wielu obserwujących mnie z zewnątrz, jakaś taka… przerażająca. Ciekawi mnie to. Dlaczego ludzie boją się tych beztelewizorowych?

No, dlaczego?

Może i świat zewnętrzny naprawdę zdecydował się już na wiosnę, wciąż jeszcze mamy luty, więc wiecie… jest jeszcze nadzieja. I chociaż bułki na fastelavn już trzeba szykować, to wciąż jeszcze może się przytrafić nam zima, czyż nie? Szczególnie przy takiej wilgoci. I to wilgoci, która ma taki widok na morze. Morze, które w miejscach, gdzie osiadł piasek tak cudownie, turkusowo się mieni i nie łączy z onymi błękitami odbitego nieba, oraz kobaltami i granatami. I choć wieje, to po naszej stronie fal brak, za to kamienie na plaży świeca się jak psu… znaczy wiecie, wyraziście połyskują niczym lakierowane! Ekhm. Śliczne są. Nie rozumiem na co człowiekom diamenty, gdy mogą dostać coś takiego jak mieszanka mrozu i trawy, albo trawy i krwi, albo taką czerwień, która zdaje się wypływać z plażowych żył… Śliczne mamy kamyczki na plaży.

Nawet jak tak wieje.

IMG_2027 (3)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Broda… została wyłączona

Pan Tealight i Ten, który zawsze skądś wracał…

„W podartych portkach i fartuszku w kwiatuszki. Wiecie, takim żeńskim, zapinanym niczym płaszczyk, totalnie poliestrowym, nie do zdarcia. Z jednej kieszeni wystaje mu natka pietruszki, z drugiej nożyce ogrodowe… w czapeczce lekko na bakier, w gumiaczkach w kolorze wściekłego żółcienia i oczywiście z pieskiem. Spotykała go tak często. Teraz zimą miał też te wielkie rękawice, a piesek puchate buciki – pudel wiecie – no i szaliki. Mieli je takie same, niebieściutkie z frędzelkami. I obydwoje coś żuli. Nie wiedziała, czy było to coś jednakowego, takiego samego, nader podobnego, aż do złudzenia, ale jednak… Zawsze razem. Jakoś dziwnie nierozłączni.

On na nią nie szczekał, pudel też nie.

Wprost przeciwnie, pudel był całkiem nią nikle zainteresowany, on zawsze rzucał spojrzenie spod krzaczastych brwi, no i tej grzywki, która zdawała się być całością jego krótkiej w innych wymiarach fryzury. No i te uszy. Wysoki był, ale jednak uszy zdawały się dodawać mu wzrostu. Mijali się. Uśmiechali. Kiwali sobie głowami, choć co do psa, to wiecie, nie do końca tak… a potem szli w swoje strony.

Zawsze osobne.

Zawsze nie te same.

Ten, który zawsze skądś wracał. Inaczej przecież nie mógł się nazywać, nieprawdaż? No jakby miał się nazywać? Bartosz? Zygmunt? Jonasz? A pudel? Z pudlem coś było nie tak. Już nawet nie miało znaczenia to, iż od jakiś wielu lat pudel był psowatym wątpliwym jakotakim, nader sporadycznie spotykanym na ulicach i pod nimi, więc… a jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki czuła, że coś jest nie tak z tym białym, miejscami nagim, miejscami puchatym czworonogiem. Coś nie tak bardziej, niż z tym, który trzymał drugi koniec smyczy.

Miała przeczucie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1585 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zagubieni” – … koniec? A jednak i środek. Bo przecież cykl o Lacy Flint czytałam jakoś tak dziwnie. Najpierw tom pierwszy, potem czwarty, znowu pierwszy, trzeci… W końcu i drugi. Zaskakujący drugi tom. W którym właściwie sama Lacy nie pracuje. Nie, jest wyłącznie dziwnym tłem dla postępowań zaskakująco inteligentnego chłopca.

Tak, bo to opowieść o chłopcu, który wie i widzi. Który przeczuwa, którego inteligencja zawstydza dorosłych, ale który… obłożony jest też klątwą przeszłości oraz tęsknotą za matką. Tym razem to chłopiec zmaga się z mordercą, a Lacy, z tajemnicą chłopca. Chłopca – mordercy? A może tylko niewinnego świadka?

Niesamowita, inna.

Z jednej strony opowieść znanej nam kobiety, z drugiej całkiem nieznajomego chłopca. Historia przyjaźni dziecięcych i dziecięcych koszmarów, oraz miłości, która w jakiś dziwny sposób nie umie, nie może, nie potrafi rozkwitnąć. Ale przede wszystkim to ponownie pewne miasto i jego koszmary, jego sekrety i tajemnice. Jego mity i legendy. Oraz najnowszy koszmar, który odbiera życie dzieciom… odbiera życia, które tak naprawdę jeszcze nawet się nie zaczęło. To naprawdę z jednej strony wzruszająca, a z drugiej wstrząsająca opowieść… też i o rodzinie.

O tym, jaka powinna być i jaką najczęściej nie jest.

IMG_1447

Wietrznie…

Deszczowo.

No wiecie, po takiej ilości słońca i temperaturze powyżej 10 stopni, coś musiało się zmienić. Dla wyrównania szans. Mgłą płacze Wyspa… Wyglądam przez okno i nie widzę mżawki, czy rozpękniętych niebios, a raczej płaczącą mgłę. Kroplisto się złuszczającą. Mgłę, która jednak mimo to nie maleje. Nie znika. Nie odchodzi. Wprost przeciwnie, zwyczajnie się zagęszcza i jeszcze bardziej puchnie. I jeszcze bardziej tyje. I ma się dobrze, choć tak bardzo łka.

Zewnętrzność nie tylko wilgotna jest i dziwnie zimna, ale też i porywa w ramiona i pcha ku wzburzonej morskości. Chciałoby się po prostu poddać naturze i odejść z tego świata, który jakoś tak ostatnio cięższy jest i bardziej psychiczny. Z tego świata, który nawet tak mały zakątek dusi i męczy. Nie no, nawet nie chodzi o to, że wciąż się kłócą o te nazwy promów. jakby to miało jakieś znaczenie. Już nawet jakoś odpuszczam durnowate plany rozbudowy Kunstmuzeum. Jakoś tak. Chyba już nie wierzę w człowieczeństwo zdolne zrozumieć, że natura, zieleń i wszelaka czystość jest najważniejsza, bo kasą nie da się oddychać. Już nawet…

A gdyby tak dać się porwać wiatrom, może zwyczajnie odpuścić? Tylko, czy można tak po prostu przestać się martwić, przestać myśleć o wszystkim. Widzicie, nawet brak telewizji, czy unikanie gazet, nawet to już nie pomaga. Aż strach pomyśleć czy się człowiek NIE martwi, bo o tym nie wie. Jeśli to co wie doprowadza go do takiego stanu, że chce się oddać wiatrom. I pozwolić wywiać gdzieś tam na głębinę. Na tą samą, w którą wpatrywał się ostatnio. W którą tak łatwo byłoby się zagłębić i zwyczajnie nic już nie czuć.

IMG_0631

Wyspa na początku pozwala człowiekowi uwierzyć, że można. Że da się żyć bez zewnętrzności i rzeczywiście to się udaje. I naprawdę można na początku, bo w końcu zaraz po przeprowadzce masz tyle problemów, że strach się bać… z czasem człek przyzwyczaja się do onej ilości kłopotów i po prostu jest w stanie przyjąć na barki więcej. I więcej. I nagle to, co innym jawi się HYGGE – ja pierdziele wciąż mnie wkurza ta książka – staje się tylko sennym marzeniem. Ot czymś, co przechodzi z czasem, gdy wstaniesz i po prostu zaczniesz znowu oddychać.

Bo chociaż mniejszy kawałek ziemi, to jednak wiekuisty bastard Danii, tak naprawdę i coś tam pod Szwecją, tak się opisuje Wyspę. Nie no, pewno, że są one piękne mity i legendy o tym jak to bóstwo wszelakie kończąc tworzyć fiordy i piękności Północy zostało z leftoversami i tak oto ćpnęło je na środku Bałtyku. Ot romantyczna opowieść, ale jakoś nie do wszystkich trafia. Na pewno po raz pierwszy od kilku lat zaobserwowano wzrost ludnośc, nie kolejne ubytki. Tylko że… widzicie, jeżeli to tylko statystyka, to możliw iż wzięto pod uwagę tych, którzy tak naprawdę tylko kupili domy, a wcale nie mają zamiaru tutaj żyć… wcale a wcale? Cóż, jakoś jak zwykle nie wierzę w to wszystko. Jakoś tak bezwiarowa jestem strasznie.

Wyspa wydaje się wielu takim łatwym miejscem do istnienia. I serio, niektórzy odnajdują tutaj nie tylko coś innego, ale przede wszystkim prawdziwego siebie, więc… czasem niefajnie jest żyć ze sobą i lepiej wrócić do miasta, gdzie problemy innych przytłaczają własne rozterki. Proste to jak nieprostą jest budowa cepa. Serio. Sprawdźcie systematykę cepową. Sprawdźcie!!! Ale… gdy człek się zakocha na zabój w Wyspie i wytworzy oną cudowną pępowinę, to na amen i wszelkie inne pax i neapolitana, nic innego nie ma poza nią.

Kompletnie nic.

IMG_0632 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten, który zawsze skądś wracał… została wyłączona

Pan Tealight i Masłowy Ludzik…

„… no taka była prawda, że wszystko zaczęło się od Chowańca. Na początku jego kanapeczki, wiecie, gdy je komponował w czasach wszelakiej ich jednak wspólnej, uniwersyteckości, znaczyły jedynie śladowe ilości masełka i wszelaka drobinka, ot koroneczka wędlinki, tudzież serka. Ale z czasem… pozwalał sobie na więcej. Na rozpustę, na coś innego, coś nowego. Nowe smaki, owe ilości, nowe odkrycia wszelakich czarowności najęzykowych. Bo czemu nie… przecież w końcu miał kogoś, kto mu podpowiedział, kto zauważył, kto zapytał: dlaczego?

I tak narodził się Masłowy Ludzik.

Lekko michelinowy w kształtach, ale nie do końca, śliski oczywiście i jaśniutko żółciutki. Łatwo topliwy, ale też i dziwnie ponętnie pachnący, wiecie, chcecie i rzucić go na patelnię i zlizać topionego z kawałka pizzy… mocno seksualny może? Ale przecież jakie jedzenie nie jest. Nawet kotlet ma coś w sobie sprośnego. A ten ludzik, wybitnie męski i stroniący od ciuszków, nawet chusteczki dookoła bioder, nawet woreczka na klejnoty masłowe, nawet wiecie, kokardeczki chociaż…

… no taka była prawda, iż Chowaniec pokochał masło, a z jego miłości zrodził się właśnie on – Masłowy Ludzik. Duch, a może i bożek nawet. Ten, który zawsze sprawiał, że masło choć prawdziwe, jednak z jakąś taką łatwością miękło pod jego ostrzem, jakoś tak się nigdy nie kończyło, a kanapka, nawet jeżeli upadła, to masłem do góry. Taką miał moc. Jedną z największych. Jedną z najbardziej pokrętnych, a już zimą, no widzicie, przy niższych temperaturach twardzielem się stawał i nie jełczał wcale a wcale, i trzymać się lodówki nie musi… I na wyprawy chodzi. A coś takiego zobaczyć na Wyspie, cóż. Czy mogłoby to kogokolwiek dziwić?

Kogokolwiek?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1720

Z cyklu przeczytane: „Muzyka duszy” – … bo gra. No przecież zawsze coś w duszy nam gra. A i jest taki rodzaj muzyki, który zdaje się być samą duszą, więc…

Tak, po raz kolejny sięgam sobie do Pratchetta wiecie, by sobie przypomnieć, by się zabawić, by jakoś tak się odchamić nawet. Miałem znajomego, co dla odchamiania opery słuchał, tyż lubię, ale bardziej na mnie działa Pratchett. I Śmierć. A może tak naprawdę tylko o niego chodzi? Ekhm, wiecie, lekka fiksacja?

Książka jest jak zwykle niesamowita, mądra i zmusza do nadmiernego myślenia. Jest opowieścią o czymś nowym, o Susan Sto Helit, wnuczce Śmierci i oczywiście o nim samym, oraz o „muzyce z wykrokiem”. Wiecie, onym czymś, z czym można żyć, albo się mierzyć. Oj, zapomniałam o magach. Kurcze, pewno mi tego nie wybaczą, więc wybaczcie, że zniknę, a wy… cokolwiek wam mówiono o Pratchecie, niech was nie zwodzą te dziwne dla wielu okładki. Niech was nie zniechęca lekko dziecięca – a słyszałam i takie opinie – stylistyka. Spróbujcie Pratchetta. Może go pokochacie, może jednak nie, ale na pewno zrozumiecie, że jest w nim coś więcej. O wiele… więcej.

IMG_9544

Wyspa.

Taka piękna, taka szarzejąca. Taka fascynująco odpuszczająca oną światłość. Taka spowalniająca, bo przecież słońce to zawsze jakiś przymus, a już szczególnie ono przedwiosenne. Ono wybijające kwiaty z traw, ono zmiękczające ziemię. Ono kompletnie niszczące te wszelkie przymrozkowe koronki. Ono… niesamowicie ciepłe. Niesamowicie zniewalające. A to przecież tylko Wyspa, czyż nie? Maleńki kawałek świata. Maciupeńki całkowicie. Takie wiecie, dla wielu niewidoczny, nieistniejący. Bo przecież ilu wie, że to Dania? Zwykle albo ktoś się pyta jak to jest w tej Australii, albo czy w Szwecji serio łosie chodzą po ulicach. A co… z trzeciej strony, przecież nie można wiedzieć wszystkiego, czyż nie? Nawet z googlami!

U nas mgły, czyli trudno się jeździ, a potem kłótnie muzealne. No i wiecie, nagle się okazuje, że architekt z USA za darmo pracuje, a darmowemu koniowi durnie tak w zęby zaglądać, no i konflikt się zagęszcza. Jedni się dziwią, inni znowu marudzą, jeszcze inni do końca serio nie rozumieją, a ja… A ja nie chcę. Nie chcę więcej białej bryły, bo ta jest idealna. Może i nadmiernie moderna, ale jednak idealna, a bez tej wieży będzie wyglądała dziwacznie. I ten strumyczek tam w środku i ta cała biel… tyle miejsca, a jednak chcą więcej? Ale przecież za darmo, więc jak odmawiać? I nagle brak wypłaty sprawia, że musisz przyjąć brzydki, koszmarny, niefajny prezent… Bo przecież niepłacone, bo darowane i bezzębne może, ale jednak. Myślę, że zbyt wielu chce się na Wyspie wybić. Chce, a potem doskonale ją depcze i niszczy. Ale też ona potrafi się bronić, więc bójcie się ci, co jej boskości nie dostrzeżecie.

Fajnie, nawiedzenie to brzmi, co nie? Buuuuuu!!!

PS. Długość życia u nas taka niezbyt, wiecie… no kiepsko jednak stoimy w tej całej statystyce, tylko 79,5 lat. Hmm, są od nas lepsi, albo to zwyczajne, statystyczne szaleństwo, jak zwykle. Kto ich tam wie z tymi ich matematykami.

IMG_0953

Szarość spowiła Wyspę i już od razu jakoś raźniej się oddycha. Morze wdziera się między drzewa i szaleje. Zdaje się, iż wszystko jest słone. Tak naprawdę i do końca słone. Powietrze i kora i te pączki, które już się pojawiają, młode listki, stare trawki, drzewka… sosny pochylone na wydmie, która z czasem pewno wkroczy w morskość i stanie się kolejnym elementem plaży, dziwny bunkier… w którym nie wiadomo co i nie wiadomo kto. I to nadbrzeże, które poznaczone jest willami. Bo przecież i u nas są takie miejsca, wiecie ino dla bogatych. Jak tak dalej pójdzie, to ogólnie bogacizna z miasta nas wykupi, mieszkać będzie tylko od czasu do czasu, a zwykłego Tubylca nie będzie stać na dom. Wiecie jakie to jest wkurzające, jeśli tutaj się urodziliście, tu chcecie żyć, a jednak nie stać was na dom, bo ludziska z miasta oczywiście zawyżają ceny…

Ale tak zmieniono prawo. W sporej części Wyspy nie ma już obowiązku zamieszkania, więc i zwykłe domy zmieniają się w sommerhusy. Oczywiście dla tych, których stać. Spoglądanie na upadek takiego miejsca jest cholernie bolesne. Rani, rozdziera i wkurza. I… niczego nie możesz zrobić. W końcu reszta Danii i tak uznaje Wyspę za dopust boży i to nie wiadomo jakiego boga, a politycy u nas tacy sami jak w innych miejscach, więc… wierzyć można tylko w magię.

Tylko czy magii wystarczy?

Najlepiej napatrzeć się na te sosny i zarośla, na rzeczki kręte bardzo pomiędzy drzewami, na wydmy, których wcale nie tak wiele, na te skaliste zbocza, na te plaże tak różnorodne. Na wszystkie cudowności naturalne, na to, co wciąż jeszcze jest. Macać to i wdychać w siebie. Ono czyste powietrze, one sople, znikające, oną nadzieję na to, że wiosna nadejdzie, ale może kurcze dopiero potem, dopiero później… po kolejnych śnieżycach, po kolejnych zawiejkach? Może? Kto to może wiedzieć… no kto?

IMG_0876 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Masłowy Ludzik… została wyłączona

Pan Tealight i Profanacja…

„Jak mogli?

Jak mogli nie wiedzieć? Tak po prostu postąpić tak, a nie inaczej i jeszcze najzwyczajniej w świecie czekać na pochwałę? No jak?

Jak mogli przypuszczać, że ona to zrobi, że się zniży, że pozwoli im, że naprawdę będzie z tego wszystkiego zadowolona? Jak mogli zapomnieć o babskim gniewie? No jak?

Profanacja.

Tak, to najbardziej odpowiednie słowo na to, co się wydarzyło. Najbardziej. Bo przecież jak można tak po prostu wejść i wyjść? Tak po prostu wnieść to i zostawić? Tak zwyczajnie nie zapytać o pozwolenie? Tak jakoś nie zainteresować się tym, czy ona będzie na tak? Czy nie będzie zbulwersowana, oburzona, a może i urażona? Jak mogli widząc jej minę stwierdzić tylko: ale myśmy nie wiedzieli!!!

Jak mogli?

… dać nadzieję na to, że w tych pudełeczkach z kokardeczkami, tak cudownie, doskonale, idealnie zapakowanymi, jak mogli dać jej nadzieję na to, że będzie tam to, czego ona pragnie? Bo przecież zawsze tak jest, czyż nie? Przed otwarciem pudełka. Dowolnej wielkości. Możecie sobie wyobrazić, że to coś tam jest. To, na co tak bardzo czekasz, to, czego praniesz i czego oczekujesz, ono spełnione marzenie, ono w końcu udoskonalone istnieje…

Ale nie, oni popełnili grzech. Sprofanowali jej nadzieję, z którą i tak miała problem.

Jak mogli…

Przynieść w darze Wiedźmie Wronie Pożartej garnki i kuchenkę mikrofalową…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1230

Z cyklu przeczytane: „Stokrotka w kajdanach” – … Bolton. Ostatnio po prostu nie mogę się oderwać od jej książek, no i teraz kurcze, gdy mam w łapach przedostatnią, to smutno mi. Sprawdzam oczywiście, czy napisała coś jeszcze… No coś tam jeszcze jest, coś mi daje nadzieję na kolejne powieści, ale kurcze KIEDY?!!!

Świat jest okrutny, jak się nagle zafiksujecie na jedną autorkę.

Bardzo okrutny.

„Stokrotka w kajdanach” to nie opowieść z cyklu z Lacy, ale osobna historia. Można czytać spokojnie, nie bacząc na inne powieści tej autorki. Tylko, czy naprawdę spokojnie? Kto spokojnie czyta powieść o młodej prawniczce-pisarce, która wynajduje kruczki prawne w sprawach już załatwionych? O niebieskowłosej kobiecie, do której z prośbą o pomoc, krzykiem: nie jestem mordercą, pisze… ten, który na sumieniu ma co najmniej 3 zycia? Czy ona podejmie się tej sprawy?

A jeżeli tak, to jak to na nią wpłynie, tak kruchą?

Powieść wciąga, jest klimatyczna, z, jak zwykle u Bolton wyraziście wyrysowanymi bohaterami i naprawdę warto się jej dać ponieść. Nie spać, przypalić obiad… kurcze, czytać ciurkiem, bo… ona zaskakuje. I chociaż pewne fakty mogą wam pozwolić zwrócić uwagę na pewne niedopowiedzenia i pewne nieścisłości, to jednak zakończenie może was zaskoczyć. Mocno.

I tyle.

Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo zdradzę zbyt wiele i klops będzie, a nie czytanie! A warto, naprawdę warto! By poznać prawdziwość kobiecości i męskości. By przemyśleć ponownie to, czym naprawdę jest człowieczeństwo.

I dlaczego czasem… zabijamy.

IMG_1448

Nazywam się…

Czyli problemy wyspowe. Wiecie, u nas wszystko jest ważne, a nacjonalizm wyspowy rozkwita sobie niezależnie od pory roku. I nic w tym złego, by zachowywać nazwy, by pamiętać o przeszłości, nie niszczyć zabytków, nie wycinać lasów, nie zapominać… ale… no właśnie, czasem idzie to troszkę za daleko. O kroczek czy dwa za daleko. I tym razem chyba poszło aż nadto. Otóż sprawa się ma promu. A dokładniej jego nazwy. Wiecie, nowa firma oczywiście wiele zmieniła w wyspowym podróżowaniu, chociaż z tymi tanimi biletami to nadal jest spore niedopowiedzenie, to jednak prom nabyli nowy. I nazwali go, ale… nazwali go tak, jak im się podobało, więc nie pytając o nic gazeta wymyśliła sobie konkurs na nazwę. I wszyscy na Facebooku zaliczyli niezły Gik Amok.

Wiecie, ile ludzi tyle propozycji, ile propozycji, tyle szaleństw. A tak naprawdę, to jakie to ma znaczenie? Żadnego. Bilety nadal nie są tańsze, więc sorry, ale wyczuwam tutaj lekka manipulację. Tanie bilety wykupione są do maja – wiecie, jeśli kupujecie z wielkim wyprzedzeniem możecie dostać je taniej, ale w magiczny sposób NIGDY nie ma takich, za miesiąc, czy kilka tygodni, oj nie – hmm? Jakoś wiecie tego nie widzę, ale dowodów brak, więc póki sobie sama Poula Ankera nie wyczarteruję, muszę być zależna od Mols-Linien i ich pojazdów pływowych.

Ale…

… samozwańczy wielce gazetowy komitet powstał, no i wiecie nie do końca jednomyślnie, ale wybrał imię i co teraz? Czy wielcy się ugną przed maluczkimi, czy znowu wszyscy wszystkich będą mieli gdzieś? Na co stawiacie? Bo ja na podwyżki. Wiecie, no i na to, że katamarany kurde nie nadają się na nasze fale. Te fale, które tak poszalały w tym roku. Sorry, ale lepiej na tym morzu sprawdza się ciężka jednostka… Jakoś serio nie dowierzam tym katamaranom. jakoś tak nie wiem.

No serio, za bardzo są antypodowe. LOL

A, bo zapomniałam, oczywiście nazwali go KB LOL Jak dla mnie fajnie. Słodko i zabawnie. Ale podobno to nazbyt silly name.

IMG_0964

10 w skali cieplonta!

Ech! Podobno ino w środę, podobno, ale 10 stopni, serio? Tak naprawdę, gdy obchodzicie Wyspę dookoła, to są takie paski, mroźne-ciepłe-mroźne-ciepłe… w słonku aż się pocisz w szaliku, ale między skałami, gdzie cienie odpoczywają i noc przesypia dzień, siedzi sobie mrozek i się mrozi. I skały dookoła. Gdzie niegdzie jeszcze pochowane fajne sopele, czapy nibyśniegowe. Cudowności wszelakiej białości i błękitów… a potem słonko i te kwiatki. No wyłażą. Jakby kurcze im się serio spieszyło.

I to bardzo spieszyło.

Fajnie się tak oddycha zmiennością powietrzowości. Jakoś tak niesymetrycznie i mocno wyraziście. Raz przetrze płucka, raz znowu człowiekowi przygrzeje. Stoisz przy Hestestenernach i myślisz o onych szczątkach końskich złożonych morskościom w błaganiach i ku podziękowaniom, ale… to wszystko w oddali jest takie błękitne, niebieściutkie i zamglone, że naprawdę… wierzysz. Tak naprawdę nie potrzebujesz spisanej religii, bo tutaj ona jest namacalna. W skałach, trawach, pniach i liściach, drzewach i zaroślach. Nawet jak chowasz pupsko za drzewem, żeby po prostu się wysikać, czujesz ją. Moc Wyspy. No, chyba że umieściłeś dupsko w tych kłujących, to poczujesz więcej. Ale tylko jak jesteś dziewczynką… taka niedogodność! Religijność, kurcze, tutaj wierzysz po prostu. Tylko problem w tym, że wierzysz w całą Wyspę.

Jakoś tak.

A!

Co do Turyścizny, to jest jej trochę, ale w dopuszczalnym nadmiarze. Spokojnie. Tylko pod myjnia czekasz kurcze prawie godzinę. No ale… dobra, wkurzasz się, bo nagle nikt nie wie jaki guzik wdusić i co tak w ogóle robi i czy to wszystko się dobrze skończy, ale słonko od kilku dni sprawia chyba, że serio nobody cares. A może u nas po prostu często nobody cares? Oj pewno, że czasem się pobiją, albo coś w ten deseń, ale zwykle jakoś tak wszystko w końcu zwalnia. Spowalnia i ogólnie mówiąc ma to gdzieś.

W końcu jeżeli u nas jest miejsce i na nocne cienie i na dzienne, to co nas ruszy?

IMG_1002

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Profanacja… została wyłączona