Pan Tealight i Fala, co do brzegu nie chciała…

„Była taka jedna.

Wiecie, totalna buntowniczka, na dodatek w dziwnej gęstości i ogólnie jakaś taka różowa, gdy wszystkie inne były zielonkawe, szmaragdowe, niebieskawe, z białymi grzywkami, a ona nie. Ona wolała grzywę w kolorze słomianych snopków. I to jeszcze w malutkie kropeczki i warkoczyki z wodorostów. Bo tak. I nie. Nie chciała do brzegu. No przecież nie mogli jej zmusić! No przecież jak to?

Co?

Popchną ją?

Zmiażdżą?

Inne fale oczywiście jej nie rozumiały, bo przecież na tym życie fali polega, by biec, pędzić do brzegu, a potem się o niego rozbić i się odrodzić… I od nowa. A jak nie, to czekać, być wodą spokojną, albo li ino zmarszczką. No przecież to takie fajne życie. Takie czarowne i pełne. I można złość wyrzucić z siebie i można naprawdę zaszaleć i można po prostu być sobą, i wszystko inne mieć gdzieś. Bo bycie falą jest fajne i fryzjer jest za darmo. Naprawdę. Spa też! Sole wliczone w życie, a jednak ona…

Nie chciała.

Nie kręciła jej zniżka na zmartwychwstanie w całości z grzywką i loczkami, ni nowe aromaty sól, ani kolczyki z muszelek. Po prostu nie chciała, nie i tyle!!! Za nic, dla nikogo, dla niczego!!! Nie i już!!! Oczywiście, że spowodowało to korek wielki na morzu, a potem pojawiła się Dziura Wodnego Zwątpienia. Ta słona. Inne fale zaczęły ją wymijać, odchodzić od niej, uciekać. A ta nie zmieniała swojego zdania.

Wciąż po prostu stała. Opływana, niezałamująca się…

Dumna.

Aż w końcu jej się znudziło. I popłynęła i rozbiła się i odrodziła się i znowu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1228

Z cyklu przeczytane: „Pamiętniki Zuzy-Łobuzy. Misja specjalna” – … lubię ją. Tak wiem, stara jestem, nie do końca powinnam, ale… Widzicie, nie chodzi tylko o zabawne rysunki i powiedzonka, nie chodzi o to, że Zuza to doskonały obraz dzieciaka w wieku „pomiędzy” światami, ale…

Chodzi o wszystko razem. A tym razem o żółwia Wacka – tak wiem, straszny rechot dla dorosłych – diabły tasmańskie, płot do pomalowania, rodzinę, przyjaciół i oczywiście TEN flet!!! I o rywalizację i zwyczajowe, szkolne życie. Bo przecież w tym wieku właśnie o to chodzi, czyż nie?

Tym razem poza zabawą, książka ponownie porusza bardzo ważny temat. I są nim ginące gatunki zwierząt. Podejrzewam, że po lekturze Wasze dzieciaki będą miały bardzo wiele pytań. I razem dowiecie się czegoś, co was zaskoczy. W końcu dorośli też mogą się dokształcić, czyż nie? I dowiedzieć może czegoś całkiem nowego?

IMG_5724

Przymrozek nadal szaleje.

Serio, gdy człek się budzi, ona w końcu ścięta trawa pokryta jest tym srebrzyście-białawym nalotem, dość szybko znikającym w promieniach słońca, ale… zimny wiatr przypomina, że ta pogoda nie jest taka, jak rok temu. Że kwiaty może i kąpią się w słonecznych promieniach, ale jednak w dziwny sposób jest ich mniej, spora część nawet nie wyszła, reszta szybko znika, ale chyba odpowiada to fiołkom. Napleniło się maluszków, poukrywanych pod połamanymi gałązkami, no i pod ta trawą, która nagle wybujała, jakby chciała wszystko dookoła przykryć, okryć, robić za kocyk i kołderkę. A może po prostu lubi zimno?

Oczywiście mimo chłodku mamy trochę Turyścizny majowej. Dziwnie głośnej, dziwnie nagle wdzierającej się w oną spokojność morsko-leśną. Nie wiem dlaczego ludzie muszą być tak bardzo głośni. Tak strasznie inwazyjni. Może dlatego Tubylcy tak kochają wtapiać się w tło? Może tak naprawdę właśnie o to chodzi w tym wszystkim. W końcu Dania ma oną obsesję w temacie wszelakiej równości. Nie wolno się chwalić, nie wolno wywyższać, a nawet cieszyć ze zwycięstw. A z drugiej strony wciąż trzeba o tym pisać… Naprawdę, to dość specyficzny kraj.

Trust me!!!

… a może tylko Wyspa? Z drugiej strony jeśli wyłącznie Wyspa, to cóż, w końcu musimy być z czegoś znani. Nie tylko pięknych plaży, lasów i rzek i jeszcze skał wszelakich i nabrzeży czadowych i wiecie… zapachu lakridsa wszędzie.

IMG_1100

Maj.

Czyli w końcu wszystko powinno się pootwierać. W końcu nadchodzi Przedsezon, czas oczekiwania, wszelakiego sprawdzania temperatury wody i oczywiście opowieści o tym, że tak, nasze nowy promy przygotowane są na najwyższe możliwe fale. Potem kto tam przejął jaką knajpkę, kto nowy się otwiera, kto po sezonie dał nogę z Wyspy – no wiecie jak to jest, wydaje się im tak często, obserwując Wyspę tylko przez kilka tygodni w lecie, że im się uda, a potem, jak nie zbijaj milionów, to uciekają. Zresztą, sorry ale tutaj to norma. Tak niewiele nowości przeżywa dłużej niż sezon. Tak wiele ich pojawia się co roku. Wystarczy przejrzeć gazetkę.

Aaaa!!!

Polferries, po siedmiu latach, może i zaskoczony ona firmą, o której pisałam Wam kilka dni temu, postanowił wznowić kursy między Polską a Wyspą. Co z tego wyjdzie? Pierun wie? Pomieszczą się? A może jednak w końcu będą jakieś konkurencyjne ceny i uda mi się przejechać do Polski na pączka? No przepłynąć, ale… bez samochodu to sens ma raczej mały, co nie? Oczywiście nadal też ma kursować Żygolot, ale tego nie polecamy. Oczywiście cała sprawa z Polferriesem wygląda raczej na takie coś, co ma zmusić obydwie strony do jakichś rozmów, ale… co z tego wyjdzie pewno okaże się dopiero za rok.

Jak to widzę?

Oj na pewno nie niebiesko! Zobaczymy czy Szwedzi będą mieli obroty? I czy finanse będą się wszystkim zgadzały, bo przecież wszystkim tylko o to chodzi, co nie? Może powinnam też wyłącznie zacząć dbać o siebie?

IMG_1282

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fala, co do brzegu nie chciała… została wyłączona

Pan Tealight i Drzewo Butowe…

„Wyrosło pod ruinami jakoś tak nagle i bez zapowiedzi. A może jednak była jakaś zapowiedź? Może coś przegapili? Może zwyczajnie, nie dostali powiadomienia, ręcznie pisanej karteczki, tłoczonego papieru, kaligrafowanych liter i malowanych kwiatów… a może suszonych, wtopionych w pulpę papieru?

Kto to wie?

A może tym razem był to Posłaniec. Wiecie, wykosztowali się bardziej, postarali o przystojnego, na koniu czarnym niczym najgłębszy sen, odzianego w strój, który od razu informuje, że należy słuchać? A może jednak miał to być śpiewający telegram? Ale wiecie i Posłaniec i trójka gości od telegramu zniknęli gdzieś między skałami, zabalowali z trollami pod Większym Mostem, albo zagubili się w ostrym aromacie czosnku? Albo Syrenice ich zwiodły? W końcu wiecie, baby tak serio wszystko lubią pokręcić. Wszystko zamotać i zmienić… A tym samym, jakoś tak cała ta praca, którą oni mieli wykonać, uleciała ku Niebiosom Zapomnienia.

Albo poczta?

Ostatnio były z nią problemy. Jakoś tak się nie słuchała skrzynek pocztowych, odklejała z siebie znaczki i ogólnie mówiąc buntowała się na wszelkie możliwe sposoby. Podobno nawet koperty odlizywały sobie trójkąciki. No czyż to nie jest już skandal nad skandalami? Odlizywać tak sobie…

Dlatego, gdy Wiedźma Wrona Pożarta, woniejąc niedźwiedzim czosnkiem zbliżyła się do Butowego Drzewa, była tak samo zaskoczona, jak ono. Wiecie, złapane tak nagle z rozwiązanymi sznurówkami, z cholewkami w nieładzie… Bo w końcu oczekiwało zapowiedzi!!! No jak tak można! Bez zapowiedzi, bez liściku, czy chociaż zajączka przesłanego lusterkiem?

Pieśni rzuconej na wiatr…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1029 (2)

Z cyklu przeczytane: „Głęboko ukryte” – … Jack i Sara. Właściwie szczęśliwi. Mają siebie, cudowne córki i ułożone życie. Oczywiście w którymś momencie wszystko się zawali, ale jeszcze leżą w łóżku, jeszcze nie zadzwonił telefon.

Gdy dzwoni telefon, gdy wsiadają w samolot, wszystko się zmienia, ale to ona, Sara będzie naszą narratorką. Niegdyś dziennikarka, która od razu zaczyna składać kawałki układanki, której obraz może ją przerazić. Bo co byście zrobili, gdybyście nie wiedzieli, że wasz mąż był świadkiem morderstwa? A może jednak… nie do końca? Co byście zrobili, gdyby nagle na waszych oczach cała rodzina, której nie znaliście, skoczyła sobie do oczu i zaczęły padać słowa, tak nowe dla was, jak: morderca, inna dziewczyna, winny?

Powieść mnie kompletnie nie przekonała. Narracja jest płytka, bohaterka jako dziennikarka powinna wiedzieć pewne rzeczy i zdawać sobie sprawę z tego, jak do nich dotrzeć. Śledztwo, które prowadzi jest kiepskie. Sprawa nie trzyma się kupy, a winny… cóż, sorry, ale drogą eliminacji odkryjecie go na samym początku, to aż nazbyt proste. Do tego ta małomiasteczkowość. Przecież z tego zawsze można było wyciągnąć tak wiele. I sam Jack. Rany, miałam ochotę walnąć go od samego początku. Kłamstwo dla dobra sprawy? Serio? Nie wiem też, czy to wina tłumaczenia, czy autorka – debiutantka – ma tak ubogi zasób słów, ale… tę powieść czyta się ciężko. Najchętniej zajrzelibyście na koniec i dowiedzieli się, co się wydarzyło?

I co? Zrobiliście to?

IMG_2945 (2)

Arnager… grób.

Musicie się odważyć. Na niewielki spacer, obecnie oczywiście okraszony drzewkami kwitnącymi, pachnący zniewalająco, zieloniutki, cudowny, nikogo dookoła poza tymi dziwnymi, pomarańczowymi łebkami na patykach, które służą pewno czemuś tam samolotom, ale dla mnie są dziwactwem, które otacza cudowny, niesamowity grób komorowy. Naprawdę kapitalny, zrekonstruowany, zabezpieczony. Wchodzicie do środka i czujecie się jak… no właśnie, jak się czujecie?

Dla mnie to czysta wariacja, fascynacja, to, co człek sobie wybrał, by zgłębiać, by badać, niby nauka wyłącznie, a jednak i coś więcej. Bo w archeologii zbyt często człek zapomina o człowieku. W końcu to, co człek w młodości odkopywał, to były ino malutkie kamyszki, a ten grób w środku mierzy tyle ile ja. Pewno z ziemią był jeszcze wyższy. Widoczny z daleka. Wyobraźcie sobie, że składali ich utaj, swoich bliskich… Czy byli rodziną, małą społecznością, a może jednak było w tym coś więcej? Może jednak uznawali się za potomków innych ludzi? I zauważcie, że jednak grób zbudowali z czegoś twardszego. By przetrwało. Nie z obecnego tylko tutaj wapienia. To daje wiele do myślenia. Czy oni też wyprawiali się w morze. A może na kogoś czekali? Czy potomkowie ich wciąż krążą w tubylczym DNA, czy jednak zniknęli?

A może wciąż na nas patrzą?

Megality są niesamowite.

IMG_0972 (2)

Sam Arnager to dość niewielka wioska, właściwie pewno więcej sommerhusów niż ludzi, choć trochę Tubylców tam mieszka. Wcale się nie dziwię, że kochają to miejsce, ale dla mnie uraz po ostatnich zabawach poligonowych jest za wielki. Sorry, ale taka seria z kałacha o poranku to nie na moje nerwy, samoloty też nie, no i jeszcze… ech, latem, ponieważ pływa się tutaj świetnie, na pewno mają masę ludzi, a ja jednak cenię sobie spokój.

Wybrzeże jednak, to inna sprawa. Jak już nacieszycie się molem, pójdźcie w prawo i nacieszcie się wapnem. Znaczy wiecie, jedynym kawałkiem wybrzeża, który wygląda jak zrobiony z białych lego. Na pewno można tam znaleźć skamielininy po kolejnych dinusiach, ale nie zalecamy odłupywania kawałów Wyspy. Zapadnie się i co będzie? No zapadnięta będzie…

Cała ta ściana miękusza to jak ze skrajności w skrajność. Tutaj granit, twardy jak… no granit. A tutaj coś, co właściwie od razu pyli i zmienia twoje ciemne portki w ubranko starego nauczyciela. Wiecie, z czasów tablic, kredy, gąbki, którą zawsze trzeba było namoczyć, a jak się oberwało taką suchą… bleee!!!

WAŻNE! I straszne. Wiecie, że Rosjanie kombinują z tym Nordstreemem. Wystosowali do Danii „prośbę” o wejście na teren morski, ale… oczywiście jak zwykle jedni mówią nie, inni tak. A jeszcze inni przypominają o cholernym iperycie. Tak, zagrożenie istnieje przez cały czas. Nic na to nie poradzimy, poza… no właśnie, poza nie ryciem w okolicach, poza nie ruszaniem tego, co może zabić. Czy Rosjanie wygrają? A jak myślicie? Jak to jest jak kot myszę głaszcze? Myszę zjada… Czy się boimy? No oczywiście, że tak!!! Do cholery jasnej ludzie, jak się nie bać, gdy człek nie może od morza się uwolnić, bo ono go wciąż przyciąga, wciąż nęci, wciąż jakoś tak…

IMG_0980 (3)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drzewo Butowe… została wyłączona

Pan Tealight i Gwiazdy…

„Ogólnie mówiąc wiedział, że go szpiegowały od zawsze.

Od tego momentu, gdy się pojawili i on i one.

Widział jak się zmieniały, zdobywały szlify, żył już tak długo, że umiał rozpoznać ich umieranie. Spadały do jego specjalnego ogródka i tam je chował. Bez ceremoniału, choć miał kilka rytuałów, bez zbędnych snów, choć jednak nucił coś pod sobą. Ale ostatnio… Widzicie, ostatnio zaczęło mu to przeszkadzać. Nie żeby miał coś do ukrycia, ale jako Przedwieczny niezbyt tolerował jakikolwiek nadzór. Domagał się szacunku i jakichś przywilejów. Wszelkiej czołobitności, albo chociaż kogoś do rozwijania czerwonego dywanu, gdy chodził… Naprawdę miał dość onej inwigilacji. No i oczywiście to, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki częściej kazała mu zmieniać skarpetki, wystarczyło w tym wymiarze.

Miał ją, więc…

Tak naprawdę nigdy nie domyślił się dlaczego to robiły. Był przecież Panem Tealightem, Największym Przedwiecznym, choć postury lichej, mocarzem, magiem i pierun wie czym jeszcze, bo o większości swych mocy już tak dawno zapomniał, Stworzycielem, Wielkim Strażnikiem, Wybudzonym… a jednak miał je nad sobą. Zawsze bezczelnie wglapione w niego, dziwnie grupujące się zawsze tam, gdzie był i on. Właściwie wiedział, że spoglądały na niego też za dnia, bo w końcu czemu nie. Mogły, a jednak… kurcze, czego tak naprawdę chciały?

Co pragnęły ujrzeć?

Dlaczego to robiły?

Czy to tylko perwersja, nuda z okolic psalmów, litanii i wszelakich skrzydlatych w kieckach, co to nie nosili pod nią odpowiedniej bielizny i wszystko, ale to wszystko było im widać, bo przecież podwiewa… A może jednak miały do niego jakiś interes, ale zwlekały do końca? Ale jednak wolały odczekać na odpowiedni moment? Zaczynał się bać czasu, gdy ten moment nadejdzie, naprawdę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2647 (2)

Z cyklu przeczytane: „Prom” – … nie. Nope. Nie czytajcie tej książki. Nawet jeśli jakoś spodobały się wam poprzednie tomy i przełknęliście to, że zrobiono nas w balona, to nie czytajcie tej powieści. Bo… ona zepsuje wszystko, kompletnie wszystko, a poza tym, kłamie.

Szanowny panie Autorze, proszę zaglądać bardziej i głębiej, w coś poza Wikipedią. I sprawdzać szczegóły. Nie wiem też kiedy ostatnio płynął pan promem przystosowanym do takiego akwenu, ja niestety pływam, bo kiepsko u pana z logistyką. I logicznością. Poza tym, ta książka wygląda jak zlepieniec kilu filmów, między innymi takiego z Brucem W., więc… kiszka. Omijam łukiem szerokim to, że w ogóle nie zna pan Duńczyków, a już za obrazę Mojej Królowej najchętniej poleciałabym panu z plaskacza, no ale… za daleko. A może, na szczęście?

Jednakowoż, jeśli uznacie te powieść za całkowitą fikcję, nawet nie będziecie pamiętać, że w poprzednich dwóch tomach coś się wydarzyło i tak serio gościa wsadzili do ciupy nie wiadomo dlaczego i spraw nie wyjaśniono… Nie, sorry, nie da się uznać tego za totalną fikcję dziejącą się w jakimś tam Danmarku Owczym. Przykro mi. A o Camp Century pisali u nas rzeczywiście sporo i nie do końca tak jak pan… i ekhm, jeżeli przedstawiasz po duńsku panią komisarz, nie musisz dodawać: duńska policja – oni to wiedzą Sherlocku. Pomijam Læsø? Wyłączie Grenlandia i Wyspy Owcze posiadają autonomię pozwalającą tym wyspom na mniejszą zależność od Danii.

Læsø ma sól.

Matko Wyspo! Takiego gniota dawno nie czytałam!!!

IMG_2946

Morze, to dla mnie wciąż gigantyczna fascynacja. Posadźcie mnie między kamieniami, dajcie się bawić w śmieciach wywalonych przez fale i będę zadowolona. Serio. Mogę spędzić godziny czekając na molo na ten jedyny, odpowiedni splash do zdjęcia. Na ten moment, gdy wielkie krople wody formują idealne kule i utrzymują się w powietrzu, a od dołu i góry muska je błękit. Mogę… tego jakoś nie da się tak po prostu odpuścić. I ludzie dookoła, ci którzy żyją tutaj od zawsze, dla których widok morza to zwyczajność, robią to samo.

Widok ich wgapionych w ona moc ogromności wodnej… jest dla mnie normalnością. Ale… wiecie, wciąż nie kumam tych wszelakich urządzeń do łowienia ryb. No dobra, pewno, że wędkę, sieci czy podbierak pamiętam nawet z dzieciństwa, mój wujek miał fioła na punkcie ryb… ech te tłuste węgorze, brrrr, bleee!!! Te ości! Kiedyś jedna karpiowa siedziała we mnie dwa dni! to był koszmar, a ulga, gdy w końcu wylazła – na szczęście górną stroną – była przeogromna. Ryby to tam ryby, no wiecie, pływają i są ślicze, albo przerażające. Ich łuski, pozostałości srebrzystości na łodziach jest jak perłowe łzy. Jak zagubione cekiny z morskich sukieneczek. Ech, po prostu piękne. No i ten zapach. Tak, mieszkając już prawie 10 lat tak blisko morza, że się je czuje, słyszy i widzi, sprawia że wpadam w popłoch, gdy wyjeżdżam na środek Wyspy i nagle GO nie widzę…

Mniejsza.

Dziś znowu oglądałam te wszelakie dziwne rzeczy rybackie. Rozumiem łódź. Rozumiem wiosła, bez urazy, rozumiem te różne tam takie, ale dostaję oczopląsu od kolorów tych czadowych skrzyneczek na ryby. Są po prostu przecudne! I te boje, czy coś i te dłuższe boje? Albo może boje na patyczkach i odbojniki i jeszcze te różne takie sznury, jakby się spodziewali marlina, czy czegoś tam i… te ich kapitalne stroje. Wiecie, niektórzy chodzą w nich dzień w dzień, inni przebierają się w szopkach, zaraz przy malutkich portach są takie i wiszą tam, gdy nienoszone, one wiecie stroje… od góry do dołu. Jakby odrzucone skóry innych, morskich ludzi.

Morze jest niesamowite.

IMG_2832

Dziś za to byliśmy w Arnager. Nie wiem dlaczego, ale trochę mnie przeraża to miejsce. Nie dość, że jadąc człek mija poligon, to jeszcze kurcze samoloty. Nisko latające, bo lotnisko o rzut kamieniem. Nie wiem, czy mogłabym tak zwyczajnie tam żyć, a przecież wybrzeże jest piękne. I to molo… ja piernicze. Kawał drogi, a potem dziura i łodzie, maciupki porcik, kolorowe łódki, kamienie obrośnięte – szczególnie tą porą, oną sałatą fluorescencyjnie właściwie zieloną. Wszystko to sprawia, no i piasek, że woda ma wszelkie odcienie turkusów, szmaragdów i błękitów.

W ogóle z tym molem, zbudowanym po raz pierwszy w 1886 roku, to był cały cyrk. Bo wiecie, bidulek wymaga remontu, pierwszy większy sztorm go majtnie i porwie, reszta jest kamienna, więc… tak naprawdę, by popływac, no nie da się bez mola i jakiegoś zejścia do wody głębszej i mniej wirującej, dlatego założono crowdfunding i co? I się udało. Zebrali prawie 400%!!! I super! Bo zobaczyć to miejsce, stanąć tak na środku wody, czujecie się wtedy niesamowicie. Po prostu dech zapiera, a jeszcze… dziś wiało, więc sorry, ale gdy kurcze nie wieje, jest cieplej, wskoczyć w tą cudowną szmaragdowość. Oj oczywiście, że miałam ochotę!!! Ale mi nie pozwolili!

Gdy będziecie na Wyspie przyjdźcie na molo.

Popatrzcie na oną masę wody i to wybrzeże i te malutkie domki i łódki czekające na swoich wodnych ludzików i te syreny łypiące spod kamieni i oną sałatę na głazach… wiecie, że jest jadalna. Brunatnice podobno tez da się przyrządzić, więc… smacznego? Te małe cosie krewetkowe też są super, a pewno z niedźwiedzim czosnkiem mniam!!! A wiecie, tego u nas ponad pod dostatkiem!!!

Za friko.

IMG_2844

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwiazdy… została wyłączona

Pan Tealight i Królowa Zimy…

Nie zbieram żniw, nie jestem kombajnem, sami mi włażą w łapy… mruczała tak do siebie sądząc, że nikt jej nie słyszy. Ale słyszeli! Słyszeli ją aż nazbyt dobrze i pochowali się w swoich chatkach, domkach i mieszkankach. Przy piecykach i kozach, przy oborach i stajniach. Jedni szukali ciepła między innymi swego rodzaju, inni znowu woleli zwierzątka. Co do zwierzątek? Raczej było im wszystko jedno, nie protestowały i dostały gratisową miskę jedzenia… Niektórzy zamknęli oczy, inni znowu zatkali uszy. Nie chcieli jej widzieć, słyszeć, ale czuć, czuć musieli.

Nie mogli inaczej.

Nie chcieli by ich zabrała, ale…

… byli też ci inni.

Ci gotowi.

Przypłynęła oczywiście swoim błękitnym kutrem. Może i zdawał się być lekko niezbyt jej przystającym, królowej w końcu, ale kochała go. Był milusi, przyjazny i miał fajne sopele. Wiecie, lodowy statek królowej Zimy. Tylko na moment na Wyspie. Tylko na chwilę kwietniową. Tylko na lekki przymrozek i by zabrać tych, którzy nie chcieli Wiosny. Bo tak, na świecie żyli i tacy, ale… jej między nimi nie było. Nie mogła tak po prostu opuścić Wyspy, tak zwyczajnie wymienić jej na lodowe góry i polarne misie. No nie mogła! Nie umiałaby już… Zima czekała na nią, ale wiedziała w swojej przedwiecznej duszy, że nic z tego nie będzie. Że i tym razem ona nie podejdzie do oblodzonego malowniczo trapu. Ne dotknie onych mrożonych koronek, nie poczęstuje się różowym soplem produkowanym przez Zimowe Jednorożce.

Ale może kiedyś…

Stojąc na wzgórzu nad Gudhjem Wiedźma Wrona Pożarta tęskniła za Zimą. Wchłaniała każdy przymrozek i każdy powiew północnego wiatru, który ostatnio jakoś się dookoła niej omotał i zwyczajnie nie odchodził, jakby już czuł jej strach przed słońcem. Przed paleniem, przed wszelaką opalenizną, przed dziwnymi pieprzykami… przed tym całym poceniem, a wiatr… wiatr pozwalał znieść słońce, leżeć w trawie i łapać zawilce na lasso soczewki, ale jednak nie był nią. Śnieżną, zawiejną, pozwalającą wyluzować, odpocząć i zapomnieć… odpuścić.

Zimą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1454

Z cyklu przeczytane: „Perfekcjonista” – … pierwszy tom cyklu: Inspektor Callanach. Pierwszy tom opowieści o seryjnie wkurwiającym osobniku, którego można by wymieść z książki i zamiast niego podstawić kogoś, kto ma więcej komórek we łbie. Za to Ava – jest cudowna!!!

Ale od początku. Poznajcie naszego głównego bohatera: inspektora Luca Callanacha. A tak pół Szkot pół Francuz, który z różnych powodów nagle po wielu latach powraca do Edynburga i niczego nie rozumie. Niby z Interpolu, a jakoś tak coś z nim nie tak. Oczywiście, że nikt go nie lubi, ojojoj biedny chłopaczek, poza dość specyficzną panią detektyw. Sprytną, energiczną, ale też i dość ekscentryczną. Niesamowita postać. Razem zajmą się tropieniem osobnika, który porywa i zabija kobiety sukcesu. Tylko… że my dobrze wiemy kim on jest, bo widzicie, dla nas jest on otwartą księgą. Dziwaczną, ale czyż seryjni mordercy nie są tacy.

Z jednej strony świetna książka z niesamowitymi bohaterami, z drugiej… po kiego te Luc? Przykro mi, ale to kolejny bohater, do którego może być wam trudno przywyknąć nawet, jeśli zrozumiecie całą historię. Nawet jeśli poznacie całą przeszłość, która przecież nie powinna wpływać na jego pracę, czyż nie? Nawet jeżeli zrozumiecie wiekuiste animozje między Francją a UK, a już Szkocją w szczególności. Nawet… to wciąż nie. Ale przeczytać warto! By pamiętać, iż nie każdy zbrodniarz, co tak wygląda!!!

IMG_2947

Rosjanie…

Wiecie, co jakiś czas to wypływa, ale brałam to za dziwaczne gadanie. Za jakieś tam nabijanki, za pokręcone myśli, za pradawnych wspomnienia i cały ten stuff! Nie za prawdziwość. Nie za paraliżujący strach i dziwną pewność. Oj pewno, że raz, dwa razy w tygodniu nasze i ich siły powietrzne ścierają się warcząc na siebie silnikami i doprowadzając mnie do drgawek ze strachu. Bo sorry, ale to brzmi przerażająco!!! Takie maszyny, których nie widać, dziwne dudnienie w niebiosach, jakby mityczne giganty szukały onych fasolek, gotowe do tego by zleźć z góry i zeżreć smacznych, tłuściutkich człowieczków… ale ludzikowie od dawna już ich nie sadzą, ni nie sieją, więc wiecie, wkurzone rzucają czym popadnie, ale nic nie spada!

Te przepychanki sił powietrznych zawsze wydawały mi się tylko tym takim wiecie, męskim właściwie pokazywaniem kto ma większego, a jednak… a jednak się okazuje, że wcale nie. Że tutaj, na tej Wyspie żyją ludzie przekonani o tym, dbający o zapasy, mający swój kąt do schowania i przeczyszczający bunkry wyspowe, i że Rosjanie są w stanie zająć nas w niecałe 12 godzin. Nie wiem, ale jak dla mnie 12 godzin to troszku dużo, ale… Wystarczałoby żeby postawili jakiś sklepik, rozdali za darmo kiełbachę, czy coś i już będą mieli wszystkich na miejscu. Nie trzeba się wysilać. Przecież wojny w dzisiejszych czasach jak już, to często prowadzi się inaczej. Chociaż… te nasze dziury, w których żadna komórka nie działa i gdzie często wszelakie maszynki elektroniczne po prostu odmawiają posłuszeństwa… może tylko stare ruchy są odpowiednimi?

Nie wiem, ale po kiego ci Rosjanie mieliby nas zajmować? No serio? I co? Plaże, będą się opalać? A może popływać chcą? Bo do Szwecji to chyba mają prostsze drogi niż przez zdradliwe wody Bałtyku. No a jeżeli chodzi o Danię wielce kontynentalną, to ludzie stamtąd od dawna mówią, że Wyspa to nie Dania. A ponieważ też nie Szwecja, to strasznie mnie korci autonomia. Serio!!! Wyżywilibyśmy się, mamy wiatraki, mamy wodę, ziemię, lasy i zwierzynę. No serio…

Ale Rosjanie?

IMG_0360

Czarny dym, czyli nowego papieża nie będzie?

A mamy być w ciągu kilku lat 100% ekologiczni i 100% odnawialni i ogólnie CO2 free, czego nie do końca kumam i już uczę się mieć skrzela, no i nie oddychać. Bo przecież, tak naprawdę nie da się pozbyć CO2. No weźcie sami pomyśleć. Świat na tym polega, tu my tu drzewa, tu inne roślinki tutaj znowu zwierzątka. Ale co do ekologicznego uprawiania ziemi, to jestem za jak najbardziej. Ostatnio spożycie organicznego, wyrośniętego u nas na polu lekko słonawym kalafiora… wprawiło mnie prawie w rąbany orgazm żywieniowy. Ten szajs z tak zwanych ciepłych krajów, wiecie Hiszpania, może wygląda ładnie i czysto, biała, kalafiorowa głowa, ale zapach jak ze starej piwnicy, w smaku jak miękkie, zbutwiałe pyry. Kolorują je, czy co?

No ale, zobaczymy jak nam wyjdzie ta cała ekologia. Przewiduję kosmiczną klapę, bo przecież tylko mała część pól jest tak naprawdę choć w miarę ekologiczna, ale jednak… kurcze… może choć to się uda? Na przeciwko mam ogromne pole, na którym sadzą wszystko po staremu – i robią z tego wielkie wydarzenie, co mnie śmieszy, bo stara jestem… i wygląda to i smakuje super. Potem wiecie, wypuszczą świnki i nawiozą i wyjedzą śmieci. Zwyczajność, prostota, logiczność.

PS. Jeśli chodzi o pracę, to potrzebujemy…

IMG_0385 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królowa Zimy… została wyłączona

Pan Tealight i Spisek Dziwnych Panów z Łódki…

„Byli dziwni.

Byli w łódce.

I wyglądali jak spiskowcy z Krainy Dziwnych Kapeluszy. Dotąd znaliśmy niby tylko tych z Krainy Deszczowców, no ale przecież nie mogła istnieć tylko ta kraina, co nie? No i te ich nakrycia głowy. Wszystkie na pewno były kapeluszami. Jeden był takim naprawdę morskim, zaciśniętym na ciele, jakby wrośniętym, ale z dziwnym pomponem. Drugi był szmaciany w kwiatuszki, wiecie taki jak noszą małe dziewczynki, a trzeci był słomianą fedorą z różową wstążeczką. Czyż już to nie wyglądało podejrzanie? No przecież, że tak!!!

Pan Tealight z Wiedźmą Wroną obserwowali ich dziwny kutero-stateczek już od kilku dni. Dziwnie nieruszający się, niepoddający się falom, czy wiatrom. Kolorowy. Serio, wyglądał niczym puzzle: pomarańczowe, białe, niebieskie, czerwone i zielonkawe, złożone w coś, co utrzymywało się na wodzie naszpikowane wędkami. Do tego te kapelusze i oni w czarnych płaszczach, dziwnie mgliści z oddali…

Na pewno był to spisek.

W tym nie było wątpliwości, ale o co dokładnie im chodziło, wciąż nie wiedzieli. Leżeli tak na piasku lekko tylko podgrzanym, od czasu do czasu fala ich obmywała, jak jej się chciało, od czasu do czasu Ojeblik – mała, ucięta główka, przywoziła im w wózeczku picie i jedzenie… bo przecież nie mogli ich spuścić z oczu.

Przynajmniej wiedźmich… w końcu jak wielkim trzeba być wariatem, by tak zwyczajnie siedzieć i stać z patykiem w wodzie i poza tym nic nie robić? No serio? Pomyślcie sami! Macie najbardziej kolorowy kuter, a siedzicie na nim w czarnych płaszczach i robicie nic. Może tak naprawdę to i oni na nich patrzyli? Znaczy na Pana Tealighta i kobietę w średnim wieku oraz coś dziwacznego bez korpusika… I jak nic coś kombinowali. Te kijki z żyłkami, to była tylko przykrywa…

… czas nadszedł na Armię Syrenic.

A może i Krakena?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2227 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kamerzysta” – … on. Nie, nie i jeszcze raz nie!!! Nie da się czytać tej powieści. Za nic. Jest toporna, zbyt wiele grzybów w barszczu a na dodatek tak nienawidzicie topornego głównego bohatera, że chcecie, by ktoś go zaciukał. Oczywiście nie brak onych gliniarskich pomyłek, oczywiście on ląduje w ciupie i potem niczym rycerz walczy o swoją kobietę!

Zdradziłam zbyt wiele?

Ech, nie.

To i nazbyt więcej opowie wam opis. I tak szczerze, cała reszta jest zbędna. Biedny chłopiec, który widział coś, gdy był dzieckiem, którego rodziców zamordowano, który NICZEGO nie pamięta, a jednak coś czuje… i jednocześnie nie czuje nic do swojej ciężarnej partnerki. Tak, nie dziewczyny, no przecież on się nie zaangażuje. Wielki i silny, mięśniak z mądrzejszym bratem, który go nienawidzi i ma problemy… A tak w ogóle, to jak kończy się jego wątek?

Powieść jest toporna.

A miałam taką nadzieję na coś więcej. Samo zakończenie zdaje się nie mieć kompletnie sensu, bo jeśli był film, to dlaczego tam? I te wątki łączące się wokół jednej osoby, jakby kurcze był nie wiadomo kim. Dlaczego go po prostu nie zabili? Bo nie byłoby książki? Przecież to nie ma sensu!!!

Nigdy więcej.

Pomysł może był, wykonanie straszne. Nie da się czytać powieści, w której aż tak nienawidzisz głównego bohatera.

No po prostu nie da!

IMG_2948

Prędkość…

No dobra, nie oszukujmy się, ludzie jeżdżą jak wariaci. Tak, również u nas i nie chodzi tylko o biegaczy ze stolycy. Dobra, oni potrafią nabić na kilka milionów pulę mandatową, ale i Tubylcy nie są gorsi. Młodszych nie przerażają katastrofy i wypadki ich kolegów, ogólnie mówiąc… wszystkim chyba się wydaje, że kurna są w jakiejś grze, w której zawsze można wrócić do poprzedniego sejwa. Przeraża mnie to, bo nawet jeżeli sam jeździsz ostrożnie, to przed wariatem trudno się schronić. Jeżeli sam łazisz ostrożnie, to i tak mogą cię ustrzelić…

Świat ostatnio serio wszędzie stanął na głowie i nie omija to Wyspy. Niby budują nowe sommerhusy, niby próbują wmówić nam jakiś tam rozwój gospodarczy, ale tak kiepskich dróg w zeszłym roku nie było. A asfalt dla ubogich z chęcią wybije wam oko. Ścieżki rowerowe oczywiście też nie mają się najlepiej, tyle o ile, że w lesie i wciąż ktoś je depcze, to może zbyt nie zarosną, ale jakby co, to pamiętajcie jak odróżnić barszcz od tego drugiego i uważajcie na kleszcze. Bo może i w nocy temperatura spada i wymroziło mi kwiatki, to skurczybyki robalowe już powstały. Nawet te nasze cholerne mrówki już obudziły się ze snu, który kurna miał być wiekuisty no!

Za taki płaciłam!!!

A co do prędkości… cóż, zwolnijmy. Ale bez przesady, nie 30 na godzinę, bo cholera bierze. No i pamiętajcie o rozkopach. Czasy, kiedy jak coś rozkopali, to dokładnie co do godziny było wiadomo kiedy to zasypią, minęły bezpowrotnie i to wiele lat temu.

Sentymentalna się robię, czy co?

IMG_2226 (3)

I wieje i pada.

Żeby nie było, dwa dni było jako takie słonko. Teraz znowu deszczyk, lekka pochmurka, znowu słonko pół na pół, jakby nie umiało opędzić się od tych chmurek. W niektórych częściach Danii śnieżne zadymki i to wcale nie w tych północnych! Naprawdę zaczynam się zastanawiać jakie będzie to lato? Czy rzeczywiście zacznie się bombą złożoną z Turyścizny, czy jednak… czy jednak wiecie, ludzie wybiorą może bardziej zatłoczone i brudniejsze, ale cieplejsze akweny? Z drugiej strony jak u nas znowu pierdyknie jakaś podrugowojenna niespodzianka, to…

Boję się.

Nie wiem dlaczego, ale ostatnio strach towarzyszy mi przez cały czas, a jestem na prochach! Chyba trzeba będzie przemyśleć coś mocniejszego, bo tak się nie da. Tylko jakoś nad morzem człowiekowi udaje się od tego uciec. Leżąc na molo, cykając jedno miejsce przez dokładnie trzy godziny tylko po to, by krople uderzających fal ułożyły się w odpowiednim wzorze. By odbijający się błękit nieba nadał zwyczajowej betonowości onej barwy kobaltowo-niebieskiej. Do tego ta biel fal. A potem plusk i rozbryzg… cudowny czas, ale słońce zachodzi i człowiek wraca do codzienności zmarznięty i przemoczony, lekko uduchowiony, nie wiadomo dlaczego, ale jednak… kurcze, ale jednak wraca do tego świata. Od niego nie można uciec. Nie da się.

Dosięgnie was wszędzie…

A może jak Tove uciec gdzieś dalej? Wziąć na hol Wyspę i przesunąć ją pomiędzy woale rzeczywistości i pieprzyć to? Moglibyście tak? Odciąć się całkowicie? Bo mi się już udało, a potem świat się zawalił i znowu trzeba dłubać oną ziemiankę. Ale może warto? Może w końcu dla niektórych nie ma innego wyjścia?

IMG_2275

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spisek Dziwnych Panów z Łódki… została wyłączona

Pan Tealight i Narodziny…

„Rzadko się zdarzały w Białym Domostwie.

Może myszy, szczury, króliki i pająki robiły to gdzieś indziej? Może miały super opiekę zdrowotną i wolały z niej skorzystać uciekając od magii i całej tej reszty… robaki może też, ale coś takiego? Takie coś, takie wiecie w pełni, normalnie naturalne, z całymi tymi krzykami, marudzeniem, wyłażącym czymś na kształt człowieka, wyciekami, przekleństwami nawet, aż w końcu z uspokajającym działaniem środka niwelującego wszystko podarowanemu biednym obserwatorom…

Oj nie, to wydarzyło się po raz pierwszy.

Bo i zresztą.

No oczywiście, że w Białym Domostwie istniały dwie podstawowe płcie i te bardziej symbiotyczne i te nietuzinkowe, może nawet niektóre czuły coś do siebie wzajemnie, ale jednak, nie oficjalnie. I nie chciały sprowadzać na ten świat czegoś, z czym nikt nie móglby sobie poradzić. Kompletnie nikt! Dlatego wszystko to, co rozpętało się środowego popołudnia, zdawało się być… niemożliwym. Ale czy tutaj w ogóle można uznać takie słowo za odpowiednie i prawdziwe? Chyba nie…

Zresztą, przyznajmy się do tego w całości i na pewno. Po prostu wstydliwie wyznajmy, że większość z bytów Sklepiku, które tutaj dociera, nie przychodzi z książeczką, w której zawarte są za, przeciw, no i gdzie wkręcić śrubki w razie potrzeby. Żadnego manuala!!! Ale jednak jak widzisz dziewczątka, i jak tyją, powinieneś coś podejrzewać… Choć z drugiej strony kto mógł wiedzieć, że ciąże u niektórych Księżniczek z Syndromem Wieżowym trwają ponad pięć lat?

Nikt.

Całe zamieszanie na szczęście trwało tylko trzy dni i większość postanowiła silnie oddać się wszelkiego rodzaju ziołowym nalewkom, zapachowym mgiełkom, zadymianiu, odymianiu, poddymianiu i łykaniu czego popadnie – szczególnie Ojeblik i Wiedźma Wrona Pożarta. A jednak to one były na tyle trzeźwe, by zauważyć, że urodziło się coś całkowicie różowego. Serio porcelanowa skórka, żadnych zagięć, różowiutkie loczki, paznokietki niczym macica perłowa, głosik dziwnie głęboki… Oj tak, w Białym Domostwie narodziła się pierwsza mała, różowa nekromantka. Serio. Jak tylko zaczęła ryczeć powstały wszystkie ubite robale i gryzonie, a nawet śniące spokojnie Zombie – miejscowe… i spierdoliły odmawiając wyjaśnień.

To miało się skończyć… przynajmniej dziwnie.

Znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3590

Z cyklu przeczytane: „Niuch tom 2” – … bo on tak ma. I nie chodzi tylko o kupy. Wiecie, gliniarz to zawsze zwącha jakieś przestępstwo. Trupy się do niego garną…

A miało być tak pięknie.

Chociaż z drugiej strony, przecież wciąż są dość świeżym małżeństwem, no i jeszcze ten berbeć, który zdaje się iść w ślady ojca aż nazbyt często. Ale zbrodnia w takich realiach wakacyjnego pałacyku… no cóż…

Wiecie, przyznaję, że najbardziej kocham te najwcześniejsze tomy, to one mnie porywają, do nich wracam najczęściej, a przeczytania ostatniego tomu odmawiam, ale jednak… widzicie, jeżeli chodzi o Sama Vimesa, on dojrzewał z każdą książką i w tej… kwitnie. Choć odrobinę boleśnie, wciśnięty w konwenanse i wszelakie obowiązki, dziwne spacery, machania ręką i to wszystko, co wiąże się, no wiecie, wiąże się z TYTUŁEM. W tym tomie nie tylko książka o kupie rządzi, ale właśnie on. Biedny facet, którego każdej czytającej kobiecie będzie szkoda, którego każdy facet zrozumie, a każdy gliniarz, po prostu poczuje się jak w domu. Bo wiecie, zbrodnia to zbrodnia, nawet jeśli jurysdykcja nie ta. To coś tkwiące w tobie zmusza cię do działania… ale tym razem trzeba będzie być trochę bardziej ostrożnym i zdążyć na herbatkę!

IMG_9551

Wieje i leje.

Po prostu cudowna, idealna pogoda. Co prawda trwać ma tylko jeden dzień, no ale. Chcesz się zakopać w poduszki, obwiązać kocem i nie wierzyć w to, że na zewnątrz ma być prawie 7 stopni pana C. Po prostu chcesz się zamknąć i udawać, że cię nie ma. Bo przecież ci wolno, czyż nie? Chować się pod stołem, po prostu być tylko dla siebie! Wolno… ale oczywiście robota zając. Na szczęście komputer siedzi w domu, więc kocyk nadal jest na miejscu, a nawet i poduszeczka. Ale zająć się światem trzeba. Inaczej nie zapłacą. A jak nie zapłacą, choć marnie płacą, to jednak nic nie wyjdzie z tego, o czym sobie wstydliwie i bardzo przerażenie marzysz. Bo marzenia są w moim przypadku straszne. Znaczy wiecie, przerażają mnie straszliwie.

Moje własne marzenia.

Ale na zewnątrz wieje i leje i wiecie co, to idealna pogoda. Pogoda, która zdaje się ciebie otulać, pilnować by nic ci się nie stało. Może jest trochę overprotective, ale wybaczam jej. Naprawdę jej wybaczam. Bo ten deszcz jest taki fajny, bo wiatr wygrywa takie niesamowite muzyczki i wszelakie tony i nuty. Bo za oknem nie jedzie żadne auto, w oddali widać tylko jedno migoczące światło, a ciemność jest pełna, tłuściutka i niesamowicie przytulna. Bo w końcu słonko dało trochę odpocząć.

No wiecie, czasem ma się go dość.

Ale jednak ogrzewanie trzeba podkręcić. A może jeszcze jeden kocyk. I w końcu odłączyć się od tej sieci, znowu zagłębić w książki, bo one przecież tak doskonale cię rozumieją… nawet jeżeli musiałeś okroić mocno książkowy budżet i trochę cię suszy.

No dobra, mocno mnie suszy.

IMG_3584

Cała sprawa z tym promem, który to ma pływać ze Świnoujścia wzbudziła dziwne poruszenie na Wyspie. Z jednej strony super, więcej Turyścizny. Nie oszukujmy się, Wyspa na tym zarabia. Ale z drugiej strony jest to takie dziwaczne trochę. Pokręcone nawet. Firma szwedzka, choć inni twierdzą, że niemiecka, a prom, znaczy sam statek, zameldowany jest oczywiście w Polsce. Czyżby jak zwykle tak było taniej, czy jednak wiecie, znowu jakiś szwindel?

Oczywiście wszystko wyjdzie w praniu, ale to jeszcze trochę. Pierwszy rejs dopiero pod koniec czerwca, więc… zobaczymy. Pożyjemy. Najważniejsze chyba, by ludzie się dowiedzieli, że znowu mogą płynąć z Polski i to nie Żygolotem. Bo wiecie, taka większa maszynka tak nie buja, a nawet jeśli buja, to większa jest, no i mniej to czuć, a nawet jeśli cię zemdli, to chyba mają lepsze warunki do karmienia Neptuna. Z doświadczenia wiem, że większy prom jest lepszy. Może i powolniejszy, a większości zależy wyłącznie na pędzie, ale jednak o niebo lepszy na ten akwen.

A tak w ogóle, to wieje i pada.

I pada i wieje.

Szczególnie w nocy wszystko to brzmi jak wystrój niezłego horroru, wiecie, takiego z wyższej półki, gdzie dźwięki mówią więcej niż tylko: buuu i bum! Można się przerazić, można przyzwyczaić i można pomylić wiatr z falami. Zdarzało mi się to… wstydliwie się przyznam. Ciekawe, czy wciąż jeszcze mi się to zdarza?

IMG_3733 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Narodziny… została wyłączona

Pan Tealight i Wiosna, Wściekła Ogrodniczka…

„No po prostu jakby jej ktoś pieprzu na ogon, czy coś… albo gorzej. Że nie ma ogona, a widzieliście ją? Przecież to taka niska owłosiona trollica w tym roku z różową koneweczką i widłami w złotym kolorze, oraz oczywiście dodatkowymi, dopasowanymi kolorystycznie rękawiczkami w typie mitenek złotawych, z różowymi kwiatuszkami z koroneczką? Co jak co, ale dziewczyna naprawdę była przygotowana do wszystkiego i od razu zabrała się do roboty. W pewnym momencie miała problemy z Zimą, ale co tam, nie ten rozmiar, nie ta pasja, przecież pęd jej wściekłości był tak wielki, że Zima, mocno przerażona po raz pierwszy w swym istnieniu, odpuściła.

Nie żeby się ociepliło, ale wiecie…

Wiosna musi dać radę.

A w tym roku była nadzwyczaj specyficzna i in fashion. Wiecie, że jej kaloszki miały małe, złote obcasiki? A całe futerko ozdobione było i dzwoneczkami i ćwierkaniami i wszelakimi wstążeczkami? Po prostu dziwnym było na nią spoglądać, ale Wiedźma Wrona Pożarta chciała małą rabatkę, więc cóż, musieli patrzeć. Nie mieli innego wyjścia!!! I wiecie, z czasem to było aż nazbyt fascynujące… ale potem znowu zaczęło wiać, a ona na wiatr bardzo jest wrażliwa, wiecie, przy tym futrze…

Wiosna w tym roku, jako pora onego, naprawdę miała dziwne pokręcenie i opóźnienie. Jedne kwiaty wzrastały z innymi, inne znowu odmawiały kwitnienia, cudowne, białe dywany jakoś były molowo nadgryzione, a znowu liście na drzewach, wciąż jeszcze się buntowały… zimny wiatr chlastał każdego, kto uwierzył w to, że jest to koniec kwietnia i zrezygnował z zimowej kurtki, ale Wiedźmie Wronie naprawdę to pasowało. Chociaż chciała też tą rabatkę, ale może…

… może powinny poczekać z Szaloną Ogrodniczką? Nie sadzić, nie motać, nie pleść i nie plewić, ale przecież… coś w nich grało i zmuszało je do tego odgrzebywania narośli, do włażenia w glebę, do moczenia palców. A trollica? Cóż, jakoś trzeba było te pazury wiecie, naostrzać, a najlepiej o zminą glebę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4667

Z cyklu przeczytane: „Kosiarz” – … on. Śmierć. Osobnik intrygujący. Człowiek, przepraszam, byt wielce zajmujący. Ktoś, kto zniknął. Wiecie, spierniczył z roboty, a co za tym idzie… nikt nie umiera. A nawet jeśli mu się tak wydaje, że to już koniec, to nic z tego…

… wstaje.

Ten motyw w literaturze zdaje się być już wyczerpany, a raczej zdawał mi się takim być dopóki nie przeczytałam wieki temu tego tomu. Bo Pratchett jak zwykle przedstawił to wszystko inaczej. Całkiem inaczej podszedł do tematu nieśmiertelności, onego wiekuistego pragnienia ludzkości. By żyć forever and ever.

Ale wiecie, nie być wampirem. LOL

Książka jest niesamowita. Bo nagle się okazuje, że można wszystko, że nie ma przemijania, że jakoś tak nikt nie zwalnia stołków, nie warto w ogóle się starać, bo starzy nigdy nie odejdą przecież, ale… ale też jest to opowieść o nim samym. O Kosiarzu, który naprawdę się zmienia. Pokazuje swoją ludzką stronę, a nawet i więcej.

Jedna z moich naj książek.

IMG_9542

No dobra… znaczy wszystko rozumiem, ale żeby pamięć ludzka była tak krótka? By nie pamiętali, że niegdyś pływały promy ze Świnoujścia na Wyspę? Serio? No mniejsza o przekłamania i mocne przerysowania w tej reklamie, sprawa jest taka, że możecie wziąć autko i przepłynąć się raz w tygodniu z Polski na Wyspę!!!

Oczywiście dane wszelakie w linku, strona jest dość przejrzysta i toporna, więc każdy zajarzy o co chodzi, ale te ceny… no i raz w tygodniu? Niby Pomeranią też nie było codziennie, no ale… Jeśli jesteście zainteresowani, przygotujcie się na sześć godzin płynięcia, już od 24 czerwca!!! Co dowcipne, jak dobrze czyta, linie są szwedzkie… intrygujące. Ciekawe, czy będzie zainteresowanie? A raczej jak to rozreklamują? No wiecie. Teraz zwykle ludziska jadą z Sassnitz i tyle. Albo, ci bardziej szaleni najpierw do Szwecji, a potem dopiero na Wyspę.

Bałtyk to jednak niebezpieczne wody.

To jak?

Płyniecie?

No wiem, cena od 490 PLN za człeka i autko może się wydawać wysoka, ale i tak jest taniej, niż do Sassnitz. Przynajmniej przy dzisiejszym przeliczeniu walutowym. Ale czy rzeczywiście ludzie będą znowu pływać? W końcu to zawsze było drogie. I jeszcze w nocy, wtedy sorry, ale lepiej mieć kabinę, więc za parę z samochodem zapłacicie coś ponad półtora tysiąca PLN. Sporo. Okay, strasznie dużo w zasadzie, no ale dostaniecie łóżko i prysznic i jakoś tak zwyczajnie będziecie mogli przedrzemać te 6 godzin, a uwierzcie mi leżenie na podłodze – no da się – ale strasznie wymęcza wszelakie członki.

IMG_2945 (4)

Mróz…

Wstaje człowiek i wita go szron na trawniku. Takie to dziwne, bo rok temu, jak boleśnie pamiętam, już było mi za ciepło, a teraz… szron. Podobno w ciągu dnia ma się ocieplić i podobno to już ostatni taki mrozek, ale wiecie, zaskakujące. Takie to fascynujące trochę, przerażające tych, którzy zapominają, że Ziemia tak naprawdę przez cały czas się kształtuje i zmienia i, że ma gdzieś to, co my o niej myślimy. Wiecie, że niegdyś Polska miała tyle winiarni? A chmiel na tyczkach… ten akurat pewno jeszcze sporadycznie się pojawia, ale… ludzie zapominają. Karmieni papką straszącą przez te wszelakie urządzenia, wyłączają mózgi. A może ich już nie mają? Wypłynęły im nosami i wpadły do świątecznych żurków i innych tam?

A może kiełbasy z nich zrobili?

Bynajmniej.

Słonko wali, kolory szaleją, drzewa owocowe nie wiedzą, czy kwitnąć, czy jednak zrzucać kwiaty. No normalność. Wszystko jakoś tak nie wie co robić i tylko niebieskość morza człowieka ratuje. Bo tam wciąż fale. Wciąż mokro.

Wciąż… normalnie.

Oczywiście wiosenne kwiaty dostały po pączkach i płatkach. Kokorycz i zawilce nie wiedzą co robić, większość zniknęła. Tak po prostu, ale liście na drzewach się budzą. Są już gotowe i mają się chyba całkiem dobrze, ale moja jabłonka wciąż jeszcze się nie opłatkowała. Może coś podejrzewa? A może wystraszył ją ten dzisiejszy wiatr?

IMG_3016

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiosna, Wściekła Ogrodniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Zmiennokształtny…

„Znaczy mieli właściwie wszystko.

Wampiry i wilkołaki też. I panny niewymowne i nazbyt wymowne żonki. Mieli żaby do lizania i żaby do całowania. Na stanie były też wszelakie byty, zbyty i niebyty… były i wszelakie duszności i poduchy, zmory, potwory, myszki we wszystkich kolorach nietęcz i tęcz, oraz oczywiście wszystko, co magiczne. Wiedźmy, wiedźmiaków, zmierzchaków, poranników, czarowników, czarodziejki i czarowniczki i… Ogólnie mówiąc, zmiennokształtność, szczególnie w przypadku balonowych PMSów Wiedźmy Wrony Pożartej nie była czymś dziwnym, ale on… jakoś tak widzicie, wytyczył nowe standardy. Sprawił, że trzeba było przygotować nowe nalepki z cenami, nowe tagi z opisami i oczywiście nowe kategorie…

No nie oszukujmy się!!!

Zmiennokształtność, kojarzy się jednak wszystkim zwykle z ludziami zmieniającymi się w zwierzątka, rzadziej jednak odwrotnie, choć i takie przypadki zanotowała historia i metodologia wszelakich odstępstw. A on, cóż, miał przerąbane w jeszcze innej sferze onej niepisanej zasady…

… pluszowy królik, różowy w białawo-kremowe plamki w kształcie serduszek. Który skakał po wciąż długiej i zielonkawej wiosennie trawie. Może lekko zmarznięty, bo liniał w okolicach puchatego, kulistego ogonka, ale jednak… on. Zmiennokształtny. Widzicie, coś poszło nie tak, bo przecież któż inny chciałby tak skrzywdzić wysokiego, bardzo muskularnego mężczyznę. Owłosionego, o lekkich zakolach, w okolicy pięćdziesiątki. Siwiejącego nie tylko na głowie, ale i w innych miejscach… Ojca i dziadka sporej gromadki mniejszych i większych osobników płci wszelakich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1463 (3)

Z cyklu przeczytane: „Prawda” – … serio. Szczególnie, gdy spojrzymy na ten pokręcony, współczesny świat i dziennikarstwo, które zmieniło się w wyłączną pogoń za sensacją, którą można zawsze wymyślić i tak serio, nie trzeba nawet się tłumaczyć z kłamstwa. Zresztą, nawet jeżeli będziecie się tłumaczyć i przepraszać, to internet zapamięta pierwszego przedmówcę i…

A tak, oto jest opowieść o gazetach.

No dobra, nie do końca, ale prawie do końca i o prawdzie. I kłamstwie. I karze i winie i w ogóle… Bo przecież to Pratchett. Osobnik, który przez większość swojego życia umiał nam powiedzieć, że ten nasz okrągły świat ma dziwne problemy i oczywiście niesamowite rzeczy, które robimy całkiem dobrze, ale o tym zapominamy…

Oto nadszedł czas, gdy prasa wkracza w Świat Dysku! Gotowi?

IMG_9554

Zimno…

I to serio zimno. I zapowiadają jeszcze zimniejsze noce… wiatr lodowy wieje, właściwie taki, który pamiętam z tych dni, gdy człowiek focił te lodowe peniski i było nie dość, że mroźnie, to jeszcze mroźnie wiało i tak się zastanawiam, czy rzeczywiście to sprawi, że nie będzie jabłek? Czy serio owoce nam znikną? Czy będzie jeszcze zimniej? A może w końcu doczekamy się czegoś, jak w „Pojutrze”. No wiecie… śnieg i zima i palenie książek? Pewnie nie, bo w końcu to jednak fikcja, ale przecież ten chłód jest przejmujący. I to u nas, na Wyspie, która ma tak specyficzny klimat!

Gdzie właściwie prawdziwe zimno nie istnieje?

Nie narzekam.

Wiecie, że przecież kocham zimno i serio lepiej się czuję, gdy wieje i duje i pogoda na zewnątrz wymaga ode mnie większej ilości ciuszków na sobie, ale widzę też jak kwiatki znikają, jak buntują się, jak cała natura dziwi się tak, że z drzew spadają gniazda, bo przecież nikt nie pójdzie w ten jajeczny biznes, jeżeli pogoda ma być taka… i wiecie co, trochę to przerażające. I tak, pewno, iż zdaję sobie sprawę z tego, że klimat się ociepla, że to może doprowadzić do ochłodzenia, albo tropików i że tak naprawdę nikt niczego nie wie, a moja naukowość dobrze pamięta, że w przeszłości mieliśmy i takie i inne okresy, i że ziemia ma to do siebie, że zmienną jest i lubi przemeblowania, ale jednak… nie lubię zmian.

Chyba… a jednak czasem ich potrzebuję.

IMG_0985 (2)

No więc jest zimno.

Dobrze, że człek nabył masę tych skarpetek wielkich i grubych, to przynajmniej ze stopami będzie okay. Co do reszty, to pierun wie, ale jakoś przeżyjemy. Pewno przejdzie, pewno wszystko jak zwykle nagle się odmieni i… ale jednak zabawnie się spogląda na Turyściznę, która co prawda ma jakąś kurtkę na sobie, pewno mama kazała im jednak zabrać i nie marudzić, bo przecież w aucie bagaż się nie liczy, ale porteczki mają cieniutkie i się telepią. Łażą po Wyspie i się trzęsą. Jedni zdecydują się na frytki, inni na hot doga, a jeszcze inni pójdą jednak w lody, ale większość stara się kryć. Problem w tym, że nie mają wiele miejsc, by tak wiecie się restaurancjować.

Na dodatek część z nich wciąż jeszcze pozamykana…

Niestety nasza piekarnia, znaczy w Gudhjem, jeżeli tylko nikt jej nie przejmie, zostanie zamknięta. Podobno im się nie opłaca. Nawet nie otworzyli jej na ferie!!! Skandal wprost! No przecież ludzie no… i tak pieczecie wszystko gdzieś indziej, więc wystarczy tylko tutaj dowieźć, posadzić imigranta na kasie i będzie grało!!! Nosz należą nam się duńskie bułeczki i inne tam… Wciąż nie rozumiem, dlaczego one są duńskie? I czy duńskie to są tylko te z marcepanem, który u nas dodaje się do wszystkiego, albo z lakridsem, czy też chodzi o coś więcej, ale… Nie no, wciąż nie rozumiem dlaczego Duńczykom udało się skołować świat tak, że wierzą w ich pieczywo! Pieczywo, które przeżyło taką zmianę w ciągu 10 lat, że łeb pęka, więc… czy ono pieczywo duńskie, takie słynne, to w rzeczywistości nie kolejny przejaw idealnego, genialnego i najlepszego ever piaru duńskiego?

Serio…

Bo go mają!!!

Trust me!!!

IMG_1099

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmiennokształtny… została wyłączona

Pan Tealight i 12 prac Wiedźmy…

„Pierwsza miała być kocia… i chociaż marzec minął prawie miesiąc temu, to jednak wiecie, no ona, osobnik, który za kotami nie jak inni, a którego koty zawsze ocierały i miauczały i obsikiwały Chatkę… miała się zająć ich muzyką. Znaczy najzwyczajniej w świecie stać na rogu, pod Czereśnią Strażniczką i śpiewać. I śpiewać miaucząco tak, by przywołać do siebie nie tylko najwięcej samców i samic – równouprawnienie jest w końcu – ale też tych, co sikają najbardziej smrodliwie.

Druga zaś miała być szczurza. Widzicie, chodziło o to, by z dostarczonych szczurzych ogonów wyplotła prostą makatkę. Naprawdę prostą, żadne tam wzory, coby ino się trzymała kupy, ale… nie wolno było oddzielić szczurów od ogonów. Ani nawet ich uśpić, uciszyć, czy w ogóle jakoś zniewolić.

Trzecia praca miała być wiecie, dość delikatnej natury, ale w końcu to kobieta miała wykonywać one prace, więc dlaczego nie… no więc chodziło o uszycie z pajęczej nici kiecki. Ale wiecie, żadne tkanie, po prostu bierzesz pająki, dusisz je, psikasz na manekina, a potem czekasz asz to mile wyschnie jednocześnie przyczepiając najładniejsze muchy. Końskie się w końcu tak cudownie, czadowo tytanowo błyszczą.

A czwarta… cóż, z tą był problem. Nie tyle chodziło o stajnie pana A., ale raczej o zwyczajną ekologię z zepsutym rozpryskiwaczem kupy. Chodziło o dokładność, by nawóz trafił na każdą grudkę ziemi i wszelaką precyzję. Oczywiście w kombinezonie, nie jesteśmy w końcu okrutni, a to że był dziurawy… no cóż, cięcia budżetowe!!! W końcu Wyspa ekologią o tej porze roku zanosi się i dyfuzera dobrego potrzebuje. Nie można tracić renomy! Trzeba psikać i tyle i ktoś musi pompkę naciskać!!!

Piąta praca polegała na polerowaniu kamieni w rzeczce. Nic to, że temperaturka mało sprzyjała, miały się błyszczeć i połyskiwać. Problem jednak był taki, że śliskie były, a i do zabawy skore, więc Wiedźma Wrona namęczyła się z nimi straszliwie.

Szósta praca dotyczyła runa. Ekhm, niestety nie onego mięciutkiego, cudownie owczego, ale zwyczajnych, owłosionych trollich pleców, które wymagałay trimmingu, czesania i wszelakiej pomocy, a potem… wiecie robili z tego i kołdry i poduszki, i kocyki dla maluchów, no cały rynek zbytu już przecież się spojawiał w obrazie lekko zmarzniętej Turyścizny. Hypoalergiczne były wszystkie, cudowne w swych barwach, no i świeżo hodowane przecież! W takich okolicznościach przyrody!!!

A siódma praca…

Że dlaczego 12 prac?

A że dlaczego nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2055 (2)

Z cyklu przeczytane: „Drobna przysługa” – … nie taka drobna. Chociaż w dziesiątej części to ONA przybywa po przysługę, a ONA oznacza problemy. Niby nasz bohater winien być do tego przyzwyczajony, ale jednak kurcze, jakoś go to zaskakuje.

I znowu obrywa. I to od kogo! Od koziołków!!!

Dresden ma tym razem problemy dziwniejsze, choć zdawało się to niemożliwe i problemy, które dziwnie aktywizują prawie wszystkich jego znajomych. W końcu też do głosu dochodzą pewne żądze… ekhm, no i Molly, ale… Widzicie. Wszystko oczywiście jest następstwem tego, co wydarzyło się wcześniej. Wszystko się łączy, wszystko… ale jednak krew, która płynie w tym odcinku wzruszyć może wielu z was.

Mocniej niż zwykle.

Bo widzicie, nigdy nie wiadomo kto zginie. Nigdy nie wiadomo kiedy skończy się szczęście, jeśli w ogóle o jakimś można tutaj mówić. Nigdy nie wiadomo… czy ci na najwyższych szczeblach, nie zaczną układać wszystkiego pod swoje widzimisię. No i jeszcze wojna… przecież ona wcale się nie skończyła, to tylko malutki, wampirzy rozejm!!!

Dziesiąty tom serii, więc wiecie, nie zaczynajcie od niego. Jeśli chcecie fajnych, kryminalnych przygód, sensacji nadprzyrodzonej, odrobiny wampirów, świata wróżkowego na wyciągnięcie ręki i magii, poznajcie Dresdena od początku. Bo warto. Bo jest coś w tym osobniku, co sprawia, że on mimo wszystko wciąż żyje.

A to wcale nie jest tak do końca oczywiste.

PS. Wiecie ile problemów miałam z dostaniem tej książki? Ponieważ obecnie tylko Empik ma taniutką wysyłkę, tylko tam mnie stać na książki niestety – jeżeli mają dotrzeć na Wyspę, musiałam więc to zamówić przez Allegro, bo oni mają obecnie ten tom wyłącznie cyfrowy, a ja nienawidzę ebooków!!!

IMG_3715

PS2. W końcu książki z pracy!!! Nie ma co, niezła kolekcja, trochę kontynuacji i trochę takich nowości, które mogą Wami potrząsnąć!!!

IMG_5714

No a w ogóle, tak jeszcze w temacie świąt…

W TV powiedzieli, że to święto ogrodników, więc w coś, co zwie się Wielką Niedzielą, ludziska wyleźli i koszą trawnik. Nic tam, że w nocy była śnieżna zawieja, nic tam, że temperaturka ledwo co wymsknęła się ponad zero… nic tam. Powiedzieli, więc do roboty!!! A w nocy śnieżyca szalała, miodzio Wam powiem, cudowna, ale stopniała i tyle. Szkoda. Ale kosiarkom nie przeszkadza. Dookoła chmurzasto, pomiędzy chmurami słońce skakuje, a kosiareczki pracują. Jakby tak Polaki sobie uświadomili, co Duńczycy w takie święte święta robią, to by było…

No bo serio.

Wyskoczenie na hamburgera, sprzątania, spotkania, spacery w dziczy. Byle nie w domu, nawet jeśli zimową kurtkę trzeba wyciągnąć, bo wiatr znad jakiejś Syberii, czy innego Putina, łapy urywa przy cykaniu fotek… ale przecież wolne jest, a u nas wolne oznacza spacerowanie. Łażenie i bieganie. Rowery to tak wiecie, trochę na później. No i oczywiście auta i ci wolno jeżdżący z Turyścizny… kto to widział 40 km na godzinę? No serio? Dlaczego? Asz wyłazić w zimno i obglądać scenerie, a nie wlec się czworokółką, jak ja tutaj po żarło do spożywczaka muszę szybko!!! Zresztą nie tylko ja, sąsiad oderwać się znad trawnika i też zapiernicza po serek!

No niestety tak jest.

Wiecie, Turyścizna nie pojmuje, że tutaj też ludzie tylko mieszkają, żyją i wiecie, wegetują pracowniczo. Co prawda wciąż gapią się dziwnie w morze, wciąż gubią się w lasach, bo to lubią, wciąż zachwyca ich widok z okna, ale jednak czasem muszą po chleb. I mleko może i oczywiście jakieś ciasteczko…

IMG_7173 (2)

Oczywiście w poniedziałek Turyścizna powoli wyjeżdża. Wypakowane samochody zmierzają już ku promom… promy informują, że miejsc pozostało tylko odrobinkę, więc jeśli ktoś sobie nie zarezerwował, to potem ino wpław. Taki Pan Samochodzik pewno nie miałby problemu, chociaż przy tych falach i wiecie, dość specyficznych morskościach Bałtyku, nie dałby rady. Nawet on. Chociaż może by dał… podkochiwałam się w gościu długo. Kłócił się w moim sercu z Winnetou.

Ale chyba Apacz wygrał. Ekhm…

Co do wiosny, to chyba jest w odwodzie.

Znaczy bez urazy oczywiście kwiatki nadal są, ale się nie otwierają, drzewka owocowe kwitną, ale marnie. Wszystko dookoła jakoś tak wątpi i wkurza się, że wylazło już z ziemi. Niektóre roślinki zdają się próbować powracać do ciepłej ziemi, ale nie ma tak dobrze. Żonkile przestały się rozwijać, tulipan, który co roku próbuje zakwitnąć pod moim oknem, nadal tylko próbuje. Wiecie, niby ma ten pączek, dwa listki, a jednak… kurcze jakoś się buntuje. Z kolorów chyba nic nie będzie. Fiołki są niziutkie i kryją się w głębokiej jeszcze miejscami trawie, a niezapominajki, wiecie, ino te wielkie wyłażą i się uśmiechają, aż człek zapomina o ty mroźnym wietrze, co to mu skórę zdziera z twarzy… stokrotki zgrywają dzielne, ale i one starają się kryć. Za to ptaszęta, nie mogąc nic na to poradzić, pchane biologicznym napędem, ćwierkają.

Druga połowa kwietnia, a człek wyciąga z powrotem kurtkę zimową, z szalikiem się przeprasza, grube skarpety bierze… ale wciąż wyłazi. Bo przecież na Wyspie to szkoda tak nie być w naturze. Naprawdę, aż nazbyt szkoda.

IMG_7063

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i 12 prac Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Podłamana…

„Jakoś tak.

I fizycznie i psychicznie, i w ogóle. No wiecie, i genetycznie przecież, bo bez tego byłaby tylko li ino cieniem siebie samej, a to miejsce było już zajęte. Cień Wiedźmy nigdy nie da się zwolnić z tak porąbanej fuchy!!!

I chyba dlatego Pani Wyspy nakazała Zimie ferie… znaczy wiecie odpoczynek. Bo z Wiedźmą Wroną Pożartą było źle… Wyspa pragnęła ją jakoś wyodpoczynkować. Jakoś tak mocno, na amen. Wiecie, nakazać jej wywczas… Taki totalny. Najpierw więc zwaliła na nią jakiegoś mikroba, potem lekką zarazę, potem poleciała dżumą, ale nic z tego, nie udało się. Po krótszym, lecz mocnym namyśle, postanowiła więc pójść innym tropem. Wiecie… marchewką, ale i tak nic z tego nie wyszło, ta nadal pracowała. No to doszło do rozwiązań siłowych, ale Wiedźma zaczęła płakać tymi łzami misiowymi tymi, onymi perełkami z oczęt niewinnych istot, wiecie, liliowych i litosowych płatków, no i oczywiście onych bieluńskich z kwiatów moreli… więc po prostu odpuściła. No wiecie, czasem się nie da, więc trzeba się jednak poddać i…

… dlatego przybyła Zima na Wyspę.

I zawiała trochę i całkiem nieźle przychłodziła. Oczywiście nie mogła zasypać legalnie przecież całej ziemi śniegiem, bo wszystko by zdechło, no i smutkowo by roślinkom było, ale coś mogła. W końcu była… Zimą. Dlatego posypała. Niewiele, właściwie tylko dookoła niej, wraz z falami szumiącymi, wraz z niebem dziwnie błękitnym z jednej strony i ciężkimi, brzemiennymi chmurami z drugiej. Posypała. Może i bardziej silnie, może i prosto w oczy, ale jednak… posypała. I pochłodziła… oj milusi chłodek, to było coś, co sprawiło, że Wiedźma Wrona trochę odżyła, ale i tak nie do końca. Jakby coś jednak w niej tamowało jakąkolwiek radosność…

Ale co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3329

Z cyklu przeczytane: „Piekło pocztowe 1” – … aluzja do NordPost? No co? Po tym, jak Dania dała ciała sprzedając swoją pocztę i wszystko się wali, jakoś tak zdałby się nam taki osobnik by uratować poczty! I mieć znowu znaczki fajne i listy!!!

Niestety Wyspą nie włada tak intrygująca postać jak Patrycjusz, więc pewno mamy przegibane i tyle. Ale książka jest niesamowita. Cudowna, wciągająca, romantyczna lekko, prawdziwa, dosadna i… jedna z moich ukochanych!!! Obydwie części. Opowieść o nawracaniu złoczyńcy na pozytywna stronę, do tego kulturalny strażnik, powalone szpilki – ups sorry – intrygująca kobieta, chociaż na nią to chyba nie ma określenia, no i sekary. Oczywiście i sekary.

I zmarli…

Ta książka powala na kolanach, otrzepuje, a potem daje w mordę i oczywiście robi wam jeszcze tę cudną linię rwania. Szpileczkami. Bo to opowieść nostalgiczna, o sprawiedliwości, o tym, że czasem powolność też popłaca, a listy są niespieszną cudownością, o której we współczesnym świecie zapominamy. Oną dokładnością, filuternością i pięknem… Szkoda, że tak niewielu z was pisuje listy. No choć kartki. Kiedy ostatnim razem wysłaliście coś ze znaczkiem – nie skarbowym! Coś, nad czym trzeba było popracować, przemyśleć słowa i napisać je ręcznie?

IMG_9552

Poferiowo.

Trochę ciszej.

Ale tylko odrobinkę ciszej. To w końcu połowa kwietnia, maj zagląda już w okno, kwitnie wszystko. Może i ferie były trochę deszczowe i powolne, ale co w tym złego. Te ferie były trochę jak listy. Wiecie. Niedostarczone do końca. A teraz mamy sezon. Znaczy taki przedsezon sezonu letniego, ale już ludzi troszkę więcej i aut na ulicach, więc nici z bezpiecznie robionych zdjęć w dziwnych miejscach. Co prawda jeszcze nie gorąco, ale na plażach siedzą rozgolaszeni, jakby chcieli sami siebie przekonać, że to słonko grzeje wystarczająco mocno, by ich opalić i ogólnie mówiąc…

… no wiecie…

Na niektórych gałązkach wciąż jeszcze kolebią się piórka, ale jajka raczej poznikały. Dobrze zbierali. Bo wiecie, u nas zbierają jajka. Taka tam zabawa dla dzieci i tych dorosłych, co mają dzieci, ale wiecie, chcą poudawać, że oni wcale im tych jajek potem nie wyżerają. W gazetach kolejne skandale, jakbyśmy nie mieli dość problemów. Świat oczywiście ma to wszystko gdzieś i dalej sobie kwitnie, przemienia się, zrzuca płatki, zbiera listowie do kupy i zajmuje się owocami. Nie da się tego powstrzymać. Nawet jeśli staniesz, to ten czas zwyczajnie będzie dalej pędził by wszystko się płodziło i produkowało.

Mam dość. Chyba mam problem z płodzeniem.

IMG_3323

A tak w ogóle… wiosna.

I lody są otwarte, więc wieczorem człek może się przejść i pożreć trzy gałki z bitą śmietaną. Coś, czego nie mógł robić przez prawie pół roku! Ha ha ha!!! Biorąc pod uwagę to, że kurcze by dojść do sklepu trzeba najpierw pod górkę, potem z górki, potem znowu pod sporą górkę, więc wiecie… coś się tam spali. A reszta, wiadomo, pójdzie w boczki. I co z tego? Przecież tutaj kurcze to naprawdę nie ma znaczenia.

Cisza na zewnątrz, aż słychać jak trawa rośnie. Niedługo wyjadą znowu kosiarki pożerając stokrotki i dekapitując innych. Z nowości… mamy w ogródku stadko srok. Jakieś takie młode i szalone są. Jakieś takie czarownie nie do końca przerażone. Pewno, że to nie pieseczki do głaskania, ale patrzenie na nie to cudowna przyjemność. Serio! Na te ich piórka się mieniące, na oną białość bielszą niż śnieg. Na wszelakie ich ruchy, niby ostrożne, niby dostojne. Jakby nie do końca wiedziały co wybrać. Czy to, że są piękne i dostojne i wiecie, władczynie onego trawnika i robaków w nim zawartych, czy jednak wciąż jeszcze są niepewne? Podobnie zresztą czasem kroczą młode wrony. Bo te starsze to wiecie, dobrze wiedzą, że one tutaj rządzą.

A wróble?

Nadal pracują nad potomkami.

Gdzieś mają mazurki i inne jaja…

IMG_3234 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Podłamana… została wyłączona