Pan Tealight i Zbadania…

Zbadania był podstarzałym kawalerem, który rzeczywiście miał tak na imię. Naprawdę, sprawdzić mu można w dowodzie.

Serio.

Zdjęcie koszmarne, tak samo w paszporcie, choć tyle razy próbował, wiecie, no chciał jakoś nie wyglądać, tym bardziej, że świat znowu się granicował, a on miał lekko oliwkową skórę, czarne, krótko przycięte włoski i jakiś taki aromat podstarzałego amanta kręcący się dookoła niego.

Kręcący się, tańczący, wszelako upierdliwie przylepiony, cokolwiek by zrobił, on zawsze tam był. Niczym cień. Cień wiekuisty, niewymagający światła, ogólnie mówiąc, no tren taki, ale wąchalny. Obecność, która wyciągała swoją ouiję i serio się dobrze z nią bawiła, więc… no cóż, musiał jakoś żyć.

Znaczy, nie musiał.

Chciał.

I chciał… rodziny.

Problem w tym, iż imię niestety zmieniło jego młodość w koszmar i by jakoś sobie z tym radzić, po prostu został doktorem nauk wszelakich i jakoś tak wszystko, no wiecie, aż nazbyt analizował. Nazbyt dokładnie, nazbyt długo. Kolejne panny znudzone pierwotną ekscentrycznością, ale i portfelem, co dziwne, odchodziły, starzały się, rodziły dzieci… umierały, a on trwał.

Coś go mumifikowała.

Pewno ona wola zbadania wszystkiego…

Albo, było w tym coś i więcej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowieść o duchach” – … ojojojojjjj… żesz się ale porobiło. Rany Julek i Matko Wyspo, no!!! Jak tak można?

No jak?

Dobra, przyznaję się, że nie lubię, gdy mi coś robią z głównym bohaterem. Wiecie, takiego wielkiego coś, a takie coś się naszemu magowi przytrafiło. I na dodatek, jak się okazuje jeszcze nie wiadomo jaki to będzie tego koniec. Czy on będzie żywy, czy nie? I kto strzelał i w ogóle dlaczego…

I…

No tak, nasz niepokorny mag powraca do swojego Chicago w trochę innej formie. Oczywiście musi najpierw znaleźć sprzymierzeńców, co jest trochę trudne, gdy raczej jest się mało cielesnym. A raczej w ogóle niecielesnym. Czy mu się uda? No wiecie, niby zawsze jakoś tam sobie radził, ale bez magii? A może jednak magia jest możliwa? Może tylko trzeba jej poszukać?

Może znaleźć inną…

I co się stało z tymi dla niego najważniejszymi?

Książka mnie wciągnęła, ale wiecie, wciąż bałam się o tego mojego bohatera. Widząc go tak sfrustrowanym może trochę zmęczyć, sprawić, że zwyczajnie się wkurzycie i na niego i na siebie, ale wiecie, warto… Bo to w końcu wciąż on. Znajomy on. Bardziej znajomi niż ci, których kocha. Jemu bliscy. Okazuje się, że oni i cały świat naprawdę się zmienił. A to oznacza, że wydarzenia z tomu wcześniejszego musiały uderzyć we wszystko i wszystkich. Tylko, jak teraz to wszystko… przeżyć?

A może, jak umrzeć?

Na zawsze?

Ale przecież wyszedł już kolejny tom, więc co… sklonują go, czy co?

I wieje.

I oczywiście i do nas dotarły zmiany. Pewne zmiany. Już likwiduje się powoli przejazdy grupowe, autobusy zabierają ludzi, ale tylko na ilość siedzeń, jeśli są pełne, to wtedy nic z tego, zostajesz na przystanku.

Granice będą zamknięte.

Szkoły będą zamknięte przez 2 tygodnie.

Spotkania z tysiąca ograniczenia, teraz już schodzą do setki, ale tak serio, to najlepiej ze wszystkimi z daleka. No wiecie, na promie macie siadać daleko od siebie i ilość ludzi zostanie ograniczona… ale jak to piszę, jest 12 marca, więc… no wiecie, może za te kilka dni coś się zmieni? Na razie od 13go szkoły zamknięte na 2 tygodnie, więc oczekujmy chaosu jak w innych miejscach.

I zwiększonego przepływu danych internetowych.

Gry będą się sprzedawać jak żarcie… kurde, chyba jednak trzeba zrobić zapasy onego papieru toaletowego, czy ręczników? No wiecie… może lepiej być tym Cro Magnionem niż wyważonym i artystycznym Neandertalem? Kino zamkniętę, nawet kurde biblioteki, choć u nas wypożycza się „bezludzkowo”…

Ale… najsłynniejsza Dania jest obecnie z pewnej rodziny.

Otóż bidoczki jedne, wiecie, no parka, małżeństwo, wyjechali sobie na wakację na Madeirę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ich dziecię dopiero wróciło z Austrii, oczywiście chore i od razu wylądowało w szpitalu, więc… no wiecie, nie dość, że byli w kontaktu z zarażonym, to na dodatek olali bachora i postanowili się zabawić na całego. no przecież państwo się owocem lędźwi zajmie, czyż nie? Przecież to szkoła wychowuje, oni tylko zajmują się produkcją…

Nie wiem w jaki sposób ona dwójka przeszła wszelkie lotniskowe aberracje, bo dorwano ich dopiero w hotelu na miejscu. Tam oczywiście zamknięto ich w pokoju i tyle. Znaczy, objęto kwarantanną.

Tak to się ładnie nazywa.

Włosi pewno mają inne określenia…

Jak będzie dalej?

Kto to wie? Na razie ludzie nabijają się z innych, co to podobno poleźli i wykupili po oświadczeniu rządu wsio w Netto. Jeśli chodzi o mnie, to sprawdziłam sklepy u nas w Gudhjem, żeby nie było są ino dwa, więc… papier jest. Na wszelki słuczaj człek wziął dwie zgrzewki taniego, więc twardo będzie. No bo lepiej nie odstawać od społeczeństwa, ale żadnej paniki nie widzieliśmy.

Wsio jest.

A raczej wsio nie ma jak zwykle.

Potem pojechaliśmy do Lidla i tam jak zwykle było niewiele, za to ludzie rzeczywiście szukali toaletowego. I ten akurat wykupiony. Mamy dwie torby ryżu i makaronu… bo tak szczerze, to nie stać nas na składowanie żarcie. W znaczeniu kupowania go w większych ilościach.

I tak nie mamy zamrażarki.

… więc trza będzie kombinować wędkę.

Albo wybrać się na foki, jakby co, ale to kiepski żarcie. Z drugiej strony, jak się nie ma co się lubi, to wiecie… wieści najnowsze są takie, że wszyscy mają siedzieć w domu i tyle. Jak ktoś się kiepsko poczuje, to nadal ma siedzieć w domu i najlepiej nikomu nie przeszkadzać. Dość dziwnie to brzmi, ale nie oszukujmy się, co ma zrobić? Pewno, jak zaczniesz się dusić, to może będzie dla ciebie respiratorek, ale jest to mało prawdopodobne. Promy mają oferować przejazdy samochodowe. Znaczy wiecie, siedzicie w aucie podczas przepływu. Wersja nader ekstremalna, jeśli przypomnimy sobie jakie są one nasze najnowsze promy. Wiecie… otwarte, rąbane katamarany.

Szybkie i ochlapujące.

Ale jeśli będą chętni, to a voila!!!

Tam was nikt nie zarazi…

Tak szczerze, to zaczynam się zastanawiać jak i kiedy to się w końcu jakoś załamie. Na razie rośnie, w którymś momencie musi pierdyknąć. A wtedy co?

A najgorsze jest to, że dodatkowo ta Laura nas dojechała, wiecie, kolejny sztorm, orkanstyrke, lovely i w ogóle… ale słoneczko wali, owocowe drzewka kwitną mimo planowanych przymrozków.

Dziwnie jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbadania… została wyłączona

Pan Tealight i Przedsprzedaż na wafel…

„No dobra.

Świat się zmieniał.

Świat ewoluował, ale cała reszta jakoś tak stanęła nagle w miejscu i zaczęła myśleć. Myśleć nazbyt i nie w te strony co trzeba.

Niestety.

Kompletnie nie w te strony co trzeba, a nawet co więcej, po prostu jakoś tak dookoła, na przełaj, a jeszcze na dodatek wszelako pokrętnie, po liniach wysoce krętych i szpulowych właściwie… więcej razy się cofał niż do czegoś dochodził. Znaczy, nie żeby był głupi, czy coś, ale jednak…

Ale jednak…

Świat nadmiernie myślał.

Pewno dlatego, że ludzie ucichli. Jakoś tak byli, cały czas istnieli, ale się zmienili, niestety ino ich niewielka część i to bardzo go martwiło. Że coś takiego, co nawiedziło Świat Współczesny sprawiło, że naprawdę wszyscy zrozumieli, że nie ma już czego ratować, poza oną garstką prostych ludków.

Sadzących drzewa, głaszczących kamienie…

Wiecie, bardziej wiejskie głupki, niż… no jak Wiedźma Pożarta, której się wafel marzył, znaczy te no, andruty, wiecie. Strasznie!!! Ale przecież siedziała w domu, znaczy, nie żeby to była jakaś dla niej różnica, ale poza tym była też chora i lekko, a może racej wysoce mocno, jakoś tak…

… się sypała.

Boleśnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wszystko dookoła rzeczywiście się zieleni.

Malutkie listki, kwiaty w końcu jakoś tak normalniej zaczynają wyglądać… wiecie, niby wiosna teraz mogłaby być, ale nic to, że przez ostatnie co dwa lata marzec był po śniegu… widać w tym roku nie pykło seryjnie.

Aż nazbyt.

No ale…

… co będziemy marudzić. Przecież zawsze może być gorzej. Zawsze, serio, uweirzcie mi. Niby mogą was pobić i tak dalej, mogą was okraść i wyłomotać, albo zostawić na środku morza, ale jeszcze na dodatek jak obsra was ptaszek, to seryjnie, naprawdę wtedy czujecie, że macie przejebane. Już nie ino przesrane, ale, lepiej nie będzie. Może i nigdy nawet, wiecie, może to już na zawsze…

Ale… wiosna.

Jakby nie patrzeć.

Przynajmniej ta kalendarzowa, a cała reszta, to wiecie, robi i leci jak jej się podoba. Marzec. Koty wyją mi pod oknem, a pies sąsiada, nie wiem dlaczego, dziwnie na mnie ujada. Żeby nie było, szczekanie psa jeszcze kilka lat temu było czymś, czego się zwyczajwowo nie słyszało. Wiecie, nie łamało onej pięknej, nastrojowej, lekko słonej ciszy… wyspowej ciszy. Ale teraz, widać świat się zmienił.

Ech…

Nie no, ja rozumiem, że on tam daje znak, ale serio? Na mnie drze japę, a na Chowańca, to się ino patrzy?

Serio!!!

Dlaczego?!!

Wiosna oczywiście oznacza prace w ogrodzie.

A teraz, gdy człek ma go więcej i właściwie wszystko może sobie w nim zrobić poza klubem porno tudzież wiecie, czymś w ten deseń? Chociaż, w szopie może by i uszło jakby nie było za głośno, sąsiadka już nas poinformowała, że radosna taka z onej wielkiej i przyjemnej dla niej okazji, wiecie, że my, one maluczkie osobniki… no, że my cisi jesteśmy. Tia, nez wzajemności, sama tak trzaska drzwiami od garażu i samochodu, że cholery można dostać! No naprawdę! Nie rozumiem baby!

Może chce zaznaczyć, że ona ma garaż, a my nie?

Chociaż według planu jest carport, ale wiecie…

LOL

No ale, poza ciszą i jej brakiem mamy żonkile i krokusy i one małe listki, które są słodkie i wszelako czaderskie, bo wiecie, w końcu ino nasze. Może nie wszystkie przez nas wsadzone, może jednak dopiero za rok ogród będzie wyglądał mniej więcej jak chcemy, ale przecież, czy trzeba się spieszyć?

Odpowiedź ma brzmi: trzeba.

Niektórzy nie są cierpliwi, kompletnie. Naprawdę. Jeżeli chodzi o mnie, to wszystko ma być teraz zaraz i w ogóle. Za grosz cierpliwości, chyba że chodzi o pędzle… oj tak, pędzel, albo fotografia, ech, cierpliwość jest, ale cała reszta, to raczej jakoś nie? No nie wiem, może genu mi brakuje?

Jakiegoś?

Genu cierpliwości.

Hihihi. A jak u was? Bo u nas Trolling Master Bornholm 2020 oczywiście odwołany. Wiadomo dlaczego…

PS. Wpis powstał kilka dni temu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przedsprzedaż na wafel… została wyłączona

Pan Tealight i Niezapominane…

„Jest w Sklepiku z Niepotrzebnymi taki pokoik. Bardzo tea time one, wiecie, taki klimatyczny cholernie, że już bardziej nie można. Pokoik ze ścianami mięciutkimi, z tapetą w kwiatuszki miodowe, różowe kropeczki, z mebelkami z powyginanymi nogami, z poduchami, wszelaką zastawą…

… bibelotami…

Z podnóżkami, dywanem takim, że jak kurna upuścisz coś mniejsze niż budynek, to wiecie, nie znajdziecie. Nigdy już tego nie odzyskacie. Nigdy już nie będzie wasz, teraz, należy do Dywanu. Do jego wielkiego wszechświata, wszelakiej miękkości, wielu falujących ździebełek i tak dalej…

Do małych ludzików, które miały własne pokoje z miękkimi ścianami, z tapetą w kwiatuszki, lustereczkami, filiżankami, spodeczkami… i jeszcze maciupkimi bukiecikami wszelakiej roślinności. I czerwonymi płatkami, suszonymi, w pojemniczkach maści wszelakiej i jeszcze…

Tak, Niezapomniane.

Właściwie, to gdzie były…

Zapomniałem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Koronawirus…

No żeby nie było, mieliśmy ten cały atak ze strony osobników szmalownych, co to wybyli sbie na wakacje w Alpy i wiecie, wrócili i od rau na testy, ale na strachu się skończyło. I wtedy, wtedy jakoś tak mi się przypomniało, jak to ludzie wyspy użytkowali w przeszłości. Zresztą, nie oszukujmy się, przecież nadal to robią.

No więc dawno, dawno dawno temu, wszelakie miejsca odcięte służyły odosobnieniu tych chorych, złych, morderców i zbirów wszelakich, inaczej myślących oraz… wiecie, niepewnych. Tych, co nie wiadomo było co z nimi zrobić, bo niby rodzina, ale stoją na drodze do korony, a przecież tam nikt im nie uwieży, że tatuś i mamusia krwi błękitnej i niekrzepliwej chyba…

… ekhm…

Tak to było.

Przypomnijcie sobie jak zaludniono nadmiernie i bluzgajac na biednych Aborygenów, niszcząc ich, zmiatając z powierzchni ziemi… kurde odpalam się zawsze przy nativach, wybaczcie… znaczy walę to, nie musicie wybaczać, rację mam… No więc Australia drzewiej była domeną wszelako niebyt milusich i raczej karanych osobników. I to takich wiecie, albo płyniesz, albo szafocik będzie…

No a kto by nie chciał tam, gdzie wielkie pająki?

LOL

Ale cóż, zawsze lepiej odsunąć problemy niż się nimi zająć na dobre. Zawsze lepiej zaciągnąć coś pod dywan, a jak wystaje, to wiecie, mocniej udeptać i pięknie się będzie układać. Nikt nie zauważy, najważniejsze, coby sąsiedzi nie zadawali pytań, ale wiecie, my znamy ich sekrety, a oni…

Ekhm…

Tak to drzewiej bywało.

I nie tylko.

No i tak, zapewne nazbyt się zagłębiając w przeszłość, jakoś te biedne wyspy miały dziwną, złą nawet, reputację. Biedni oni szukający samotni i odludzia, oczywiście mieli problem, bo przecież od razu uznawano, że oni nie są myślący, ale wiecie, źli, chorzy i tak dalej… albo i lepiej.

Jednakowoż stojąc twarzą w twarz z różnymi sprawami, które już odbywają się bez ludzi, przez neta, jak na przykład eliminacje do Eurowizji, słysząc o odwołanych spędach ludzkich, wszelakich, to wiecie, człek jednakowż myśli. Myśli mocniej i nazbyt wyolbrzymia może, ale jakoś tak, jak już kiedyś z gettem wypalili, to może i zrobiliby z nas takiego, wiecie, miejsca zsyłki chorych?

Wszelakich?

No co?

Lekarzy nie mamy, ale szpital jest… i tutaj pojawia mi się inne pytanie, bo zsyłka zsyłką, zarazem śmieszne ale i przerażające, ale jednak zwyczajowa izolacja. Niby można każdego w swoim domu, ale jakby chodziło o jakieś leczenie, to co? Mamy my izolatki? lekarzy moze nie, ale cała reszta spokojnie przypomina filmy o zombie. Ekhm. Wiecie, fajne miejsca, ale co do całej reszty…

… bida.

Jakby co, to jak najbardziej oczekujcie mierzenia temperaturki.

No wiecie, jak w innnych miejscach. Papieru toaletowego u nas jeszcze nie wykupili, ale prawda taka, że jak ludzie się rzucą, to wiadomo, kto pierwszy ten lepszy, no i nie wszystkim starczy. Ale, tak szczerze, byle by woda była. Wtedy to i z liścia się da. LOL No co? Nie umiecie zrobić papieru z liści?

Skąd ja posiadam wiedzę takową?

Rany… nie wiem.

Zupełnie. Może to jednakowoż ono ciężkie dzieciństwo. Wiecie, z szarym papierem toaletowym, w którym zaklęte były literki…

Ech, te wspomnienia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niezapominane… została wyłączona

Pan Tealight i Zgubiona Choineczka…

„No przyszła za Wiedźmą Wroną Pożartą Choineczka z lasu… przyszła i posadziła się w doniczkę. I jakoś tak było jej dobrze i nagle…

Zaginęła.

A już jej szykowali miejsce w ogródku, a już miało być tak pięknie.

A miała być wielką i ochronną, ale jakoś tak… zniknęła. Już blisko było ziemi i wszelakiego stałego zatrudnienia, a ona… poczekała aż wejdą cebulki, potem większy krzaczek iglaczek, a potem… miała być ona.

Ale zniknęła.

Może przeniosła się w inny wymiar choinkowy, może nawet w choinkowy raj jeszcze, a może, może ją naprawde porwali jacyś popierdoleńcy? Wiecie, co to nie tolerują drzew? Albo te złażące się ostatnio sarny, co to zdeptały fioletowe krokusy… ale za to nie ruszyły żonkili, ni troszkę.

Naprawdę.

… więc, co się z nią stało? Czy kiedyś się pojawił? Nagle wystrzeli do góry z trawy czy kamyczkowej osłony, wyjdzie spomiędzy cebulek, korzeni drzew innych, jakoś tak się ukaże, czy jednak…

Nie będzie jej.

Nigdy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu mleko w powietrzu.

Temperatura spada i rośnie, człek nie nadąża z onymi jej wahaniami i zaczyna się zastanawiać, czy to wszystko się w końcu jakoś uspokoi? Może w końcu ucichnie, w końcu będzie jakieś takie codzienne, normalne i ustałe? No wiecie, wszelako choć trochę przewidywalne?

Zgodne z oczekiwaniami?

Ale, czy pogoda taka była kiedykolwiek?

I ta mgła, gęsta, że ino ją polewać syoepm klonowym i żreć. Zresztą, co do syropu, to serio on zawsze tak smakował? No wiecie, bardziej jak jakaś spalenina, niż coś słodkiego… właściwie w smaku nic to… ino taka lepkość lekka, próbowaliście? Serio? A może ten mój jakiś taki wybrakowany?

Ech!

No mniejsza…

Każdy ma swoje smaki i szaleństwa, jak ten dzień naleśników. Zauważyliście, że kurde teraz jakikolwiek dzień jest, to od razu trzeba to mieć. Dzień pączka, masz żryć, dzień naleśnika, endometrioza… no to wiadomo, kto już ma, to pewno zwolniony, a cała reszta, to jak ma czy nie ma, nie wiadomo, no ale… ten dziwny trollo-hejt, który się pojawia w mediach, jak tylko przyznasz się, że nie jadłeś naleśników w dzień naleśnika. Albo pączka nie żarłeś na te ostatki… i do razu pomora na ciebie.

Tak rozumiem, że to ludziom ma uświadamiać istnienie niektórych chorób, ale sorry, tyle gadania o depresji, a wciąż mówią mi, że na wiosnę mi się polepszy. Ha ha ha… idioci. Widać na kij im te dni…

… czy jak zwał…

Znaczy się, teraz rok pecha, bo człowiek do najbliższego pączka miał mile morskie?

Ech…

Mniejsza.

To tyle, jakby ktoś się pytał znowu, dlaczego są wyłączone komentarze. No właśnie z takiego powodu. Bo jakoś nikt nie kuma, że ten świat, to mimo globalizacji naprawdę inny świat. I podatki ma gigantyczne. I nie, nie ma tego samego w sklepach, pomijając już subtelny fakt rozmiaru Wyspy i ogólnej… małości sklepów.

Znaczy tych no, placówek handlowych.

Ciekawe, jak to będzie w tym roku?

Czy pojawią się nowe sklepy? A może jednak ten wirus w koronie, co znowu wyskakuje jak cokolwiek z pokrzywek, no wiecie, dojedzie nas tak, że aż się przyrąbiemy i sezonu nie będzie? Albo… nie wiem.

Właściwie tutaj wszystko jest możliwe.

A już ostatnio…

Niewyobrażalnie wszystko. Wolałabym ładny spadek, co to nawet po spłaceniu podatków ostanie się sumką na całe długie, zdrowe życie nasze i jeszcze kilka asów i posiadłości pod wynajem? No wiecie, można pomarzyć. No można. Pewno, że człek już niewierny, ale jednak, no weźcie no, może w końcu jakoś będzie?

I przestanie Wyspa płonąć.

Tyle już pożarów było, a to dopiero marzec. Kurde, biorąc pod uwagę ilość ludzi mieszkających tutaj, to serio podwyższamy średnią w onym kraju. I to mocno oraz, zarazem, li i wybitnie bardzo.

No i tyle…

I wieje! Hej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zgubiona Choineczka… została wyłączona

Pan Tealight i Komu bije Zgon…

ZGON, czyli Zakład Gładzenia i Dopieszania Niemoralnego był jak najbardziej instytucją z numerkami i podatkowymi czarami.

Serio.

Powstał jako, wiecie, plan na ten wiosenny czas i by Niemców ułapić. W końcu nie wszyscy przecież na wiosnę zwalają się na Wyspę. Ale oni tak, oj tak. Się więc babeczki zmówiły z Mikołajami i wymyśliły ZGON. Mieli łóżka, mieli oprzyrządowanie. mieli nawet te gazetki, gorące kamienie i…

I oczywiście obsługę.

No wiecie… ktoś musiał.

Na szczęście jednak kurcze ktoś chciał obsługiwać wszystkich. Nie ważne czy z brzuszkiem, czy z włoskami, czy łapie za dupę paluchami… nie ważne, hajs się musiał zgadzać, Wiedźmy z Pieca chciały nowy wywietrznik i obrusik jeszcze, Księżniczki i Królewny po Best Before miały plany ogrodnicze… Wszelacy mieszkanie podziemi mieli plany, o których nikt nie chciał niczego wiedzieć, a na dodatek jescze Smok z Komina i jegojej potomstwo…

No wiecie, trzeba było jakoś sobie radzić.

Dopieszczanie i gładzenie oferowane było w granicach wszelakiego nierozsądku i wpełni perwersyjnej szaleńczości. Ale wiecie, czsy nadeszły maseczkowe, perukowe i okularowe, więc… wiedzieli, że to wypali.

Wiedzieli… one misy pełne bitej śmietany, truskawki i pomidorki jak kiedyś z pola, ten biigos na szmalcu, te kiełbaski jak to babcia robiła, ciasta i wszelakie i weki, do tego wędzone szyneczki i mięska inne… one rosoły i galaty, a potem wszelaka niebolesność narządów ni gastro czy slush tylni…

I żadnego poczucia winy!

I wtedy Pani Wyspy się zamknęła!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dolina.

Kobbeå.

Tak dawno tutaj nie byłam. Tak bardzo nie rozpoznaję tej rzeki, onych kształtów i kolorów. Onej całej przedwiosenności. Wszystko się rozlewa, wszystko jest wilgotne, a maciupki wodospad z pól zwyczajnie już nie trafia w swoją dziurkę… wszędzie błotniście, więc od początku wiadomo, że będzie ciężko.

Ale nie damy się…

Chociaż, gdy pierwszy most pojawia się jako poległy pod wielkim drzewem… zaczynam mieć wątpliwości. Ale chcę na spacer. Chcę, więc… dobra, nurt szybki, głęboko, ale trzymając się nieistniejącej barierki, kory, jakichś wypustków, udaje się przejść. Ale już wiemy, że ścieżka miejscami może nie istnieć. Więcej, może i niektóre mosty też przeszły do przeszłości ulegając wiatrom.

Ale tutaj jest tak pięknie. Rzeka, powalone drzewa rozdzierają serce, ale te omszałe głazy i barwy szmaragdowe fal… one maciupkie plaże, które się narodziły dla krasnali przyrzecznych… takie są przesłodkie. I niebo niebieskie i tutaj, prawie wcale nie wieje! No dobra, prawie.

Ale nic to… chodźmy, kolejny most się chwieje, kolejne drzewa dokonały żywota, widać, że w niektórych miejscach już rozpoczęto jakieś naprawy, ale przecież u nas wciąż wieje, więc czy w ogóle im się uda… a potem kolejny most i skalna ściana. Niesamowita i zachwycająca. I te bluszcze zawsze zielone. I one błotnistości, które naprawdę chcą nas wciągnąć w swoje trzewia…

… na zawsze.

Zatrzymać.

I para, która ostrzega nas, że daleko, że się nie da…

Da się.

No co jak co, ale mi się nie uda? No weźcie no, może będę wrzeszczeć z bólu, bo zawiśnięcie na cieśni nadgarstwa po prostu ujawni granice bólu, których naprawdę jeszcze nie znałam, ale jednak, uda mi się. Ale najpierw dowiem się, że i po jednej i po drugiej stronie ścieżka zniknęła.

Rozmyta.

Że powylonych drzew jest cala masa.

Że naprawdę trzeba się brać za dosadzanie.

Ale na razie można po prostu iść. I nie dbać o one ubłocone buty, spodnie, skarpetki i nawet gacie, ha ha ha, no wiecie jak to jest! Takie ubłotnienie, to wiadomo, ale warto, bo w pewnym momencie roztacza się przed człowiekiem głęboki wąwóz, a może dolina, kij wie, dołem lekko płytsza, szeroko rozlana rzeka, szum, małe wodospady, wielkie, zielone głazy, choinki i inne drzewistości.

Niektóre powalone, niektóre wciąż jeszcze stoją.

I to światło, bo udało się nam przez te kilka godzin jesdnak mieć jakieś światło. No kurde, jak nigdy. I dalej, brak ścieżki, prawie pionowa ściana błota i gliny z nielicznymi wystającymi kamieniami i tak się trzymasz łapami i zastanawiasz się, czy serio to wiszenie nad wodą jest okej, czy nie lepiej zwyczajnie tak jakoś no… puścić się, stoczyć i iść po wodzie? No możem nie Jezus, ale…

Dla tych widoków było warto.

Dla ludzi, których aż nazbyt wiele na ten czas dookoła wodospadu, raczej już nie. Ale wróci się drogą. Bo czemu nie. Bo można. Bo lepiej jednak w szarości, która nagle nastała, jakoś tak nie cofać się w gliniastości i błotach. Naprawdę nie polecam. Wycieczki zawsze zaczynajcie wcześniej!!!

LOL

Za to droga z powrotem, szosą, z onymi gaardami po bokach… no dobra, ino 3, ale się liczy, no i jeszcze pola i widok na morze z góry… i inne mięśnie pracują. Ech, czadowy to czas, jak człek po prostu ino idzie.

I trochę jęczy…

Wycieczkę polecam, zawsze od plaży do wodospadu.

Weźcie dobre buty.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Komu bije Zgon… została wyłączona

Pan Tealight i Zwiędłak…

„No co, no?

Jak już zwiędły, to gorzej nie będzie, a przecież wciąż kształtny i taki fajnie zielony, więc czemu nie? Zaprzyjaźnili się z Wiedźmą Wroną Pożartą od razu. Tak jakoś na siebie spojrzeli i już. Już było, już się stało, już nie mogło być inaczej, bo ona miała Żółty Dom, a on… chciał być sztuką!!!

Przywlekli się do domu już razem.

Z lasu oczywiście, w którym czuł się odrzucony i potargany, bo wiecie, wielkie wiatry odłamały go od innej gałęzi, potem ktoś go przejechał, zieloność niemal z niego zdrapał, podsuszyli go, no i w ogóle…

Pasowali do siebie.

On i Wiedźma Wrona.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane. Jakoś tak zaiskrzyło, ją ujął jego kształt zewnętrzny, a potem humor, który jak się okazało, Zwiędłak posiadał… a ona rozumiała, więc wiecie, nie było niezręcznie… No i jeszcze wiecie, ona miała miejsce, i ten wazon, a on chiał, by go doceniano za wygląd i taki i taki. I gdy gadał i gdy milczał. Może nawet to drugie w szczególności.

Wiecie, każdy ma słabości.

Nawet leśna gałązka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rytuały wody” – … dobra.

Super!!!

Naprawdę tęskniłam do tego klimatu, może niekoniecznie do samego głównego bohatera, bo jakoś chyba się nie lubimy, naprawdę, rozumiem go, jest świetnie zbudowany, osobowość, przeszłość, rodzina, ale jednak… niecierpię gościa. Ale tęskniłam do całej historii, jego bliskich, tej całej komplikacji, a przede wszystkim onej magiczności tego miejsca, mitów i legend wciąż żywych…

Niesamowicie.

Tym razem znowu zbrodnie i znowu zazębiają się one o żywot naszego głównego bohatera. Tego, który wciąż nie mówi. Wciąż cierpi po ostatnich wydarzeniach. I ponownie autorka korzysta z dwutorowej opowieści, przemieszczenia w czasie. Pokazuje prawdę przeszłości i teraźniejszośc, znowu udowadniając, iż prawda jako taka nie istnieje. Znowu mamy legendy, znowu wszystko wydaje się być takie prawdziwe i namacalne, jakby… jakby wierzenia przybrały cielesne formy.

I ono miasto.

I one tereny…

I jeszcze walka o miłość, no bo przecież… i jeszcze…

Jeśli chodzi o kryminał – genialny, mity – przesmaczne, połączenie ich zaś super, ale główny bohater, mam ochotę go zdzielić przez łeb. Serio. Dziadka zaś kocham miłością dozgonną. Naprawdę. I wiecie co… może chcę kiedyś poznać ono miasteczko? Może jednak tam właśnie naeżałoby zajrzeć na tydzień czy pięć?

Ale bez mordów.

PS. Pamiętajcie, by najpierw przeczytać pierwszy tom trylogii. No i, że trzeci już jest dostępny w księgarniach!!!

Ronne.

Bo wiecie, trzeba zrobić comiesięczne zakupy. Bo jakoś tak czas szybko płynie. Bo w miesiącu mnie tam nie ma, bo po co? Na co i w ogóle? Nie no, oczywiście, że mają tu piękne uliczki i sklepy z nie wszystkim, ale jednak… i wiecie co, nie no, pewno, że to prześliczne miasteczko z kilkoma kościołami, jakąś taką ciszą gdy niesezonowy czas i melancholią wiszącą w powietrzu, nastolatkami szukającymi…

… hmmm… zabawy czy dragów?

I oną ciemnością zapadającą, oczywiście jak jej czas nadchodzi i jeszcze tymi wszelkimi nowościami, które się tutaj przytrafiają. Wiecie, po pierwsze trzeba załatwić podstawy życiowe. Po drugie, można na spacerek krótki i nagle odnaleźć miejsce, którego się nie widziało nigdy. Takie nad morzem. Takie intrygujące, a jednak i przerażające, bo to znaczy, że zmiany są ogromne…

Gigantyczne.

I nie wiem czy mi się podobają.

Pamiętam nasz pierwszy raz i spacer do campingu wzdłuż drogi. Po jednej stronie auta i domy na wzgórzu, po drugiej morze… teraz jest tam i ścieżka i jest, i dziwna plaża i jakaś marina taka. Kurcze, muszę tutaj wrócić, gdy nie będzie zachodu słońca, bo on rozprasza… ale też… w końcu czuję jakąś mroźność.

W końcu.

Wiatr i powietrze… więcej zimy nie będzie.

Ech…

Ale z drugiej strony, to jakoś tak, no jakoś tak dziwnie jest. Wciąż i wciąż. Przerażająco. Ona rozbudowa portu, która jeszcze ma się rozwinąć, jakoś może naprawdę zniszczyć to, co było kiedyś. Ono… magiczne COŚ.

Stoję na piasku i spoglądam na zachód słońca.

Zamglony…

… lekko dziwnie zachmurniony.

I są oczywiście maszty lekko śpiewając. I jeszcze woda, ona morskość pachnąca słoną wolnością. I oczywiście oczekiwanie i podróżowanie i niespodzianki wszelakie. Bo morze to obietnica morskości, wszelaka niepewność, ale też i możliwość wszystkiego niesamowitego. Teraz nagle tylko lekko pofalowane. Może w końcu zmęczone tymi falami pożerającymi powoli Wyspę?

Może w końcu nakarmione?

Może w końcu ten cały świat się zdecyduje, czy ona ciągła wiosna od stycznia, to będzie tak dalej, czy jednak nie?

Czy jest szansa na zimę?

Pewno nie, zresztą, ja już w nic nie wierzę.

Co jak co nagle zkwarantowali u nas dwie osoby. Wiecie, na wirusa w koronie. Prawda jest taka, że jak u nas się toto rozniesie, a jest to nader możliwe, możliwe jest i to, iż może być to wysoce śmiertelne, bo stali rezydenci raczej leciwi albo i chorzy… tudzież rekonwalescenci. I wszelakie takie… a oczywiście u nas wszyscy na wakacjach byli, bo przecież who cares! Nobody!!! No więc pierwszych badali, no i podobno wynik negatywny, ale… ekhm, moja wiara w służbę zdrowia na Wyspie marna jest i ogólnie mówiąc nieistniejąca nawet w tej marności, więc…

A nóż widelec.

I na troje babki wróżyli, znaczy wiecie, zobaczy się. I człek tak patrzy na ten port zmieniony, na te maleńkie falowania, zimno mu, słońce zachodzi, ale i tak pięknie tak strasznie i jakoś tak wciąż śniegu mu się chce. Na dodatek w powietrzu wciąż unosi się zapach słoniny…

No tak, spaliła się świniarnia.

Chyba tak to się nazywa? Wiecie, duże pomieszczenie z kilkoma setkami świń. Podobno próbowali ratować itp. itd. ale jakoś tak, wiecie, ja niewierząca, więc… biedne świnki, szkoda zwierzątków. Naprawdę. Onego ich bólu, świat jest straszny. Szczególnie dla tych zależnych, malutkich, onych wciąż przerażonych, onych wciąż tak naprawdę tylko czekających…

Na koniec.

A teraz mleko dookoła, ciężka mgła osiada na wszystkich i wszystkim… może najlepiej zasnąć? Może ten wieczór winien być i ostatnim i pierwszym. Wiecie, ostatnim poprzedniego życia, pierwszym czegoś…

Nowego.

I jeszcze kurna sadzonkę choinki zgubiłam. Nosz kurde no. Sadząc inne mi się gdzież, nosz kurde no!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwiędłak… została wyłączona

Pan Tealight i Posprzątalnik…

„Uruchomił się dziwnie, naprawdę zaskakująco i wszelako uderzająco w innych istnienia, już w styczniu, na co sam Miesiączek odpowiedział mu gniewnym spojrzeniem i bąkiem spod pierzyny, która może serio okrywała tylko jego pępek i newralgiczne pewne miejsca, wiecie, ciepło było, ale jednak na pewno była… znacząca ona odpowiedź. Wiecie, stara i taka zdolna do regeneracji, ale jednak…

Niewierząca już w zimne zimy.

Kompletnie.

Chyba nikt z nich w nie nie wierzył już, ale jednak, żeby mrozu nie było, żeby kurna nawet śnieżnej kołderki przez dzień jeden? Serio? Jak to tak? Jak mają tak egzystować z wiekuistą, dokładnie półroczną, jebaną Wściekłą Wiosną, która się przeciąga i patrzy na nich znacząco. Nęci przebiśniegami, wyciąga za uszy wredne krokusy, w tym roku dziwnie pokojowo nastawione…

Oj tak…

Jak się taka sucz wielce nadobna i nierobotna, wiecie, ino wymagająca, na was patrzy, jak tak syknie, gdy uczynicie ruch nie taki, jak po jej myśli winien on być, to… no męczy was ono sprzątanie. I już czujecie, jak on się rodzi. Dla każdego jeden, a czasem i trzy, Posprzątalnik.

Przymus.

Kapo rąbany… patrzący na okna i podłogi taki wzrokiem, bo w końcu z wzroku ino się składa… że już od razu musisz za tę szmatę chwycić, jakieś płyny znaleźć, jakieś gałązi targać na chałupę i czekać, patrzeć, chuchać na nie, aż się one listeczki na nich pojawią, albo li i coś więcej…

Posprzątalnik… dopust wiosenny.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaża.

Każdemu, kto się pyta, czy tutaj można się kąpać, od razu wypalam z traktatem o plażach na Wyspie. Bo wiecie, u nas jest wszystko. Jest ten ostry klif, o który rozbijają się fale, głośno, solną chmurką unoszą w górę mgiełkę nigdy nie opadającą na ziemię. Czasem spokojne morze zaledwie go muska, zaledwie go widzi, ledwie się stykają, poznają, może po raz pierwszy, a może…

W końcu wszystko się zmienia.

… więc mamy one klify. Piękne i dostojne, oraz mniejsze, jakby kifowe przedszkola. Jakby coś, co dopiero się rozwinie. Są w nich i proste ściany i zakola i zęby i jaskinie, zagłębienia i zaskakujące ścieżki… oraz ono niebezpieczeństwo. Zawsze wyczuwalne w powietrzu i jakieś takie krzyki dziwne

… i szepty.

Są plaże z kamieniami.

Wyrwane Wyspie połacie głazów. Gołoborza, ale płaskie, tylko wiecie, obrzucone głazami i wielkimi, gładkimi kamieniami, często z rzeczką, jakąś… niegdyś może i były li tylko piaskiem, ale to się zmieniło. Bo w końcu wybrzeże zmienia się tutaj ciągle i ciągle i ciągle… szczególnie teraz, gdy tak bardzo wieje. Szczególnie teraz, gdy znowu bawią się z portem w stolicy.

Gdy znowu wyrywają ziemię i oddają ją wodzie…

Są plaże z mniejszymi kamyczkami.

Plaże z zaledwie żwirkiem granitowym.

Różanym takim, albo szarym, lub mieszanym. Są takie, maleńkie enklawy, które jeśli znasz, możesz, choć z boleścią, wykorzystać. Serio… te kamyczki nigdy się nie wygładzają. Nie jak na tych kamyczkowych, które często tak bardzo starają się w okresie Turyściznowym – co to miał być all year round, ale wiecie, jak przewidywałam nie pyknęło – sypnąć piachem. Są takie… a jedna ma nawet krzemienie na sobie. Rzadkość tutaj wielką.

Cudowne, czarowne, krzesające ognie kulki.

Albo i inne, takie przyniesione przez fale z innych krain, innych światów. Kamyki kolorowe. Takie, że chcesz każdy z nich wziąć do domu, a potem się zastanawiasz, co ta kurtka taka ciężka. No wiecie… ona chciwość w oczach, bo ten czerwony, rubinowy prawie, wygładzony niczym kaboszon, tamten znowu zielonkawy, z lekkimi wtrętami szarości… a ten, ten chcę i tamten.

No co?

Za darmo są!!!

Ale z czasem uczysz się, że one jakoś tak wyglądają perfekcyjnie właśnie tutaj. Nie no, wciąż będziesz sobie brał kamyczek, na szczęście, na dzisiaj, będziesz je oddawał, będziesz po prostu pożyczał…

No wiesz… a potem wymieniał.

No i są piaski.

Od tych zwyczajnych, lekko bursztynowych po czarniawe, z pyłem wszelakich muszelek i węgielków po te białe. Wyglądające jak ośnieżone, ciągnące się pasem wzdłuż onego dziwnego, płaskiego wybrzeża… i tylko tutaj znajdziesz idealne płaskie, małe kamyczki. Tylko tutaj.

Oj tak.

… więc plaża… którą wybierasz?

Każdego dnia inną?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Posprzątalnik… została wyłączona

Pan Tealight i Krowi Klan…

„Gangsta.

Taka na maksa.

No serio tak wyglądały. Chociaż… właściwie to nie wiem. Czy w tej ich różnorodności jest w nich jakaś spójność poza… poza krowiością właśnie. No wiecie, są w końcu krowami, chociaż. Tak bezczelnie zaglądając pod ogon, to jakoś tak… no wiecie, pewnych rzeczy brakuje, a inne zdają się być…

Inne niż zwykle.

No takie nie do końca, wiecie, pięcionożne, ale jednakowoż, wiecie, jednakowż jakoś takoś nie do końca, no i serio, tam też fryzowane? Bo widzicie, to był ten Klan, klan, których osobniki włosie miały kręcone i loczkowane i fryzowane, i na lakier i odżywki wszelakie i długie i mięciutkie… A, że się tak dobrze widać razem rozumiały, to jakoś tak wszędzie przemieszczały się razem.

Może i na wszelki wypadek?

Może z miłości, czy rodzinnych konotacji?

Może?

A może jednak powiązało je zaklęcie, które w rzeczywistości wcale nie było jakoś uciążliwe. Jakoś tak im nie przeszkadzało? A może już o nim zapomniały i wcale nie życzyły sobie, by im przypominać.

Wiecie…

Życie mają i nie jest złe, więc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Stojące kamienie…

Zwyczajne, a może spełnione marzenia? Zaznaczone ważne miejsca w przeszłości, wszelakie pamiątki… myśleli, że przetrwają na zawsze, może nawet wierzyli, że będą o nich pamiętać, ale jednak…

Ale…

Hjortebakken.

Już od razu wiadomo, że znowu coś się tutaj zmieniło. Serio… po raz pierwszy one kamienne niegdyś kręgi, skupisko pewnie największe bszarowo niegdyś, możliwie, że i z drzewem pośrodku, może jesionem, nie dębem… no więc ono kiedyś skupisko stojących kamieni, strażników, wyznaczników świętego środka… poznałam je w 2006. Wtedy drzewa były mniejsze. Naprawdę i o wiele mniejsze. Niższe, dziwnie bardzej wszystko było odkryte, widoczne, a same kamienie…

Przysięgałabym, że wyższe, ale…

Nie, to tylko te drzewa.

A to, co otaczają emanuje świętością. Taką, naturalną i zwyczajną. Prostą, aczkowleik dobitną i od razu wcierającą się człowiekowi w skórę. Ale najpierw jest parkin i jakiś dziwak, pewno wiecie, Youtuber czy inna influenca. Miejmy nadzieję, że nie wirus w koronie, co to podobno go Koontz wymyślił wieki temu, ale tak naprawdę nie, a w ogóle to wirus inaczej się nazywał…

No taka przejściówka. Sorry, ale po parkingu ja musiałam w krzaczki, a tam wiecie co? A przebiśniegi. Chyba ktoś sztucznie wysadził cebulki w grupeczkach, ale przesłodko to wygląda. Las wiadomo, młodnik i lekki staarik po drugiej stronie. Gęściutko, bo rosnąć ma wiee i tak dalej. Pewno będą przecinkować, nie chcę o tym myśleć. Ja chcę drzew. Onych wysokich, wielkich i mnogich.

Siku, przebiśniegi i wiatr.

Bo wieje.

Nie, żeby przestało, czy coś. Zresztą, nawet jeżeli, to tylko na godzinkę, dwie, nie ma co, nawet już człek nie zauważa.

Ścieżka prawie dwupasmówka, ale wiecie, taka leśna.

Prawdziwa.

Pewno, że czasem ktoś tam jeździ nią, w końcu daalej jakieś gospodarstwa, świat biegący ku morzu, w końcu niedaleko Aakirkeby. Ale ja tutaj nie po to. Po kamienie. Do tych trzech strażników, onych resztek po kręgach zewnętrznych no i jeszcze ten wielki po lewej i jeszcze… i jeszcze ten krąg z drzewem otoczony kolejnymi pomniejszymi kamieniami. Chciałoby się przytulić je wszystkie, obdarzyć miłością, ale jakoś tak, no się nie da, więc daje się ile się może.

To w końcu świętość.

Wymiar sacrum rozumiany przez cały czas.

Ten, niewyplewiony przez chrześcijańską okupację. Ten, który się oparł i ludziom i czasom i nie dał się przekupić. Bo przecież są rzeczy i sprawy na tym świecie, których nie można ot tak po prostu usunąć z codzienności.

Z ludzkich dusz i marzeń sennych.

Nie można.

Nie da się.

I dlatego tam, w tym miejscu, tak naprawdę człowiek się modli. Jakoś tak. Jakoś inaczej. Bez słów, ale emocjami. Uspokaja się, zdrowieje, oddycha. Wdycha mądrość i wydycha niepewność. Krąży tak dookoła własnego jestestwa dotykając każdy z kamieni wewnętrznego kręgu i nagle wie, że jest w jakimś tym właśnie miejscu Onym określonym miejscu. Gdzie miał tak naprawdę być…

W które nigdy nie zwątpił.

Pierwotnym.

Nawet jak kurna znowu wieje zbyt mocno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowi Klan… została wyłączona

Pan Tealight i Kruszynka…

Kruszynka wbrew swemu imieniu, serio była malutka. Nie tak, jak wiecie u innych co to grubego zwą chudym dla jaj… no serio była tak jak okruszek chleba. Ale taki twardy mocno.

Starawy…

Zdecydowany.

Naprawdę wielki swoją osobowością, chociaż w rzeczywistości byla tylko kruszynką krówkową. Malutką malucinką, która daje bardzo malutkie mleko. Nie żeby mało, ale małe mleko. Wiecie, nie wielkie, nie takie, jak się wam zdaje i naprawdę nie gorsze, czasem nawet waniliowe, czasem czekoladowe…

I to od razu w szklanych buteleczkach z kolorymi zatyczkami. Przeuroczymi, gdy ktoś kochał miniaturki, ale… problem był z nią jeden. No wiecie, niby krowy nie robią tego jakoś dziwacznie często i może upierdliwie, ale jednak, jej meczenie to były gromy. Jej odgłosy z paszczy budziły potwory piekielne, te zapomniane, którym już dawni nikt ofiar nie składał i huragany wzywało, i jeszcze piętrzyło nowe góry, budziło uparcie i natrętnie, całkowicie doprawdy sprawnie, no jak w zegarku właściwie, wulkany i przywoływało tsunami…

I dlatego mieszkała tutaj.

Bo wiecie, na Wyspie trawa zawsze zielona, a jak żresz, to nie gadasz.

Choć jej czasem się wymsknęło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wąwóz.

Pod oną wybudowaną czaszą wielce widokową, która tak naprawdę moim znadaniem więcej spieprzyła w otoczeniu naturalnym niż mu dała, więcej nakombinowała i drzew poraniła, że wiecie…

… daje radochy…

No więc pod nią sobie wąwóz jest.

Wszelaka dzikość.

Przede wszystkim wąskie przejście, trochę wody, powalone drzewa. Ale do tego niesamowite skały. Piękne i cudowne. Czarownie poukładane, ale przede wszystkim one przekrojone, nicym ciasto wielowarstwowe, niczym… coś więcej, coś bardziej magicznego. Niczym księgi spłaszczone tak, by nic i nikt nie mół ich przeczytać, bo przecież, gdyby tylko znowu wybrzmiały te strony… Nie, lepiej nie, datego skamieniały. Ale wciąż każda z nich zachowała jakąś swoją odrębność.

Mistyczność.

Magiczność nawet.

Pewno, że trzeba się wspinać w górę, szczególnie po tych wichurach i wiatrach, czy raczej jakoś między nimi, to wiecie, jakoś tak… przynajmniej gimnastyka załatwiona. I kardio i nogi, no i rączkami też człek pomachał przecież, więc… nie jest źle. A tu mostek, a tu kolejny, bo przecież na moje szczęści ten fioletowy szlak lekko poprawili i łatwiej przejść i tutaj i tam…

Ale idźmy dalej.

Bo jak już się wlezie na górę, to wiecie, po prostu człek sobie idzie. Idzie carowną dolinką. Po prawej skały, po lewej skały. I drzewa, i one cudowne omszone konary i meandry wodności wszelakiej, po prostu ino się inspirować i zwyczajnie oddychać. I iść dalej. Bo to nie koniec. Wąwóz to może nie Kolorado, ale jednak taka cudowna miniaturka. Wiecie, bonzai wązowatości.

Plan jest taki, by na razie iść onym nowym szlakiem, więc mijamy ono igielne ucho, czyli wielkie skały, na które niegdyś trza się było wspiąć i chwycić się potem drzewa, a potem przecisnąć się – dostępne ino dla mikrzejszych i bez plecaków – między drzewami, drzewem a głazem, potem na kolanka…

No i wiecie, potem gra gitara. Jesteście na dobrej drdze do samochodu.

Ale na razie mamy nową drogę. I pięknie jest, bo w wąwozie człek sobie siedzi i tak pomyślawszy głębiej, to choć mija go facet z telewizji, to jakoś takoś… takoś jakoś wiecie, samotnie. Milusio. Ino Chowaniec, pluszowe gadanie i Wiedźma. Najlepsze trio na świecie. Naprawdę. No wiecie, dla mnie, pewno, ale jednak… no i w przyrodzie. Bo tutaj jakos tak, albo w swoim domku.

W Misiu.

Ale na razie kolejny mostek, stary obok niego urzeka przekształconym drewnem, które kryje jakieś takie piękno, jakieś takie no hipnotyzujące. Naprawdę. Stare kawałki drewna w naturze sprawiają, że człek się uczy. Uczy jak działa nie tylko przemijanie, ale też i jak łatwo stworzyć dzieło sztuki.

Przyrodzie łatwo.

Nagle malutki wodospadzik. Cudowny i kapitalnie szemrzący. Aż nie można się od niego oderwać, ale już droga w górę. Już wyjście do lasu. Już słychać samochody na drode, już zaraz koniec tej przygody.

Już…

I szkoda trochę, a nawet i mocno.

Ale z drugiej strony, przecież zawsze można wrócić. Tylko, że… no tylko że wszystko się tak ostatnio ciągle zmienia. Zmienia wciąż i wciąż i wciąż jeszcze, i jakoś tak, dziwnie człekowi, że przecież nie dość, że chce tych drzew, chce ich więcej, chce je wszędzie i jakieś takie bezpieczniejsze od ludzkiego napastowania… ale jak to zrobić? Poza zasadzeniem tego, co się może i gdzie może?

Wysianiem znajomych tej ziemi ziaren?

Bonzajowe wąwozy robić?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kruszynka… została wyłączona

Pan Tealight i Pan On Czas…

Pan On Czas serio był stałym przebywaczem w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Czymś w rodzaju kuracjusza nawet, jakby tak popatrzeć.

No naprawdę.

Miał walizeczkę, wiecie, do tego szlafroczek i papucie, w których paradował cały dzień. Nawet na spacery, wtedy ino skarpety i buciory zakładał takie firmowe, wiecie, gumiaczki z futerkiem nieszczutym.

Bo czuł się źle.

I chciał ozdrowienia… chociaż czasami, wydawało się mu, że może go nie chce? Może zwyczajnie sam siebie dopadł i czas na inny czas?

Czas!

Może jednak jego praca, całe te eony ciężkiej roboty, odmieżania, łapania się za łeb jak ludzie próbowali z nim kombinować, że uniwersalna stała… blah blah blah, tak naprawdę już nie można było tak mówiźć. Tak naprawdę już nie wiedział jak i dlaczego tak, ludzie go postrzegają. Jednego był pewien, że ludziom lepiej z oczu złazić. Jakoś tak wiecie, wymijać one spojrzenia, rocznice, kwiaty…

No chyba, że bardzo drogie prezenty są do nich doczepione.

To wtedy mogło się mu upiec.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Krowy…

Dobra, bo widzicie, one tam stały i się na nas patrzyły.

I to nie są takie normalne krowy.

One wiedzą. One słyszą i zapamiętują, one po prostu mają moce wszelakie przerobowe i dodatkowo jeszcze, no te grzywki no… bo widzicie, wszystko to te krowinki po wikingach, co to się u nas panoszą po Wyspie przez rok cały, bo wiadomo, wyściółkę mają na ciele super, więc… właściwie możnaby je czesać i poduszki z tego robić. A te ich kolory. No bo wiecie, to one znajome krowinki, plemię spod Hammershusa, jedna z tym paskiem białym na środku czarnego ciała, kilka czarnych, trochę rudawych no i ta niesamowita kawa z mlekiem.

Po prostu miśki takie kochane.

Boję się, ale przecież to jedyna droga. Nie będę jakoś takoś  turlać się w tym błocie w dół zbocza, zresztą widzę, że jedna, oportunistka jakaś, polazła tam na dół, wiecie, po plaży sobie połazić…

Może są tu gdzieś inne?

Może są jakieś takie seryjnie wkurzone… a poza tym, czy wszystkie to krowy, czy jednak trafiają się i męskie elementy, bo serio, jakby się tak schylić… Dobrze, że się schylić nie mogę, bo błocko się zwiększa, jak zbliżamy się do plemienia. A ono się nie rozstępuje. Oj nie… wprost przeciwnie. One się na nas patrzą. I to mocno. Bardzo przenikliwie. Ale też… tak serio chcę chyba tylko poczochrać się o drzewa i tyle. Nic więcej. Bo przecież… to krowy i one wiedzą.

To wiedźmie krowy.

Oj tak…

A teraz zebrać się na odwagę, jakoś przecisnąć się przez ten aromat i wiecie… iść dalej. Jako człowiek, który przeszedł przez krowy.

Bo tak, uda nam się…

Ale nie przewidzieliśmy jednego, chociaż już udawało się nam zauważyć one braki w okolicach czosnku niedźwiedziego…

No udawało się.

Ale nie pomyśleliśmy, że one nie tylko poszerzyły drogę z lasu pod ruiny, nie tylko ją oczyściły, ale i zryły i poznaczyły swoimi odchodami. No bo przecież, to są krowy no. Jedzą i kupkują, wycierają się o drzewa i mają zabawę.

I tyle.

A teraz ty człowieku postaraj się nie wleźć w bombę, placek, nie złamać se nogi w onych poczynionych wykrotach, może jednak nie uświń się w błocku po nos, no i w końcu dotrzyj do kamienistej plaży pod ruinami, bo przecież jesteś wariat i w ten wietrzny dzień chcesz durniu zobaczyć wielkie fale. LOL

No tak.

Dotarliśmy na plażę. Tak po prostu. Jakoś się udało, chociaż ścieżka widać, że wypłukana, widać, że się zmieniła, ale moje cudowne drzewo nad rzeką prawie morską nadal stoi. Wciąż z oną szaloną fryzurką. Może przetrwa te deszcze i wiatry. Bo znowu wieje. I wieje strasznie. Nader mocno. Nazbyt mocno. Promy odwołują i wiecie… jest jak… ostatnio zwykle. Niestety…

Trochę strasznie…

Wytrzymamy na tej plaży, chociaż wcześniejsze ciepło zmienia się w dziwny, szczypiący chłód i wszystko dookoła jest tak bardzo słone i jeszcze… I jeszcze to wszystko jest tak bardzo szalone, że chcesz to zobaczyć, ale nie wytrzymujesz długo, więc wracasz, pod ruinami, obok zbiornika, w górę… przez ślady krowinek. Przez one wszelakie znaki ich bytowania tutaj.

Ale co dalej?

Szosa, czy wąwóz?

Fiolet dalej? Czy nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan On Czas… została wyłączona