Pan Tealight i Panienka z Wiaderka…

„Bo okienko jej zabili dechami, olaboga, to sobie wiaderko znalazła stare takie, bardziej wielki skopek na mleko niż wody nosiciel prawdziwy z wielkim nosidłem, drewniane, ze szczap grubych, gładzowne, pociemniałe i wiecie, wodą wypełniła dla lepszego, odbiciowego efektu i kuka…

No kuka, no.

Kuka tak na wszystkich i ich przeraża. Bo wiecie, gorąc wielki jest to i ptaszek chciał się napić i Biały Jednorożec i jeszcze Ojeblik – mała, ucięta główka… i wtedy się rozeszło, rozwaliło i wybuchło. A Wiedźma Wrona Pożarta na takie ballade od razu podskakuje i wiecie, łbem w podsufitkę, w ściany się chowa, w drzwi się wtapia, zamiast okna staje i za ojca szklarza robi…

A nawet raz próbowała zasłonką być, ale taki wyszedł jej kolor, krój i upięcie, że do dziś ludzie źle się czują na samą o tym myśl, więc gdy dźwięk wybrzmiał, otoczyli Wiedźmę Wronę i zwyczajnie trochę ją poddusili.

I już…

Tylko co teraz z Panną z Wiaderka?

Bo niby nie miała złych zamiarów… znaczy podobno, tak myśleli, ona tak bulgotała im prosto w twarze mocno ich mocząc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żeby nie było, nic o tym nie wiedziałam.

Ser serem, ale co my tu jeszcze robimy? Wodę? A tak, rzeczywiście, robimy wodę i piwo. Tak, może i wino i maść z dodatkiem specjalnego ziela – mrugam teraz, więc wiecie jakiego. No trawy tej. Ekhm. Robi się czekoladę, cukierki i lody oraz wszelakie przetwory, ale przede wszystkim sprzedaje się ziemniaki, na które w tym roku miejscowych raczej nie stać. Czujecie ten absurd? Mogą kupić pyry z innych części Danii, ale nie z Wyspy. Przecież to kurna poronione mocno!!!

No ludzie, no!!!

To samo z kalafiorem czy cebulą…

A ceny!!!

Do tej pory serio ziemniaki były już w dość normalnych cenach, znaczy drogie, ale wiecie… a w wyniku zwiększonej ilości Turyścizny nie tylko braki w sklepach, to jeszcze ceny przez cały czas górują ponad wszystkim… czy ludzie je kupują? Nie wiem, sporadycznie kogoś widzę, mnie nie stać. Zresztą, człek nie ma czasu nawet by poszukać dobrej odmiany. Bo przecież nie wszystkie są dobre… nic z tego!!!

Ale…

Na drogach korki. I to takie, że wyjazd z gudhjem zajmuje minuty, nie zwyczajną sekundę, ale wiele minut. Korek ciągnie się poza zakręt i… jest ciężko, do tego te problemy z promami, chamstwo przewoźnika i macosze traktowanie miejscowych. A przecież te bilety miały być dla nas przede wszystkim…

… ale na kij my, zwykłe małpy w zoologu wyspowym.

Sadzące pyry.

No dobra, wróćmy do pogody.

Jest… gorąco.

I to tak dziwnie gorąco.

Niby słońce za chmurami, a jednak parówka… niby powieje, ale jakoś nie daje się oddychać. Podobno Syberia płonie, może to to tak wpływa na nas? Morze wciąż jeszcze strute, więc Turyścizna szlaja się po mieście marudna i wkurzona, agresywana i kopcąca pety.

Nie znoszę tego!!!

Ludzi wciąż jak mrówków, aż człek się zastnawia, czy kontnentów nie pomylił. Bo przecież to w Italii czy innych „ciepłych krajach” winny być takie ich ilości, a nie tutaj, więc.. i przyznaję, że zwiększył się ruch nie tyle osobników zrowerowanych, ale tych z plecakami, w wielkich butach, umęczonych, chodzących…

Wiecie, staromodni gracze.

Ciekawi mnie kto napisał o Wyspie i PRowo zadziałał, że aż ich tyle? No bo bez urazy, ale ludzie sami się z siebie tak nie robią, trza ich zachęcić, podać rączkę z biletem i tak dalej. Sami z siebie nie znajdą.

Jakkolwiek jestem jak najbardziej za, to mogliby chodzić po wyznaczonych miejscach i to zgodnie z prawem drogowym? No serio… jedziecie, wymijacie, a tutaj po niewłaściwej stronie drogi biegacz – OCZYWIŚCIE ZE SŁUCHAWKAMI W USZACH – i tragedia gotowa. Ludzie, to lewołaźdźctwo wymyślili dla waszego bezpieczeństwa, nie dlatego, że tak im się wydaje. I tak, oczywiście, że są na Wyspie miejsca, gdzie iść można tylko jedną stroną drogi, ale to się wtedy oczy ma dookoła łba a uszy rozpoztarte jak Dumbo!!! No czyż nie? Rodzice tak winni uczyć…

Co się dzieje z tym światem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panienka z Wiaderka… została wyłączona

Pan Tealight i Boże Odrodzenie…

„No rany no… bo wam to zawsze na myśli ino jeden bóg, a przecież tylu ich tu się kręci, że czasem człek się stąpać boi.

No jak mrówków!!!

I każdy coś chce. Ten atencji, ten ody, psalmu czy innej litanyi, a tamten znowu koniecznie ofiary choćby z palca, ale koniecznie krwawej i to już i teraz, bo się mu spieszy na spotknie z jakąś dziewicą. I choć wiesz, że laska na pewno go w balona robi i to helowego, to jednak jak u zabronisz?

Bogowi?

Wiedźma Wrona Pożarta od zawsze śpiewała Uśpionym Bogom kołysanki, a Zapomnianym przypominała, że są tacy, co wciąż pamiętają, że choć może ich mniej trochę słychać, że choć może szepczą ylko, że choć czasem jakoś tak im się wyrwie, że wiedzą, że są… przy tych co sądzą, że BÓG ów jest ino jeden…

No więc WiedźmaWrona wiedziała, robiła to i na dodatek jeszcze, wiedząc, że Wyspa będzie temu przychylną, nie tylko dary ofiarowywała, świece paliła, ziołami się otaczała i naturę gnębiła swą obecnością… to jeszcze na dodatek miała teorię. I wielką ona teoria teorią była.

Ogromną!!!

Że ONI wracali!!!

I to z własnej też woli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, popadało.

Podobno ogólnie cieplej i tak dalej, ale przyznam, że u nas jeszcze da się to znieść, choć przyjemne nie jest. Na pewno nie jest tak ciągiem jak przez dwa poprzednie lata. Za co dźwięczę jak dzwoneczke Dzwoneczka… a tak właściwie, to czy ona miała dzwoneczek jakiś? Pyłek chyba miała, co nie?

No to pylę.

Ale, żeby nie było, widziałam deszczu cień. Ale najpierw oczywiście morze zaczęło śpiewać. I to jak… Gdy się mieszka tak zakręt od linii brzegowej, to wiecie, słychać je. Słychać jak szpecze, słychać jak nuci, jak śpiewa i czasem się drze… zwykle to jakaś odmiana poszumów, coś jak ciągły dźwięk, dziwnie sporadycznie tylko zmienny, a jednak jakoś niedenerwujący. Jakoś tak… dziwne to bardzo.

Bo przecież powinno denerwować.

Kilka dni temu morze szumiało mocno, głęboko i mrocznie. Ale nie żeby groźnie, choć na pewno nie chciałbyś wypływać w nie, gdy wydaje takie dźwięki. I choć czasem dźwięki nie są współmierne co do całej onej jego wielkiści fal, to jednak… nie umiem żyć bez wsłuchiwania się w nie. Bo zawsze przybywa z nową pieśnią, nową historią.

I mitem.

Opowieścią z przeszłości, która w głosie fal wybrzmiewa o wiele sprawniej i prawdziwiej. po prostu wiesz, że to tak było…

… że inni kłamali.

Kłamali.

Przewalające w głębinach wielkie głazy morskie trolle mają się widać dobrze. I co jak co, ale nie płacą im w wodorostach czy suchych flądrach.

Oj nie.

Oczywiście morza większość ludzi nie docenia.

Spora część uważa Bałtyk za takie większe jeziorko. Za ono wewnętrne morze, co to oceanów i wielkich wód nie widziało. I potem kończą bul bul bul… i to sorry, ale na własne życzenie. I przez takich ludzi będziemy mieli więcej dziwnych ostrzeżeń na plażach, jakby kurcze, no weźcie no, przecież i tak nikt tego nie czyta.

Każdy wie lepiej.

Każdy.

Gdy człek tak patrzy w oną szarą stalowość fal.

Cieszy go brak jaśniejącej żarówy nad głową. W końcu odpoczywa od nadmiernego światła. W końcu wydaje się mu, że może naprawdę wszystko, jak to obiecywali w dzieciństwie, a na starość mydlą w reklamach. No wiecie. Że kosmos, kasa, willa i jednorożce w ogródku. Ale to wszystko to ino ten zaśpiew. Może serio to te syreny? Wiecie, podłączyły się do morskiej ścieżki dźwiękowej i już nie muszą wysiadywać na skałach i dupy se o twarde obijać.

Nie.

Bałtyk jest niebezpiecznym morzem. Morzem niedocenianym i cierpiącym. Tak szczerze zaleca się kąpiel wyłącznie w okresie zimowym i wiosennym. Ha ha ha… sarkastyczny śmiech. Naprawdę bardzo cierpiącym. Jest piękny, niesamowity, w kształtach fal finezyjny tak bardzo niespodziewanie… i z cudownym piaskiem. I jeszcze brzegami kształtowanymi tak różnorako, bo to i skały miękkie i twardsze i najtwardsze…

Wszystko jest.

I wszystko niszczeje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Boże Odrodzenie… została wyłączona

Pan Tealight i Kapciuszek Bezstópek…

„No właśnie i był problem, ale tak to jest jak ktoś zaufa za bardzo medycynie kosmetycznej. No serio. Nadmierne maseczki i te sprawy… to skrobania, oklejania, oklepywania, te złuszczania i pillingi… no po prostu…

Zadziałały i tyle.

A przecież jak się jej dziwić, gdy od zawsze wiedziała, że tylko jednego będzie się od niej żądać? Że inaczej rodzina wkurwa załapie, przestaną na imprezy zapraszać i wiecie, no odstawią na boczny tor i tyle… i będzie sama. A ona samotności bała się straszliwie. Niby nikt tego o niej nie wiedział, bo sierota i tak dalej, do Macochy się nie odzywa, z siostrami przyrodnimi nie chce maseczek sobie robić, więc…

A jednak przecież chciała być w tej rodzinie. Rodzina, która się rozrastała i która, o czym niewielu wiedziało, pewne rzeczy z przyszłości wie. I jedną z onych rzeczy był właśnie ON. Wiecie, ten facet, co pokocha za nic, od pierwszego wejrzenia, który nie będzie zmuszał jej do wszystkiego, no pan… kochanie…

… miłości…

Ale żeby to się stało, jej stopy musiały być idealne.

A ona właśnie, chyba trochę… przesadziła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” – … ale… Ale ja mam inną okładkę, jak na ebooku!!! No cóż, widać jakieś zawirowania, no ale. Ważne, co w środku, choć wydanie przepiękne. Twarda oprawa z mapkami, naprawdę…

Ale… po kilku pierwszych rozdziałach się znudziłam.

Na amen.

Rzuciłam w kąt, przeczytałam coś innego, a potem wróciłam i już się nie oderwałam, chociaż… było wkurzająco. Chciałam tę powieść sprzątnąć, zniszczyć, chciałam by zniknęła, ale z drugiej strony chciałam też zakończenia. I tak naprawdę teraz, po tym wszystkim… nie ma we mnie ni zaskoczenia ni jakiejś miłości.

Ta powieść to wielki eksperyment literacki. Naprawdę, utrzymanie tego w ryzach wymagało wielkiej tablicy i wszelkich karteczek. Nie wierzę, że napisała ją jedna osoba. Ale cały ten eksperyment, ona składność, jakaś konstrukcja literacka, tak naprawdę… zrąbała fabułę. A może tak naprawdę nie chodzi o fabułę? Tylko o postacie i stylizacje. Dobrze skrojone postacie i oną przeszłość taką jeszcze niby tykalną, ale jednak…

Porównywanie do Agathy Christie to błąd.

Jak zwykle…

Ale popełniło go już tak wielu, że nie wiem czy zwracam uwagę. Tak naprawdę… chciałam kryminału, a nie „escape roomu”. Bo tak to wszystko odbieram. Odnaleźć zbrodniarza. Zapobiec morderstwu, samobójstwu, a może tylko się przyglądać? O co w tym wsyzstkim chodzi? Odpowiedzi mogą się wam nie spodobać, tak samo jak ona cała narracyjna manipulacja, więc serio… nie wiem czy polecam. Naprawdę.

Właściwie…

… wciąż nie wiem co sądzę o tej książce?

Może wcale z niej nie wyszłam jeszcze? Może ten cały eksperyment wciąż trwa? Moze chodziło tylko o pytania o życie, własne życie, cudze życie, odbieranie go… może chodzi o całkiem coś innego niż tylko czyjaś śmierć? Może o fatum, klątwę albo zwyczajny wybór i wyprane człowieczeństwo?

Takie, które powinno ewoluować?

A może chodzi o ciebie?

Gorąco… ale bez przesady.

Podobno ma padać, się zobaczy. Czy to wszystko ma jakieś znaczenie? Czy jak wiem, może przejdźmy się dziś po Sandvig? Serio, aż tak do Hammershusa? Bo wiecie, można tak. To nie do końca łatwa ścieżka, ale szalenie barwna i różnorodna. Wiem, że już o niej pisałam, no ale… po paru kroplach prawie nocnego deszczu jakoś tak…

Jakoś tak możnaby pójść.

No wiecie…

… na zwykły spacer.

Noga za nogą.

Albo zostać w Sandvig, bo tutaj też dziwy i cuda. Po pierwsze najlepsze moim zdaniem lody, po drugie malutki nibyryneczek, a po trzecie cała masa twórców wszelakich i przesłodkie domki. Ale no naprawdę i to na różnych poziomach!!! Serio!!! W dole i na wzgórku, lekko podniesione, lekko obniżone, ze skałkami i bez, przytulone do skały i takie całkiem nadjeziorne. I jeszcze te dziwne, wbite w skałę nadmorską, ale morza niewidzące… wiecie te, które widzicie wspinając się drogą do latarnii.

Bo łazić po mieście można godzinami. Można się zaplątać i zapatrzyć na te malwy i inne tam. I morze w niezbyt wielkiej oddali, a czasem nadmiernej bliskości, no i te hotele. Kurcze, aż człek szuka dziwnym oka kątem onych dam w wielkich sukniach i kapeluszach z parasolkami! Oczywiście każda z uśmiechem, makijażem…

… jakby się nie pociły.

W ogóle… wiecie one damy z czasów co to się człek nie pocił ino lekko połyskiwał. I raczej jak już kąpał, to wiecie, w takich kaftanach wielkich i portkach. Z drugiej strony przecież ta moda wróciła, cała „modesty”… wiecie, faceci w onych wielkich spodenkach… czy to serio łatwo się w tym pływa? W takich portkach do połowy łydki?

No ale… są one hotele.

Białe, piękne, majestatyczne nawet… ze schodami rpowadzącymi wprost do morza prawie. I są te hotele już przerobione na mieszkania letnie i na domki i takie tęskniące za oną jakąś świetnością delikatniejszą, elegancką i inną jakoś tak. Świętującą oną wakacyjność, czas wolny, tak wiecie, naprawdę tak jakoś…

Sandvig ma właściwie dwie latarnie.

Biała to prosta droga i nadmorska, a szara, na której szczyt możecie wleźć to sprawa grubsza. Nie wiem, ale jakoś tak boli człeka, że ona już nie może świecić. No i to szare pudło betonowe, wiecie, ten budynek, nasza „strefa 51” jak to lubię mówić, często oblegana przez owce a nawet i słodkie, włochate krowinki…

Bo one wiedzą…

… w ogóle dziwne to miejsce.

Po pierwsze możecie usiąść sobie i patrzeć na morze, za pecami mając latarnię, pod sobą drzewa, a potem w niedługim czasie, często ze ślizgiem i obiciem części dupnej, zwyczajnie lądujecie już nad morzem. Dziwne to. Czasem wyżej, czasem niżej, czasem tak mocno niespodziewanie, a czasem, serio, lepiej łazić szlakami.

A potem możecie zmienić miejsce i choć znów latarnię będziecie mieli za plecami gdzieś w oddali, to znajdziecie się w malutkim kamieniołomie, w dole będziecie mieli i kawałek morza i portu Hammerhavn i dwa jeziora. A do jednego wciąż jeszcze można zjechać na sznurku, chociaż wciąż się o to kłócą…

Tutaj stercząc na górze, widząc w oddali ruiny, oną sławetną kamienną dróżkę, ten cały ogrom Wyspy i jednoczesną jej niewielkość. Te pola w oddali, jakieś pojedyncze budynki, tą lesistość i te kolory wszelakie. I wieje, tak, często tu wieje. A w małym zbiorniku za waszymi plecami są złote rybki…

… hihihi.

A co, wiecie…

Ciekawe czy są smaczne.

No dobra, pewno że żartuję, no! Hihihi. Niech se pluskają się. Ale wciąż mnie intryguje kto je tu wpuścił… A! Jeśli zdecydujecie się na drogę dookoła Wyspy, to właśnie za białą latarnią są plaże i miejsca, na których ludzie układają kamienie. Niszcząc jednocześnie oną naszą koncentryczną niespiralność, no ale, kogo to tam obchodzi, wiecie… pewno znowu trza będzie naprawiać.

A raczej na pewno, bo widziałam zniszczenia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kapciuszek Bezstópek… została wyłączona

Pan Tealight i Nie do końca Szpańska Aktywizycja…

„Żeby nie było, ciuchy mieli odpowiednie!

Z kapturami, długimi szatami lekko rozwiewającymi się, na pewno z kieszeniami, mieczami, laskami, kij wie czym jeszcze, i gromadą niewolników dziwnie coś mętnego, całkowicie niezrozumiałego, ale wystarczająco głośnego i dobitnie mir naruszającego, skandujących. A potem się zbliżyli i Wiedźma Wrona Pożarta powstała w tej swej pozycji skonfundowania…

… i już jej tak zostało na dłużej.

No bo serio…

Szpańska Aktywizacja? Znaczy, że co? Aktywizują, wizytują, czy oblewają szampanem a potem dopiero na stos? I dlaczego przyleźli do niej i to teraz? No dlaczego? Do konia wielkiego i trzech małych jałówek…

Dlaczego?

Przecież i tak nie miała kasy, nawrócenia nie potrzebowała, zresztą, z nią to już było tak za późno, jak z powrotem dziewictwa u starej prostytutki… więc, dlaczego do niej? W końcu specjalnie o nią pytali. Znaczy ten największy z najwyższym, rdzawoczerwony kapturem podszedł do drzwi, zastukał, choć już były otwarte, bo Wiedźma Wrona właśnie donośnie przemawiała do chwastów w temacie: kocham was, ale na ten moment wypierdalacje… skonsternowany otwarciem przyuważył przykuloną sylwetkę wpatrzoną w jego wyszlifowane, zaciągnięte łukowato w górę, trzewiczki z przedniej skórki po ostatniej ofierze… wyraziście niekaukaskiego raczej, zewnętrznego usposobienia i… no wiecie, zaczął oną litanyję głosić.

Czy też odmawiać.

I wymieniać one dobra… wszelakie zaprawdę wam powiadam.

Oj wszelakie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tejn…

Coś jest w tej miejscowości, co mnie przeraża. Szczerze. I wciąż coraz bardziej. Z jednej strony podobno mieszka tutaj około 900 duszyczek, oczywiście poza sezonem bo wiecie, wzrastamy w ilości w lecie, ale jednak, gdy przejżdżasz późną jesienią, czy zimą przez miasto… wieje i pustką i smutkiem.

Dziwnym…

Tejn i Sandkås.

Tak naprawdę nierozdzielne.

Pełne onej szumności w sezonie, po sezonie dziwnie martwe. Niby jest sklep jeden spożywczy, niby jest jakaś knajpa, ale przede wszystkim są wszelkiego rodzaju zbory, sekty, kościoły o hotele. Tak serio, to nawet nie wiem, czy ktoś tutaj mieszka na stałe. Na pewno jest sommerhus na sommerhusie, ale coś poza tym… droga i kilka odbiegających od niej… a potem… no właśnie, jest jedno miejsce, takie po lewej, z widokiem na morze, kilka drzew i dwa domki na górce.

Ale jakie domki. Jeden murowany, drugi drewniany. Po prostu mega. Niczym jakieś niemieckie gaardy zza przeszłych bardzo czasów… porośnięte krokusami gdy przychodzi wiosna, zakryte w lecie, zimą nagie i samotne…

Dziwi mnie to miejsce.

Naprawdę mnie dziwi.

Mieszkaliśmy tutaj chyba przez dwa tygodnie i serio, wjazd pod górkę do większości posiadlości to koszmar. Zimą nijak się nie da tam dostać, więc nie wiem jak ci ludzie to robią. Ale, może po prostu tego nie robią? Jakby co, wiele miejsc na sprzedaż, więc spokojnie możecie o coś zawalczyć.

Serio.

Jak Niemcy mogą, to czemu nie? A widok piękny prawie z każdego miejsca. Naprawdę. To morze, ta plaża. Ona wszelaka magiczność chwil, gdy nikogo nie ma, gdy cichość szczególna, gdy jakoś tak wszystko należy do ciebie a i na spacer da się pójść… bo i do Lasu Trolli niedaleko i do wodospadu niezbyt wiele kilometrów…

Ale mnie… Tejn przeraża.

A tak w ogóle, to gorąco.

I to dziwnie gorąco.

Naprawdę. Czasem słońca nie ma, a duszność dziwna, sucha, szarpiąca wnętrza w powietrzu. Jest kiepsko. Cała sprawa algowa bardzo mocno się rozkręciła i naprawdę nie jest dobrze. Wychodzi na to, że algi nic sobie mają z niebzyt wrzącego lata, poza tymi kilkoma dniami, a plenią się jak im się podoba. I to nie tylko u nas, ale i w Norwegii i Finlandii. Co to za nowy spisek?

Czy serio Rosjanie?

Nie wiem, ale dla mnie już tak wiele spiskowych teorii stało się prawdą, że nie uznaję ich za teorie, raczej za coś, w co ludzie jeszcze nie uwierzyli. A co prawdą całkiem być może… niestety… i rządy czasem za nie przepraszają.

Ale tylko czasem.

Tylko…

Oczywiście Północ żyje jakimś tam raperem z USA, co to nabroił i podobno USA go chce i tak dalej, oczywiście wyciągając atut jego czarnoskórości, ale serio… takie popisy w Szwecji. Tam ona równość jest aż nazbytnio widoczna. I dla wielu bardzo dokuczliwa. Niestety. Nie każdy może żyć w Szwecji… Dania, też nie jest łatwa, ale jak już się ktoś w Królowej zakochał, to co ma zrobić? No cierpi no. LOL

Pewno, że żartuję.

Ale Królową kocham straszliwie!!!

I szczerze.

To wielka kobieta i powala oną władczością. Niesamowitą i pierwotną. Bardzo powala. A może to tylko ja znowu? Kto to wie?

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nie do końca Szpańska Aktywizycja… została wyłączona

Pan Tealight i Helo żywizno…

„Po prostu dużo.

Naprawdę dużo.

Ogromnie dużo.

Pan Tealight się nie spodziewał, wiedział, iż jest to możliwe, ale żeby ich było aż tyle. Głośnych, wrednych, dziwnie umęczonyh tym, że tutaj być muszą. Na rowerach, w samochodach, a nawet wędrujących z plecakami, co dziwnie budziło w nim jakieś pokłady współczucia, które dawno w sobie zakopał…

Wiecie, gorąco jest.

A oni tak się mrowili, pędzili, jakoś produkowali mimo opóźnień promów, mimo zatrutej morskości, wciąż ich było więcej… więc trzeba było wprowadzić do diety wędzonki i kiełbaski, no nie było innego wyjścia. Przecież nie wolno marnować świeżego mięska, ekologia przecież panuje…

Czyż nie?

A oni zawsze tacy zagubieni…

A Pierwotność Władcza powraca…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam jak wiele jest jeszcze takich miejsc, gdzie gdy ciemność zapada, to pojawia się też cisza i dziwny spokój. I taka jakaś pokręcona pierwotność, bo przecież wiesz, masz internet, ten świat się gdzieś tam kręci, wiesz, że się kręci, wiesz dokładnie, że on tam przeprowadza jakieś szaleńcze pląsy i dansy…

Świat.

Wielki świat.

On tam musi być, ale siedząc na chłodnym tarasie jakoś trudno w to uwierzyć. W oddali niezbytniej wiatrak i stary gaard, do tego niska zabudowa, lasek, rzeczka… gdzieś w oddali na morzu może kołysze się jakieś światło, może i nawet kilka… ale to sporadycznie. Wyłącznie w granicach większysz sztormów.

Wiecie, gdy tylko im się nie chce falować…

Ale poza tym w końcu jest ciemność. Taka, która nadchodzi w okolicach 22giej. I wykracza poza trzecią rano!!! Naprawdę… w końcu, jeszcze jeżeli akurat był dzień pochmurny, miejscami nawet z lekkim sprinklerem, więc… jest naprawdę nocnie. Nie no, pewno że to nie jest to co zimą, no ale, już jakoś cieszy.

I pozwala wytchnąć od onego palącego światła.

Nawet jeśli nie tak wrzącego, to jednak przerażającego jasnością.

Ale tak w ogóle… dziś na tapecie będzie Allinge. Słynne szczególnie w okresie Folkemodetu i wszelkich zabaw muzyczny, małego portu, sporej wędzarni, kilku sklepów spożywczych, jak Netto na przykład, jak stary sklep z pamiątkami, przesłodka uliczka prowadząca do rynku/portu… oczywiście stare wędzarnie, malutkie galerie, stara biblioteka… no wiecie, cała masa dóbr wszelakich. Są knajpki są lodziarnie i piękna zabudowa. Cała moc wąskich uliczek, w których można się zagubić i…

Oczywiście w tym okresie są i malwy.

I wiecie co?

Naprawdę warto zleźć z siodełka, wyleźć z auta i połazić. Tak zajrzeć w każdy kąt, choć to wkurzające dla mieszkańców, no ale… tak to juz jest. Znajdziecie gdzie nuegdzie małe stoiska i możecie kupić coś intrygującego lub smacznego, albo… wykąpać się. I to w kilku miejscach jeśli chodzi o Allinge.

Tak w ogóle Allinge to zlepek trzech miasteczek, ale rozbiję go na cząstki. Ono jest jakby miastem głównym a do niego doczepiły się Tejn/Sandkås – takie tam Międzyzdroje… i ozywiście Sandvig, który jest martwy poza sezonem. I posiada ogromne, naprawdę niesamowite architektonicznie wielkie hotele.

I małe domeczki. I jeszcze latarnię…

Ale o tym potem.

Wróćmy do Allinge.

Ciasnego strasznie teraz. W porcie kąpią się oni pływający. Ci bardziej obeznani odchodzą za wędzarnię i znajdują czadową w tym roku, malutką plażę. Naprawdę niesamowitą. Albo łażą między tymi ścianami żółtymi, odnajdują mikroskopijne ogródeczki, świetnie uformowane akacje i te niesamowite wisterie, i te domeczki i elemetny wszelkiej architektury…

I oczywiście sztukę.

Bo u nas sztuka jest zawsze.

Wszędzie rowery i te malwy drżące na wietrze nikłym i mocniejszym w powiewach. Oczywiście, że nie zapominam o najbardziej żołtym kościele na Wyspie, no ale! Naprawdę jest żółty. Aż świeci!!! A rzeźba przy nim, to jedna z moich ukochanych form. Wyraz, metafora, piękno samej kobiety ze skrzydłami jest po prostu powalająca… chce się przy niej usiąść i zostać… choć chce mi się też do sklepu. Mają tutaj ten cały Yunik. Bardzo dziwny sklep Naprawdę wciąż nie mogę go rozgryźć, a jego filii pojawia się u nas w Gudhjem sezonowo…

Fajne to… ale i dziwne.

Bo widzicie… z jednej strony kryształy i ciuchy, wsio takie jak 20 lat temu, gdy pseudo indyjskie rzeczy szturmowały półki, a z drugiej niezła biżuteria miesjcami, importy dla tych, co nigdy gdzieś tam nie dotrą… lubię to.

A poza tym?

Allinge to miejsce, gdzie jeździć należy ostrożnie i obejrzeć ryty naskalne. I tyle. I to chyba wystarczy, serio, szczegolnie że wciąż się rozbudowywują. Może komuś czarny letni domek z wybiegiem dla królików?

Albo coś na stałe?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Helo żywizno… została wyłączona

Pan Tealight i Musztarda Wiedźmiewska…

„Widzicie, bo jak kucharek sześć, to… no dziwne pomysły łażą babom po głowie, a i te wrzące wciąż często wspomnienia onych miłości i one oczekiwania na miłości, i zaklęcia i marzenia…

I po prostu jakoś tak je wzięło na sennep.

Bo sezon grillowy, to czemu nie?

Czemu nie dorzucić temu, czy tamtemu coś do hotdogach czy innego tam hamburgera? Dlaczego nie zmienić nie tyle smaku, co tego, co potem, zabawić się czyimś życiem… nie żeby złośliwie, chociaż, tak naprawdę… wszystko przecież widniało na onych nalepkach. Naprawdę wszystko, a że ludzie nie czytali i wystarczały im obrazki w stylu nie testowane na duchach i zwierzętach, czy też ekologiczne i takie tam, to wiecie, no sami oni tak naprawdę sobie winni…

Sami.

Nikt im nie kazał.

A że opakowanie rajcowne w kształcie babeczki… i to tej jej najlepszej, jak wielu uważa części, to wiecie, zaczęła być popularna i tak Wiedźmy z Pieca nagle stały się właścicielkami wielkiej firmy sprzedającej niewiele… i tylko tym, co naprawdę się im poddali. I na dodatek drogo.

Bo czemu nie…

W końcu wyjątkowość napędza rynek.

A głupota mu przyklaskuje.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to Muminki będą morze nam oczyszczać… I wiecie co, może coś z tego wyjdzie? Bo żeby kwitło bez upałów i z chłodnymi nocami? Nie no, tego jeszcze nie pisali. Oczywiście podobno wsio wina Rosjan, ale kto to tam dokladnie wie? Przecież morze ma wielu tutaj współwłaścicieli.

Ale… znowu jest niebieskie.

I znowu śliczne.

I kończy się lipiec, więc rodziny z dziećmi powinny się już zwijać i naprawdę na to czekam i wierzę, może niesłusznie, że trochę się przeczyści, bo… bez urazy, ale ruszyć się nie można w mieście i miejscach wszelako widokowych. Ilość ludzi i aut oraz innych pojazdów ułatwiających poruszanie się… jest przerażająca. Na dodatek te kambuły jeździć nie umieją, przepisów nie przestrzegają…

I się człek wkurwia.

W kolejce, która po naszemu jest zwykle spokojna i tak dalej, widzę miejscowych zaciskających zęby i wściekłych na siebie, że zapomnieli obiadu, cytryny czy czego tam. Wściekłych właściwie przeciwko sobie, bo u nas ludzie nie bywają wściekli. I nagle rozumiem dlaczego oni wyjeżdżają.

Ale przecież tam, gdzie jeżdżą, to też tłumy…

Kurka… tyle tych ludzi wszędzie!!!

Naprawdę.

Ona cała moc ludziny sprawia, że człek wdzięczny jest bardzo za jakąś tam swoją samotnię. Niby sąsiad z prawej i z lewej, jeden kopci i charczy, płuca wypluwa, drugi wnuki przywozi, a potem sam spieprza, albo głuchy… ale jednak…

Przynajmniej nikt człowieka nie wizytuje.

Z drugiej strony, tak pomyślawszy… leciuchno, to pamiętacie oną scenę z orzeszkami z Kapuśniaczku? Albo i inne tam połączenia klatka – orzeszek. Może jednak człek powinien zaakceptować oną sezonową własną cyrkowość i inną tam zoologiczność? No wiecie, chciało ci się mieszkać w dziczy, to masz. Ekhm… właściwie, to co masz? No serio? Poza oną sezonową przypominalnością o istnieniu świata?

Innego świata?

Większego nawet?

Nie wiem… ale ostatnio nasza dzicz to jakoś tak mocno została naruszona. Jakby wiecie, kruszyła się na brzegach. Jakby przestawała istnieć. Nastawiali tego tyle, że szok. Planują nie wiadomo co, a potem dziwią się, że świat się wali. Ale nagrody lecą. Ech… też tak chcę? Może… nie, nie oszukujmy się, mam porąbane poczucie wszelkiego wyrzutu sumienia. Wszelkiego wielkiego wyrzutu sumienia!!!

Sierpień zwykle jest u nas naprawdę spokojniejszy. Ale czy tak będzie w tym roku? Nie wiadomo. Pierun wie. Wszystkie bilety wyprzedane, na grupie biletowej ludzie biją się o te, które ktoś tam wiecie musi oddać, bo nie może, bo mu się nie uda. Oczywiście, żeby nie było, wszystko uczciwie w cenie zakupowej, żadne tam szacher macher!

Nic z tego.

Kurka… a możnaby zarobić, co nie? Ciekawe, czy istnieje czarny rynek biletowy? No wiecie… tak jakoś się mi wydaje, że może…

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Musztarda Wiedźmiewska… została wyłączona

Pan Tealight i Szesnaście Sióstr…

„… a tak serio była ino jedna.

Naprawdę.

A przynajmniej na początku tak się zdawało. Wiecie. Wysiadła z promu, rozejrzała się… tak, podglądali ją, wiedzieli, że się pojawi, więc nie chcieli żadnego zaskoczenia, ale też nie pierniczyli się z jakimś tam czerwonym dywanem, kwiatami, procesją i wiecie, szampanem… Nic z tego.

Raczej byli zachowawczy.

No i pojawiła się.

Dziwnie taka normalna, w wieku mocno pośrednim między średnim a wszelako niestarczym jeszcze, pewna siebie, wyluzowana, wiedząca zbyt wiele ale i dziwnie niespokojna… jakoś tak poruszona, niewiedząca, co teraz się wydarzy, ale na to niewiedzenie też oczekująca? Dziwne to wszystko było. Naprawdę dziwne i nie mogli tak długo wystawać zza autobusu.

Zaraz miał odjeżdżać, więc…

Wyszli.

I dopiero wtedy je zobaczyli… ale tak naprawdę była tylko ona. W chustce na głowie, platynowych włosach wymykających się spod niej. Spowita szarą szatą i szalem, albo i może albą jakowąś… z torebką, na szpilkach, z plecakiem i walizką… oraz małą papużką na ramieniu. Ale bez przepaski na oku.

Jakoś tak dziwnie każdy oczekiwał opaski, gdy zobaczył tę papużkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Letnia noc” – … oj. No sami wiecie, że istnieje coś takiego jak „Stranger Things”. Chyba jako jedyny osobnik nie jest zaintrygowana oną serią… bo to już 3 sezony i coś mi się widzi, że czwarty się szykuje, więc kanał ze mnie jakiś… ale, dlaczego o tym wspominam? Bo oto jest książka, ogromne tomiszcze, które podobno „zainspirowało twórców” wspomnianego filmu…

Hmmm, czy jak serial to wciąż film?

Bo film to niekoniecznie serial, co nie? Hihihiii…

No mniejsza. Bohaterem książki jest… szkoła. Nie, zaraz, dzwon, tak dzwon, ale oglądamy jego hsitorię poprzez oczy wielu dzieciaków. Bandy znajomych, rowerowych, amerykańskich, typowych młodziaków i tych im obcych. Wiecie, ot zaczęły się wakacje, szykują się zmianu w ich życiu, a tutaj znika ktoś… właściwie nie tyle znajomy, co po prostu jeden z dzieciaków, więc… co mają robić? Coś wisi w powietrzu, więc się tym zajmują…

Oczywiście cała książka utrzymana jest w onej tonacji wysokiej kukurydzy, zbóż i małomiasteczkowej serdeczności. Wiecie, wszyscy wszystko wiedzą i nikt nic nie robi. Gdzieś w połowie człek się orientuje, że przecież czyta powieść – ogromne tomiszcze – o dzieciakach, ale nie czuje tego.

Bo strach jest aż nazbyt dorosły.

No i demon…

Człowieczeństwo…

Dobra powieść. Taki typowy Simmons, jeśli znacie autora, a jeśli nie znacie, to warto nadrobić, bo naprawdę zawsze ma najlepsze pomysły. W jakiś dziwny sposób nie nudzi. W ogóle. Może i w którymś momencie macie dość dziwciaków, pragniecie tej onej dorosłości, strachu, tajemnicy już podanej na tacy, ale nie ma tak hop siup.

Serio nieźle.

A czy pomysł wzięli, czy nie? Widzicie, ja jakoś fanką Strangers Things nie jestem i tyle. Coś ze mną nie tak?

Lato.

Nadal obecne. Wykwit trochę się rozwiał, więc można popływać, ale nie wiem, nie chce mi się. Jakoś tak, coś w powietrzu sprawia, że człek najchętniej by nie wychodził. Coś dusi i zaczynam się zastanawiać, czy to czasem nie ten nadmiar ludzi. Bo serio wygląda to czasem jak jakiś pogrom. I chyba wszędzie to tak wygląda spoglądając na opowieści na YouTubie. Jakby każdego teraz było stać ino mnie nie?

Czy zazdroszczę?

Oczywiście, że tak!!!

No ale. Zazdrość zazdrością, jednak jakbym już miała, to wiecie, pojechałabym na północ. Bo jakoś południe mnie przeraża. No i wszyscy tam jeżdżą, więc… po co jeszcze ja tam? No serio? Nie za wiele tej radości…

LOL

Ale… dobra, to mamy lato, mamy Turyściznę, a co za tym idzie i natłok motorów, który bardzo utrudnia życie. Hałas i smród zabijają. Nie wiem dlaczego im wolno przekraczać te wszelkie normy, a innych to od razy za pierdnięcie wyhaczają. Podwójna moralność? Czy co? A może oni w kupie, więc wiecie, wszyscy się ochraniają… nie wiem, ale dla kogoś z moim dziwnym umysłem to coś koszmarnego. Sami pomyślcie. Człek wynosi się na wyspę, w pustkę jakąś, a tutaj tratują jego ciszę i mordują mu bębenki.

Hmmmm… zastanwia mnie cały czas, czy serio naprawdę Wyspa tak bardzo na tym zarabia. Znaczy ktoś na pewno. Przewoźnik, może lodziarnie, ale artyści, zwyki ludzie? Nie widzę tego. Sorry, ale widzę tylko ile mamy sprzątania.

I tyle.

Czasem mi się wydaje, że ludzie zapominają o tym, że wyjeżdżając na wakację, tak naprawdę pakują się komuś do domu… zawsze. Więc… dlaczego to chamstwo? Dlaczego nie można jakoś tak lepiej, normalniej, grzeczniej i spokojniej? Mówimy o czasach, w których ludzie serio znają więcej niż jeden język, więc przypomnę tylko: oni was często rozumieją! Naprawdę.

I wiecie co, potem obrywa się reszcie świata.

Lato…

Dobra, może nie tak upalne jak zeszłoroczne i jestem za to bardzo wdzięczna, ale jednak mocno szalone. Szczególnie u nas. Ale z drugiej strony u nas tak wszystko stoi na głowieod kwietnia, więc jeszcze chwila może tylko?

Może?

Z ostatnich wieści Fjolslinjenowych, to serio udało się im samych siebie przeskoczyć. I tak, mówię o panującej monopolowo i na sprzedaż będącej linii promów Molslinjen, która się przechrzciła na Bornholmslinjen, aczkolwiek ludzie im nazwę odebrali… mówię wam cyrki, seryjnie, mocne cyrki z tym nazewnictwiem bo mówimy o tak chamskiej firmie, że klękajcie narody!!! Seryjnie! Jak za komuny… eee… chyba? Niezbyt byłam dorosła w tamtych czasach, więc powtarzam po Babci!

No ale…

O co chodzi?

A o to, że zostawili ludzi na ziemi. Znaczy za drzwiami. Seryjnie!!! Wyobraźcie sobie taką sytuację, że macie samolot, załadowali bagaże i tych do pierwszej klasy wprowadzanych, a reszta stoi na tych schodkach a drzwi wciąż są zamknięte… nagle samolot powoli odjeżdża, a wy stoicie jak one barany… ciekawe jak czuli się z twarzami przytkniętymi do szybek. Bo to wiecie, troszkę wyżej, ale niezbyt mocno, te promy teraz są takie malutkie. Naprawdę malutkie… dziwnie mikre jak na takie morze…

No ale…

Ludzie stali sobie, prom odpływał. Niech mi ktoś wytłumaczy, jak można nie zauważyć, że ludzi nie wzięliśmy? Serio? Onych zwykłych, chodzących bidulków, co to nie wjechali samochodem czy rowerem czy innym jednośladem? No serio? Czy to znaczy, że po drugiej stronie drzwi nie było nikogo?

Żadnego pracownika?

No ale… oczywiście prom się cofnął, zaliczył opóźnienie i tak dalej… ale naprawdę. Serio!!! Zostawić ludzi za drzwiami? Chyba serio nie mam już… a z drugiej strony, dlaczego bym miała mieć? Nie moja firma. Wszelakie interwencje kończą się zawsze naprawdę bardzo kiepsko. Bo przecież: „chcieliście taniej”… i tyle.

Jak bydło?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szesnaście Sióstr… została wyłączona

Pan Tealight i Chatka Wiedźmy…

„Bo ona chciała zmiany i tyle.

I jej się też coś od życia należało!!! Nie tylko nowe ściany czy mebelki, czy coś w ten deseń wystrojowy, ale też… metamorfoza pełna i bogata.

Dostojna.

Puchnąca.

Problem był w tym, że Źli Bardzo Panowie nie chcieli żeby się zmieniała. To, że posiadała swoją Wiedźmę Wronę wcale niczego nie zmieniało. A zresztą, w tym świecie wszystko wymagało pieniędzy, a tych nie było… a motanie z magią, cóż, nawet jeśli by wyszło, to wiecie, jednak ktoś mógłby się doczepić. Że czemu i dlaczego i za co, i kto to w ogóle robił, jeśli zlecenia nie było…

A tak w ogóle nagle się okazało, że tak naprawdę to ona do siebie nie należy… Nie no, wiadomo, że w ogólnej bytności Chatka Wiedźmy była bytem całkowicie magicznym przyczepiającym się do odpowiedniem wiedźmy i wiecie, z nią współdziałającym. Mury i tak dalej nie były do końca wyznacznikiem…

… a może i wcale?

Może tak naprawdę w rzeczywistości nie chodziło o mury i dach, a przynajmniej nie te mury i nie ten dach, a nawet i nie ten widok, morze, może chociaż jednak o morze chodziło, dobra… ale cała reszta…

… może wcale?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Udało mi się!!!

I to kupić takie cudowności nowości. Nie no, Pilipiuk to klasyka już właściwie onego… humoru mojego wójka Józka, niech spoczywa jak sobie chce, a cała reszta, wiadomo, fantasy, bo je kocham!!!

Dobra.

Nie jest gorąco, ale zakwitło? Serio?!!!

Znaczy no morze zakwitło, a to oznacza, że kąpać się lepiej nie, no chyba że, wiecie się przeczyści, czy coś, lub jakieś tam miejsca będą mniej zakwitłe, ale tak szczerze, to odradzam. Oczywiście na pełniejszym morzu można pewno poskakać, ale, czy serio warto? To skurczysyństwo seryjnie szkodzi…

Poza tym, jak donoszą najnowsze badania, średnio codziennie jest nas dwa razy więcej niż zwykle. Problem w tym, że jakoś wiecie, jako totalny niedowiarek nie przemawia do mnie iż zamieszkuje Wyspę na STAŁE 40 tysięcy osób. Dlaczego nie przemawia? Bo zwyczajnie widzę te puste domy i wciąż te same ryjki. Sorry… no ale, Turyścizny codziennie około 40 tysięcy na plusie, więc fajno. Ekhm.

Dziwne to, i braki w sklepach…

Jak za komuny!

No ale… wiecie, trza to jakoś przetrwać. Ogólnie mówiąc, to wybór w spożywczym jest marny. Jak macie kasę możecie oczywiście do knajpy, ale poza tymi, które mają podspiane umowy z masarniami tutaj czy piekarniami itp. to dostaniecie żarcie z Dagli czy Spara. Tak wiem, lekki szok, wyobraźcie sobie moją minę, jak zobaczyłam moją sałatkę tam o wiele tańszą. A i sos był, w butelce plastikowej!!!

Wystarczy przelać w porcelankę i gra, co nie?

… więc tak, o kuchni mam marne zdanie.

Nie żeby nie było kilku osobników, którzy naprawdę potrafią. Ale mnie nie przekonają sałatki z zieleniny zwanej chwastami, bo to znam. Wychował mnie las i łąka… wyglądająca całkiem inaczej niż teraz łąki wyglądają, więc… mleczyk, to dla mnie nie nowość. Podobnie lawenda, mięta czy czarny bez.

Ech… rozpieszczonam w trawie jak nic!!!

LOL

Ale… nadal mamy lato.

Moze nie do końca widać, że to lato, ale uwierzcie, jest. I nawet ma być jeszcze kilka naprawdę wrzących dni. Ostatnie były może i chłodne, ale pranie schło, więc… tak, mierzę nasłonecznienie tempem wysychającego prania. Podobnie siłę wiatru. Bo czemu nie? Każdy orze jak może, a ja potrzebnych utensyliów pomiarowych nie mam.

Za to na pewno mam pomysłowość.

Obecnie moja pomysłowość wciąż się stresuje, więc wybaczcie, że czasem człek naprawdę nudny i powie tylko, że ciemna chmura zawisła nad dachem, ale nie padała. Że zieleń wszelaka się zmienia w okolicach horyzontu, że mewy i wrony walczą, krzyczą i gadają językami jakby naprawdę nastąpiła eksplozja ptasiego Ducha Świętego, czy też Annabelle… wiecie, człek lubi straszne filmy.

Znaczy wróć, strasznych nie, ino te straszące!

Czereśnie już prawie dojrzały, ale raczej się ludzki osobniku na nie nie załapiesz.

Ptactwo już zarezerwowało miejsca i codziennie sprawdzają stan swojej widać, plantacji. Co czrwieńsze już zeżarli, czasem i te mniej pomalowane światłem też wpały w ich dzioby… ech no, twarde życie na Wyspie, wam powiem.

Bardzo twarde.

Trzeba walczyć o każdą pestkę. LOL

No i to tyle… morze ma obecnie miejscami dziwnie żółtawy kolor, jakby wypełnił ktoś tonie zzombifikowanymi kanarkami. Wiecie, niby kolor wciąż kanarkowy, ale wody już zmieniły ciałka i zombie ptaszki unoszą się w nich i lekko postukują dzióbkami o kamienieste wybrzeże… hihihi Bornholmsk Horror Story?

Czemu nie?

Coś w tym jest!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chatka Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Febag…

Febag był wielki.

Zasłaniał nie tylko ten horyzont, ale i te przyległe, więc wiecie, jakoś tak było okay. Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki ostatnio niezbyt wszystko przychodziło łatwo. Wróć, nigdy jej nie przychodziło, ale teraz to już było seryjnie kiepsko. No jakoś tak nie tylko pod górkę, ale jeszcze wszędzie wądoły, pagórki, ostre kamienie, wszelkie pierdy i ogólnie zepsute powietrze…

I jeszcze gorąco było.

… więc jakiś dziwny byt, który się zjawił, żeby nie było z zaproszeniem… naprawdę była za to wdzięczna, że najpierw podesłał zaproszenie, dwa pudełka czekoladek, napitek, zagryzkę i kilka bukiecików, w większości z podejrzanymi roślinkami… No więc jak się ów byt zjawił, to jakoś tak, oderwał ją trochę od tego wszystkiego. Jakoś tak zasłonił jej świat i jakoś tak, po prostu, pozwolił jej zamknąć wszystkie oczy.

Prawdziwie.

I ich nie otwierać… może już nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ojojojjj…

1495635 Turyścizny już było…

… ja pinkole. Nie dziwota, że w sklepie pustki. Okazuje sę, że prom ze Swinoujscia plywa (w tym roku oczywiście) od 28 czerwca do 31 sierpnia. I podobno można zostać na promie do rana… ech, te wspomnienia z koczowania na plecakach na zimnym dworcu kolejowym… koszmarne! Odpłynęłam…

A teraz takie wygody…

Ale wróćmy do ilości ludzi i psów.

Zaprawdę powiadam wam, że jak z rozmnożeniem chleba w Biblii… no jakby się nie kończyli. Wszędzie są. Głośni są. Śmiecący, przerażający, pożądliwi dziwności, których nie mamy. Tak, oczywiście, że to za sprawą tańszych biletów promowych – ha ha ha, tańszych, ekhm, nie dla mnie – no więc mają te bilety i wiecie, jakoś się dostają na Wyspę. Nie oszukujmy się, czasem się nie dostają.

Znowu Fjolslinjen zostawiło… chyba tym razem aż 10 samochodów w Ystad. Overbooking leci na całego. Nawet już nikt się nie rzuca, jakby to KURWA było coś normalnego. Wiecie, kupujecie bilet, pakujecie auto, dzieciaki, jedziecie kawał, często przez most, a potem co, zonk rąbany, bo ups, za mały mamy prom.

Ojojojojjjj i spóźniony.

Ups.

Ugryźcie nas gdzieś.

Tosz przecież to się wszystkim zdarza, no przecież chcieliście tańsze bilety, więc przestajecie być ludźmi. odbieramy wam ten przywilej – wiecie, nawet nie jestem już sarkastyczna, jestem wkurwiona. Wiem jakbym się czuła na miejscu takiej rodziny, człek bywał już w różnych sytuacjach. A ta firma, obecnie na sprzedaż, jeśli jakiś Miłosierny Jezusek chciałby nas wybawić od onych pop…ów, to byłoby miło.

Ale myślący jakiś i znający się nie tylko na chodzeniu po wodzie!!!

Taniej oznacza, że wolno wszystko!!!

Wot panowie wszechświata, a przecież nie weźmiecie se innej linii, nie rąbniecie innej drogi, zakrętu itp. itd. Nie da się.

Zwyczajnie.

Wiecie, przyjechali znajomi nieznajomi i człek poszedł na spacer w niedzielę długi… oj… i przypomniał sobie dlaczego tego nie robi w lecie. Sodomia, Gomoria, szachy, warcaby i buda pod Koszalinem!!!

Naprawdę.

Ludzi jak sardynek w puszce. Po prostu masa koszmarna!!! Nie mam pojęcia co im się stało, bo przecież ino tańsze bilety, to nie może być jedyny powód. Miejsc do wynajęcia nie uświadczycie, nic z tego, wszystko pozajmowane. Co lepsze, podobno nawet na campingah wszystko ściśnięte maksymalnie. Może i trochę się rozluźni z sierpniem, ale wiecie, jakoś tego nie widzę. Czy ja bym chciała na wakacje? Chciałabym, ale nie na wakacje, a do roboty, wiecie, znowu na północ.

Znowu do miejsca na F. Po prostu…

I to teraz, gdy sezon, bo ze Szwedami jak z nami, kończy się sezon, wsio zamknięte. Ha ha ha!!! Ech te skandynawskie poczucie humoru.

Ekhm.

PS. Gratulacje dla idioty co się zatrzymał na naszym moście w Gudhjem i z bachorami oglądał widoki!!! Serio! Takiego ino z pięściaka…

No i niestety smutna wieść, ale mamy pierwszy zgon z zacięciem wodnym. Nie rozumiem ludzi. Duże fale, to nie małe problemy. Ludzie no!!!

Jak na razie pogoda szaleje i rozpieszcza mnie chłodneijszymi wieczorami, mniej upalnymi dniami, nawet człek Mroźnego Smoka załączać nie musi! Po prostu ubaw roku, naprawdę. Ja tam jestem na tak. W końcu kąpać się można, a że woda nie jak na Karaibach… no weźcie no, przecież kurna… słyszeliście o tej mięsnej bakterii na południu USA? Żerta jest bardzo mocno.

Ja już wolę nasze orzeźwiające morze.

Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Febag… została wyłączona

Pan Tealight i Wampiryczny zew…

„Czuła go i był on dla niej zadziwiającym… nęcącym, ale azaliż zarazem i bogactwem tchnącym i niepokojem.

Dziwnym, pękatym niepokojem.

Burzącym wszelkie złudzenia optyczne mniej lub bardziej.

Bo przecież… no sama krew na przykład, bleee… nie jadała nawet mięsa, a jednak, krew ją nęciła. Tętniąca w żyłach, buzująca, śpiewająca, nucąca, kropląca się i płynąca lepszym strumieniem. Ciepła i chłodząca się, krzepnąca w zabawne strupki formujące mikropałace, które… które…

… tak fajnie byłoby zlizać.

Tak miło.

Ona przemiana z wrzenia w zimno, nawet w tak wysokiej temperaturze była dla niej wciąż niesamowitą tajemnicą. Jakby krew była onym prawdziwym innym światem, w którego jeszcze nie wkroczyła, jakby… ale te zęby, nie no, kurde… weźcie, no taki zgryz mieć. No jak będzie wyglądać, jak przypał jakiś! Nie no… dobrze, że chociaż jest ta wersja z przyssawkami, może więc ta…

Tylko, czy takie chłeptanie i to z obcych, no wiecie, to trochę mocno niehigieniczne. Niby można wtedy spróbować wszystkiego, co człowiekowi szkodziło, po prostu bierzesz takiego, który to spożył i zabawiasz się… bez kaca. Bo jeżeli chodzi o rozkminy moralne, to nie… Mała Ucięta Główka nie miewała takich.

Brakowało jej odpowiednich organów.

Podobno…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plakatowa sprawa.

Jak sobie klikniecie, to zobaczycie najnowszy hit wyspowy! Znaczy plakat totalnie letni ukazujący wszelakie aktywności danej pory roku, dostępne dla Turyścizny i Tubylców też. A co. Też możemy poudawać Turyściznę, no co! Ale… jaki jest plakat? Centralnie zielony, bokami niebieski.

Górą niebo, dołem woda…

Wiecie, jeżeli chodzi o mnie super. Całkiem nie mój sposób tworzenia, więc za każdym razem mnie to tak intryguje, takie wiecie, kreskówkowe, postaciowe cuda wianki. A onych cudów tu masa. Jest i wielkie auto i ludzie nadjeżdżający, jest górą eeee… co? No dobra, tego nie rozumiem, dlaczego centrum – jeśli to ono, a nie jakiś dziwny barak, nieco źle uplasowany – jest większe niż Hammershus? Albo czemu Gudhjem jest po prawej a mueum Olufa po lewej?

Eeee… i krowa pod nim?

I droga prowadzi do Nexø?

Ale przecież ono jest tu na dole po prawej, a tutaj porozrzucane dziwnie kościoły całkiem krągłe, i więcej szosy, jakbyśmy je mieli takie piękne i proste. Ekhm!!! No co, nic na to nie poradzę, ale ostatnio mamy z nimi problemy… jedźmy niżej, eeee zaraz, wróć, ze skały bardzo wysokiej skacze kobieta, a pod nią dość daleko jak na skalę onego rysunku, ludzie… czekający na mięsko? Rekiny przebrane za ludzi… za nimi morze i łódki, górą mewa z rybą w dziobie, po drugiej strony rysnku, który zdaje się trochę Mount Everestem zielonkawy mamy i samolot i maciupki prom.

Wiecie, ekhm, no nie lubią się jedni z drugimi, więc…

Tu rowerzysta, tam rowerzysta, Svaneke dostało się osobne miejsce, po drugiej stronie zaś już Dueodde. Aaaa… czyli ta babka z tej skały na plażę? To znaczy co, z Jons Kapela dociera? Może mewa jej pomoże.

Hihihi…

Lećmy od prawej teraz, mamy Rokkestenen, ludzi, golf, a pod nimi kurze bingo, które daleko odejszło od Svaneke? No nie wiem. Pod nimi żarcie, piwo i świnki. Czyli widać nadal Svaneke? Eee, dobra, nie ważne pewno… jak te kominy na samej górze? Mniejsza, niech im będzie, bawię się przednie i tyle!!!

Okay, jesteśmy na dole, więc opiszę go i będę oficjalnie grzeczna.

Jest tutaj banda ludzi mówiąca w róśnych językach, że Bornholm jest super, ale… eee, nie po polskiemu, za to jest rosyjski! Żebyście nie poczuli się, wiecie, odrzuceni. Trochę to razi biorąc pod uwagę ilość turystów stąd i tamtąd, no ale, pewno uważają, że w Polsce każdy po rosyjsku mówi. Co mnie intryguje, to napad języków azjatyckich i… nawet indonezyjski… eee, wiem co znaczy: luar biasa.

I tyle.

Co ważniejsze, to element totalnie bornholmski, czyli babka ostrzegająca przed jeżami. Jyllkatt to moje ulubione słowo!!! LOL

No ale, ponad parami poprawnie czarnymi, żółtymi i bladymi mamy i dinozaury i oczywiście rysowankę z Rønne. I teraz, taki myk, nie do końca wiem, czy to czasem nie Melstedgaard ponad nim. Hmmm… bo jeśli tak, to daleko zawędrował z północy na południe. Ja mam na niego widok.

A do stolicy kawał drogi.

Chociaż, co ja tam wiem.

W górze ponad tym namioty, lasek i grzybki, mam nadzieję na halucynogenki, no i oczywiście dyskretna reklama pewnych rowerów. Ha ha ha!!! Tak wiem, czepiam się!!! Mocno!!! Ale po prostu trochę to wszystko zagmatwane, a jak znam ludzi, to wezmą ten plakat i bea szukać rzeczy jak narysowane, więc… niech ktoś dopisze, iż wszelaka artystyczność była tutaj użyta, oraz wizje pogrzybkowe. LOL

No i zamykamy to w Dueodde, gdzie nagle jest i sild i bizony, i konie i ptaszków obserwacja, i najwyższy punkt… aaa, umknął mi słodziak, czyli koleś sikający za krzaczkiem i poganiająca go babencja, co to dopinguje kolarzom. Hihihi… się psze pani nie da tak po prostu przestać sikać, bo akurat nadjeżdżają!!!

No się nie da, a nawet jak się próbuje, efekty są opłakane.

Wiem z doświadczenia.

PS. Żeby nie było, plakacik se nabędę, bo jest mocarz i super, uwieliam go, ale i tak mnie ubawia jego układ.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wampiryczny zew… została wyłączona