Pan Tealight i Zwątpiona Wiedźma…

„Otumaniona…

Tak, to tak wiecie bonusowo i dodatkowo. Zwątpiona za to w całkowitej pełni i cudowności wszelkiego spełnienia, dziwnie pochylenie przerażona, powolna i kompletnie niewierząca. Chyba już w nic i nikogo. Co przerażało, bo przecież wciąż była fanatyczką, czyż nie? A może to nie ona? Może tak naprawdę ktoś ją w nocy podmienił? Czy istnieje coś takiego jak Wiedźma Podmieniec?

Naprawdę?

Przyszło coś w nocy i podmieniło ją… niby na taką samą, a jednak… Wlazło do środka, malutką, srebrną łyżeczką z rzezaną rączką oczywiście, wygrzebali ją ze środka siebie samej i wlazło tam. Posprzątało skrupulatnie z kątków, nawet paliczki lekko przetarło, wymusiło wygięcie lepsze w prawo, zablokowało to i coś innego i wiecie, stało się nią. Wiedźmą Wroną Pożartą. Tak od razu, hop siup i po prostu cudownie się umościł w może znoszonym, ale jednakowoż czadowym ciele?

Nie no… chyba nie?

Ale gdy tak na nią popatrzeć, to niby to samo, czarno odziane cielsko ze srebrnymi kolczykami w nadmiernej ilości i ogólną ślepotnością, włochatą, niebieską torbą i idealną zdolnością wdeptywania w każde psie gówno. Zafascynowana nielicznymi w tym roku liściami w jesiennej odsłonie i po prostu… ona, a jednak nie ona. Może to tylko jakaś amnezja? A może ameba, pasożyt, czy też atak alienów?

Zwątpiona… taka była.

I ono Zwątpienie otaczało ją szczelnie, przyduszało dziwnie bliżej ziemi, rozplaskiwało na podłożu… jakoś tak podsysało ją, domarszczało i wszelako obracało nią jak mu się podobało. Jakby wiecie, było jej panem i władcą i krańcem świata. A przecież nie mogło być. No nie ono!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatry były i wiatry idą…

W tym roku liściowata jesień, ta pełna kolorów na górze została definitywnie odwołana. Niestety. Spadły jeszcze zielone, albo dopiero co muśnięte kolorem i tyle je widzieli. Dodatkowo spadły na świeże kupy psie i błocko, więc serio ślizgi w takiej aurze są dość mało romantyczne.

Wypróbowałam na sobie.

Niestety.

No ale nic to.

Przez dwa dni było słonko, teraz znowu powróciła mgła. Co dowcipne, słonko powiązane było z przymrozkiem i zimnem, wiaterem zdzierającym naskórek  z twarzy, czy innych elementów wystroju zewnętrza, a mgła… mgła to dziwne ciepełko. Serio, tak nawet naście stopni!!! No ja nie rozumiem tego świata!!! Ale, czy on rozumie mnie? I czy to rozumienie jest w ogóle ważne? Jak myślicie? Mniejsza, nawet jeżeli nie myślicie, to jednakowoż zdjęć nie będzie. Odwołane. Trzeba czekać do przyszłego roku. No chyba, że znajdzie się jakąś cudną miejscówkę, dokładnie osłoniętą od wietrzności i o dnie wymoszczonym skałkami czepliwymi, wiecie… coby liścieje nie uciekały! Bo one mają to do siebie że często bardzo nóżek dostają!!!

Czuję się oszukana, ale przecież nic na to się nie poradzi. Trza sobie radzić z tym, co jest. I może jednak pójść popływać, jak fale opadną. Bo coś serio ostatnio szaleją i żrą nam krawędź Wyspy swoimi ostrymi zębami czyszczonymi Colgate’em czy innym tam Sensodyne. Kurcze, nie znam nazw past do zębów. A może jednak w przypadku fal to jednak już pigułki do szczęk sztucznych? No ale… wiecie, jak na razie wiatr ucichł i dziwnie się zrobiło.

Bardzo dziwnie!!!

Tak…

Wiatr ustał na dwa dni i wierzcie mi, ale to gorsze, niż dziwne, psychiczne wianie. Bo człowiek nagle nie potrafi się odnaleźć, jakby przystosowanie się do kilkudniowego wiania było dla niego łatwe, logiczne i naturalne, a cisza… Może to jakieś morskie atawistyczne geny? No wiecie, po praszczurach pirackich, a może i nawet Wikingowych? Fajnie by było, ale jednak…

Po dwóch dniach ciszy na lądzie, może i na morzu jakaś była, nie wiem bo siedziałam w lesie… w końcu wiatr wraca i człowiek odczuwa dziwaczną ulgę. Po pierwsze znowu coś słychać, a po drugie, znowu coś miesza powietrze. Bo wiecie, ino wstrząśnięte, a niezmieszane, dziwnie smakuje. Jednak wiatr musi być. Na szczęście, na wyspach zwyczajowo coś tam wieje.

Na szczęście.

Po przestawieniu czasu zmrok nagle atakuje człowieka jeszcze „w pracy”. Dziwne to wszystko, ale odświeżające, chowające, otulające też. Może i większość nie trawi ciemności, ale mi w niej wygodniej. Wybacza zmarszczki, siwe włosy, plamy i rozstępy. Nie dba o nadmierne fałdki, niewymuszoną niewyrazistość rysów, czy niski wzrost. Ogólnie mówiąc ma gdzieś jak wyglądacie, ociemnia wszystkich równo. A co więcej, w ciemności wszyscy widzimy tak samo. A to też dość wygodne. Świat na zewnątrz nagle staje się mniej wyraźny i mniej straszny. Nie wiem dlaczego mówi się: „brzydki jak noc”? Może dlatego, iż brzydota jest wtedy możliwa we wszystkim i wszystkich, ale nie możesz jej być pewnym? Może? Bo przecież nawet brak elektryczności tego nie tłumaczy – w znaczeniu korzeni powiedzenia. Choć może i tłumaczy… wiecie, strachy pod łóżkiem, cienie… No dobra, strach strachem, ale czy strach od razu musi być brzydki?

Ładni też mogą być przecież przerażający!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwątpiona Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Oczekiwania…

„Przysiadła na progu i czekała.

Jakoś tak dziwnie spokojnie, jak na nią, dziwnie nieruchomo, jakby to wszystko inne było już nie nią, ale tylko i wyłącznie czasem od do. Wiecie, przed i po. Pomiędzy, gdzieś zagubionym całkiem uwagi nie wartym…

Czekała.

Co dziwne, dość skulona powinna była już przecież dostać jakiegoś skurcza, czy coś, ale nie. Nie poruszyła się już od godziny, a może i nawet dwóch, w końcu od dość niedawna zauważyli to jej czekanie. Wiecie, zwykle, jeśli nie była głośna, tudzież w tym momencie użyteczna, to dziwnie jej nie zauważali. Nagle poczuli się winni, ale tylko na chwilę. Bardzo krótką, mgnienie oka, kroplę uderzającą o szybę, dźwięk siekiery w lesie, której niestety nikt nie słyszał.

Czekała.

Właściwie, to pierun wie jak się czemukolwiek udało ją do tego nakłonić. Wiecie, do okazywania tak wielkiej cierpliwości, bo co jak co, ale to była ostatnia z rzeczy, do których była zdolna, uwierzcie… a jednak siedziała. Nawet nie drapała się w głowę, nie bawiła kolczykami, a co już kompletnie dziwaczne, nie miała w rękach żadnej książki. Nawet takiej niewidzialnej, czy tej lekko woniejącej, obleczonej w ludzką skórkę i z grzechotkami z kości paliczków… z zakładką obrzydliwie włochatą, oraz zawartością niewidoczną dla większości ludzkich i nieludzkich istot.

Czekała…

Odziana całkiem zwyczajnie, więc nie mógł być to ktoś wymagający koafiur i czystych, malowanych paznokci… choć po prawdzie, jak malowane na ciemno, to i tak przecież nie widać czy czyste, a i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki ostatnio kompletnie nie miała serca, czasu i wszelkiego pomyślunku do malowania szponów. Miały być krótkie, użyteczne i oczywiście czyste. Nic poza tym… Poza tym wydawało się być aż nazbyt dorosłe jak na nią. A dorosłe było ble. Co do uczesania, to też nic w dziwny deseń. Ani na twarzy nic, ni w innych rejonach… choć przecież dokładnie nikt nie sprawdzał. I było to wszytko doprawdy nadzwyczajnie dziwne, gdy tak wiedziano o niej tylko to, że spokojnie podejrzliwie oraz dziwnie…

… czekała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Martwe listy” – … niesamowita. Choć i prosta. Ot zwykłe rozliczenie przeszłości młodej dziewczyny, ale jednak…

Czy można być pewnym, że bliźniaczka, która do nas mówi to ta, co nieumarła? A może jednak autor nas mami? A może to ja nazbyt przeinaczam fakty? A może nikt nie umarł, nikt nie jest chory, wszyscy udają i są zalani w trupa?

A może…

Właśnie dzięki onym wszelkim wątpliwościom naprawdę warto sięgnąć po tę powieść. Jeśli lubicie dobre pisanie i trudniejsze słowa. Inteligentne pogaduchy i sprytne osobowości. Ale też i smutek. prawdziwość życia. Prozę… A wszystko w intrygujących okolicznościach przyrody: winnica, jezioro, dziwny, zimny dom, matka, która nie słucha, a jednak wydaje się wiedzieć nazbyt wiele. Gdy jedna z bliźniaczek zostaje zmuszona do powrotu do rodzinnego domu z ukochanej Francji, tak naprawdę jest pewna, że siostra robi jej tylko psikusa.

Ale czy na pewno?

A może to Zelda, nie Ava?

A może?

I wiatr…

No wiem, szczyt monotematyzmu, co nie? Ale od dwóch miesięcy dziwnie wieje. Nie dość, że zaczęło wiać wcześniej niż zwykle, nie dość, że zwyczajnie ten wiatr wciąż gdzieś jest, do tego straszy napływającymi drobinkami innych światów, to jednak, kurcze, jest dziwnie. Strasznie przerażająco… w końcu ma wiać w okolicy trzydziestki, a to już oznacza, że wpłynie on silnie na psychikę wszystkich. I będzie się pewno działo. Albo nas uśpi, to dobra opcja, albo nam zapewni taki gik amok, że świat zadziwimy.

W sklepach w końcu powoli witają święta.

A tak, jako jedyna osobniczka tego świata czekałam na to. Jako jedyna się cieszę i od września obchodzę Jul. A co… świeczki, choineczki, cały ten światełkowy szał. No przecież kto mi zabroni? Zresztą, kto to tam widzi? No i czy mnie jeszcze obchodzi, że nawet jeżeli widzi, to co mi do tego? Ech, mniejsza. Grafik julemarketów już się powiększa. Pierwsze oczywiście w listopadzie. A co. U nas serio się świętuje dłużej. Niektórzy jak ja olewają konwenanse i zwyczajnie nie zdejmują światełek, nie demontują drzewek metalowych. Bo i po co? Przecież tym, co nas zaskakuje w okolicach późnego września, to właśnie ciemność, więc trzeba jakoś z nią walczyć.

A światło to potęga.

I moja grypa, która się cudownie rozwija. Czy jakieś inne skurczysyństwo. Wiadomo, trzeba sobie jakoś urozmaicać życie, co nie? To apsik! W końcu i tak pogoda ofiaruje względność aurową-spacerową wyłącznie na chwilę. Wot sekund pięć w okolicach świtania i gdzieś dziewięć w okolicach zmierzchania. Może i zaryzykowałby człowiek coś pomiędzy deszczem, ale nie z tą gorączką. Oj, chyba lepiej nie. Chociaż mnie korci. W końcu tutaj człek uzależnia się od tealightów, morza i spacerów. No, niektórzy od innych rzeczy też, ale jednak…

O tym sza!!!

Poza wiatrem listopad.

Liście co prawda już poopadały i znowu nie będzie fajnych zdjęć, co mnie frustruje potężnie, ale nic na to nie poradzę. Przecież nie wezmę kleju i nie zacznę ich przylepiać z powrotem. Zresztą uczyłby mnie to robić sam Syzyf.

No, nie oszukujmy się!!!

I znowu, kropla wieczornego słońca w mglisto-szarościowym dniu. Znowu wiatr, znowu… nie wiem, ale takiej jesieni to my dawno nie mieliśmy. Tak dziwnie smutnej i przygnębiającej. Wiecie, nie tyle bezświetlnej, co pozbawiającej nas kolorów. Zmiata zielone liście i tyle. Tylko połowa brzózki pod moim kuchennym oknem zdążyła się zażółcić, a i to cudem chyba. Zresztą, zaraz i tak straci liście. Wot i przymusowe golenie, ale może to gwoli mody? No wiecie, taka t aura obecnie na depilowanie wszystkiego, łącznie z mózgami…

Może zima poszaleje za to? No nie wiem, ale czekam. W końcu to chyba już czas na taką dobrą, porządną zimę? Taką, o której wspominać będą annały? A co, czemu nie? Każdemu przyda się jakieś igloo. Albo i dwa. Ciekawe, czy da się je robić piętrowe? Ja tam bym spróbowała. Szczególnie w tej dziwnej ciszy dookolnej. Nie no, oczywiście iż zdaję sobie sprawę z tego, że wiatr nieźle sobie pogrywa z moją depresją i zaraz się rozryczę, albo rozerwę żyły – wolałabym opcję pierwszą, raczej mniej sprzątania, a właśnie kończymy – tak jest. Nie ma co, jeżeli ktoś nadal nie uważa, iż człowiek jest częścią natury, to powinien spędzi pomarańczowy lub czerwony sztorm na Wyspie. Od razu mu się poukłada pod deklem.

Dziś fale biją w Rønne.

Jutro przyjdą do nas. Czy ja się jeszcze boję sztormów? Czy kiedykolwiek się bałam, a może jest raczej we mnie porąbana fascynacja stormchaserów? Wiecie, onych ludzi goniących tornada? Chyba jest, szczególnie jak przez chwilę ibuprofen działa i dudnienie pod skroniami lekko ucicha.

Chyba jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Oczekiwania… została wyłączona

Pan Tealight i Moce Nieprzerobowe…

„Wraz z wiatrami pojawiło się coś w powietrzu. Siły jakieś dziwne, pokrętne, podejrzliwe Dziwnie zabarwione jakimiś pragnieniami, przyczepnością… jakąś dziwną niezbornością, ale też i inteligencją. Podejrzliwą inteligencją, sprytną nadpobudliwie i ogólnie mówiąc, wiecie… pierun wie jak to opisać, gdy tak się czuje, a coś wygląda całkiem inaczej i naprawdę nie można…

No więc wiało.

Wiadomo, że jak wieje, to ono powietrze skądś przyleźć musi, no i dokądś pójść… chyba że ktoś je zbiera, a tutaj, widzicie, chyba właśnie to się działo. Ktoś siał wiatr i go zbierał. Nie, żadnych burz, chociaż czasy takie, że spotkać je można przez cały rok w różnych miejscach różnych sfer czasowych i wymiarowych, to jednak… więc odpuśćmy sobie powiedzenie i stare mądrości, które uznajemy za najmądrzejsze i tak dalej, nic im nie odmawiamy, naprawdę, ale jednak tutaj chodziło wyłącznie o wiatr.

I te Moce.

Dziwnie obce, ale wiecie znajomo kosmiczne.

Z tego samego kosmosu, choć Wiedźma Wrona Pożarta, która wraz z Panem Tealightem podglądała ich zza wydmy, jak bawili się z pozostałościami pomostu, który dał jej tyle radości kąpielowej… nie do końca była pewna co do czasu. Może patrzyli na coś, co było? A może na coś, co dopiero będzie i wcale niefajnie, że właśnie to widzieli? Może nie powinni? Nawet oni? Choć z drugiej strony, a walić to, jeśli tu byli i teraz, widać tak musiało być!!! Nawet te drapiące, bardzo długie i ostre na brzegach wysuszone trawki, które raniły ją mimo portek i właziły w dość intymne sfery… no, teraz dla niej i traw raczej chyba już nieintymne.

Jak wyglądali…

… no widzicie, to wciąż nie do końca ustalone zeznanie, gdyby ktoś każący się legitymować pytał. Zresztą legitymowanie takiej Wiedźmy Wrony to serio nie jest dobry pomysł, b ona nigdy nie nosi niczego przy sobie takiego, a jako legitkę pokazuje język, albo bliznę na brzuchu albo stadko kolczyków, ale tylko z lewego ucha. Nie wiadomo dlaczego to lewe zyskało stemplową moc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Para w ruch” – … puf puf puf. I jajko na twardo. Ech, to były czasy. Ech, to były podróże, a jakich ludzi się spotykało.

To wszystko, oną całą początkową kolejowość czasów zaprzeszłych udało się Pratchettowi wsadzić w oną niewielką książeczkę. Całą ciężkość, magię pufania, pary i przemieszczania się. Fascynacji biletami i oczywiście przewodnikami. Ono wielkie podróżowanie, ale też i zwyczajnie przemieszczanie się z jednego miejsca w inne, bo wiecie, trzeba.

Powieść jest niesamowita, chociaż najbardziej kocham te książki sprzed czasu pary i wszelkiej elektryczności.

Nowości z roboty LOL Aczkolwiek jedną paczkę gdzieś wstrętna poczta zgubiła. Skurczybyki jedne!!!

Wiatr…

Jest coś niesamowitego w tym wietrze, który pojawia się dokładnie o godzinie zapowiedzianej i o dokładnie zapowiedzianej godzinie się… kurcze kończy. Coś nienaturalnego, oślizgłego i przerażającego Jakby kurcze ten wiatr wypuszczali z jakiejś puszki, aerozolu czy wiecie, innego tam słoiczka… jakby ktoś ludzki go skomponował, a nie sama natura. Jakby nie był przypadkiem, a spętaniem za i przeciw, które mocno postanowiły być razem.

Wieje…

Może i wieje dziwnie, może i jest ciepło. Może i naprawdę dziwnie ciężko człowiek się czuje, ale jednak czyż to nie normalne dla Wyspy. I tylko liści mi szkoda. Bo znowu, kolejna jesień bezliściowa. Bezjesienna dziwnie. Z wysokimi falami i niesamowitymi burzanami morskimi. Aż chce się skryć za jakimś nagim już drzewem, i podpatrywać na ten cały żywioł. Ale co, jeśli wiatr rzeczywiście jest sztuczny?

Co jeśli to tylko fałsz?

Świat dookolny dziwnie z jednej strony wieje i się kłania ku ziemi, a z drugiej… jakoś tak szaleje. Wzrost wszelkich kradzieży, ogólne kłótnie, kolejne problemy. Co się dzieje z tym światem. A kiedyś było tak pięknie. Choć pewne większość powie, że głupio, że o siebie nie dbali ci okradzeni, że przecież trzeba uważać… a co z zaufaniem? Zginęło na jakiejś wojnie, czy wiatr może je porwał? Kto to wie? Nie patrzcie na mnie. Ja już tylko się boję. Bo wszystko dookoła nagle staje się dziwnie złe i okrutne bardziej. Ludzie traktują cię jak durny przedmiot zakupiony dla zabawy, ale jednak kompletnie już nieprzydatny. Może nie do końca zużyty, ale wiecie, chcą czegoś nowego, więc lepiej przedmiot oddać… a akurat większe śmieci zbierali.

No po prostu na czas!!!

Wieje.

A jednak ptaszęta jakoś nie robią sobie z tego ajwaja. Siedzą na skałach, czasem się chwieją, no ale. Wytrzymują wszystko. Co silniejsze i te, co kompletnie nie mają choroby morskiej, unoszą się na falach i podżerają świeżutkie wodorosty i jakieś maleńkie cuda. Pewno smaczne, ale jakoś mnie nie skuszą. Za nic. Trzymam się swojego, suchego terenu. Jak te wielkie, czarne smukłe kormorany, czy co tam, jak te mewy i kaczki, które dziwnie dostojnie trzymają się ino lekko kolebane wiatrem. Stoją na wystających skałach, na onych spiczastych ruinach morskich zamków i zwyczajnie srają na to wszystko. Na piasek, na wodorosty, na ludzi, którzy próbują iść, ale im się jakoś nie udaje. Wiedzą dobrze, że to czas by lepiej nie ruszać się.

Czy się ma skrzydła, czy też nie.

A łódki?

Siedzą grzecznie w portach kolebiąc się i nucą sobie kołysanki. Bo taką pogodę jakoś lepiej przespać. Na sznurach kolebią się im zielone glony i kapusta morska, cudownie odbijająca nieistniejące światło. Dziwnie fluorescencyjna. Piękne to wszystko. I te sznury niebieskie, szare i w innych kolorach, które trzymają je kamienisto-betonowego brzegu i e zardzewiałe pierścienie i jeszcze one szczątki drabinek…

Takie to wszystko zdaje się być tymczasowe, a jednak trwa.

I ono pojedyncze drzewo chroniące w porcie maleńkich komórek, czarno malowanych… ogołocone z liści, nagusie, dziwnie zaniepokojone oną nagłą golizną, ale wiecie, znosi ją dzielnie. Jak co roku. W końcu jemu zawsze obrywa się pierwszemu. Zawsze!!! A jednak trwa. Nie połamane, ale bezlistne za szybko, za nagle. Ech… każdy wolałby powoli zrzucać, wiecie, ale jak się nie da, to się nie da. Nie ma siły by powstrzymać wiatr. Nawet taki dziwny jak ten. Od godziny do godziny. Od mgnienia oka do jego zamknięcia, gdy wpadasz w objęcia snu…

Ech te wiatry.

Już człowiek nie umie bez nich żyć.

Choć czy kiedykolwiek umiał.

No co… człek tez istota wiatrowa!!! Nie oszukujmy się!!! Podobno w niektórych krainach, jak Wyspa, pierdzenie to sprawa codzienna. Szczególnie przy takiej diecie. No cóż, nie można by się spodziewać bezwietrzności.

Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Moce Nieprzerobowe… została wyłączona

Pan Tealight i Pierońskie Hygge…

„… focha.

Pierońskie Hygge z tej onej całej popularności focha dostało i tyle. Z tych książek w oprawach poświatujących, z onej wszelako wszechświatości. Nagle uznało się za coś lepszego od wszystkiego, więc… wiecie, wkurzające zaczęło być. Przez te wszystkie reklamy, one wszelakie używanie słowa na całym świecie, tłumaczenia nawet na dziwaczne języki. Wiadomo, miało być z czego dumne, ale czy naprawdę?

Naprawdę?

Naprawdę wciąż o nie chodziło? O ono coś nie do końca definiowalne? Magiczne wszelako? O to uczucie, poczucie, wolność wszelakiego się wyrażania, wszelaką leniwość, ale też i dyscyplinę pewną, światło, ciepło, ale i świeże powietrze, o dywaniki, bibeloty, ale i dziwnie gołe okna. Bezzasłonkowe, chociaż zawalone pierdołkami, niczym wystawki w sklepach przed świętami… Czy wciąż jeszcze było to COŚ w powietrzu. Ono wszelakie, słodkie oczekiwanie i niemożliwe do opisania ciepła rozlewające się w dziwnych terenach osobowości i cielesności.

Czy wciąż?

A może wymydlone już poprzez wszelaką popularność, zbyt wiele gadania, zbyt wiele prób opisania, zdefiniowania, wszelkiego wepchnięcia w ramy Hygge miało dość i się rozpływało. Umniejszało się samo sobie? A może, co gorsze i naprawdę przerażające… ono niknęło? Wiecie… zwyczajnie zmienione w ramach wszelakiej i mocno przesadzonej reklamy oraz promocji, jakoś tak się przeistaczało już li ino w okropny, powtarzalny i oślizgły produkt? No i co teraz?

Co teraz będzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Świat finansjery 2” – … problem. Znaczy wróć, nie problem, a problemu rozwiązanie przecież do cholery! No niech ci nasi politycy poczytają Pratchetta i już będą wiedzieli co zrobić!!!

Serio!!!

„Świat finansjery” powinien być obowiązkową literaturą dla profili ekonomicznych!!! Naprawdę. Bo to, co pokazuje Terry, to prostota myśli finansowej. Bez idealizacji, ale też bez kopiowania „Piekła pocztowego”, co przy tych samych bohaterach mogło stać się tak łatwo…

Ale nie u tego autora!!!

Poranki…

Nie wiem dlaczego, ale wypróbowuję coś nowego. Spanko w okolicach przedpółnocnych i wstawanie zaraz po szóstej rano. Koszmar i ból, ale wiecie, niektórzy uwielbiają eksperyment. Zresztą, dzięki temu złapię słońce, jeżeli jakieś się nadarzy. Choć raczej marne są na to widoki. Za to sztormy wielkie nadchodzą, plaża zeżarta w połowie, ale woda i tak nęci. Jednak nie z tymi falami. Nie chcę się znaleźć w gazetce z opisem – głupie, polskie nasienie, zatonięte, nic tego nie zmieni. Wiecie, pośmiertna sława jakoś chyba mnie nie intryguje nawet!!!

A tak w ogóle właśnie nakleili mi krzyżyk na dom. Facet naklejający chyba nie zrozumiał mojego żartu o tym, że strasznie biblijnie to wygląda, ale… tutaj wyjaśnia się przecież ludziom czym jest różaniec. Zaskakujące, ale pewno ich dzieci więcej wiedzą o islamie niż chrześcijaństwie. Przerażająca sprawa. Nasi praszczurowie przesypują się w grobowcach, tudzież zmumifikowani powstają, ale że nie mają dokąd iść, bo nikt ich się nie boi, to siedzą i łkają. Może i na pustyni jakowejś.

Wiecie, ci pokrucjacyjni.

Kuracjusze obecni…

Czy gdybym wspomniała o szkarłatnej literze załapał by żart? Bo raczej o żółtym trójkącie, to chyba lepiej nie… za to mógłby mnie zadenuncjować.

Jak nic.

A o co chodzi? A widzicie, o walkę o internet. Sorry, nie, prawda jest taka, że nie cała Dania jest perfekcyjnie ointernetowana, jak to mawiają reklamy. Nie, nie wierzcie temu też co piszą amerykańskie gazety. To zwykły pokaz genialnego pijaru duńskiego. Oczywiście, jak zwykle opłacony mocno i niewąsko. Ale pewno wszyscy to łykną. Sami Bornholmczycy łyknęli. W życiu ich nie przekonacie, że za to zapłacono.

No przecież jak to?

Ale mniejsza…

Fajniejsze jest to, że jak człek wstaje, mimo bandyckiej pory, to słyszy ono morze i choć sztorm za progiem i zatoki dźwięczą, to wiecie… piękne to jest. Nie wiem, czy umiałabym żyć bez tego odgłosu. Wiecie, gdyby mi nagle opłacili jakąś willę, ale z dala od morza, czy by się zdecydowała? Czy willa ważniejsza i wanna, o której się marzy? A tam, może serio lepiej wanienkę jakąś plastikową skołować. No przecież odpływ pod prysznicem jest, co nie? Nie takie rzeczy człek w Polsce tworzył. Damy radę i będę miała swoją kąpiel z morskimi solami.

Albo…

Albo po prostu jak wczoraj pójdę i znowu się skąpię.

Bo czemu nie?

Czy mam zapalone świeczki mimo wszelakiej jasności?

No przecież oczywiście, że tak!!!

No ludzie, to Dania!

Tealighty idą tutaj w kilogramy. Oczywiście budzi to straszny bunt ekologów z powodu pojemniczków, które po onych świeczkach zostają, ale jakoś… kurcze, jakoś oni ekolodzy nie widzą tych pojemniczków, które zostają po ich pitych kawkach. Wiecie, te cudactwa, co to wsadza się do maszynki i tam się robią cuda-wianki. Widać są jak zwykle lepsi i lepsiejsi. Jak z internetem, który musieliśmy walczyć. Bo przecież… gdy czegoś chcecie, to walczyć trzeba, niezależnie od krajów i światów. Może trzeba będzie i walczyć o świeczki, bo o przywrócenie starych żarówek, to na pewno.

Inaczej mogiła ludzie.

Ale może damy jakoś radę, co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierońskie Hygge… została wyłączona

Pan Tealight i Boska Cisza…

Boska Cisza nadeszła, jak to się jej często zdarza z Waniliową Mgła i szczelnie otuliła podwórko i Chatkę Wiedźmy. Jakoś tak był już czas, by wiedźma odpoczęła, by wszystko stało się bardziej miękkie, bardziej spokojne i oczywiście już bardziej Julowe. Tak, Wiedźma Wrona Pożarta była gotowa na Jul i nie ukrywała tego. Gdzieś miała co o niej pomyślą, a zresztą najpierw musieliby ją dogonić, dobrać się do niej, ściągnąć z niej słuchawki, a jeszcze wcześniej odnaleźć i wygrzebać z Chatki, która drzwiami i oknami broniła wszelakiego dostępu do swojej Wiedźmy Wrony. Bo w końcu jak coś się ma, to trzeba to chronić, czyż nie…

Szczególnie coś takiego!!!

Pogoda nie rozpieszczała magicznych i bardziej przyziemnych świetliście, więc ich dziwaczna towarzyszka mogła w końcu doleczyć swoje obolałe od siedzenia plecy, odłożyć trochę myśli na potem, niektóre wyrzucić, i przelać na karty kilka opowieści. Zresztą, trzeba przyznać, iż wszyscy czuli się jacyś tacy przepełnieni i nie chodziło o te wielkie pizze, które udało się im skołować. Ani o serową polewkę do nich i te cebulki smażone i one chlebki i ciasteczka i napitki… Nie, na pewno nie o to chodziło. Po prostu ostatnio jakoś tak było tego wszystkiego za dużo. Za wiele i ogólnie nazbyt. Musieli się jakoś przestawić, rozstroić i jeszcze odbić… musieli!!!

A Boska Cisza naprawdę mogła pomóc…

Ale oczywiście nie Wiedźmie Wronie Pożartej. No przecież, ta to się zawsze musiała buntować. Miała gdzieś wszystkie cisze i akurat wzięło ją na głośności i wszelaką szaleńczą robotnosć. Doprawdy szaleńczą. Ale przecież ta nigdy nie wiedziała kiedy przestać. Zapewne nawet pośmiertnie nie będzie umiała się zachować…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kapelusz pełen nieba” – … i znowu Tiffany. I znowu dwa tłumaczenia. I tym razem… ech, jednak nawet nie sugeruję próbowania innego. A że dla dzieci?

A niby od kiedy to dorośli się kogokolwiek słuchają?

Tiffany ma patelnię, Babcię W. i wszelaką potęgę własnej głowy, co oznacza, że można napisać powieść „dla dzieci” nie używając: ti ti ti bobasku, tiu tiu tiu. Nie robiąc z dziecka idioty. Wiecie, jak z tłumaczeniem Shreka w polskiej wersji, z którego śmiały się wszystkie pokolenia, a każde rozumiało co innego. Jak zwykle zabawa, jak zwykle mądrość, jak zwykle niesamowite przygody.

I czarownictwo, czyli to, czego lepiej nie unikać.

Podobno czytelnicy Pratchetta dzielą się na tych od wiedźm, od straży i tych co łykną wszystko? Podobno. Bo przecież jeżeli chodzi o Kredę, to jakoś podziały trudno się na niej rzeza. Miękka, a jednak jakoś to nie wychodzi…

Za oknem szarówka.

Niby szarówka, a drzewa palą się jakby ktoś je najpierw smalcem pociągnął, czy tam wiecie oliwą jakowąś, a potem wiecie, miał się dobrze w roli piromana. Fajnie tak bardzo przecież jest. Oj, oczywiście, że 99 procent Duńczyków stwierdzi, że to ich kraj ma najgorszą pogodę na świecie, ale co tam. Ja ich nie rozumiem. Od wilgoci ino zmarszczki się przecież wygładzają, woda czysta, jesień wciąż jeszcze ciepła… nic tylko brykać po zewnętrzu, tudzież kudlać się we wszelakim hygge. No przecież po to coś one hygge wymyślono, czyż nie? Może i puszy się teraz na wszelakich gazetkach i książkach i ogólnie robi furorę, więc wiecie, hygge trochę focha ma i świeczek pachnących za kija pietra dostać nie mogę, ale niech im będzie!!!

Hygujmy się!!!

Na pohybel wszelakim dziwnym myślom i nadmiernej sprzedaży środków wszelako wyskokowych.

Choć nie jest już dobrze. Pićku jeszcze dostaniecie, ale roślinki gliny wam zajumią i pewnie sami zeżrą w ciasteczkach. Bo raczej nie wypalą. No przecież każdy wyczuje. Przeciwbólowe też racjonują nam jakbyśmy byli dziećmi. Niby jeszcze niedawno fajne prochy można było dostać od lekarza pierwszego kontaktu, but not anymore! I pewno dlatego Dania przestała być najszczęśliwszym krajem onego świata. Wiecie, nie mamy dopalaczy.

A potrzebujemy…

… czasem?

Nie oszukujmy się, sporo ludzi tutaj choruje na depresję, stany wszelako lękowe, ogólnie jesteśmy stanem osób dość mocno zwichrowanych. Ci normalni się nie zdarzają. A może się zdarzają, ale wiecie, mają krótki termin onejważności swej normalności? Kto to tam wie. Chyba nie spotkałam onych normalnych.

Może to i dobrze?

Jeszcze bym się zaraziła?

Tak, najważniejszym elementem każdej terapii wyspowej są spacery…

Iście.

Kroczenie.

Lekki trucht, czy też bieg. Można też wybrać rower, ubłocić się po uszy, chociaż zapewniam, że akurat takowe ubłocenie można osiągnąć też dzięki wyłącznemu stąpaniu na nóżynach własnych. Mam na to dowody!!! Ale jeśli chodzi o rower, to zrobli nowe trasy dla tych terenowych. Błotniste i wszelako kręte, drzewowe i wiecie omszałe… gdyby ktoś był zainteresowany, to pamiętajcie na dzikie zwierzątka i tych, którzy je podpatrują. Świntuchy jedne.

No zoofile i tyle!!!

Tak ogólnie mówiąc, naprawdę wystarczy wziąć w plecak flaszkę wody, jakiegoś batona, przegryzkę i po prostu sobie pójść. Pójść od siebie, do siebie może? Po prostu wyleźć i wleźć ponownie. Otworzyć, zakluczyć, a potem odkluczyć i znowu zatrzasnąć. Bo w tym świecie już nie zostawia się rowerów unattended i drzwi pootwieranych. To się zmieniło. Buchnęło jakieś dziesięć lat temu i… i choć jeszcze w okresie posezonowym można trafić na oną rozpasanowość miejscowych, tak jakoś już nie… umiera to wszystko. Ono dziwne bezpieczeństwo. Strach wyłącznie przed tym, co wyleźć może z rzeki, morza czy lasu. Pierwotny i baśniowy. Strasznie to smutne, tak bać się tylko ludzi. Drugiego człowieka, trzeciego, dziesiątego.

Straszne to!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Boska Cisza… została wyłączona

Pan Tealight i CallWitch…

„Długo się zastanawiali nad numerem, bo musiał być i z szóstkami i niedługi, wiecie, jak człowieki w desperacji, to nie spamiętają masy zer, tudzież innych kombinacji, a jeszcze literki, może o to chodziło…

Samo, dość może i dobitne i raczej mało oryginalne: 666, jednak okazywało się już bezczelnie zajęte, wot dziwaczna bezczelność, próbowali coś z tym zrobić, ale nie wyszło, więc… No a same trzynastki, to nie w jej stylu, no nie, kompletnie nie w JEJ stylu, więc… co z tym zrobić?

Jak opisać…

CallWitch!!!

Niby można literkami, ale przecież się nie zgodzi. Że niby co? Jeszcze znak świetlisty na niebie, słuchawka w uchu, pelerynka i rajstopki? Przecież jedną z rzeczy najwyżej na liście były właśnie one jebane rajstopki, których nienawidziła od czasów maleńkości, gdy to jej kazali nosić te za małe i się jej obcierało… Nie, nic z tych rzeczy nie wchodziło w grę. Kompletnie. Zresztą, przecież i tak by się na nie nie zgodziła, to wiedzieli, a to, że wszystko robili za jej plecami, no cóż, czasem przecież trzeba, gdy wiedźma jakaś niemota totalnie w ramach finansowych.

Trza samemu ją sprzedać.

Mieli taki plan, wiecie, linii w stylu onych pornograficznych oralnie, ale trochę innej… chociaż bez urazy, przecież i tak chcieli robić podkłady samemu, więc… potrzebowali tylko jej nazwiska. Resztę sobie sami dogrywali już od miesiąca śledząc ją w sytuacjach rozmaitych, często nie do końca koszernych. Albo i gorzej… Ojeblik – mała, ucięta główka, co prawda na początku trochę protestowała, ale reszta przekonała ją, iż to dla dobra ogólnie pojętego ogółu i wszystko będzie dobrze i zgodnie z jakimś prawem, a jak takiego prawa nie ma, to zawsze można je spisać, więc…

Mieli tylko problem z tym numerem.

Właściwie byli już gotowi do odpalenia onego, wybitnie obiecującego interesu. Taśmy gotowe, kilka Wiedźm z Pieca o podobnym tembrze głosu na wypdek wszelaki, oraz sam Wypadek, by wiecie, nie zapeszyć… Ale czy wybrać 0666-666-6 czy jednak coś więcej. Może HELL? Może INNENIEBO666? Przecież w końcu każdy odbierał wszelakie te sprawy inaczej, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zimistrz” – … kocham zimę. Fanatycznie. Uwielbiam i wersję mokrą i wietrzną, ale oczywiście ta śnieżna, dziwnie niebieska w swej bieli jest moją ukochaną wersją…

No kocham, więc „Zimistrz” to moja jedna z ulubionych powieści!!! Dzięki młodziutkiej Tiffany i oczywiście Nac Mac Feeglom. I duchowi zimy. Śnieżności wszelakiej, zimności, pięknu niesamowitemu…

Powieść należy do onego nurtu bardziej „dziecięcego”, ale tak serio, to wcale tego nie widać. Że co? Piosenki o jeżu nie ma, czy co? Trudno uznawać małych niebieskosięmalujących gości za poprawnych  politycznie i tak dalej. Ha ha ha!!! Jak najbardziej dla wszystkich pokoleń. Nie ma boja Pratchett jest po prostu niesamowity i tyle. Bawi i uczy. Tłumaczy i ćwiczy nasze szare komórki.

Genialny!!!

Biało.

Niby mgła, a jednak jakoś jej nie wierzę. Wszystko roztoczyło się gdzieś za moim żywopłotem, a miejscami i przed nim, więc nagle… jestem tylko ja. Mój dom, mój świat, mój wszystko. Jakby świat się nagle ścieśnił do tego podwórka, do onej bombki wszelakiej wilgotności.

Mleko dookoła, nie mgła, ale waniliowe, stojące w powietrzu mleko. Dobra, wróć. Stojące mleko może się najlepiej nie kojarzyć, ale serio tak to wygląda. Nawet mona dostrzec one drobiny wanilii. Pięknie się jakoś to wszystko mieni i sprawia, że nagle pojawiają się kolory jesieni. Że to nie słoneczna aura, ale właśnie mglistość i ciemność, szarość i wilgotność, ofiarują nam one rdzawości i czerwienie, śliskie żółcienie, zielenie mchów i wszelakie czarowności burgundów. No i jeszcze oną bezczelność tych wiecznie zielonych iglastych, wiecie, puszących się tym, że co jak co, ale ona na gołego to w zimę nie mają zamiaru włazić. Ni hu hu!!!

Taka mgła zamyka człowieka w domu, na jego własne życzenie, albo gorzej, zmusza do wyjścia, bo takowe, mleczne inspiracje zdarzają się tylko teraz. Tylko teraz złapiecie kolory na białym tle. Niby śnieg, a jednak nic z tego. Niby pachnie jesienią, a jednak jest tak dziwnie i gęsto. Jakby ktoś oblał was pianką, która do końca nie zmywa się nawet pod prysznicem. Zostaje z wami na dłużej…

W końcu w oddali zaczyna znowu huczeć morze i mgła odchodzi. Zdaje się nawet machać na pożegnanie, ale nic to. Nadal nie zgadzam się z teorią, że ona nie ma smaku. Zapakowałam sobie kilka kubków i słoików. Porobię eksperymenty!!! Zobaczymy, przekonamy się, czy nie jest waniliowa…

… a może raczej śmietankowa, z jakichś krów niebiańskich? LOL

Aż człowiekowi szkoda tej mgły. Onego kąpania się w dziwnej, poszarpanej miejscami mieszanki niebiańskości i morskości. Bo przecież u nas to wszystko choć trochę jakoś słonawe. I wiecie co? W tej mglistości łatwiej żegnać te wszystkie dynie. Te już zmurszałe i te świeże względnie, porzucone przez Turyściznę

… ot znowu pobawili się z Wyspą i pojechali.

I nastała cisza.

Nie tylko dzięki mgle kołyszącej do snu nawet największych robotocholików i pracusiów, ale też i tych łatwiejszych, leniwszych, a może i zwyczajnie zmęczonych. To chyba najlepszy okres, by coś zbroić, jeśli ma się takowe pragnienie, choć nie polecam. Bo przecież, kto nas zauważy? Nie dość, że mgła, to jeszcze weekend, ostatni feriowy… wszyscy gdzieś śnią, albo pędzą na prom. Wszyscy zajęci swoimi sprawami, ale jakoś tak wolniej, nawet nie klący na nieschnące pranie… no sorry no, ale po staremu tutaj pranie schniemy. Wiecie, za pomocą zewnętrza, które powinno wiać, ale nie wieje…

Oto nastał czas przed czasem, Przed Czasem Uśpienia.

Wiecie, oczekiwanie na Jul, a potem kima do późnej wiosny. Inaczej nie działamy. Taka budowa chyba, a może to geny, nie mam pojęcia. Ale dajemy radę. Jakoś tak to się samo robi, jakby przyroda wymuszała na człowieku wszelkie spowolnienie. Oj, oczywiście że z nią walczymy, nosz przecież człowiek z przyrodą zawsze, czyż nie. Ale przegrywamy. Choć nie wszyscy. Ci artystyczni właśnie teraz w większości dostają kopa, jakby im ciemność nie przeszkadzała, jakby sobą wydalali skumulowane przez lato światło. Jakby cała inspiracja, wszystko co zobaczyli, czego dotknęli, wysłuchali, czego doświadczyli, właśnie teraz zaczynało z nich wyłazić…

A może chodzi o ciszę?

Wiecie, w końcu słychać tylko szum fal…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i CallWitch… została wyłączona

Pan Tealight i Heyyourweeny…

„No właśnie.

Jako wiedźma, Wiedźma Wrona Pożarta powinna była wpasowywać się w ten cały dyniowy szał, ciasta, pająki i tak dalej, co nie? A jednak nie. Nie ona. Zresztą, przecież była dziwaczna, więc czemu tutaj się dziwić?

No czemu.

Powinna być opajęczyniona, pijana zielonkawym naparem w opiekuńczych ramionach Szkieletwego Księcia, z jakimiś cząstkami krwawymi zwisającymi ej z uszu, czy też uszkami choć nietoperzymi. No chociaż we snach, przecież kto ją tam sprawdzi? Gnijąca Wiedźma Niemłoda też by uszła, serio, a ona co? Popatrzyła na plastikowe kociołki i prychnęła, dobra, szkielet chciała, ale od pająka uciekła. Rzeczywiście, nie dość, że skurczybyk wielki ze świecącym odwłokiem, czy cokolwiek tam miał, to na dodatek na paluszki! A jak tutaj odgryźć brudnemu dzieciakowi takowe? Nosz przecież jakiś umiar w diecie trzeba mieć.

I higienę zachować!!!

Za to dynie sprawiła sobie wielkie, swego feriującego się usilnie, ale z przerwą na sprzątanie ogródka, Chowańca do drylowania ich zagoniła oczywiście, bo przecież i tak bezpieczniej… no i wiecie, ona kawałków ciała nie gubi w potrawkach potem… więc, on sam jakoś tak, drylował i wiercił, a potem obydwoje sobie je świecili. Wiedzieli, że krótko to będzie, bo przecież czas gnicia prędki, a to nie GMO, więc… nie, oni nawet się nie spieszyli. W końcu ona chciała teraz, wcześniej, a nie jak wszyscy. Jak zwykle nie na czas, jakby serio się nie pragnęła zgadzać z kalendarzami. Zresztą, kto mógł jej przykazać? No kto? W końcu julowe sangowanie kręciła już od lata…

A może zwyczajnie nie przerwała.

Mniejsza…

… chodziło o to, że Wiedźma Wrona Pożarta gdzieś to wszystko miała poza szkieletem i cudownym dzwonkiem do drzwi, który urywał dzwoniący palec i dzięki czemu miał zasilanie. Sprytne, czyż nie… wprost perpetum mobile!!! No więc poza tym i gnijącymi dyńkami była już po. Dwa tygodnia przed… i na dodatek wymyśliła nowe, wzbudzające dziwny rechot w każdym imię dla onego swego nieczekania na odpowiedni czas… Heyyourweeny… czyli Upyourass.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pasterska korona” – … no tak.

Znaczy nadal no nie.

Nie przeczytam do końca i tyle. Nie ma takiej opcji. Odmawiam zakończenie i na pewno ma to związek z moim ogólnym bzikiem i wszelakim szaleństwem, ale nie mogę. Nie mogę tak po prostu zamknąć tego rozdziału. Onego czegoś, co kształtowało moje dorastanie w dorosłości. Pomogło mi przebrnąć przez studia… nie mogę. Odmawiam uznania GO za zmarłego.

Wolno mi.

I znowu maryśka…

Tym razem w stolicy policja skonfiskowała pięćdziesięciolatkowi niestety aż 38 roślinek, które podobno były na własny użytek. Ja tam jak najbardziej popieram i niech se pan kopci, czy piecze w czymś, ale serio tak mu od razu zabierać? Nosz na pewno będzie za nimi tęsknił!!! Przecież do roślin człek wykształca w sobie coś na miarę uczucia i tak dalej. No kochamy te nasze doniczusie i palemki i tak dalej!!!

A oni mu tak rach ciach i zabrali.

Ciekawe, czy spalą to jakoś komisyjnie, i po której stronie się ustawić, wiecie, no jak będzie wiało? Ekhm, no coby się do końca nie zmarnowało w myśl ekologicznej w końcu dewizy Wyspy, czyż nie? Nie rozumiem jak można tak zmarnować, na pewno z trudnością wypielęgnowane, roślinki. Kurcze… bezduszne to trochę. Ale za to odciąga człowieka od większych problemów, jak to, czy znowu jakieś cudactwo ustawią na rondzie i czy w końcu któreś z tych cudactw się rozpadnie i czy artystyczne prezenty rzeczywiście są takie obciążone… no wiecie, ekspresją pokazania? Czy prezentu nie można oddać? Albo na razie po prostu gdzieś schować?

Myślę, że w tym wszystkim przydałby się jakiś minimalizm. Naprawdę. Drzewa, kwiaty, wszelakie rośliny i tak dalej, ale potem basta!!! Naturalność wszelaka i piękno sztuki liściastej, pieniastej i wiecie, korzeniastej. No i kwiaty, choć okresowe, to jednak czad jest, co nie, więc dlaczego…?

Właściwie na Wyspie wszystko się kręci wokół natury. Biednej, maltretowanej i ogólnie poniewieranej. Powycinali tyle drzew trzymających nabrzeże w porządku względnym, że tylko czekać kolejnych tragedii. Jak nic coś się obsunie. Ludzie wciąż głupio walczą o to, by budować na piasku, a już Biblia mówiła, że to durnowaty pomysł. No co, każdego się chwytam już argumentu. A wycinanie drzew i pozwalanie na erozję – tak naprawdę miejscami zaskakująco szybką – skał, sprawi w końcu ze się nam Wyspa obłamie i tak dalej. A jak przyjdą znowu wyższe fale?

Co wtedy?

Tydzień „halloweenowy” w Gudhjem niestety po raz kolejny pojechał na pogodzie. Ja już nie wiem jaka to klątwa, ale skuteczna. Wszystko za to się pootwierało, ludzie dyńki sobie dziarają, pełno ich nawet jak pada, kropi, czy wieje. Łapią się za nożyki i dziarają, a potem dumnie kitraszą to do domu, albo sommerhusu, albo komuś po drodze upada i zostaje taki plaskaty, pomarańczowy kleks… aż chce się obrysować kredą i oskarżyć tego, czy innego o zbrodnię na dyniowej głowie.

No serio, ostatnio dziwne mam przemyślenia na temat onych głów. Jakieś takie żałosne, pieszczotliwe, jakieś pokręcone. Żal mi ich niczym tych choinek ostatnich, które stoją już w Wigilię, pewne, że nikt ich już nie weźmie…

Pokręcona jestem mocno.

Ale nic to…

… jeszcze kilka dni i wsio się zamknie. Lista julemarketów mi rośnie. Oczywiście, że bez zmian trzeba zobaczyć te co roku, ale może trafi się i coś nowego? Nigdy nie wiadomo. Może jednak ktoś się odważy? Może? No nic, pożyjemy, zobaczymy, na razie czekam na pustkę i ciszę. Na tą wszelaką nagość i zimno, które podobno już za rogiem. Na wycieczki, szalik i wielkie skarpetki, które sobie zanabyłam. Wielkie skarpetki są super. Szukam takich z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych… wiecie, takie ćwiczebne z harmonijkową górą. Ktoś coś? Wiecie w ogóle o czym mówię? No były takie skarpetki. Fajne były. Bawełniane oczywista…

No ale… piątek, weekend, dynie pewno znowu wylądują na polu ekologicznie gnijąc i odżywiając spokojnie ziemię, która w tym miejscu odpocznie. Bo cała reszta ziemi, znaczy pól, to wiecie, nie wiem… widzę zwykle traktory na nich przez cały rok i strasznie mnie to zaskakuje. Przecież wegetację mamy tutaj jednorazową w roku, ale jednak może w dzisiejszych czasach i to się zmieniło…

… wiecie, wszelkie traktorowanie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Heyyourweeny… została wyłączona

Pan Tealight i Korzenna Wiedźma…

„Nagle, tak jakoś, zresztą, nie oszukujmy się, tutaj to zwykle wszystko się działo nagle, niespodziewanie i bez wcześniejszych RSVP. Nikt się nie zapowiadał, nikt nie pytał, czy można, czy wolno, czy ktoś będzie miał coś przeciwko, czy może jednak to czas całkiem nieodpowiedni, albo gorzej, odpowiedni, ale nie do końca…

Nie… nie pytali, nie wysyłali świstoklików, sów, czy listów – zresztą, z pocztą były takie problemy, że nawet gdyby wysyłali, to wiecie, pierun wie kiedy to dojdzie i na czyj tak naprawdę czas? W dzisiejszych czasach pewnym być można wyłącznie onej niepewności, silnej i zwartej, gotowej sprzeciwiać się przeciwnościom.

Albo coś w ten deseń.

Mniejsza.

… więc, jak zwykle bez zapowiedzi coś się zaczęło dziać z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki. Po pierwsze musiała być nader chora, bo nie mogła czytać. Już nie chodziło o to, że nie dawało się jej położyć, by przestała klikać w te klawiszki, ni wycierać powierzchni, ni czyścić ogródka… no wiecie, zwyczajnie plackiem się uwalić, może pospać, podrzemać, może i poczytać… Po drugie, widzicie zaczęła mieć dziwne smaki i zachowania zbyt zbliżone do szeroko komentowanych jako NORMALNE. A to już serio było straszne! Okropne i obrzydliwe!!! No i wiecie, wycięła sobie dyńki. Jakby to miało znaczenie. Jakiekolwiek… a przecież nie miało.

No dobra.

Oczywiście, że już od dawna dość przekonująco i głośno… nuciła sobie wszelakie kolędy, czyli jeszcze nie przechodziła całkowicie w inny wymiar, ale jednak stała tam już półtorą nogą. A może i trzyczwartą? Ekhm, nikt nie mógł dokładnie tego zwymierzyć. Zresztą, nawet nie chciał. Bo taka odchodząca wiedźma, to musi być straszna sprawa… więc co się z nią działo? Co było przyczyną? Czy rzeczywiście ów brak korzeni? Jakieś dziwne, nieprzecięte pępowiny?

A może jednak sekret?

Czy Wiedźma Wrona Pożarta posiadała jakiś, którego nikt i nic nie znało? Nawet Wyspa, ni Pani Wyspy? Ni… Pan Tealight? Czy było możliwe coś, o czym nie mieli pojęcia oni wszyscy osobnicy ze Sklepiku z Niepotrzebnymi, którzy teraz stali nad śpiącą śliniąco się Wiedźmą i dość szemranie przemyśliwali swoje teorie? Czy było możliwe coś, co przegapili?

Mogło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zadziwiający Maurycy…” – … dla dzieci? Ależ gdzież tam. Znaczy nie no, pewno może i być dla takich trochę bardziej kumających, ale głównie… dla kociarzy. I myszarzy. Wielbicieli magii i tych, którzy zwyczajnie czytają wszystko Terry’ego. Wiecie, nas wyznawców Płaskiej Ziemi!!!

Oto opowieść, która ponownie ma u swoich stóp jedną z dawnych legend. Wiecie o głosie, śpiewie, grze, o zaganianiu gryzoni. Ale też i o kocie w butach i wszelakiej kotowatości, którą tak wielu ostatnio uważa, że rozumie. O onej zwierzęcej mądrości, często zaprzeczanej i wszelakiej sprytności. Oraz o człowieku, który jak zwykle mało jest czegokolwiek świadomy.

To niesamowita książka nawet dla kogoś, kto woli psy. Wiedźmowata taka, wiecie… pokrętna. Bo przecież nawet inteligentny, tytułowy kot Maurycy, nie mógł przewidzieć, że zło pomiesza mu szyki. Ale czy się podda? W życiu! A raczej, na żadne z dziewięciu jego kocich żyć!!! Nigdy!!!

Tak… ludzie brudzą i niszczą środowisko. Wycinają drzewa, poczynają sobie lekce z wybrzeżem, ale… prawda jest taka, że wiatery zawsze się zdarzały. Czyż nie dziwne to, że dziś, w dniu, w którym i u nas słońce zmieniło się w złowrogą, czerwoną kulę, a cienie w coś na kształt odbić palących się okolic przypominamy orkan, który się zdarzył dokładnie 50 lat temu?

A tak… tutaj fotki.

Ale wróćmy do dzisiaj.

Jest gorąco i duszno, do tego chłodny wiatr i dziwaczny posmak w powietrzu. Niby często coś nam tam nawiewa znad Sahary, ale dziś to przesadziło. Serio? Przecież mamy własny piasek! Że się nim tak nie dzielimy?

No za ładny jest!!!

Mniejsza, na pewno ona pogoda dobrze ułoży się z Halloween i Gudhjem. Wiecie, podkład pod pumpkiny będzie superancki!!! Ale mnie przeraża. Zimny wiatr, wrzątek w tle, ta czerwień… nie przepadam. Gdybym była z innego świata, z innych nauk, z onej treści kamiennych dni pewno przepowiedziałabym coś fajnego. Apokalipsę jakąś albo choć pięć połówek końca świata, których nie wolno złożyć do kupy, bo gdy się je złoży, to wyjdzie wisiorek, który każda będzie chciała mieć i wtedy dopiero będzie prawdziwy koniec świata. No wiecie, wojny bab!!!

Wiater wieje, Chowaniec szaleje w ogrodzie, bo bidok wolne ma, więc wiecie, do roboty poszedł. ozrywkowej przy takiej pogodzie. Szum piły cudownie zlewa się z oną wszelaką, zewnętrzną aurą. Nic ino horrory trzaskać. No nie wiem, może ja się tutaj marnuję klepiąc w klawisze, a tam jakiś Oskar czeka, czy cztery nawet? Nigdy nie wiadomo w czym człek temu światu zabłyśnie. Bo wybredny dziwnie ten świat.

I pokrętny…

Czerwonego słońca czerwony cień się przesuwa…

Dzień powoli przemija. No dobra, może nie tak jakoś dziwnie powoli, ale wstało się wcześnie, więc mi się jakoś dłuży. Ostatnio praktykuję takowe wstawanie i ładne iście spać bez czytania po nocach. Bo jakoś czytanie ostatnio mi nie idzie… smuteczki. Pewno przez choróbska, ale damy radę. A jak nie to na pych. Bo przecież nie da się tak bez książek, co nie? Nie da się…

Ciepło jest, ale podobno za tydzień już zwyczajowa, jesienno-zimowa pogoda, czyli słoneczko i pięć stopni. He he he!!! Może być intrygująco. W końcu zimno, w końcu grube skarpety i wszelakie ocieplacze. Ech… i może śnieg jeszcze, co? Bo ja tak bardzo czekam na wielki śnieg. Ale najpierw jakaś jesień by się zdała!!!

Czerwone słońce właśnie zaszło całkiem niespektakularnie. Kompletnie po staremu, wiecie, ogólnie mówiąc wszelako jak zwykle. W powietrzu miły chłodek, średnia wichura, która gasi mi świeczki w dyńkach, no cóż, nie mam na nią wpływu. W tym przypadku ogieniek przegrywa, w innych dmuchnięty rozpala się jeszcze mocniej… ale dość tych seksualnych podtekstów. Ekhm… wiecie co, jedno wiem na pewno. Ludziska wzięli się za ogrody, domy ogacają, ogólnie mówiąc szykują się na jakiś odpoczynek i tak się zastanawiam, jak to będzie w przyszłym roku, gdy Turyścizna będzie towarem dostępnym przez cały rok. Z jednej strony to dość dowcipne, gdy słyszy się, że przecież ludzie narobili się przez pół roku, więc mają prawo do odpoczynku, a z drugiej… kurcze, ostatnimi czasy już szczególnie, Turyścizna stała się bardzo uciążliwa, bezczelna, wulgarna i groźna.

Nie wiem jak Wyspa to zniesie tak całorocznie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Korzenna Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Praktykantka…

„Dobra, przyszli oglądać ją wszyscy…

… w końcu to trochę dziwaczne i dziw nad dziwami by chcieć być przedwiecznym i wiecie, tak na zapas, i gdyby świat miał się zakończyć, pobierać nauki. A dodatkowo dziewucha była niczego sobie. W typie księżniczki, złotowłosa i biuściasta, taka, że Królewny i Księżniczki po Best Before od razu się obraziły i zajęły swoje wieże zasuwając kotary i zatrzaskując wymownie okiennice w różyczki i motylki, tęcze, jelonki i wszelakie tam krapowate, słodkie do wymiotu pawiowego cudowności. Te mniej obraźliwe chciały podpatrzeć w co była ubrana i jak uczesana, co nosiła i czym pachniała ona Praktykantka Adeptka… wiecie, w końcu mieszkając na Wyspie czerpać mogły wszystko wyłącznie z internetu, a tutaj jego działanie plątała magia i Pan Tealight który nienawidził onego ustrojstwa, więc… Ale ona Praktykantka miała na sobie poza oną księżniczkowością tylko dziurawe , sprane, ale wciąż ostro czarne dżinsy i czarną bluzę z kapturem i napisem Death Metal…

… więc…

Za to Wiedźma Wrona Pożarta poczuła się najpierw zaskoczona, a potem najzwyczajniej w świecie bezczelnie oszukana. Wiecie, ona, taka jedyna pieszczoszka Szarego Przedwiecznego, nie tolerowała innych kandydatek do tego tytułu, więc… no ale, co miała zrobić. Smarkula, oczywiście o idealnej figurze i cudownych włosach rozbiła sobie ciepły namiocik przy Mostku i kłaniała się jej niżej niż kostki, co łamanej bólami krzyża Wiedźmie zdawało się dodatkowym szyderstwem. No i to ubranie. Przecież to Wiedźma Wrona kochała czerń!!!

A Pan Tealight?

Widzicie, w tym całym zamieszaniu chyba ktoś go zapomniał zapytać o zdanie, więc się ukrył. Nie wiadomo było gdzie, choć pewno, gdyby przydusić Ojeblika – małą, uciętą główkę, to spokojnie by go wywąchała… ale nikt jakoś o tym nie pomyślał, jakoś tak wygodniej było, więc… więc w końcu Praktykantka zwyczajnie wtopiła się jakoś w otoczenie.

I czekała.

Wszyscy właściwie jakoś tak czekali.

No musiał przecież Przedwieczny zareagować, bo już go głośno Wiedźma Wrona informowała o swoim obrażeniu i przeprowadzce do Szwecji. A wiedźmy Wyspa nie mogła stracić. Nawet takiej o marnych włosach i w wieku podeszłym. Z brzuszkiem, zwisami i ogólną degrengoladą w spojrzeniu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wolni ciutludzie” – … oni, malutcy. Ale nie lekceważcie ich, bo są wolni, co są sobą i waleczność ich jest legendarna.

Poznajcie ich, ich mitologię, ich Największą oraz… Tiffany Obolałą, bo to przecież poprawny początek jej historii. Dziewczynę, która po śmierci swojej babci przejmuje jej obowiązki właściwie naturalnie. Właściwie nawet nie myśląc, nie zauważając magii. Ale oczywiście wiedząc o nich…

I tutaj zonk.

Pamiętajcie, że istnieje inne tłumaczenie tych kilku części Świata Dysku i tak naprawdę warto przeczytać obydwa. Mimo wyższości Piotra W. Cholewy, to jednak naprawdę warto, bo ci piktyjscy wojownicy, choć mikrzy, to jednak rajcujący są. Mega są. I w ogóle chcę ich w swojej własnej okolicy, ale u nas kreda to występuje tylko na niewielkiej połaci Wyspy, a nie sądzę, że chłopaki chcieliby w granicie?

Chociaż może?

Jedna z najbardziej mocnych powieści cyklu!

Naprawdę.

I szarość i wietrzność.

Tak sobie myślę, że jeżeli komuś trafia się taka pogoda na wakacje, to rzeczywiśćie będzie już zawsze myślał o Wyspie dość mrocznie. Szczególnie w tym okresie, gdy w Gudhjem rozstawili stare ozdoby. A tak, już są, pojawiły się w piątek po południu. Co zabawne, jak biegłam na swój spacer jeszcze ich nie było, ale jak mnie przewiało, wywiało i tak dalej… i wracałam, to już były.

Koszmarki.

Wiem, że większość powie, iż lepiej to, niż nic, ale… mnie to smuci. Stare sześciany słomiane, które przechowują chyba od wieków. Lekko nadpleśniałe, strasznie cuchnące… oczywiście bdzie maciupki labirynt wkurzający tych grających w bule, będzie wyścig, dziaranie dyń… będzie, wszystko za opłatą, no przecież o to chodzi. Jak na razie sobota była szara i wilgotna, choć ciepława, więc nie było tak źle. Pewno. Na 100 procent są cukierki i czekoladki. Ostatnim dechem bulgocze lodziarnia już tak bardzo gotowa na to, żeby po prostu odpocząć. Trzeba będzie wybrać się na lody i uczcić nadchodzącą zimę. Nie mogę się jej doczekać, ale jak na razie – połowa października – jesień mnie zawodzi. Wieje, zrywa zielone liście, nie koloruje ich, jakby ktoś serio zapomniał na czym to polega. Nawet klony w większości strajkują.

Nie ma szurania liściami, nie ma spacerów po kolana w tej szemrzącej szaleńczości, nie ma… no nie wiem, jak nie ma, to co właściwie jest? No jest jeszcze wciąż zieleń. Za to morska jesień już zniknęła. Jeden sztorm, drugi i już nie ma traw, wodorosty posprzątane. Jeszcze czasem coś się trafi, ale to już wyłącznie wspomnienia. I nastał tylko błękit i granat i ona stalowatość, dziwnie zdająca się smaczną, gdy tylko słońce zajdzie, albo zacznie zachodzić… oj, wtedy ona stalowość staje się liliowa i już nie rozumiesz jak to wszystko działa. Znaczy uczyli cię w szkole, ale przecież jak takie niesamowite piękno wpisać wyłącznie w naukę?

No właśnie jak?

A może o to chodzi, żeby tego nie robić? Tylko czuć?

Ech…

To nie jest tak, że człek marudny i ogólnie dziwaczny, ale serio czekam na jesień. No jakoś mi jej tak mocno brakuje. Za to dzisiaj sprawdziłam głębsze połacie lasu i wiecie co? No zieleń tam ogromniasta, a kolejny orkan styrke się zbliża i co my z tym zrobimy? No znowu nam liście zwieje?

Ale pomiędzy oną zielonkawością oczywiście są pojedyncze gałązki, są i klony, które nieśmiało, ale jednak próbują coś z siebie szalonego wykrzesać. Ech, dumna jestem z nich jak nie wiem co. Za to grzyby – pewno przez wilgoć wszędzie się przebijającą, nowe strumienie tworzącą i oczywiście stojącą na polach – są. I dziwne są. Wiecie, niby człek od małego bawił się albumami o leśnej ściółce, ale jednak takich cudów w takich kolorach: niebieskich, szarawych stalowo czy buraczanych i fioletowych… to jeszcze kurcze nie widziałam. Do tego drapieżne ptaszęta siedzące na polach…

No dzicz!!!

Oczywiście w leśnych ostępach raczej pustka. Tu i tam ubyło drzew, tu i tam znowu przybyło młodziaków. Wszystko się zmienia, niestety, bo leśnych zmian nie lubię. Tych ludzkich. Zapatrza się człek w małe, leśne jeziorko, na one dryfujące po nim wszelakie liścieje i inne tam nasionka i jakoś tak się uspokaja. Bo jeżeli one się nie boją tak po prostu szaleć w ostępach onej dziczy wyspowej, to może i ja mogę? Wiecie, poszaleć? Chociaż nie. Kurcze, no za mokra ta ściółka, żeby po prostu tak się na niej uwalić. Nie, to nie przejdzie, do tego oblazły mnie robale i robiłam striptease!!! No tak mnie robale oblazły!!! I to wielkie takie!!! O co chodzi? Ja rozumiem, że nagle ciepło strasznie się zrobiło, ale to przejdzie, spokojnie, robale won z powotem spać. Nawet mrówki, w tych swoich gigantycznych, semi-termitowych kopcach wciąż jeszcze nie śpią. I nie chcą zjeść okruszków czipsów.

Hmmm…

Ciekawe…

Człowiek serio tak zwyczajnie spacerując widzi dziwy i szaleństwa. Oraz pierwsze Julowe słodycze w Lidlu i Netto!!! Hurrrrraaaa!!! Tak, jestem absolutną zwolenniczką christmasów przedwczesnych! Zresztą, jak dla mnie i tak późno! Ja zaczęłam już we wrześniu, zresztą, tak serio przecież… czy ja w ogóle kończę kiedykolwiek choć na chwileczkę? Nieeee!!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Praktykantka… została wyłączona

Pan Tealight i Obski Bożek…

„… a podobno znał wszystkich, nawet tych co mieli być wymyśleni dopiero w tym tygodniu, przyszłym miesiącu, czy tych, którzy zawładną umysłami przyszłej ery. Nie żeby mieli być jakoś wybitnie interesujący, tudzież już zaciągnęli u niego jakieś długi, ale Przedwieczny Pan Tealight wiedział zwyczajnie takie rzeczy. Zwyczajnie i niestety. Pospolicie stara już Wiedźma Wrona Pożarta dziwnie też wiedziała… ale wiecie, to całkiem inna kwalifikacja czynu. Zresztą, ona nie lubiła się do tego przyznawać, bo rozmowa z człowiekiem, który wie… jest straszna.

Dlatego lepiej nie wiedzieć.

Ale on się pojawił.

Obski Bożek.

Całkowicie nieznajomy, jak nic z innego wymiaru i czasu i przestrzeni, i jeszcze na dodatek odmiennej silnie specyfikacji stylistycznej. Czy też, powiedzmy to dosłownie – goły był, ale wiecie, w kolorowych, lekko pastelowych, z ciemniejszymi wtrętami, koralikach. Chyba drewnianych i ceramicznych, sądząc z brzęczenia i dręczenia, paciorkowych, owiniętych dookoła jego grubiutkiego ciałka nie do końca niemowlaka, nie jeszcze starca… pojawił się. W sandałkach typu Jezuski Duo. Z torebeczką z ręku i berłem, oraz dziwnym wisiorkiem w kształcie lampy oliwnej, ale nie miał w sobie nic z dżina.

Oj, oczywiście, że od razu wiadomo było, że gość z boskiej generacji, ale jednak i on i ci patrzący na niego – rumieniący się bardziej lub mniej, w tych, czy innych granicach cielesności i myśli – nie do końca wiedzieli, czy to jego czas. I dlaczego akurat tu jest, przecież żadnej bożnicy ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta nie pobudowała… tak, zdarzało się jej tworzyć takowe. I po co w ogóle jest i ile może i co za to chce, i czy obecność jest obowiązkowa?

A może są zwolnienia lekarskie chociaż?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W północ się odzieję” – … i się skończyło. Wszystkie tomy kioskowej serii wydane. Naprawdę ładne, estetyczne, jeżeli spoglądacie tylko na to, co dobrze wygląda na półce, to jak najbardziej! Twarda okładka, kolorki, a jednocześnie wciąż ten stary posmak.

Śliczny papier w środku… kremowy, grubszy, w końcu nie rozmazują się literki jak w pierwszym wydaniu. Ech, pamiętam te wydania, zeszytowe takie, kupowane we Wrocławskiej Składnicy Księgarskiej… ech nostalgia…

Ale, treść?

No taka sama!!!

Jak zwykle wiedźmy, jak zwykle te starsze i te młodsze, jak zwykle magia… zaskakująco prosta głowologia, ale też i ta, która powala na kolana. Ta, której nie daje się wytłumaczyć ściemą i placebo. Magia prawdziwa, która nakazuje ci się pokłonić i wyznać grzechy, a potem, jeśli tylko były głupiutkie, wyśpiewać je, wypić, zabawić się… W roli głównej oczywiści Tiffany Obolała, Kreda i Nac Mac Feeglowie oraz zło, z którym trzeba sobie poradzić. Tylko, czy ona już do tego dorosła?

A może aż za bardzo?

Jak tak bardzo wieje, najbardziej zaskakujące jest słońce.

Pojawia się nagle, wyłazi spoza ciężkich chmur, szarawych, albo tych granatowych, które nie zdarzają się tutaj często… i atakuje. Nagle cały ten Armageddon na zewnątrz wydaje się być totalnie nie na miejscu. No bo przecież jak tak, przy słońcu? No jak on śmie? Przecież może i wieje, ale ona światłość jest aż nazbyt radosna. Może i po drugiej stronie Wyspy mają ogromne fale, ale nie tutaj.

Nie…

Tu mamy światło.

Może czasem się chowające, może czasem znikające, może czasem i całkiem niemożliwe, ale jednak. Tu je mamy. A może to nie słońce, ale dziwne światło skumulowane ponad chmurami, które zdaje się od czasu do czasu przeciekać z tej czaszy, w której ją umieszczono? A może to worek? Wiecie, taki dziwnie pierwotny, z jelita czy innej tam skóry, długo czyszczony, szyty, woskowany. Całkiem zdający się być niezniszczalnym… Ale przecież nie, to nie może być.

Nie może… przecież zapowiedzieli sztorm.

Po takim dniu zwykle wychodzisz przed dom i zbierasz rozmaite elementy wystroju, które jednak pofrunęły – jak kosz na śmieci – i znowu dziękujesz sobie, że nie zgodziłeś się na jakiekolwiek wiszące, ozdobne roślinki. Oj, oczywiście, że wyglądałyby niesamowicie i pięknie by rosły, ale pomyśl sobie jak daleko teraz musiałbyś szukać tych doniczek. Nie. Zbyt wiele roboty. Zbyt wiele. Lepiej pozostać bliżej podłoża i zainwestować w gigantyczne klomby. Ciężkie i nieruszalne, ale mieszczące tyle kolorów!!! Bo widzicie, tutaj wietrzności to codzienność. Wiesz, że będą połamane drzewa, wiesz, że będzie masa sprzątania i ogólnie wszystko będzie przez co najmniej dzień wracała powoli do normalności powietrznej, ale wietrzność, to też normalność.

Tylko trochę inna.

A teraz znowu słońce.

Może trzeba zakładać już więcej warstw na siebie, ale nadal się da pływać. Naprawdę. Tak, woda to wszelaki szok na początku, ale ciało szybko się przyzwyczaja, a męczenie się rozgrzewa mięśnie i nagle… już nic nie czujesz i boisz się tylko wyjścia z tej wody. Onego momentu nim ręcznik dotknie twojej skóry, nim zdejmiesz mokre stroisko. Nim znowu wleziesz w jakąś określoną temperaturę.

Tak wiem, mory zwykle tylko wchodzą do wody i wyłażą, ale ja nie jestem morsem, ja muszę pływać, ruszać się, coś robić, bo inaczej wariuję, nawet w morzu. Ale oczywiście tylko wtedy, gdy nie ma wielkich fal.

Ale wróćmy do świata dookolnego, a nie moich dziwnych zachowań. Oficjalnie zaczynają się ferie, czyli też oficjalnie zaczyna się czas wzelkich dyniek, słomianych kostek, dziwnych kukieł i pragnienia nagonienia Turyścizny. Ciekawe czy się uda. Podobno pogoda powinna dopisać, więc może rzeczywiście… tylko dlaczego? Tak serio, nie możemy wymyśleć czegoś swojego. Muszą być te dynie? Potem gniją przez dłuższy czas… niby logiczne, że natura i przemienią się w pryzmę ziemi, ale jednak… jakoś mi z  nimi smutno. Tak jak z choinkami, tylko one, w nich jest coś więcej. Są jakby miejscowe, a te dynie dziwnie nieprzynależą do tego świata. A przecież mamy co pamiętać. Spaloną JĄ iegdyś. Oskarżono, on ją zadenuncjował, a może ktoś inny…

Dlaczego nie pomyśleć o NIEJ.

No nie wiem.

Ale jednego jestem pewna. Znowu będzie tak samo, no i znowu większość sklepikarzy oleje to wszystko, więc lekko powieje smutkiem. Tak jakoś. Ale na szczęście las wciąż stoi, więc wiecie, zamierzam spędzić ten czas tam, w ukryciu. Może i powinnam zająć się ogródkiem, ale walić ogródek. Może zrobi się sam?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obski Bożek… została wyłączona