Pan Tealight i Ten Nowy…

„Nazywana NOWĄ przez większość swego życia Wiedźma Wrona Pożarta nie miała wcale zamiaru mu współczuć czy coś. Zaczynała się przystosowywać do Starego i zaczynało jej to jakoś wychodzić, a tu kurde nagle i tak szybko myk i go nie ma. Podobno gdzieś go pochowali, podobno niektóre Roki przeżywały i tworzyły Tajną Sekretnie i Także Wybitnie Tajną Radę Lat… ale kto by tam zaglądał do wielkiej skrzyni w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi. Serio… tutaj szybko człek się przekonuje, że zbyt wielu rzeczy lepiej nie wiedzieć.

Wiedźma Wrona już to wiedziała, więc brała jak wlezie. Rzadko pytała. Po prostu mijała drzwi, których nie otwierała i szafy, tych bała się szczególnie i zegary milczące i telewizory z wyrwanymi duszami, które niegdyś połykały grzeczne dzieci, bo niegrzeczne były dla nich za gorzkie. Tak zwyczajnie. A wszystko przez to, że ostatnio łaziła po Białym Domostwie zamiast spacerować na zewnątrz. Nie tylko dlatego, że podziemia od dawna już były Wyspą, nie tylko z powodu mżawek, deszczy, ulew wszelakich, podmokłości i wszelakich wodnistości, wichur, powiewów i błotnistości, ale też i dlatego, że naprawdę nie chciała nikogo spotykać.

A tutaj było to możliwe.

Dlatego chodziła po schodach i zjeżdżała na tyłku z pochylni, omijała za ciasne przestrzenie, ale też gardziła tymi zbyt wielkimi bogato zdobionymi, które zdawały się sięgać innego nieba i szczerze nienawidzić, że są tylko namiastką i kłamstwem… a może jednak tylko się tak puszyły dotykając tego, co nieznane? Pierun je wie. Ją raziły te ich diamenciki, kryształki, inne szlachetne kamienie dobrze rzezane, nagie i oprawione fikuśnie, dyndające… Te okna rzezane w różyczki i mrozowe kwiaty, które skupiając się u górze zawsze w coś na kształt żyrandola, naprawdę świeciły, jakby przepuszczały światło z innego świata. Nie chciała go, nawet tego światła…

A już węgla tym bardziej.

… więc od tych uciekała.

Ale resztę odważnie przechodziła, obchodziła, czasem nawet truchtała czy podlatywała. Szybko i wolniej, czasem coś czytając, bo dożywić się trzeba, czasem tylko tworząc własne historie w głowie, które to wylatując jej uszami wlokły się za nią w dziwnych, niespójnych formach… Nowy mało ją obchodził.

Bo czy mógł coś zmienić na naprawdę lepsze dla niej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pierwszy dzień tego nowego i co… w naturze i wiatr, i deszcz i słońce. No nie utrafisz w chociaż spokojną jakoś dzielnię tej aury, żeby sobie połazić, chociaż… tak naprawdę człek nie usiedział ostatnich kilku dni, więc ten może odsapnąć w domu i nadgonić wszelakie roboty. A tak, nawet jak cię zwolnią, to się okazuje, że roboty masz całą masę. Wredny świat, ale tak naprawdę, czy mogłabym żyć bez pracy?

Nope, never!!!

No dobra, to mamy oną aurę all included i patyki po sąsiedzkich wystrzałach, które były za głośne, za mało interesujące, wkurzyły mnie i trwały seryjnie nazbyt długo!!! Oczywiście sami musieliśmy posprzątać. Nie ma zmiłuj. Chciałbyś w dupę sąsiadowi tego patyka wsadzić i wiecie, jak na kreskówkach, ale kurnaś cywilizowany. Na kija człowiekowi ta cywilizacja, jeżeli nie może wywalić z siebie ten cały gniew, złość i wkurw? I czy naprawdę wciąż trza wybaczać? Przecież nie jestem chrześcijaninem! Po kiego mam się podporządkować ichniej filozofii?

No nie wiem, ale serio, trza się nauczyć oddawać. Może nie oko za oko, ale wiecie, przynajmniej przestać dawać się wkopywać w ziemię. Może ja kocham mumie, ale nie mam zamiaru robić za pogrzebaną żywcem!!!

Ale tam. Nowy rok. A niech se będzie, mam to gdzieś. Mogę udawać, że mnie to jakoś opływa i wcale na mnie nie wpływa. Przecież tak naprawdę to wyłącznie przedłużające się jasności, potem kolejne dni. No i pamiętanie o tym, żeby wpisywać ósemkę na końcu. I tyle. Może w rzeczywistości nie ma to żadnego znaczenia?

Może?

Trza przejść o porządku dziennego, a ten jest taki, że czuję się trochę jak emeryt po straconej robocie. Niby człek ma masę roboty, zresztą nie oszukujmy się baby z mojego rocznika z łatwością znajdują sobie zajęcie. Jakoś tak nam to łatwo wychodzi. Jakoś dziwnie zawsze uda nam się zmęczyć. A może to jednak wtórność jakaś, którą należy odrzucić? Pierun wie? Bo przecież tego wszystkiego jest tak wiele, gdy człek postanawia pracować z domu… koszmar jakiś! Wytłumaczysz się ze zmęczenia wracając z pracy oddalonej od domu o jakieś metry czy kilometry, ale jak przechodzisz tylko z pokoju do pokoju, to przecież mogłabyś jeszcze okna umyć, szafki pościerać, zamieść i obiady trzy ugotować i w ogóle…

W sklepach już są jaja…

Poleźliśmy w ostatni dzień 2017 licząc na jakiś cud przecenowy – ale go nie było. Widać teraz mają jakieś przestrzenie, w których mogą przechowywać przez lata niesprzedane fanty to oznacza, że po pierwsze nie będzie niczego nowego za rok, a po drugie, znowu będą te same sanki i krasnale. Asz mi ich kurcze szkoda. No wiecie, tych niekupionych krasnali i saneczek, bombek niechcianych i ostatniej choinki leżącej pod sklepem. Ech ta moja sentymentalność komunistyczna. Wiecie, z czasów co to nic nie było. To musi być to. Bo co innego o takie uczucia obwinić?

No ale… miały być jaja i są. Oczywiście nie te na sadzone, ale śliczne, ceramiczne, z obrazkami kwiatuszków i ptaszków, wiecie, wiosna pełną gębą. Można sobie powiesić na gałązkach, albo na choince. Wiecie, macie choinkę rok cały, tylko zmieniacie wystrój. Wiosną jaja i kwiatki, latem za to deski surfingowe i kostiumy kąpielowe. A jesienią liście, a co… i jesienne chryzantemy. No a zimą co należy. Może by pomysł przeszedł pośród ludności, w końcu jak choinka doniczkowa?

Czemu nie?

Pewno ludzie zaraz zaczną sarkać. A ja nawet nie wiem na kiedy schedulnięte są te całe jajeczne święta w tym roku. Ale za to już widziałam ludzi skarżących się na serca w sklepach i wszelakie przymuszanie wszystkich do Walentynek. Niech mnie ktoś oświeci, ale w jaki sposób ktokolwiek jest przymuszany? Stoją nad wami z batogiem i każą kochać i kupować prezenty i żreć czekoladki? Serio? Ludzie?!! Tia wiem… znowu komunistyczne czasy. Pamiętam jak było nic. Nic było inne, ni lepsze ni gorsze, ale nie chcę powrotu do onego niczego. Nie chcę…

Co do świąteczności, u nas oczywiście oskalpowali choinkę już 27go grudnia. Wiecie, im szybciej widać tym im lepiej, ale widok koszmarny, jak stoi taki patyczek z obciętymi gałęziami. Traumatyczne doznanie, naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten Nowy… została wyłączona

Pan Tealight i To już chyba koniec…

„Właściwie, to wszystko jest całkowicie względne, nie oszukujmy się.

Dla jednych koniec, dla innych początek, wglapianie się w kalendarz serio ma znaczenie tylko gdy se płodne dni liczycie. No wiecie… a to. Sylwester. Znienawidzony przez Wiedźmę Wronę Pożartą dzień nadszedł. I ugryzł ją w dupę. Boleśnie. Tak w ogóle to huknęła się o drzwi, ale wiecie, metafora odpowiednia być musi i tyle.

Oczywiście, że zaczęli walić jak tylko było to możliwe prawnie, ale jednak… przy tak nikłej ilości ludzi i to było zbyt dla niej wiele. Wzdrygała się, drgała, podskakiwała, wszelako rąbała się głową w podsufitkę, sufit, czy jakiekolwiek tam miała story… Szkoda im jej było, więc Mikołaje wzięli ją pod swoje ramiona i zaprowadzili na dół. Tam, gdzie miejsce było raczej tajne, mało kto właził, jeszcze mniej ktokolwiek chciał włazić. A tam wzięli ją obroty ci z Rosji. Północnej i mroźnej. Yamal Iri – „White Elder” ludu Nentsi, Ded Moroz, którego najlepiej znała…  Chyskhaan, „Bull Man” ludu Sakha z Jakucji i ona… Matka Zima… Tugeni Eneken Evenków i ludów tundry. Był też oficjalny obecny Święty Fiński, bo czemu nie oraz młody Pokkaine Karelianów. I tak jak ona nie piła nigdy, tak teraz miała wszystko gdzieś i łykała z każdej podstawionej szklanki, kubka czy spodka. Nie miała już w sobie ni nadziei ni oczekiwania i wiedziała, że czeka na nią zbyt wiele…

I myślała zbyt wiele o tym, by tego nie przeżywać.

Ale Pan Tealight nie mógł pozwolić sobie na to by ją stracić.

Wiedział, że zrobi wszystko jeżeli tylko wszystko będzie konieczne. Jeżeli tylko będzie taki przymus, on będzie gotowy i będzie tutaj czekał. A potem zaatakuje wszystko i wszystkich… a gniew Przedwiecznego, który w końcu dostaje coś tak dziwnie nowego, a co ma mu być odebrane, jest czymś największym, najgroźniejszym i najbardziej potężnym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dobra córka” – … powala. Po prostu. Tym doborem osobowości, oną dopracowaną fabułą, wszelakimi badaniami, jakie musiała przeprowadzić, różnorodnością… opisem.

Wszystkim!!!

Piszących doprowadza do szału tym, że musi być cholernie poukładaną autorką, bo u niej każde zdanie, każdy szczegół jest lub był ważny, lub będzie. Musicie czytać uważnie, zresztą nie możecie inaczej, bo powieść wciąga od początku. Jest brutalna, ale też i prawdziwa odsłaniając to, co w człowieku najgorsze, najbardziej przerażające… miłość mieszającą się z nienawiścią. Pasję, ale i pragnienie życia. Odwagę oraz zbrodnię i karę. Tutaj jest wszystko!!!

Nie możecie ominąć tej powieści nieważne, czy kochacie te obyczajowe, społeczne, czy też wyłącznie kryminały i thrillery. Nie możecie.

Serio nie możecie, nie warto!!!

Kabelek

Znaczy wiecie, wieje. I dobrze, że wieje, bo bez wiania nie ma prądu, a kabelek jest tak rąbnięty, że długo naprawa potrwa. Albo, jak mój śmieciarz, co to primaballerina jest i brudu się boi, choć przecież nie miałam w worku jakiś dziwactw, śmieci nie zabrał. Wredna, podła istota. Wiecie, może jak on wszyscy robotę olewają. Bo tam… po co komy prądy jakieś, no po kiego?

Ech… co do pogody, to znowu wielki wiatr idzie. Chyba szpilki ma, bo jakoś tak dziwnie idzie, ale nic to. W końcu każdy ma prawo do jakiejś takiej wiecie, no modowej odwałki. Jak chce niech se nosi, ale najpierw nauczy się chodzić, bo jak tak się zwali na Wyspę, to dobrze nie będzie. Już i tak tutaj dziwnie potrafi wiać: poziomo i pionowo, skrzyżnie i rozwarto, na boczki i bez boczków. W planach pogodynki mamy deszcz, wiatr i słońce na nowy rok, więc… rozrzutność pełna!

A tak w ogóle to straszny dom sprzedali w Gudhjem.

Jak ktoś wie, to ten taki zarośnięty obok Kurnika. Właściwie w lecie to była góra zieleniny i zarośnięta, biała skrzynka. Tak naprawdę przez lata się zastanawiałam o co chodzi, bo to oplecione było tak, że nie dało się podejrzeć, a przeca tyle robactwa tam musi być, że pierun wie, jeszcze jakaś homoseksualna modliszka na mnie wyskoczy, a ja swój łeb lubię. Nie chcę się go pozbywać. Zresztą… jak tak bez głowy. Ale mniejsza, jak ktoś kojarzy, to kojarzy, jak nie to nie… dom sprzedany, ale… i tu jest pogrzebany nie pies, a cały troll, że ona działka przylega do tej najdroższej chyba na całej Wyspie. Oczywiście biorąc pod uwagę przestrzeń, umiejscowienie, wielkość i w ogóle… więc raczej, no wiecie, więc raczej podejrzana sprawa. Czyżby dziwna starsza para, która naprawdę ma gdzieś kasę i sprzedaż, a zwyczajnie chce się zabawić i jest spoza Wyspy, miała nowy plan. Wiecie co, coś mi się zdają intrygującą parą staruszków. Widać mają swój sposób na emeryturkę i co jak co, ale na pewno są elementem intrygującym do wykorzystania w jakimś filmie, książce, czy chociaż komiksie…

Oooooo… komiks był super!!!

Za to koniec roku…

Tia… wszelakie posty w mediach życzą wszystkim najlepszego i tak dalej, a ja co? A ja w to nie wierzę. Czy cudze życzenia się spełniają? A co jeśli ich najlepsze nie jest najlepszym dla mnie? W końcu wiecie, specyficzna jestem. LOL

Na pewno 2017 pozostanie rokiem łodzi podwodnej!!!

Teraz, po znalezieniu wszystkich cząstek biednej ofiary i zamknięciu wciąż nie do końca świadomego tego, co się wydarzyło naukowca… dziennikarze chcieli zarobić. Wiecie, każdy chce ugrać kasy. W planach mieli felietony częste wydawane w formie książeczek, które pewno z czasem zostałyby zebrane w jedną księgę i wiecie, sprzedane ponownie, bo przecież to takie „fajne”. Na szczęście ludzie jakoś masą ruszyli, no i wiecie, poszły woły po betonie. Felietonów nie będzie. Ale podejrzewam, że tylko na razie. No wiecie, najlepiej zarabiać na cudzym bólu. Ech… Oj pewno, że lubię czytać kryminały i gdy wyjaśnią wszystko, zmienią imiona i porobią cały ten miks… no i minie trochę czasu, to czemu nie, ale tak na świeżo? Tak brutalnie od razu? I to jeszcze w kawałkach, widocznie i brutalnie rzucając w ślepia innym: chcemy kasy za cudzą zbrodnię, cudzą pracę, czyjeś śledztwo, innych pracę… to serio kijowy pomysł.

Co poza tym?

Hmmm… nowy stary borgmester, całe utarczki polityczne i chłodniejsze w końcu lato oraz wielkie opady zmywające wszystko poza grzechami milionów. No i afera z pływającymi domkami, ale babka dała nogę, oszukała jeszcze kogoś po drodze i tyle. Na razie śledztwo wisi i dynda mu wsio dobrze. Niektórzy to kurcze zarabiać na innych umieją. Ciekawe jak po tym sypiają? Pewno dobrze, bo podobno ludzie sporadycznie mają coś takiego jak wyrzuty sumienia.

No i odnalezienie nowego runestena… który w rzeczywistości był tu od zawsze wmurowany w kościół w Knudsker. To takie dziwne odkrycie. Ale podobno najbardziej ukryte to, co na widoku. Muszę go obejrzeć. Chociaż całkiem możliwe, że już go widziałam, ale nie wiedziałam, że nie jest w rejestrze.

No to niech ten nowy… a zresztą, jak sami nie weźmiecie się do roboty to nic nie będzie. Numerki nic nie zmienią poza dołem na urodziny, tudzież wiecie, tym co się na wadze pokazuje. Bleh!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i To już chyba koniec… została wyłączona

Pan Tealight i Niezauważanie…

„To właśnie starała się robić.

Niezauważać.

Nie widzieć kończącego się roku, czasu zapierdzielającego tak szybko, że podejrzewała w tym kolejny spisek światów, słońca wiszącego w dziwnym miejscu, jakby pochylonego, choć to przecież niemożliwe i w ogóle… po prostu starała się nie widzieć całego tego innego shitu, który obrazował się dookoła niej. Kolejnych wyciętych krzaków i drzew, ziemi spływającej, bo nic jej nie trzyma i oczywiście zmian. I tego, że wciąż była w czarnej, wielkiej i pryszczatej dupie i zabrakło jej baterii, ale też… wschodu słońca, który udało się jej złapać.

A przynajmniej tak o niej myślał Pan Tealight.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wydaje się, że zima to takie dziwne, śniące i pełne wydumanego hygge przeczekiwanie ostatnio tutaj. Przeczekiwanie od wiatru do wiatru. Od jednego szaleństwa do drugiego. Słońce świeci po naszej stronie właściwie tylko przez kilka godzin od ósmej do pierwszej, a potem przychodzi zmrok i tyle. No chyba że załapiecie się na wschód słońca, ale w tym roku nie ma różowego nieba, nie ma onych kolorów…

Nie ma.

Ludzie się chowają. Coraz mniej ich wychodzi, jakby tracili nadzieję, ale nie wiem na co, bo przecieæ tutaj się spaceruje niezależnie od pogody, a może… a może to właśnie się zmieniło? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Za bardzo się ich boję. Przeraża mnie i listonosz i to, że babka roznosząca gazety musiała akurat stanąć tuż przy moich drzwiach. Pewno nie miała w tym żadnego powodu, ale jednak, oto mój fear factor. Zbyt banalny dla normalnego człowieka, może denerwujący dla tych lubiących porządek. Dlatego mieszkam na wyspie. problem w tym, że to jest Wyspa! Stworzenie opętujące cię mackami i zmuszające do ciągłego macania, bycia pośród drzew, wszelkiej natury, a nie tylko wietrzenia…

Nie ma…

A jednak ostatnio wszystkiego jakoś mniej. Niby gazety podają o nowych nagrodach, które zdobył ktoś od nas, niby wszystko okej, nowe książki, pomysły, ale przecież wiem, że to znowu wszystko będzie trwało sezon. Jedni pojadą do Kopenhagi i tam znikną, inni znowu nagle stwierdzą, że nienawidzą gotowania i przeniosą się na Wyspy Owcze krasnale ichnie doić. Bo tutaj można. Doznać nagłego oświecenia w wieku bardzo pośrednim i po prostu stać się kimś innym. Czasem mi się wydaje, że oni wszyscy tutaj są płynną masą, nieukształtowaną. Zdolną przyjąć każdą postać i być każdym, a jednak…

Przecież to nie powinno być możliwe?

A może tutaj jest?

Może to jednak z tych rzeczy, których jeszcze nie wiem, albo, których nie jestem w stanie przyswoić do swojego zbyt zastałego łba? A może zbyt lubię to, co mnie pasjonuję i nie widzę się w roli kucharza? Yyyy… nienawidzę gotować!!!

No ale nic.

Mamy zimę!!!

Tia… mamy zimę i 7 stopni, albo i więcej, czasem trochę mniej, ale przymrozki poranne się skończyły. Właściwie w ogóle nie ma śladu po jakimkolwiek zimnie. Wpakowałam się z morze i rzekę i powiem wam, że gdyby nie wiatr i fale, to zwyczajnie można pływać. Temperaturka całkiem całkiem. A ten biały piasek tak kusi!!! Hihihi!!!

Ale mamy zimę.

W sklepach już sprzątają święta, choinki zaraz znikną, tylko się obrócę, no i wiecie, będzie po. Zacznie się styczeń i będzie dziwnie. Jak zwykle gdy wszyscy ci wmawiają, że zaczyna się coś nowego, a ty wyglądasz przez okno i wszystko jest po staremu. Stary znajomy wiatrak i biały dom, znajome żywopłoty i ścieżki i jeszcze te drzewa… no dobra, tutaj są zmiany, ale to już ludzkie porąbaństwo. Jak mogą nie myśleć?

Mogą…

No dobra. To zima. Spora część ludzi pracuje wyłącznie w sezonie, więc teraz mogą odpocząć. Mogą wyjechać na wakacje, w ciepłe kraje i tak dalej. Ale większość zostaje. Chyba? A może w rzeczywistości mimo zapewnień rządu już zamieniliśmy się w letniskowy kurort, w którym poza sezonem mieszkają wyłącznie psychiczne odludki, krasnale, trolle i gnomy? No i jeszcze ten Olbrzym, nie zapominajmy o Olbrzymie! Wiecie, ten co kulami wiatru rzuca i woli jednak mniejsze wysepki, więc siedzi na Christiansoe.

Zima zimą… ale czy w ogóle będzie jakiś śnieg? Mróz i szczypanie? Bo ja bym chciała wiedzieć. Bo mnie korci Norwegia zaśnieżona, nic to, że za Finlandią, no ale. Krci mnie to wszystko. Czy pojechałabym, gdybym miała odpowiednią kiesę? Tak. Wiecie, żeby pomacać śnieg, najeść się go i zmarznąć porządnie. Bo ja muszę. No taki typ!!! Oczywiście, że wiedziałam iż tutaj rzadko się zdarza śnieg, ale potem był 2009 i 2010 i jeszcze ten śnieg w marcu chyba pięć lat temu?

A może cztery?

Nie pamiętam…

Mam przydział na śnieg, niczym odcinek na kartce żywnościowej, więc kiedy dowiozą do Dagli czy Kvickly, bo raczej nie do Netto?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niezauważanie… została wyłączona

Pan Tealight i Różowy Rowerek…

„… a może zwyczajnie stracił duszę?

Bo przecież nie mógł go ktoś ot tak odstawić pod lampę tam, gdzie Tejn się kończyło i zarazem zaczynało. Gdzie wielka tablica oznajmiała początek i koniec. Może i wszystkiego? Może każdej jazdy? Życia?

Klatki?

Stał tak chyba od połowy roku. Prawdopodobnie pojawił się w okolicach posezonowych, ale nikt nie był pewien. Wiedźma Wrona Pożarta przyuważyła go spacerując zbyt daleko, Pan Tealight dowiedział się od Smoka z Komina, a Wiedźmy z Pieca chciały go koniecznie zabrać do siebie. Ale jak go tak po prostu wziąć, gdy nic nie mówił? Może jeszcze ktoś po niego wróci? Może tylko zapomnieli? Może odłożyli, chcieli załadować, ale w tym pośpiechu… został. I już nie wierzył, że po niego wrócą. Pasował do Sklepiku. Był niepotrzebny.

Nikomu.

A jednak nie spieszył się z nimi.

Wciąż czekał, jakby nie chciał odchodzić z tego miejsca, jakby naprawdę je lubił, może widok mu odpowiadał? A może po prostu nie chciał wciąż uwierzyć, że już się skończyło. Te jazdy z górki, które wprawiały w lot jego szprychy i grube opony, ozdoby na kierownicy i koszyczek, który nagle zniknął. Siedzenie było zwykle mokre, ale czasem, czasem wydawało się, że wciąż ktoś tam siedzi.

Pan Tealight odwiedział go czasami.

Nieczęsto, by nie poczuł się nazbyt nagabywany, ale też niezbyt sporadycznie, by czuł się zapomniany… a oczy przejeżdżających obok kierowców już przestawały go widzieć. Zima, której nie było, ale jednak wyznaczała czas, zdawała się przykrywać je czymś na kształt rozmywającej mgły… A może to było tylko i wyłącznie przyzwyczajenie? Wiecie, nic nowego. Ot kolejna, porzucona na Wyspie dusza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rowery…

Oj tak.

Ale nie w wietrzne dni. I nie, wcale nie ekologia, czy jakieś sporty… nic z tego. Najczęściej podjeżdżają pod sklep oddalony o kilka kroków by kupić jedną bułkę własnym samochodem tracąc więcej czasu i energii na dojazd, wyprowadzenie auta, rozgrzanie go… niż to wszytko warte. Serio. Oj oczywiście, że są namiętni sportowcy, ale…

Mało ich.

Tak, to Dania, ale bez przesady.

Po pierwsze brak u nas wszędobylskich chodników, po drugie przechodniów, których można by rozjeżdżać i wiecie, jak w Disneyu, odznaczać ich na karoserii? Znaczy na błotniku no… Tutaj jednak odległości dobijają. I targanie gratów ze sklepu oddalonego o kilkadziesiąt kilosów to raczej kiepski pomysł. Szczególnie pod wiatr. Bo sorry, ale dziwne przekonanie, że Wyspa jest płaska, to kłamstwo. Nie mam pojęcia skąd się wzięło, jeśli mamy tutaj takie fajne nachylenia, że ho ho ho.

No ale.

Nie spróbujesz wszystkiego, jeśli siedzisz tylko w jednym miejscu. Na przykład wyłącznie smażysz się na Dueodde. No sorry, ale tak się nie da. Chociaż można. Łazić po płaskim, poza wydmami, obejrzeć latarnię, połazić po brzozowym i iglastym lesie, powdychać onego aromatu cudownego, soczystego, bursztynowego. Popatrzysz sobie na nowobudujące się lokacje dla wybrednych letników, czy też Niemców, którym tak bardzo chce się tutaj osiedlić. Bo wiecie, oni to kurde na wszystko zdają się wszędzie mieć dyspensę. A agresywni są jak jebane owczarki… wiem, przejechali się po mnie jak po łysej kobyle, a tylko przechodziłam. Oberwało mi się za słuchawki w uszach i nie bycie na wiekuiste oddanie rasie panów – a byłam na spacerze, tudzież we własnej robocie, bo szłam po zdjęcia…

Cóż… widać takie czasy. No przecież ci urodzeni w Polsce, to wiecie, gorszy rodzaj chleba. Bardzo glutenowy…

Spacerek…

Niby nie ma słońca, wieje i choć dziwnie ciepło, to jednak zimno, ale idzie człowiek. Bo jak tu nie iść. Usiedzi w domu bez chodzenia z dzień, maks dwa i już go nosi!!! No jak opętanie jakieś, mówię wam, chyba większości to dolega, bo ludzie lezą… gromadnie, rodzinami, mimo wiatru… po prostu.

Wyłażą z pieleszy, zakładają czapki i szaliki i idą. Na skały, w ruiny, w krzaki, między owce, które tam mają to wszystko gdzieś i wciąż między skałami, gdzie trawka ślicznie zielona, a skałki różowiuśkie i białe i ceglaste takie, a nawet srebrzyste… i te niskie, karłowate drzewka, takie słodkie. I znowu owce, niczym ruchome kamienie, niczym ciche, ale jednak intrygujące byty. Im pewno ciepło, ale czy w uszy? Bo je to mają odkryte, a może jednak należałoby zdziergać jakieś nauszniki? I coś na te kopytka… choć na pewno one wiedzą lepiej co im tam się podoba, czy nie. Mają miejscówki z widokiem na morze i zachody słońca, mają słodką trawkę z nutką soli, wodę mają ze źródełka… wolność i od czasu do czasu ludzi do pooglądania.

A może i podglądania?

Bo przecież one patrzą!!!

No serio, patrzą. A czasem jak tak idą szlakiem, jedna szarawo-biała, druga czarno-srebrzysta, to zdają się bardziej turystami niż Turyścizna. A jak tak idą traktem wiecie asfaltowym, oną drogą, która tylko dla wybranych jest nakolna, to człek se myśli, że bardziej tu pasują niż wszystko inne. Takie są…

Normalne.

Piękne nawet. Nie tylko zabawne, nie tylko wglapiające się w żrącego herbatniki osobnika i dziwnie się pod wąsem uśmiechające, ale przede wszystkim, jakoś tak cudownie zwyczajne. Takie… dobre. Nie żeby je ktoś lizał, czy gryzł, ale naprawdę dobre, choć czasem jak tak się patrzą, to wiem, że jak coś zbroję, to zwyczajnie zeżrą mi wątrobę i już. Bez oporów i wszelakich abominacji. Serio. Zeżrą, obliżą się i krwistymi pyskami zawyją do słońca… znaczy do księżyca… Choć dziś na przykład było słonko. Znowu dziwne, za niskie, źle obrócone, ale jednak było…

Niezapowiedziane.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Różowy Rowerek… została wyłączona

Pan Tealight i Niewiadome…

Pan Tealight stał w oknie Białego Domostwa i spoglądał przez okno na wrzącą rzeczkę, pełną zbyt wielu wód, kłócących się, mieszających, wrednych miejscami. Na one drzewa ogołocone, próbujące się buntować pod uderzeniami mocnego, sztormowego wiatru, ale wiedzące, że lepiej się ugiąć. Na wiatrak, na skały, na most i Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, kulącą się, szybkim krokiem zmierzającą w jego stronę – woda już zaczynała wrzeć na herbatę – Wiedźmę, która ostatnio jakoś tak stawała się coraz mniejsza i mniejsza i jeszcze bardziej mniejsza. Nie żeby chudsza, po prostu jakby zanikała. Wiecie, na krańcach się rozmywała… jakby wtapiała się w ziemię, pochylała, tuliła sama do siebie. Jakby to wszystko było zbyt wiele, a przecież był to jej czas, kochała Grudzień… czekała na niego cały rok.

Nie, Wiedźma Wrona Pożarta nie była w nastroju, w ramach filmów świątecznych oglądała „Koszmar z Ulicy Wiązów”, a za najbardziej świąteczny obecnie uznawała… „Die Hard”. Było dziwnie, było źle i nikt nie wiedział co z tym będzie dalej. Bo ostatniego dnia Grudnia szczerze nienawidziła, prezenty już rozdano, więc…

Co dalej?

Tak stał w tym oknie, patrzył na nią powolnie kroczącą, dziwnie niezmagającą się nawet z wichurowym wiatrem, który od kilku dni kolebał Wyspą. Jakby wcale wiatr się jej nie imał. Jakby nawet wiatr bał się jej tknąć. I może rzeczywiście tak było? Pan Tealight siorbnął herbatą chcąc dodać sobie otuchy i… postanowił chwilowo o tym nie myśleć. Miał na sobie swoje nowe skarpetki i jakoś taką nadzieję, że jednak jakoś to wszystko się ułoży. Że naprawdę dadzą radę…

Ale czy był tego pewien? Na małym stołeczku, tuż obok dużego, kamiennego kominka, który pojawił się w Wigilię… siedział sam Grudzień, tak w sobie zagubiony, że aż strach było spytać się o resztę miesięcy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Jestem śmiercią” – … schematycznie. Ale bez boja, to w końcu cykl, któraś z kolei książka… kurcze sporo ich było? Bliżej już dziesięciu, czy ta jest dziesiąta, a może siódma? Ci sami bohaterowie, kolejna zbrodnia. Jak zwykle autor krwawych zabaw dobiera się i do naszych gliniarzy, czyli po staremu.

… więc dlaczego to czytam? Bo zastanawia mnie co jeszcze można wymyślić, by zabić. Jak jeszcze można kogoś torturować, wiecie, na własny użytek. No i ile razy mogą jeszcze użyć słów w typie: w życiu takiej brutalnej zbrodni nie widziałem. Bo bez obrazy, ale poprzednie były gorsze. Do tego poniżenie jednostki, przewidywalność… a jednak to czytam.

Lekki masochizm?

A może po „Geniuszu zbrodni” nadzieje mi wzrosły? Że tak będzie już zawsze? Wiecie… no ale nie jest. Nie znaczy też, że jest jakoś źle, po prostu rutyna, schemat, dość kiepskie pisanie, ale dobra policyjna robota, słabe wczucie się w postacie ofiar, znowu dwuliniowa narracja oni i on, wkurzające krótkie rozdziały kończące się ZAWSZE jak serialowe odcinki w miejscu, w którym napięcie osiąga najwyższy pułap… i po co to? Ino brak podkładu muzycznego: TADA DA DAAAAM!!!

A treść. No wiecie, jak zwykle seryjny psychol.

I tyle.

Domyśliłam się kogo powinni szukać po pierwszych stronach…

Wieje

I kapitany nam zygzakują!!!

Wiecie, nie oszukujmy się. Na pewno armatorzy wiedzą, że balansują na granicy niebezpieczeństwa, ale jednak muszą płynąć. W końcu to TEN okres w roku, w którym niczego się nie wybacza. Nawet jeżeli zarzygają całą łajbę, trzeba płynąć. Nawet jeśli obsługa dość będzie miała tego sprzątania, trzeba płynąć. Nawet jeśli kapitan ma dość i uważa inaczej… trzeba płynąć.

Na szczęście tym razem podobno kapitanowi udało się nieźle pozygzakować pomiędzy trzymetrowymi falami. Cóż. Nie oszukujmy się. Nie oznacza to, że wycieczka była przednia i ogólnie mówiąc… smooth. Było strasznie, wyboiście i skocznie, ale jednak mogło być gorzej. Tak naprawdę… oczywiście, że zygzakował, umieją to, człowiek na pokładzie to czuje… ulgę, że przynajmniej tej fali nie zaliczył. Ale też nie zygzaknie każdej. W końcu trafi się taka, dzięki której przepraszasz, że żyjesz… ale przecież nie możesz nie popłynąć. Niektórzy muszą. Czekają na nich rodziny czy praca…

Muszą.

Wbrew naturze.

A może wbrew Wyspie, która nie chce ludzi puścić? Kto ram wie? W tym czasie, w takich warunkach wszystko może się zdarzyć i naprawdę wszystko może nagle zamilknąć. Prawda jest taka, iż mimo sztormu od trzech dni, czy nawet czterech już, promy pływały przez cały czas. Na szczęście nic się nie stało, ale szczerze nie polecam pływania w taką pogodę. No ale jak trzeba, to co zrobicie? Trzeba i tyle…

Aaaaa… wieje. Zapomniała wspomnieć, że wieje? Po tygodniu ciszy wszelakiej wietrzycho jak się patrzy. Targa ścianami, miota oknami, dudni po dachu. O tak, z tym dachem to szczególnie ma ubaw. To brzmi… brzmi serio, szczerze… brzmi, jakby ktoś chodził po dachu. Ktoś grubiutki w wielkich butach. Może i ma zaprzęg reniferów, może i ma sanie, wkurza się na brak śniegu, ale ma swoją magię, więc co mu tam. Poradzi sobie. Tylko czemu tyle łazi. Powinien wiedzieć, że Dania, to kraj często bez kominów. No sorry, takie te ekologie mamy!!!

Prezentów nie będzie?

I już mamy jeden Christmas Miracle

Pijany jeszcze nastolatek wjechał w ścianę. Bez urazy, ale pewno znowu powiedzą, że szkoła go nie wychowała i tak dalej. Że nie miał co robić… ble ble ble. Mam dość. Dziewczynka, która za ścianą spała na szczęście sama wygrzebała się z gruzów. Ale wiecie, dziewczynki pewno jak drzewa, źle stoją, albo coś…

Ogólnie mówiąc, bo zapomniałam, od piątku czy soboty chyba nie mamy prądu. Znaczy Szwedzi w natarciu, znowu coś pomodzili z kabelkiem. Jedziemy na jakimś dizlu i wietrze. Chociaż inni znowu mówią, że coś spalamy innego… tutaj prawdy nie dojdziesz, a nawet jeżeli, to PR Duńskiego Kraju od razu przemieści wam komórki w ich odpowiednie spojrzenie na świat. Wiecie co? Naprawdę wieje. I wydaje się, że wcześniejsze badania dowodziły, że taka ilość wiatraków – a przybyło ich ostatnio – jest w stanie wyżywić w energię całą Wyspę, a teraz nagle podają, że nie?

Komu wierzyć?

W nocy chyba w końcu coś zaczęli kombinować – bo oczywiście Szwedzi pracować w święta nie będą – bo nagle wsio się wyłączyło. No dobra, jakiej nocy, siódma jakoś była i ciemności prawdziwe ogarnęły ziemię. Człek od razu dziwnie radośnie do tego podszedł, że wiecie, do pracy iść nie będzie musiał. Potem se przypomniał, że go zwolnili i zrobiło mu się dziwnie, potem, że do końca miesiąca ma jeszcze pociągnąć… więc znowu problem, a potem to już nie mógł człowiek zasnąć. W ogóle spanie i te wiatry, ech. Nie współdziałają kompletnie, ale to w ogóle.

No a potem mewy się rozwrzeszczały, co było jeszcze dziwniejsze, bo nie dość, że o tej porze roku robią to sporadycznie, znaczy prawie w ogóle nigdy, to na dodatek tak po ćmoku? Przecież one śpią.

Co się stało?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewiadome… została wyłączona

Pan Tealight i Świątecznie…

„Właściwie, to obchodzili co się dało. Wszelakie święta, podświęta, holidejsy i inne tam wakacje. Serio, jeśli tylko była okazja, to starali się z niej korzystać. Torty i ciasteczka, pieczenie, girlandy, światełka… Białe Domostwo było miejscem, które nie dbało o konwenanse, normy i tradycje i świętowało sobie co tylko chciało i co było na stanie. Czy księżyc malał, czy rósł, czy słońce sterczało na niebie, czy jednak nie. Po prostu. Za wszelką cenę chcieli próbować być szczęśliwymi, podnieconymi bardziej zdrowo, wszelako sprezentowanymi, ale…

… słabo im wychodziło.

Jedzenie jeszcze jeszcze, wiecie, to w końcu jedzenie, a większość Wiedźm z Pieca, Królewien i Księżniczek lubiła zajadać smutki, ale cała reszta. Cóż, Zimowe Święta oczywiście zwykle były tymi jedynymi, które jakoś im wychodziły. Był nawet stół dla tych, którzy umieli siedzieć przy stole i grzecznie jeść używając sztućców. Inni, jak Wiedźma Wrona Pożarta albo siedzieli pod stołem robiąc sobie fort z koców i ręczników, albo chowali się po kątach. Niektórzy nawet uciekali do lasu, ale zwykle zabierali udko kurczaka, czy kawałek szynki lub sernik. Albo makowiec. Oj tak, makowiec cieszył się, oczywiście z powodu swoich walorów silnie i przejmująco narkotycznych, szczególną estymą…

Zimowe Święta tym razem były naprawdę bardzo niezimowe. Śniegu nie było, wiatr dął i buczał, jakby próbował robić za kolędników, ale wiecie umiejętności w sopranie miał słabe, a ino barytonem, czy basem, to tak przyciężko trochę. Do tego wszelaka wilgotność, no i te ciągłe niepewności chmurzane, które raz wypuszczały słońce, raz zapodawały ciemność całkowitą… wszytko było jakieś takie dziwne.

I niestety zapowiadało też dziwny rok…

Tak Dziwny Rok nadchodził.

Właściwie, to już go widzieli, już sterczał za rogiem w słomkowym kapeluszu, wielkich okularach przeciwsłonecznych w kształcie gwiazdek, z tęczowymi oprawkami, zaprasowanych na kant portkach od garnituru i lakierkach, ale też i bluzeczce na cieniutkich ramiączkach, z różową falbanką dookoła dekoltu. Był blondynem, ale też miał siwą brodę. Z jednej strony wstydliwy, jakby wiedział, że przecież to niegrzecznie tak wtrążalać się w miejsce tego, który jeszcze trwał, ale z drugiej grał głośno przy tym na złotej trąbce z koralikami, więc…

Tak… Dziwny Rok nadchodził.

I dzień, którego Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę nienawidziła. Serio, chyba najbardziej ze wszystkich dni i było mu z tego powodu naprawdę głupio.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pustka…

Oj tak.

Idzie sobie człek miastem, a ono puste i wilgotne. Na ulicach nikogo, w oknach nikogo, czasem tylko gdzieś jakiś krasnal się znajdzie. Ozdoby są, ale raczej sporadyczne, szczególnie w mieście. Oczywiście poza spożywczym sklepy pozamykane, bo czemu nie. Turyścizna? Chyba uciekli już na początku jesieni, widząc oną całą deszczowość. Dlatego spokojnie można się wybrać na miejski spacer. W końcu droga czarna, ubita, byle by nie zbaczać z szosy. Lepiej wybrać pobocze i to ono wylane asfaltem. Naprawdę… niby ciągnie człowieka na skały i w głąb lasu, ale jednak wie, że buty tam na pewno zgubi. Masa nowych jeziorek, stawów i strumieni się pojawiła. Wielka masa, a wszystkie szumią i się wodospadują…

Dźwięki o tej porze roku dziwnie się zmieniły.

Kupi se człowiek czekoladę i zaszyje w domu myśląc o tych, co to na pewno siedzą na onych Majorkach i innych tam Ibizach. Bo oni lubią ciepło. Oj tak każdy Tubylec tutaj zdaje się namiętnie kochać ciepło. Dziwne to trochę.

Takie nie moje…

A tymczasem na niebie cieniutki paznokietek księżyca i wszelakie oczekiwanie na nowy rok. Ciekawe co przyniesie, ciekawe jakie będą znowu nadzieje, ciekawe… A może raczej przerażające? A może raczej bardzo straszne?

Nie wiem.

Czy bać się tego nowego, czy po prostu olać kalendarze? Bo wiecie, to wszystko tak naprawdę, to pic na wodę. Przecież jedni mają kalendarz taki inni taki, jedni pamiętają o tym, że kiedyś go zmieniono, inni znowu mają wszystko gdzieś i chcą zabawy. A co do zabawy, no tak… u nas też można kupić te wkurwiające strzeliwajki, ale wolno je odpalać tylko przez krótki okres czasu. Przynajmniej dobre i to, ale… nie każdy słucha. Oj nie. Przecież to byłoby za proste, czyż nie? To jak z kupami wiszącymi w woreczkach plastikowych na na drzewach. Kurna ludzie, w lesie można kupę zostawić, weźcie ją zakopcie, zakryjcie liściejami, dacie radę, ale nie… jebany woreczek. Gówno na chodniku oczywiście zostawią. No ba!!!

Może w przyszłym roku zaczną ludzie myśleć?

Nie no! Nawet moja pełna fantazji głowa w to nie jest w stanie uwierzyć.

Oj nie.

Zima…

Nie ma.

Serio, chyba odwołali. Jak nic musieli odwołać, bo przecież nic nie ma. I za ciepło i za mokro i bez śniegu i w ogóle. Ale chyba nie załapałam się na ten afisz co to oznajmiał. Za to na ten szczurzy się załapałam. A tak, znowu mamy plagę szczurów. Mówię wam bestie wielkości kotów. Oczywiście koty mają je gdzieś, zresztą, nie dość, że kastraty, to lecą na tych prochach i karmie z pierniczonego worka, więc zapomniały…

… a może też mają to gdzieś?

Jak wszyscy wszystko?

No mniejsza, przylazł facet, obudził całą chatę i zaczął łomotać nam w rynny. Podobno pozakładali jakieś pułapki, trutki, pierun wie co. Ciekawe czy to zadziała i czy nie zaszkodzi moim ptaszkom?!! Bo wiecie, ptaszki są ważne. Wciąż jeszcze mają jakieś jagódki na gałązkach, jakieś jabłuszka do spożycia, a robali na polach no masę całą. Ino siedzieć i patrzeć jak sobie mewy i wrony łażą i tupią i wiecie, łapią one robale, co to wylazły zaskoczone onym nagłym hałasem. Pewno wypełzły wściekłe chcąc powrzeszczeć na imprezujących sąsiadów, no ale spotkał je koniec bardziej konsumpcyjny… i to bez popitki!!!

Mówię wam ubaw roku. Po prostu niesamowity pokaz natury.

Ptasiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świątecznie… została wyłączona

Pan Tealight i Macacz Choinek…

„Dzień to był najważniejszy, ale i noc ważna przed nim, gdy coś się dziać zaczęło przed domem i pod nim. Niby wszyscy spali, nikt nie zarabiał czuwaniem, ale coś takiego, powinno przecież przerwać ich spanie…

A jednak nie, nic się nie stało.

Całe stadko Białego Domostwa spokojnie sobie spało. Jednym śniły się koszmary, całkiem ulubione, innym znowu radosne opowiastki, więc byty te były bardzo przerażone! Jedni się kręcili, jedni pod kocami spali, inni mieli gniazdka, jeszcze inni na gołym bytowali. Wiecie, jak komu pasowało, no jak komu się chciało… temu kołdra, pierzyna, tamtemu i w skarpetach było mało… Jedno było wspólne, że noc już była ciemna. Czas był na odpoczynek i zabawę dzieci cienia.

On wkradł się cicho, jakby pewien, że nikt go nie nakryje. Stąpał niczym kot jakowy, a może i tygrysik? Miał na myśli jedno, jedna gnała go potrzeba, by wiecie ją pomacać, by dotknąć, bombki poprzewieszać.

Bo on by Macaczem Choinek.

On był onym jedynym.

Choinki o nim wiedziały. Czy wierzyły jednak w niego? Cóż, był trochę mały… Oto i była nocka. Oto i był ten czas, a jednak ona się nie bała, choć pierwszy miał być to jej raz. A Macacz? Cóż nigdy nikt go nie złapał, choinki w lesie się nie broniły, więc czemu miał se nie zmacać tej, co wyglądała tak miło. A że była w budynku, toż nie pierwsza taka jego przeszkoda, goni go przecież pragnienie…

… czy choinkom może być szkoda?

Ale biedak nie wiedział, że ta, na którą się czaił. Macana być nie chciała i przyszykowała się na jego napaść. W prawych gałęziach igły, podkradnięte od Wiedźm, w lewej zaśmiała noże i widelczyków pęk. Gdy krzyk rozdarł ciemność, właściwie nic się nie stało. Nikogo to nie obudziło, wiecie, krzyk dla tych bytów to mało. Szmery i nieoczywistości, to mogło serio przerazić, ale krzyk oznaczał koniec, więc snów nie mógł urazić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Słońce i cisza…

Taka jest ostatnio Wyspa. Dziwna, co nie? Nawet w sporadycznych kolejkach ludzie się nie drą, nie wyrywają sobie ostatnich modnych owocków i tak dalej. Jedni zmęczeni, jedni smutni, właściwie zadowolonych, radosnych brak. Nie mam pojęcia dlaczego w tym roku tak bardzo to widać. Za to wiem, że się myliłam… Kvickly jednak zrobiło przecenę na 4 dni przed świętami! Gratulacje! Jak ktoś wytrzymał, to ochłapy dostanie. Jak ktoś nie zakręcił się wcześniej, to bierze co jest… widok pani idącej z pudłem srebrnych bombek serio mnie rozczulił…

Ale niestety słońce.

Wiatr ma nadejść dokładnie w Wigilię. I będzie i wietrznie i mokro, śniegu się nie przewiduje. I to w ogóle. Straszna perspektywa. Jadąc nocą przez środek Wyspy widać ciemność, tylko gdzieś tam w oddaleniu gaardy się migocą. Ale tylko niektóre są naprawdę ubrane. Tylko niektóre są jeszcze jakoś takie… ciepłe, ludzkie i wszelako mocno jakoś tak domowe. Jakieś takie żywe…

Ale na razie…

… czekanie na wiatr i kąpanie się w ciemności, w końcu to 21szy grudnia. Mój ukochany dzień. Ciepły, choć wiatr sprawia, że jakoś tak mocno podwiewa człowiekowi i to i tamto, a może po prostu potęguje to mój własny stres? Pierun wie, ale dziwnie jest nadal. Smutno jakoś tak. Stoję przy drzwiach sklepu i widzę dziecko tulące wielkiego jednorożca, którego nie dostanie pod choinkę… Fajnie by było móc tak kupić wszystkie zabawki i oczywiście podrzucić 24tego wszystkim coś. Tym, którzy zostają tutaj, którzy naprawdę mieszkają na Wyspie. Przez cały rok. Najczęściej niegrzeszący nadmiarem finansów, najczęściej oczywiście starający się, no ale…

Dziwny ten czas.

Ludzi nie ma na ścieżkach, nie ma ich na sporadycznych chodnikach, jakby Wyspa nagle się wyludniła i to bardziej niż zwykle. To serio zaskakujące. Nie żeby przerażające, ale atypowe. Jakby coś… a może zwyczajnie większość do morza zmyło? Może? W końcu cały czas woda gdzieś stoi. A nad morzem, nad morzem baja. Fale wyrzuciły spore, lekko mleczne kryształy, aż chce się je wyszlifować i spojrzeć do wnętrza onych „diamentów”. Ale jakoś krzemieni mniej… szkoda…

Brakuje mi krzemieni.

Wybraliśmy pooglądać świat i chyba wciąż istnieje. Ludzi mało, mniej niż niewiele. Ostatnie prezenty pakują im w sklepach. Nielicznych. No dobra, widziałam to w jednym sklepie, więc się nie rozpędzam. U nas w Gudhjem w końcu wszystko pozamykane. Nie oszukujmy się. Ceny w spożywczym takie jak dla Turyścizny, a cała reszta to jakaś mrzonka. Wkurza mnie to, ale co można zrobić… tylko iść do lasu. W lesie pustki i samotność, podmokłość wszelaka i różnokształtne pnie. Wszystko wilgotne, omszone, wciąż jeszcze pełne liści, w większości brązowych. Jakby świat wcale nie dotknął właśnie zimy, a dopiero rozwija jesień.

Jakby…

Cisza, spokój… czy przed burzą?

A kto to wie?

Tutaj burze zdarzają się i ciche. Tutaj nawet jeżeli coś słychać, to powiedzą, że nie słychać, więc… ale czy tylko tutaj? Pewno nie? Przecież cały świat to jedno bagienko. Bagienko, po którym trudno się spaceruje. Bardzo trudno. Aż się boję jak wyglądają te ścieżki nadmorskie. Czy w ogóle jeszcze istnieją? A może tym razem woda z Wyspy zniszczyła część siebie? Nie fale. Nie morze. Nie ten ogromny, potężny, cały przestwór wodnistości, ale ona sama?

Kto to wie? Wot… natura…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Macacz Choinek… została wyłączona

Pan Tealight i Niewytłumaczalny Stukot…

„Tu nie chodzi  to, że zaskakujący.

Nawet nie o to, iż nieoczekiwany, bo bądźmy szczerzy, ten świat, który zawierał Pana Tealighta i Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki… no jakoś tak przyciągał wszystko to zaskakujące, nieoczekiwane, mało wytłumaczalne, dziwne, prozaicznie pokręcone i wszelako pomięte, zawsze zwichrowane, ale jednak jakoś takie logiczne, choć może i nie do końca, więc…

… więc te stukoty w Białym Domostwie nie powinny były ich jakoś tak intrygować. Nawet właściwie powinny być pominięte, a jednak… a jednak tak się nie działo. Właziły wszystkim w życie, przeszkadzały w moceniu, mądzeniu i magicznych utensylii tworzeniu, no i przede wszystkim… przede wszystkim w spaniu. A przecież zima nadchodziła. Właściwie prawie już tu była.

A może nie PRAWIE.

Może w tym roku wcale jej nie będzie i stąd te stukoty?

Oznajmiające wszelaki bunt przeciwko ciepłu, deszczowości, wilgoci i oczywiście braku śniegu! Przeciwko braku zimliwości, oblepionych puchem drzew, wszelakich pól pełnych skaczących snestormów i jeszcze… jeszcze sopele… A może to były one? Wiecie, podobno Wiedźma Wrona Pożarta miała gdzieś w podziemnych podziemiach hodowlę sopeli. Podobno ją miała, ale nikt jej nie widział, a ona miała wielkie opory by się dzielić jakąkolwiek informacją, więc… może to one tak stukotały i skrzypiały, dźwięczały lekko, podzwaniały…

Ucichły w końcu, więc pominięto je milczeniem. Ale… może jeszcze się objawią? Może to wszystko był tylko początek czegoś nowego i strasznego? A może strasznego tylko i starego? Albo… starego tylko, chrupkiego bardzo i nie do końca pewnego swoich praw i obowiązków względem… A może tylko im się wydawało?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Słońce i padający śnieg przypominający maciupkie perszingi, które roztapiają się nim dotrą do ziemi… oto i przejaw zwyczajowych dziur w niebie. Serio. Inaczej nie da się tego opisać. Szarość, ciemność, a tu nagle bum i słońce i śniegodeszcz perszingowy. No ja nie wiem, dziwne to wszystko.

Jak na razie Wyspa cicha, spokojna i dziwnie mokra. Wciąż nie może się zdecydować czy to zima czy wczesna wiosna. Czy w ogóle będzie bardziej mroźnie, czy wiatr wróci, czy cisza nas kompletnie zaleje? Pierun wie. Wiadomo jedno, że nadal strasznie mokro. Na ulicach pustki, chyba że jedziemy do stolicy, to tam ludzie będą. W amoku szukają czegoś, co w sporej części sklepów już pochowano. Ponownie. Świąt nie będzie. Co zabawne, od jakichś dwóch lat nie ma już fajnych przecen na świąteczne rzeczy, nie ma upustów, oj nie… oni po prostu chowają rzeczy na przyszły rok.

Wyjmą je w tej samej cenie za 11 miesięcy i tyle!!!

Niektóre rzeczy wyjmują już od trzech lat – patrz saneczki.

Nie wiem co się dzieje, ale śpiewanie w Gudhjem jest. Twardo chodzą, stroją okna i śpiewają. Oczywiście po i przed napitkiem. Dla dzieci coś słodkiego. Jakoś śpiewanie to naprawdę ważna sprawa w Danii. Nie wiem czy pomiędzy onymi wielce modnymi osobnikami z Kopenhagi, ale tutaj u nas, to raczej seryjnie. Musi być na każdym spotkaniu i granie i śpiewanie… Przeraża mnie to trochę. Taka otwartość balowania. Dużo picia. Olewanie bezpieczeństwa na drodze.

Samobójstwo młodego chłopaka.

Cisza…

W jakiś dziwny sposób tutaj święta to częściej wycieczka w ciepłych krain objęcia, niż coś więcej. Może i rodzinnie, ale często rodzinnie łamanie, bo która rodzina jest jakaś składna, trudno policzyć. Większość rozwodnicy, druga część znowu w ogóle olewa związkowanie się, on rozrzuca plemniki, ona ma dzieci kupkę. Jakoś tak dziwnie… nikomu to niby nie przeszkadza, ale tak naprawdę, gdy wsłuchacie się w głosy cichsze, tych starszych, ale i młodszych, akceptacja nagle niknie. Za to przychodzi czas i miejsce na kolejnego psychologa, może i psychiatrę? Co jak co, ale dla dzieciaków Wyspa to raj, dla młodzieży na pewno ciężkie przejście.

Chociaż mi by się podobało…

Cisza…

O tak wielu rzeczach się nie mówi, że aż czasem brak tematów. Więcej, o tak wielu rzeczach się donosi, że… no wiecie sami. Niby człowiekowi wciąż się zdaje: no jak tak można i dlaczego nie donieśli na psa sąsiada, który obsrał chodnik… ale wiecie, każdy ma priorytety, co nie? Ostatni głośna sprawa to muzyczka z kontynentu. Wylali ją w efekcie onego doniesienia. I wywalą z Danii.

Cisza…

Może właśnie dlatego ci ludzie wolą po prostu załatwiać sprawy poprzez media? Ale przecież też tylko napiszcie, że kawa i ciasto za darmo, a przylezą całą rodziną i rodzinami pokrewnymi. Trudno ich rozgryźć. I ono hygge, z którego są tak dumni, a w rzeczywistości, to przecież zwyczajni ludzie, więc…

Cisza…

Lepiej milczeć. Milczenie serio tutaj jest lepsze. Wkurza Tubylców, ale jednak jest lepsze. Chociaż czy zawsze? Ech… mówię wam, że ten czas w tym roku jest jakiś dziwaczny i mocno pokręcony. Dodatkowo święta wypadają w weekend, więc mała Wigilia i Wigilia wtapiając się w i tak wolne mocno dołują. Może o to chodzi?

Może…

Ale ciiii…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewytłumaczalny Stukot… została wyłączona

Pan Tealight i Lujdog…

„Wiecie, no te kontrowersje!!!

Wielkie, wszelakie, wciąż się pojawiające dla każdego, biegnące w stronę każdego i wszelako się kłębiące. Nie wiedziałeś kiedy w ciebie to uderzy. Nie wiedziałeś, czy w ogóle, ani w jakiej formie. Po prostu niczego nie wiedziałeś. Mogłeś się spodziewać, ale pewności nie miałeś, żadnej. Nie dziwota, że bali się wszyscy, nawet ci magiczni mniej lub bardziej. Bali się o swoją reputację… nawet ci, którzy dawno ją już zgubili, zszarganą, podartą, brudną i zmamloną… Wiecie, może mieli nadzieję, że ją znajdą i odnowią. Nie takie rzeczy już się działy na tym świecie.

No i wszyscy wierzyli w cuda – mniej lub bardziej jawnie, mniej lub bardziej może i podświadomie… a w tym czasie przecież cuda miały specjalną moc i mnożyły się jak szalone. Wystarczało wstać wcześniej z taką siatką niby na motyle, ale uplecioną z włosów staruszki o bezzębnym uśmiechu i błękitno-wodnistych oczach, no i po prostu… złapać sobie jednego, dwa, a może i naście.

Ile się dało…

Ale tym razem chodziło o Mikołajów.

Ono wielkie zgromadzenie żyjące w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi. Razem z Panem Tealightem postanowili jednak nie odzierać tego czasu z jakiegoś „mikołaja” i po prostu stworzyć swojego. Nazwali go Lujdog. Co było dość logiczne i było nazwą wymyśloną przez Wiedźmę Wronę Pożartą… która to nazwa wprawiała ją w dziwacznie rechotliwy nastrój… A przecież wystarczało myśleć po duńsku. Naprawdę, nic w tym trudnego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Obserwator” – … eh eh eh no. Po pierwsze tytuł, sugerujący w tym tłumaczeniu całkiem coś innego, po drugie oni nie do końca bohaterowie, po trzecie ten styl pisania…

A po czwarte?

Nie wiem.

Książkę zwyczajnie czyta się ciężko. Rozrzucona dziwnie fabuła, wątki, które splatają się wyłącznie linią krwi, dziedzicznością… w końcu nie wiesz o kim jes ta opowieść? Czy o ojcu, który jest złym rodzicem, o jego rodzinie, próbie odkupienia win? Czy o prześladowcy, który może wszystko, czy jednak o dziewczynie? Bo wszystko na raz jakoś tak męczy i więzi. Dziwnie gubi człowieka, nie pozwala się wczuć w emocje żadnej ze stron. A potem bomba na koniec i… właściwie o co chodziło? Odkupienie win? Zemstę? Jak można po czymś takim żyć względnie normalnie? Jak można? I ona niewiara w policję obecnie nagminną mi się wydająca jeśli chodzi o literaturę angielską.

Nie wiem…

Naprawdę nie wiem co myśleć o tej powieści.

W sklepach powoli znikają świąteczne produkty. Nie żeby ludzie wykupili, po prostu je chowają, więc jeśli jeszcze czegoś wam brakuje nie liczcie na PostNord, jedźcie, płyńcie, zdobywajcie co tam potrzebne. Albo błagajcie tych, co mają zamiar przypłynąć na Wyspę na święta. Sorry, sklepy nie zapewnią wam nawet podstawowych elementów czy to chodzi o wystrój, czy jedzenie. Tłok oczywiście, jak wszędzie… ale nic to, przecież to ten tydzień, tydzień przed…

Znowu będą śpiewy dookoła choinki, prezenty i jedzenie. Znowu spacery i ogólne lenistwo, albo nadganianie roboty, zależy kim jesteście. Znowu będą choinki, oczywiście tylko do 31go, więc na te też łapcie się póki są. Na szczęście wiatry trochę odpuściły, więc może nie odlecą do 24go?

Może?

Bo w końcu tutaj wszystko się zmienia w przeciągu sekund. Niczego nie możecie być pewnymi. Przykro mi bardzo. Wiatr może nadejść nagle, nawet gdy jesteście na spacerze, nawet gdy się go nie spodziewacie całkowicie, nawet gdy dopiero był i miał sobie pójść i zostawił kartkę, że nie wraca… Ale jeśli jesteście dość odważni, albo jak ja zdesperowani, spragnieni lesistości i wszelakiej dziczy, to możecie wpaść. I to dosłownie. Serio, jeżeli chodzi o spacery, czyli naturalną potrzebę Tubylca, jest źle. Jest trudno i całkiem niebezpiecznie. Nasycenie gleby błotnistą wilgotnością jest maksymalne. Wszystko wciąga, ciamka, miejscami woda na ścieżkach rozlała się w głębokie, szerokie jeziora i potrzebujecie płaskodennej łodzi. Inaczej nic z tego. No chyba, że lubicie kombinować jak ja i skończyć ślizgiem dupnym bocznym, wpadając w błocko…

Wiecie, każdy lubi co innego!!!

Ścieżki przybrzeżne się sypią i naprawdę je odradzam, te wewnątrz Wyspy przerażają nie mniej. Może nie skończycie w morzu, ale nogę skręcić można, a głupio tak w ten, ekhm, radosny czas, co nie?

Na śnieg nie ma co liczyć.

Smuteczek, ale nic dziwnego. Poza tym pamiętnym rokiem 2009 i 2010… śniegu mamy zwykle co na lekarstwo. Dlatego tak bardzo zaskakuje, że Wyspa dostała od Europejskiego Czegośtam dotację na wybudowanie wyciągu narciarskiego i tego tam całego ustrojstwa. Co jeszcze bardziej mnie szokuje, to to, że wyciąg ma działać wyłącznie w ten jedne – tak bardzo często jeden jedyny – dzień, w którym temperatura spada poniżej zera!!! Nie ma onej zielonej nawierzchni, po której pojeździć można sobie w inne pory roku, tudzież innych cudactw, które pozwalają na zabawy na nartach i innych tam jeździdłach. Sorry, nie znam się na tym, ale o tym zielonym wiem…

… więc jak to jest z tymi dotacjami? Są tylko śmieszne, czy ino dla znajomych znajomych oraz krewnych Króliczka?

Nie jeżdżę.

Narty nigdy mnie nie pociągały, więc na zawsze to pozostanie dla mnie tajemnicą. Podobnie jak wciąż rozświetlone pole minigolfowe pod kościołem w Østelars. Nikogo na nim nie ma, ale kilkadziesiąt lamp świeci się jak lotnisko dla Ufoków. A może potajemnie w podziemiach przeprowadzają tam jakieś eksperymenta? Wiecie, Wyspowe X-Files? Tutaj wszystko jest możliwe.

Przerażająco często…

Na razie rozejrzyjmy się dookoła.

Pola są zielone, zwierzątka często jeszcze po nich pląsają, ptaszki trelują, wrony przechadzają się po plażach nie zważając na wodę, temperaturą ni wiatery wszelakie, na fale i lekko woniejące wodorosty, ino im drinków z palemką brakuje, serio… władcy świata. Ogólnie mówiąc pogodzie bliżej wiosny, choć nie mówię, że ciepło. Oj nie… czasem jak zawieje… ale na razie przecież cisza. Cisza dziwna, cisza przed jakąś burzą. Jak zwykle, bo po ciszy przychodzą burze, nie lubią przychodzić tak po sobie, bo wiecie, odbiera to im moc sprawczą, no i durnie tak występować burzy po burzy… lepiej po ciszy, większe wrażenie robią wtedy na odbiorcach i fanach.

Ale na razie… cisza…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lujdog… została wyłączona

Pan Tealight i Choinka Pana Tealighta…

„Wszyscy znali historię Pana Tealighta i Tej Choinki. Wiecie, jego pierwszej miłości, której szkielet wciąż gdzieś zboczek jeden przechowywał, tak przynajmniej podejrzewała Ojeblik – mała, ucięta główka. Ale gdy jest się Przedwiecznym i ma się tyle możliwości: światów, wymiarów i czasów… wiecie, łatwo mu było ukryć wszystko.

Ale nie Tą Nową.

Szeroką w biodrach, dołem rozłożystą.

Zieloną i świeżutką… pachnącą, lekko wilgotną w odpowiednich miejscach, kołyszącą się, gdy tak podskakiwała na swoim, obutym w coś błyszczącego i świetlistego, pieńku. Miała mała grację w sobie, no i wcale, ale to wcale nie była mała, serio. Gęste gałęzie, jeszcze gęstsze, lekko puchate igły, no i oczywiście ona prostota trzonka. Po prostu była idealna!!! A do tego ubrana ze smakiem. W ten, najpopularniejszy chyba w tym roku zestaw srebrzystości, złota i białych kwiatów gwiazdy betlejemskiej.

I to prawdziwych!!!

Miała lampki, ale nie ciągnęła za sobą kabla, gdy tak tańcowała w te i wewte za Panem Tealightem. No uczepiła się go jak ów mityczny rzep psiego ogona. Wiecie, rzep psiego ogona, że ten ogon go wyhodował… no proste, co nie? Mniejsza. Bombeczki miała oczywiście szklane, matowe i błyszczące, brokacone i nie, do tego i gwiazdki i koniki srebrzyste i jeszcze śnieżynki, a na samym czubku oczywiście sławetny, choinkowy czubek, ale u niej… u niej widzicie to było coś pióropuszowego, coś jak srebrzysto-złoty ptak, paw a może i nawet feniks? I nic z niej nie spadało. Nie łańcuchy, niczym one piórzyste boa sławetnych tancerek i piosenkarek, wodewilowych strojniś… ni cudownie cięte i czesane włosy anielskie, które Księżniczki i Królewny próbowały jej podebrać. Zresztą nie oszukujmy się, Wiedźmy z Pieca też!!! A jednak, jakby wszystko na niej odrastało, nic a nic nie traciła na swojej idealności, choć jak nic cięta była…

Równiutko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem zaświecie słońce…

Naprawdę.

Pośród onej wietrzności, wilgotności i wszelakiej szarości, czasem otwierają się wrota niebios i wyłazi słońce. I świeci. Może i dziwnie, ostro i boleśnie, pokrętnie niezimowo, wrogo nawet, ale jednak świeci. Może nie daje ciepła, ale i tak ciało od razu zwraca się w jego stronę… Ale nie świeci na wszystko, nie. Raczej tworzy specyficzny tunel, na którego brzegach czają się szarości przyciężkie i wszelakie śnieżyce, burze wietrzności, opady i sztormy. Chmury opuszczają się na moment, ale zaraz wracają odbierając niebu oną chwilową błękitność, a ziemi zielonkawość wszelką.

Naprawdę czasem świecie słońce.

Naprawdę…

Na żywopłotach przysiadają ptaki, głównie wrony, bo to przecież wciąż ich czas. Grzebią tu i tam. Prężą się i stroszą pióra dzielnie stawiając czoła, grzbietu i ogona wiatrom. Może i czasem wiatr nimi trąca, może i nawet nimi buja, może jedną i drugą potrąci nawet, ale jednak, wciąż drepczą. To po polu, to przy wiatraku, to znowu na plaży, bo w końcu wilgoć sprawia, że robale są wszędzie, ale… plaża jednak ma swoje zwolenniczki. Mimo wiatru, mimo zdarzających się ludzi, czują się na onych porzuconych wodorostach świetnie. I jak pięknie wyglądają. Głównie wrony szare, jakby czarne jednak nie gustowały w morskim żarciu – może poczytały o zawartości plastiku w sushi? pierun wie – odbijają się od wyrazistego dywanu wodorostów. Przepięknej mieszaniny kolorów, pośród których zdarzają się wszystkie barwy i odcienie…

Kurtyna chmur, dołem szaro-błękitna, górą biaława, niczym gigantyczna fala z grzywaczem lekko ułagodzonym… podnosi się i znowu coś pada. Tylko co? Czy to deszcz, czy śnieg? I znowu wychodzi słońce i przez chwilę wszystko jest takie pełne. Otrzymujecie w jednej chwili całą masę przejawów pogodowych.

Bo tak…

I znowu niebo się otwiera, a teraz zamyka… i znowu pada.

Człowiek się ogaca jak tylko może, bo wiecie, ogrzewanie drogie, więc trzeba starymi sposobami. Na cebulę. A szczególnie gdy się tak siedzi przy kompie, to po prostu ciągnie od ziemi, w szczególności. A tak, od ziemi. Wiecie, tutaj nikt nie dba o izolację, bo przecież wsio ma oddychać, a więc pleśnieć. Ciekawe ilu z tak zwanych migrantów zaskoczonych jest ilością pleśni na Wyspie? I jej różnorodnością. Na pewno moje zatoki jak nic stały się specjalistami…

I znowu niebo się zamknęło i znowu otwiera…

Może to i śnieg, ale tak mokry, że trudno się rozeznać, a wiatr szczypie w co tylko może. P prostu idealnie. I ten dziwny zapach w powietrzu. Taki domagający się ognia i wszelkiej wysuszalności. Znam go z bardzo dawnych czasów. Po prostu pradawnych. Ale w końcu tutaj tak niewiele się zmieniło od dawności, więc może nic w tym dziwnego? I znowu niebo się zamyka i chyba już nadejdzie zmrok. O czwartej. Bo czemu nie. Teraz czas na świece. Bo przecież w końcu ma być hygge, nawet jeśli nie jest…

… to na pokaz ma być.

No nic to… święta idą, choinki nadal stoją… może trochę poruszone, może naderwane wiatru strzępem, wszelakie świąteczności w tym roku bardzo cichsze, bardzo dziwnie pogrzebowe, ogólnie mówiąc dziwny smuteczek. Ale damy radę. No przecież kurna trza oddychać!!! Nie ma innej opcji. Może jednak spadnie śnieg? No weźcie no, niech spadnie, choć troszeczkę, choć na tydzień, choć dużo, bardzo dużo, zasypie, zamuli, przykryje i już nie wypuści spod pierzynki śnieżynek…

Ekhm! Tak wiem, nie każdy pewnikiem ma takie wariacje niekoniecznie seksualne. LOL No co? Śnieg mnie kręci. Naprawdę. A Wyspa obsypana śniegiem jest po prostu marzycielsko nie do ogarnięcia. Po prostu masywnie przytłaczająca pięknem. Jedyna. Cudowna i zniewalająca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Choinka Pana Tealighta… została wyłączona