BIBLIOTEKA CIENI

Czy mam się bać książek?

„Teksty bez czytelników nic nie mówią. Potrzebni są czytelnicy, a wtedy książki mówią, oj mówią. Ba one wręcz śpiewają, szepczą, krzyczą…”

Żeby pojąć mnie i mój obecny oraz natarczywy strach przed książkami, który pojawił się po lekturze „Biblioteki cieni”, należy sobie uświadomić, iż książki są w moim życiu wszędzie. Tworzą meble, ściany, wypełniają każdy zakątek myśli. Tak więc gdy nagle uświadomiłam sobie potęgę czytania, przeraziłam się…

A wszystko za sprawą Mikkaela Birkegaarda.

„Biblioteka cieni” jego autorstwa, gdy tylko pojawiła się w zapowiedziach Wydawnictwa Świat Książki, od razu wzbudziła w moich znajomych natrętną chęć posiadania owej książki.

Wizja świata, w którym istnieją Lektorzy zdolni czytać tak, że człowiek całym sobą, każdą cząsteczka swego jestestwa przeżywa opowieść, słucha – co dziś jest taką rzadką cechą… zaintrygowało czytających namiętnie. Ale historia o dziwnym ugrupowaniu, które może oddziaływać na innych, czytać w myślach, gdy tylko podmiot badanych przeliteruje słowa, wpływać na ich punkt widzenia, sposób myślenia, postrzegania świata… to wpłynęło i na tych, którzy nagminnie nie czytają.

Sama na szczęście nie musiałam długo na nią czekać.

Autor, Mikkael Birkegaard, właściwie nie robi nic nowatorskiego. Ot powraca do magii zapomnianej przez wielu. Magii czytania. Tej umiejętności tak przecież niedawno niedostępnej dla większości (o kobietach i czasie stosów nie wspominamy). Gorzej, umiejętności, której brak w naszym życiu, według najnowszych doniesień, może powrócić. Rzuca w nas strachem atawistycznym, gdzieś drzemiącym w śmieciowym DNA. Strachem przed słowem pisanym. Z jednej strony oferuje nam Lektorów-nadawców, ludzi, którzy czytając są w stanie wyczarować nam książkowy świat i to nie w sposób, w jaki autor chciałby go przedstawić, ale tak jak my sami chcielibyśmy go widzieć. W sposób, który najwspanialej by na nas wpłynął. Ale pośród Lektorów są i odbiorcy. Ci, którzy spoglądając na czytającą osobę są w stanie nie tylko przesłać jej obrazy, podejrzeć myśli, ale też skłonić by dana osoba coś zrobiła. Wszystko piękne i cudowne, ale… każdą umiejętność można wykorzystać i w złym celu. I tak pojawia się Bractwo cieni. To Lektorzy, którzy pragną wykorzystać swoje umiejętności w czysto politycznych rozgrywkach. Ci, którzy chcą się przekonać, czy mogą myślą i słowem panować nad całym światem. Ludzie, którzy uznają siebie samych za panów i jedynych słusznych władców, sędziów, rozjemców. Posiadaczy prawdy…

Cały ten świat obserwujemy wprost z „Libri di Luca”, antykwariatu, którego właściciel właśnie zmarł. A może jednak został zabity? W ten specyficzny, rządzący się swoimi prawami wszechświat wrzucony zostaje syn właściciela. To on będzie naszymi oczami. Naszym przewodnikiem po tajemnicach Lektorów, ale też niewiadomą. Bo życie tego młodego prawnika z Kopenhagi, od początku go nie rozpieszczało, wprost przeciwnie. Mimo sukcesów w pracy, zawsze odczuwał w sobie pewien niedosyt.

Czy antykwariat, tajemnice, prawdziwie sensacyjna historia jego przeszłości i ludzi, którzy zawsze byli gdzieś w pobliżu, może wyjaśnić wszystko?

A może lepiej byłoby nie wiedzieć?

Książka od początku nabiera niezłego tempa i mimo pewnych przewidywalnych momentów, mnie przeraziła. Pozbawiona nadmiaru faktów, niezbyt skrupulatna w opisach w zasadzie opiera się na manipulacji czytelnikiem. Odbiorcą, który od razu zaczyna postrzegać siebie jako stronę dobrą lub złą. Jako tego co czyta, lub wkrada się w przestrzeń osobistą, swoiste sacrum innych. Jako człowieka, który czytając wystawiony jest na atak innych. Nerwowo zaczynamy się rozglądać i powoli uświadamiamy sobie, że ciągle czytamy. Znaki drogowe, opisy, karteczki, etykiety…

Tak naprawdę, PRZEZ CAŁY CZAS JESTEŚMY SŁYSZALNI, GORZEJ, GŁOŚNI!!!

Przez cały czas nasze uzależnienie od słowa pisanego, ta cudowna rozrywka, może pozbawiać nas nie tylko prywatności, ale co więcej, sprawiać, że nasze myśli i decyzje, nie będą naszymi.

„Wyobraź pan sobie, że wszyscy dokoła czytają bez ograniczeń (…) Słowa i zdania fruwałyby w powietrzu jak płatki śniegu w zadymce (…) Zmieszałyby się ze sobą, posklejały w niezrozumiałe frazy, podzieliłyby się, żeby potem znów się łączyć w całkiem nowe akapity i w nowe rozdziały. Oszalałbyś pan, próbując znaleźć sens w czymś, co żadnego sensu nie ma…”

Czy czuliście coś takiego kiedykolwiek?

Nie?

„Dlatego, że pan nie słuchasz, nie słuchasz naprawdę. A gdy się nauczysz słuchać jesteś zgubiony. Będziesz musiał do końca żyć z głosami z książek, obojętnie czy chcesz, czy nie. Nie będziesz mógł wybierać. Najpiękniejsze wiersze, superpowieści i takie gówna jak to, nad którym siedziesz, będą na ciebie napierać i zatruwać powietrze wokół ciebie…”

Czy umiecie słuchać?

Problem „Biblioteki cieni” to jednak końcówka. Muszę się przyznać, że odczuwam pewien niedosyt. Trochę mało tutaj skandynawskości, a nawet duńskości. A jednak… strach pozostał. Bo autor umiejętnie porusza w czytających pewne struny niepewności. Przypomina im o ich sile… ale też przeraża jej mocą. Podchodząc do pierwszej powieści Duńczyka nie spodziewałam się takiej zwięzłości i braku psychologicznych rozważań. Nie spodziewałam się tego tempa, niczym kolejki pędzącej po uliczkach Kopenhagi, by zaraz doprowadzić mnie do Aleksandrii i Egiptu. Ani tego, że owe rozważania, niczym podprogowe oddziaływanie, dopadną mnie po zakończeniu lektury. Może to ów ścisły, na co dzień obcujący z komputerami, umysł autora-programisty? A może jednak osobiste przeżycia Birkegaarda, który pracował nad tą powieścią przez 5 lat, sprawiły, że trudno przejść po tej lekturze do codzienności wypełnionej książkami.

Trudno… bez owej myśli – uważaj, ktoś słucha.

Czy na pewno?

„Biblioteka cieni” Mikkel Birkegaard, Wydawnictwo Świat Książki 2011.

Jedna odpowiedź na „BIBLIOTEKA CIENI

  1. Pingback: I świat się biesi… | Chepcher Jones

Dodaj komentarz