Pan Tealight i Wiedźmy Obyczaje Poranne…

“Nazbyt przedwczesnym, raptownym wytrysku omamem, byłoby… no nazwanie wybudzenia owej krępej osobowości, tylko zwyczajnym. I choć jakże wielu zdaje się próbować doszukać w jej ruchliwości owego znanego, bezpiecznie im znajomego czegoś, motania, mycia, szemrania i szurania, jęków i kwęków, to jednak… nie w tym momencie. I nie żadnego innego ranka. Tudzież pory innej, ale zbieżnej zawsze z pierwszym dziennym Obudzeniem Wiedźmy Wrony.

Bo wtedy nie tylko coś milkło i coś wybrzmiewało, nie tylko coś się otwierało i zamykało, nie tylko coś zrzucało z siebie ostatnie łuski i piórka, ale przede wszystkim coś, lub ktoś, choć to naprawdę koszmarna wizja… pociągało nosem z przekąsem. Znaczy gluty zjadało pewno, może i smakowe był? Wiecie, niektórzy tak mają, a przyznać Wiedźmie Wronie trzeba, że nie dyskryminowała nikogo poza normalnymi, nadmiernie dorosłymi i tymi, co zwyczajnie byli głupi.

Co do reszty… Wstawała różnymi nogami, lekko zaciągając się małą, czerwoną poduszeczką, którą wyrywali sobie wzajemnie z pewnym brzoskwiniowym misiem. Ogólnie mówiąc najpierw opadała na podłogę, która znowu zaczynała oddychać, cichutko usypiała potwory spod łóżka – bardzo sprasowane… a potem obchodziła dookoła Chatkę. Dokładnie i respektując przestrzenie życiowe wszystkich mieszkańców – chcianych i tych mniej chcianych i tych, których właściwie nie chciała widzieć i oni o tym wiedzieli, oraz tych, których nie chciała widzieć, ale wredni byli i ekshibicjonistycznie nastawieni. Budziła ściany i dach, budziła przestrzeń zwaną Strychem Zakazanych Uciepleń – odkrywając tam jak zwykle coś nowego, ale wciąż jednak nie podejmujac się wizji lokalnej, budziła Udhusowe Zagmatwanie, Ogród Zielony i Szopę i Miejsce Wielu Wiatrów. I oczywiście Łazienkę, w której Bulgot o fluktuującej osobowości zewnętrznej domagał się jak zwykle uwagi.

Siebie nie budziła. Choć budzili ją pewnie inni, albo próbowali. Raczej zasypiała. Może tak naprawdę dopiero teraz zasypiała? Któż to mógł wiedzieć? Bo tak naprawdę obserwowalne były tylko jej zewnętrzne obyczaje poranne. Te muskające wszystkie cudowne Ołtarzyki i poruszające Dźwięczącymi Szureczkami, wyganiała nadmiar duchów i przekładała Knotowe Strażniczki. Lekko poruszała poduszką swojego ukochanego, jedynego Chowańca, dokładnie sprawdzając co mu się śniło, a potem ładując ją nowymi, umiejętnie pokrętnymi wizjami na kolejną noc. Poruszała jego kołdrą i wygładzała wszystkie utrudnienia, usuwała zmagania i zwyczajnie, po prostu starała się ułatwić mu trochę codzienność. Na swój dziwny i pokrętny sposób. Potem brała swoje dziwne, żółte lekarstwo, potem białe, potem jeszcze zestaw tęczowy, a w międzyczasie, który następował gdzieś bliżej początku owej wyliczanki… myła ten owieczkowy jeden kubek, jeden nocny talerzyk i jedną srebrzystą łyżeczkę.

Bo tak po prostu musiała i już!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Głębokie rany” – … ich zaskoczenie. Znaczy pierwsze zaskoczenie jest takie, że powieści tej autorki pojawiają się u nas jakoś tak niezbyt chronologicznie. W tym tomie nadkomisarz von Bodenstein ma już córkę, a w życiu komisarz Kirchhoff jest mężczyzna. Ten niesamowity, który ją rozumie, choć sam też ma niezbyt unormowana życie. Dlatego lepiej poustawiać sobie powieści w chronologicznej kolejności, bo śmiesznie wychodzi. Ale jeżeli planujecie przeczytać tylko tę powieść, nie sięgnąć po „Śnieżka musi umrzeć” czy „Przyjaciele po grób”, to wiecie, nie ma to znaczenia. Jednak ostrzegam, że jakoś nie wydaje mi się, żebyście poprzestali tylko na tym tomie. Bo opowieść jest intrygująca, wciągająca, mroczna, niebezpieczna i pasjonująca. Głównie dlatego, że dzieje się w świecie, którego nikt nie podejrzewałby o takie zbrodnie!

Niewielkie miasteczka, wielkie fortuny, pokręcone pragnienia, zemsta, chciwość, sława i chwała… ale co kryje się pod nią? Jakich czynów dopuścili się ci, którzy obecnie opływają w dostatek? Bo to oni giną. Starsze osoby o specyficznej, powiązanej ze sobą przeszłości, która prowadzi nas do Polski okresu II wojny światowej i Prus Wschodnich. Do tajemnic tak dawnych i tak szokujących, że trudno je sobie wyobrazić… Jednak, czy uda się złapać mordercę nim zginie kolejna osoba?

Nele Neuhaus prowadzi narrację dość specyficznie. Z jednej strony to nadkomisarz zdaje się być głównym bohaterem, z drugiej zachowana zostaje równowaga pomiędzy jego życiem, specyficznym… cóż, darem rodzinnym, a pogmatwaną osobowością Pii. Z jednej obserwujemy ich drogi życiowe, z drugiej otrzymujemy ogromną dawkę wiadomości o owej części Niemiec. Tak naprawdę najbardziej fascynujący dla mnie jest właśnie ów rys psycho-socjologiczny. Nie sama zbrodnia, ale okoliczności jakie skaże swoją obecnością. Owi ludzie jakże arystokracyjni, owe podziały, światy zamknięte na tak niewielkim obszarze. Neuhaus wie jak wciągnąć czytelnika w opowieść i nigdy nie pozostawia go wyłącznie z jednym winnym.

Dla niej zbrodnia to cała makatka wrażeń, postaci i pragnień.

Śnieg pada. Wirują w powietrzu płatki, tańczą ze sobą, ocierając się o siebie ramionami bezmyślnie tworzą nadzwyczaj pokrętne światy. Pełno w nich postaci, które nie znają swojego miejsca na owej dziwnej, własnej ziemi i bohaterów, którym zabrakło celów, smoków, a z dziewicami, to już kompletnie skrewili. Ale cóż, oprzeć się potędze młodości i myśleć o przyszłości… ej, to niezbyt wykonalne! Na śniegowych światach mieszkają same stare księżniczki, oraz magowie, co mają bzika na punkcie krupniku. W herbie niektóre mają cebule, a inni czosnki, jedni wielbią bóstwa z nieznanych, ciepłych otchłani, inni znowu wierzą tylko w wielokrotne zaziębienie.

Płatki nie zdążą nawet dotknąć powierzchni Wyspy. Żaden z nich nie spada w swojej pierwotnej formie, by obielić drogi i zielone, dziwnie pokrętnymi, fałszywymi się teraz zdające, trawniki. Stworzone światy rozbryzgują się jak bańki mydlane natrafiające na zbyt nieforemną powierzchnię. A same płatki… cóż, obmyte wciąż ciepłym oddechem Pani Wyspy, zwyczajnie się rozpuszczają jeszcze w powietrzu. Ale wciąż walczą! Każdy z nich zdaje się przybliżać coraz bliżej i bliżej i bliżej i nawet jeden osiadł na ułamek mrugnięcia oka prawego na zielonej łodyżce… ale zniknął.

Płatek kamikadze, ten od boskiego wiatru zdołał przycupnąć na zatopionej w swych wronich rozmyślaniach, nader czarnej wronie. Trzymał się tam we względnej całości przez okres dwóch pomysłów ptaszka na rozbicie lekko nadgnitego orzecha. Wszystkie oczywiście uwzględniały uczynność Chatki Wiedźmy i ogólny hałas. Jednak gdy wrona, ta nader czarna i wietrznie odporna dotarła do trzeciego pomysłu… płatek zmienił się w kroplę, która powoli spłynęła po piórach grzbietu do ogona, a potem zniknęła wtapiając się w najwyższy płatek kory, w najwyższej części najwyższego drzewa – znaczy się wiecie, najwyższego tylko w tej niższej okolicy.

A jednak mimo owego niskiego procentu przetrwalności, znaczy no równego właściwie prawie zero, ale zawsze lepiej to brzmi… płatki śniegu wciąż wirują, jakby ten, co je tam dziurkuje w górze miał jakiś horror vacui, czy coś. Trzyma ten horror, na pewno w postaci niewielkiego pudla, dobrze przystrzyżonego z kokardką na lewym uszku i odzianego w zabawny płaszczyk z kapturkiem, przy sobie i zwyczajnie jakoś tak, no doprawdy nie może przestać.

Rozumiem go, nadzwyczaj dobrze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.