Pan Tealight i Objawienie…

„Za każdym razem, gdy następowało rozdźwięczała się pokrywka na pordzewiałej, pokrytej wielokrotnym łataniem i mało dyskretnym urokiem grubo nakładanej emalii, patelni. Dźwięczała tak mocno, jak wielkie było… owo Objawienie. Tym razem zaczęła wieczorem od lekkiego podrygiwania. A miała być jajeczniczka z cebulką i serkiem, wszyscy się nastawili na ucztę i w ogóle, nawet Smok z Komina. W końcu zrobiły ją własnomitlnie Wiedźmy z Pieca i nikt nie pytał jak, na czym i właściwie to po ile, i po kim były owe jajca?

No mniejsza… Patelnia doznała właściwie okolicznych palpitacji od rączki po rozkołataną powierzchnie smażącą. Nikt nie chciał do niej podejść, nikt nawet nie myślał o tym, by zrobić cokolwiek, przywalic ją workiem cementu, zalać lukrem i zwyczajnie nakarmić jakieś niegrzeczne, ale żerte dzieci… Po prostu udawali, że nic się nie dzieje. Dopóki nie podskoczyła tak, że wybiła dziurę w suficie, potem przeleciała przez dach, aż w końcu stworzyła całkiem własny, frywolnie zadziorny gwiazdozbiór. Dość jednoznaczny w kształcie i wyrazie… no ta rączka i w ogóle!

Gdy Patelnia powróciła do Sklepiku, dziwnie lekko, dokładnie murując pozostawione wcześniej dziury, cichutko osiadła w zlewie domagając się mycia, a pogniecioną pokrywkę odłożyła na ściereczce. Bo pokrywka wciąż jej drgała, a może to tylko echo sobie tak rytmicznie drgało?

Pan Tealight wiedział jedno… coś się Objawiło, no i owo coś należało znaleźć. Ale na pewno nie przed kolejną filiżanką herbaty z ciasteczkiem, albo może tortem, właśnie, dawno torta nie było, trzeba upiec. I to jakiegoś skomplikowanego, co rzeczywistość z „muszę zrobić” wyczyszcza, co spaja doznania, a w medytacji ucierania pozwala zwyczajnie się ukryć…

W dalekich i dziwnie świeżych tożsamościach i wnętrznościach nowych podziwmi Białego Domostwa na ciemnej, pachnącej wiosną ścianie tunelu pojawiły się zieloniutkie radośnie drzwi. Zbite z wąskich deseczek, charakternie lekko krzywe, z niewielką, wypolerowaną, srebrną dziurką na niewielki klucz oraz klameczka zdobioną misternymi zawijasami… Oraz dziwnie poszarzałą, jakby czekającą na przetarcie metką – tabliczką informacyjną, której w skąpym świetle nie można było odczytać… Zaraz, zaraz, zaraz, co tam napisali? A może raczej wykuli, wyrzezali, wyprowadzili w niegdyś idealnej perfekcji metalowo-kamiennej oznajmiającej deseczki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sztorm nadchodzi. Właściwie to zawsze zdradza go cisza. Malutkie ptaszki nagle znikające z karmników… Karmników oczywiście idealnie objedzonych co do ziarenka… Pan Sztorm ma to do siebie, że lubi z impetem wdzierać się w Wyspę. Zbereźnik troszkę, chociaż komu tam oceniać życie seksualne Wyspy? Mi na pewno nie… Za to sztorm sztormem, ale nigdy nie wiadomo jaki z komody sobie Pan Sztorm wiatrowy krawat wybierze. Czy tylko ten, który będzie się zabawiał falami, oczyści podłoże, może i artystycznie sobie pochyli kilka drzewek, zedrze gałązki, dołoży sobie liści do kolekcji w klaserze… a może jednak zacznie szaleć z myślami? Może zwali na ludzi wszelkie pochrzanione myślowanie, albo też zagubi ich w tym depresyjnym, pomrocznym, wrzącym kotle, z którego serio trudno się wygrzebać?

Bo Wyspa to specyficzny świat. Tutaj cała naturalność wkrada się w tubylca i mamrocze mu tam pod dekielkiem. Wtrążala się w żołądek i wątrobę głośno złorzecząc nad jej nadmiernym zużyciem… Płuckami sobie oddycha, gardziołkiem przełyka, inspekcję żołądka robi, żółcie kontroluje, a w nereczkach oczyszcza sobie biżuterię. Ot tak, bo to ona panuje!

Czasem patrzę na tych od Wyspy uzależnionych jak ja i się zastanawiam, czy to nie jest wyłącznie forma niewolnictwa. Eksperyment pokręcony totalnie jakiś, w którym jedna strona doprawdy mocno, na zawsze i silnie fanatycznie kocha, a druga… cóż, kochana być lubi i tyle! I próbuje naginać wolę swoich poddanych i eksperymentuje na nich z użyciem doprawdy ciężkich i nie dopuszczonych nigdzie indziej do konsumpcji, substancji. Bo może. Bo my się jej dajemy i tyle… na tym w końcu polega miłość. Ostateczna miłość, taka na zawsze, niczym ponowne zespolenie pępowiny, tym razem takiej, której nic nie przetnie.

Bo jeśli pomyśleć mam choćby o lekkim oddaleniu się od Wyspy, to dech odbiera, strach ciary robi i pazury dawno nie obcinane na oczach mi zaciska – i innych, nader wrażliwych miejscach…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.