Pan Tealight i Zesobą…

„Może i cykają sobie te fotki na każdym skwerze, przy co drugim krzaku dokumentując wszelakie dobra ruchome i nieruchawe mocno, owe nowe i zapomniane, sprzątanie kibelka i przeprowadzkę do pałacu, pomalowane paznokcie i śpiącego kochanka, focą się sikając pod drzewem i żując potrzyrazy każdy kęs – tutaj dołączają przepis: jak dotrzeć do knajpy, na którym półdupku usiąść i ogólnie z czym się jeść. Może i kupują kosmetyki i ciuchy. By ciało bosko zbliżyło się do idealności wymagającej wyłącznie fotoszopa… Smarują się i biją, witkami młócą skórki cytrusowe, zdzierają i kleją, ale w końcu przyklepią, pogłaszczą i dopieszczą…

… a może i…

Czyli znaczyłoby, że się kochają? Dbają o siebie. Dokumentują boskie własne posunięcia. Czyli doprawdy się wielbią na tyle, by tworzyć o sobie legendy, by spisywać wspomnienia, mówić, iż są wszystkiego warci, najlepsi, najśliczniejsi choć niedocenieni w żaden sposób, ale jedyni tacy… By do owych podobizn dołączać informację z numerem telefonu/konta/paypala i miejscem pustym na wklepaną intencję?

A jednak gdy wszystko ucicha. Gdy nie ma nikogo i niczego zdolnego polizać policzek nadstawiony i ten drugi też, wysłuchać, popatrzeć, gdy nikt nie zwraca uwagi, nie chwali, nie wywyższa ponad inne osoby boskie, gdy zwyczajnie nie obchodzą nikogo, to czy wydają dźwięk? Może… bo gdy nikt nie chce o nich czytać, ich oglądać, oj wtedy coś się dzieje. Coś się załamuje, trzaska pod naporem śniegu.

Gdy mają być sami ze sobą, nie mogą.

Nie potrafią.

Wiedźma Wrona Pożarta może i nie jest człowiekiem do końca, może coś się jej rozciapierzyło na ścieżkach entymologicznej genetyki, coś przyrąbało mocno z kosmosu zahaczając o ziemię i z koszyka ją wypchnęło, kocykiem poddusiło i w zęby wsadziło plastikową kaczuszkę bijąc po kończynach wieszakiem na ubrania… może i to podmieniec, jakoś nie uwzględniają reklamacji… Bynajmniej czasem i ona jest sama ze sobą. Gdy strony w niej nagle przestają szumieć, to co inni zwą dziwami ciągnąć za kolczyki i uprawiać sitriptiz na klamce od kuchennych drzwi. Gdy wszystko owo ucicha, a ona sama staje się tylko sobą… źle się dzieje. Nagle nic nie odwraca uwagi od samej siebie. Nagle wszelkie myśli zdają się czerwienieć z przypływu uwagi, rumienić się wstydliwie, ciepło się w niej robi nadmiernie…

I PUFFF Wiedźma Wrona znika.

Znaczy tak się nam wydaje, bo jakoś nie można tego udokumentować. Nie udaje się wpaść akurat w owym momencie, spojrzeć jak powoli, może z góry do dołu albo dołu do góry wtapia się w otoczenie! Znika. Nie ma jej. Znaczy prawdopodobnie tak być musi, bo co jak co, ale sama ze sobą ona nie wytrzyma!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na mojej Wyspie łatwo być samym. Jeśli nie liczyć drzew i krzaków, zajęcy wyskakujących nagle spod rąk, dziwnie spolegliwych saren, które gapią się na ciebie, jakby serio nigdy nie widziały czegoś takiego, a na dodatek choć popcornu już nie dawali, to przecież wykupiły bilet najdroższy, więc zrozumiałe, iż pragną wyciągnąć z tej imprezy ile się tylko da! Muszę przyznać, że te sarny są coraz bardziej podejrzane. Może stały karnecik, czy coś?

Mniejsza… łatwo być samemu. Łatwo kolibać się drogą poprzez pola, ale wciąż drogą całkiem główną i nie spotkać nikogo. Ot łatwo. Po prostu iść i nie obijać się o cudze marzenia i pragnienia, o owe inne wizje otaczającego nas, przecież tego samego świata, ani o łokcie rozpychające. Bo tutaj mało kto się rozpycha. Właściwie HAKUNA MATATA, i wszelako ASTAMANIANIA BEJBE! Wszystko można zrobić jutro, nawet to, co miało być zrobione na wczoraj. Bo przecież jest śniadanie/obiad/kolacja, wakacje kilka razy do roku, dbać należy o boskość człowieka…

Trudno nastawić się na pewną powolność Wyspy. Na owe: będzie co będzie, bo inaczej być nie może owo będzie, więc nie zawracaj mi głowy! Na to, że liście spadną i gałęzie nagością zdrożną spoją członki wszelakich autochtonów. Iż z łatwością przejść będzie można ulicami po sezonie, bo nikt nie zaparkuje jedynej drogi tylko po to, by sprawdzić jak elastyczny jest świat? Ot wolność rządzi! Włada nieuwaga! Bo tak. Bo Wyspa odpocząć też musi, a i obrażona bardzo, bo wielu wciąż ciągnie w tzw. cieplejsze kraje, nawet jak one straszą potwornymi rybami i regułami życia religijnego… a ona tylko chce by czycić ją wyłącznie!!!

Ludność Wyspy dzieli się na tych co tutaj mieszkają i Wyspę kochają strasznie, co w ich słowniku oznacza wyjazd na pół roku na Ibizę, Majorkę czy inne samby, oraz tych, co tu mieszkają. Bo tak! Bo inaczej się nie da. Bo inaczej dech odbiera, nogi plącze, zwyczajnie nic już w nich nie bije… a spokojność, cóż do niej trzeba przywyknąć. Nauczyć się zwyczajnie tak być dla siebie dobrym. Pozwolić sobie na spanie, odpoczywanie i totalne nicnierobieniowanie!

Trudne to cholernie!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.