Pan Tealight i Banshee…

„Znaczy no…

… powiedzmy sobie szczerze, że nawet tak zwane przeznaczenie, siła krwi, Matka Wróżkachrzestnorodna, a przede wszystkim gderanie teściowej – czy to własnej, czy własnego męża – nie może cię zmusić do PEWNYCH spraw. Znaczy no przynajmniej w ogóle nie powinno, ale sami wiecie jak to jest. Człek wychowany przez siebie samego stara się być grzeczny, by nie wyjść na takiego chowanego przez wilki, ale też cóż w tym złego, coby przez wilki, czy łosie, misie czy też kury… choć nie, kury może nie? Nazbyt jednak się piórkują! I te jaja, te dupy, no pewne rzeczy powinny zawierać się w słowach: nie wiem i serio gówno mnie to obchodzi!

I dlatego słuchamy. No a przynajmniej uczymy się sprawiać takie uprzejme, grzeczne wrażenie, iż zdolni jesteśmy do takowych poświęceń… reszta to Google! Ale Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta – wkuta, bo na głodzie – sprawiali dziwne wrażenie. Znaczy nie żeby się nie starali wyglądać na zasłuchanych, serio się starali, ale w końcu utrzymać makówki w poprawnej pozycji, gdy są one okutane ręcznikiem frotte w cętki lamparcie, ścierką do naczyń w stokrotki, pięcioma szalikami, makatką ze ściany i półtora chodniczkiem… półtorej chodniczki? mniejsza… Nie jest łatwo wyglądać na zasłuchanego, wyrozumiałego i zainteresowanego jednocześnie, gdy właśnie przyszła na herbatkę Wyspowa Banshee.

Przede wszystkim wyjaśnić by należało, że Krzykaczka w tych rejonach nie miała łatwo. Po pierwsze uno ludzi może niewiele, ale rozstrzeleni po zadupiach zadupiów, po pośladkach śladków, tam gdzie po dupie pauza, no wiecie, a potem znowu daleko i długo nic. A nawet jeżeli przeszła góry i doliny, meandry i zarośla, Lasy Paczłorkowe, Mrugacze Oczkowe w nich przepłynęła, podskoczyła nad Zabagniskiem i przestała zwracać uwagę na co bardziej zwariowanych przedstawicieli Turyścizny… w końcu poza sezonem tyż występowali niczym namoczone borowiki… Nawet jeżeli jakoś odnalazła te miejsca w kompletnej ciemności – patrz EKOLOGIA i wyłączanie światła, po słonku lulu, z kogutem wstajemy – nawet jeżeli wyszpiedziła kto, gdzie jak i z kim, cóż wiatr wieje… Wiatr głośno, przewrotnie na wiele taktów, wieje na Wyspie i nie zgadza się na zakłócanie swojej pieśni. Ogólnie mówiąc primadonna z niego zez spalonego teatru, więc serio ma focha na wszystko. Ale Krzykaczka obowiązek wykonać musi… gorzej, kocha swoją robotę i chce być najlepsza… jednak jak być przodowniczką zawodu, gdy właściwie nikt w niego nie wierzy?

Jak robić to i nie być posądzoną o wywrotny artyzm, szokujący performacne, czy też napad z bronią… w głosie?

No jak?

Dlatego raz do roku odbywały się próby. Wyspowa Banshee zwana Krzykaczką przybywała w ciszy i skupieniu, co by wiadomości o technicznych ulepszeniach zasięgnąć, jajek na surowo się opić – wzmacniały też owłosienie na całym ciele, co w zimie doprawdy znacznie wspomagało działania w terenie – a i głosu popróbować na tych, co wiecie, potrafili słuchać. Bo przecież ćwiczenia są ważne. Ochotnik, który nie ucieka doprawdy bezcenny…

Znaczy ogólnie nie mogła ich zmusić, nie oszukujmy się, ale proszenie potrafiło zdziałać cuda… głupio w końcu odmówić zabiedzonej, długowłosej, wiecznie dziwacznie dziewczęcej staruszce o włosach biało-pieprzowych z różowymi wstążeczkami i kucykiem pony w ręce. Jakoś tak wiecie nie wypada, a i w końcu ona kiedyś do was przyjdzie, może być przydatna… Zawsze lepiej pewnych mieć po swojej stronie, wot i macie owo dobrejduszności wyrachowanie!

Skuleni na drewnianej podłodze szary, dziwnie mechaty ludzik i krępa wiedźma, cierpieli. Ale za 40 tysięcy ludzi – wciąż malejąco, więc… no nie, nie oszukujmy się! Po prostu zwyczajnie nie byli asertywni!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Nie będzie dziś o książkach, bo siedzę o suchym pysku, w kompletnym bezksiążkowiu i wali mi na mózg. To jedyna kiepska strona Wyspy, że książki są poza nią, znaczy za wodą… Nie, no pewno, że mamy książki i bibliotekę otwartą: ranowieczór, wedniewnocy, kupomocy, właściwie ino się dmucha, no i chucha i już, są książki… ale jedynie w owym słusznym języku, logiczne w końcu, a ja lubię sobie poczytać w pierwszym języku. Ot różne mają ludzie zboczenia. Tak jak się jest człek w stanie oduczyć słuchania pierwszego języka, jakoś tak zohydza, tak jednak czytać lubi. Jakoś tak polski język bogactwem słowa pisanego trąci. Przewrotny jest taki, podejrzliwy na każdej kropce, przecinku i wszelakiej barwnej ortografiji!

Z duńskim jest tak, że czytanie spoko wodza. Matko i Córko no da się, noł problem! Ale gadać? Seriously? Nie no włacha w Kopenhadze. Tam jakoś ludzie mówią zrozumiale, ale Wyspa lubi utrudnić istnienie autochtonom, wniej zakochanym, owym pątnikom codzienności i dziwnym. Co tam cztery dialekty… wot oby ich tyle było. Właściwie każdy se gada jak się mu podoba, a i każdy 90% gadania nie rozumie.

Ale NEJ TAK, kocham, nie wyprowadzam się, ot uzależnienie, miłość czy tam wieczna pielgrzymka ku wnętrzu owej skalnej konstrukcji w poszukiwaniu tego, o czym się jeszcze nie wie, że się potrzebuje…

… a co do reszty i tak od ludzi człek stroni. Wiedźma Wrona to w końcu nazbyt aspołeczny, psychiatryczny przypadek choć nie zaraża raczej, ogólnie przerażający ale i dziwnie, jednocześnie nęcący innych, obiekt. Wiecie, to tak jak drapanie strupa. Obrzydliwe u kogoś, u nas samych to radocha. Niby okropnie boli, ale jednak jakoś tak bardzo korci, orgazm rzuca jak złazi, a potem ból przynosi i znowu oczyszcza, swędzenie na chwilę neguje…

Miło tak jest, ale głupio się do tego przyznać.

Tia, Wiedźma Wrona Pożarta jest jak strup. Ale i jak Wyspa. A mowa trawa, choć w tej szerokości nie żółknie na zimę, wciąż zielona i prężna może nie rośnie jak wariat, ale dobrze wie o co chodzi i słucha przez cały czas, wszystkiego. Problem w tym, że jednak każde źdźbło inne. I choć z tej samej familii, to nie do końca się rozumieją. To jednak jakoś tak… Na szczęście można się uśmiechać i głupa zgrywać. Ot nadeszły dla głupich czasy, w których za głupotę są nagrody i niebieska plakietka na parkowanie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.