Pan Tealight i Prosty Wybór…

„Niepozorna biel. Albo zwodnicza dziwnie szarość kształtów… lub magiczne, choć dziwnie wyczerpujące wzrok wrzosowisko, to dotykające swym kamienistym podłożem samej wilgotności morza, lub suchość piasków. Martwą jednolitość barwnych głazów i kryształowych hal. A może tylko spokojny zestaw kamiennych grot? Tak długo rzeźbionych przez wody i wiatry, że zapomniały co to znaczy nie być tworzonymi. Nie podlegać ciągłym zmianom. Zapomniały co to znaczy nie wzrastać, erodować, zmieniać się… ot po prostu być i żyć.

Jakże odmiennie od nich…

Właściwie są wszędzie, dostępne na wyciągnięcie osłabniętej, ale zdecydowanej kończyny. A jednak, tak wielu ich nie widzi. Woli nie, nie akceptuje, bo po co sobie wciąż przypominać, po co wiedzieć, gdzie się skończy, gdzie te wszelkie nagromadzone dobra nie będą miały już żadnego znaczenia. By nie spoglądać na owo miejsce, które choć przeznaczone każdemu, to jednak przecież tak niemożliwe, tak nieistotne, takie: mi się nie może to przydarzyć…

Gdy już wiesz, gdy czujesz ową dziwną pewność, zaskakującą swoją siłą przekonywania, gdy przestajesz się opierać, szamotać, wiązać swój byt, przypinać pinezkami do ścian, zdobić kłódkami i na wszelkie sposoby łączyć siebie wyłącznie z życiem, są one. Pola Do Końca Umarłych. Miejsca, do których idziesz, bo wiesz, iż nadszedł twój czas… twój czas ostatniej podróży. Największej przygody. Bez strachu, z dziwnym spokojem pełnej świadomości.

Mawiają, że byli tacy, którzy chronili się w jaskiniach, strażniczkach wspomnień i kolebkach marzeń. To tam powoli oddawali to, co męczące, zdawali ciało bramce, dziwnie nadzy, udawali się dalej. Ale byli i Ludzie Kry. Ci szukający zawsze owej pływającej krótkotrwałości. By jak najpóźniej schronić się w głębinach morza. Przynależący zarazem do wody jak i powietrza, dziwnie nieświadomi gleby…

Są tacy, którzy wspinali się na drzewa, by tam pozostać. By ucieleśnić się z porami roku do końca, wejść w pień i wzrastać dalej. Cieszyć się z uroczego liściowego przemijania, z piękna i skomleć co roku ku wiosennej nadziei. Ale są i ci z jaskiń, którzy wtulają się w kamień, a gdy ich ciała zmienią się w proch stają się istotnym fragmentem, rzeźbą swego przeszłego świata. I są ci wstępujący w ogień. Ci zezwalający na wszelaką nicość tego, co było tak istotne, owego ciała. Jakżesz oni są oświeceni i rozgrzani… I są ci, którzy nie dbają o to wszystko, a porzucając ciało gdziekolwiek, nie krocząc ku Polom, by tylko i wyłacznie stać się zapomnieniem, tylko przyszłościć, by stać się użyźnieniem.

Najpierw lekkim smrodkiem, ale cóż, kto z nas nie śmierdzi?

Prawda jest taka, że wszyscy odejdziemy. To tylko chwila… prawda też wciąż dziabie mnie w bok, przypominając, że jakoś lepiej o tym nadmiernie nie myśleć, bo przegapić można samo życie. Ale też wiem, że wszyscy oswajamy Pola Do Końca Umarłych. Nawet jeśli wierzymy w zombie. Rozmawiamy z nimi, palimi ognie, rzucamy kwiaty i zostawiamy paczki ciasteczek w polewie…

Tak na wszelki wypadek, niezależnie od tego, w co rzeczywiście wierzymy. I jak dotrzemy w owe miejsca po wszystkim. Najczęściej w te, do których nam jakoś tak najbliżej. Bo i nie da się iść daleko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wurt” – tak trudno coś napisać. Napisać coś i nie wyjść na głupca po przeczytaniu TAKIEJ powieści. A właściwie nie po przeczytaniu, ale nagłym wtargnięciu w ból, miłość niezdolną zrozumieć tych, których nawiedza, w mistyczność, baśniowość… opita owym oniryzmem, a jednocześnie zderzona z pewną rzeczywistością, możliwością, pozostaję w stanie wskazującym.

„Wurt” jest niesamowity. Z jednej strony brudny i brzydki, dziwaczny, z drugiej piękny, szalony i przejmujący do cna. Czy to bardziej odbicie znanych mitologii, czy też powiewanie legend i opowieści? Czy bardziej szalona wyobraźnia, czy też szczyt romantyzmu bez różowej obwijki? Nie wiem. Chyba każdy wkracza w tę powieść ze swoim piórkiem i każdy widzi to wszystko inaczej.

Tylko, czy się nie boisz?

Ludzie dzielą się na takich: ach jaka piękna twoja Wyspa, jakże jesteś szczęściarą, że możesz tam życ – nazywam ich ślepcami, bo właściwie nic nie widzą i tych: oj ale tam nudno, no przyroda, ale wody tyle, odcięcie od świata – tych nazywam niezdecydowanymi. Ci pierwsi wiedzą nic. Stworzyli sobie obraz na swoje podobieństwo i właściwie poza mamrotaniem nader wkurzającym, bo guzik wiedzą ile to człeka kosztuje, by trzymać się Wyspy gdy tak wieje… bo przecież ma się ową świadomość, że każdy może, a oni jej nie mają, cóż nic nie zrobią, ale ci drudzy… oj tak, tutaj istnieje możliwość, że niestety wpadną keidyś na kawę.

Niestety, bo nie dość że ja aspołeczna, to jeszcze mam na kawę uczulenie! I to owo rzygające!!! No i pewno chcieliby ciasteczka… kurcze, ale skąd ja mam im je wziąć? I czy należy być przygotowaną zawsze, czy mogę sobie olewać kilka dni w tygodniu? Czy stać w drzwiach, pierś do przodu, dupa wciągnięta, baczność wprowadzona do wiedźmich obwodów, czy… nie?

Oj tak, cała wyspowość mojego istnienia wiąże się z sezonem na turyściznę i powrotem do życia w życiu. Nie oszukujmy się, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki się zdziczała. Nie jada nożem i widelcem, łyżeczkę ma malusią, życie swe usilnie i nagminnie spędza na podłodze… nie uznaje stołów i krzeseł, ogólnie wyparła ze świadomości tzw. cywilizacjonownaie się. Gdyby mi teraz kazali być doprawdy współczesną i modną, normalną wiecie kobietą, prawda o piekle zyskałaby intrygujące zdjęcia z osobą w stroju nader psychiatrycznym.

Tylko czy dzikość doprawdy jest taka niemodna? A może tylko nie pasuje tym, co mają problemy z samymi sobą?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.