Pan Tealight i Problemy Językowe…

– Przyszedłem uprawiać seks! –

Właściwie słysząc coś takiego, nawet będąc bardziej kukłą z poplątanymi sznureczkami, niż ledwo dobudzonym opętańczym pomiotem człowieka: znaczy się Złej Królowej i Szatana Pana Podziemi (albo co tam, no ktokolwiek jakoś robił za tatusia Małej Wiedźmy?), tupot myśli w głowie, wyrwanych ze swoich uroczych śpiworków w kaczuszki, z nieumytymi ząbkami, ropą w oczkach i miodkiem w uszkach… ten tupot raczej zmienia się w pędzący nadświetlną srebrzysty Enterprise, niż łagotny pociąg ku wytrzeźwieniu.

Dziwny osobnik w drzwiach, może i znajomy, cóż tam mogą widzieć oczy wciąż przesłonięte mgłą snów? Może i osobnik, który w rzeczywistości powinien tutaj być, może i upragniony, może wyczekiwany, co pewnie wiedziała wczoraj, albo w owe dni, kiedy myśli bardziej po ludzkiemu i po kolei… Ale owa niedobudzona człowieczość – ustaliliśmy, że w Wiedźmie Wronie Pożartej, no bo pewnie, że to ona się obecnie wgapia się w Napaleńca Seksualnego, sporadycznego ślepca i na pewno zboczeńca, sama przytrzymując kocyk skrywający ową goliznę zaspaną – no więc owa człowieczość, czy co tam jest w niej, nie kojarzy. Zafiksowało się na seksie, na owych rzuconych słowach i nie czuje kompletnie wpychanej w ramiona paczki. Pudełka zasobów dość sporych, nawet jak na ową, przecież nad podziw niską wiedźmę, nie oszukujmy się… ona raczej nie czuje ciężaru słodkiego, nie jest świadoma owych mechaczących jej włoski na rękach taśm, dziwnie już się do niej klejących…

… właściwie nie, to wcale nie jest pora zaskakująca innych. Może tych co dopiero zasnęli spędziwszy noc dzielnie pracując, ratując życia niechciane i te chciane, i te lekko nadwęglone szaleństwem i owe przekraczające nie te szafy drzwi… Może tych potrzebnych światu, a nie próbujących tylko śnić, wypisać się z teraźniejszości narzuconej, marzących o tym, czego inni nie widząc, a co jest dla niej czymś codziennym, conocnym i ogólnie jej życiem?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stoi i czuje w końcu wpychaną paczkę, na którą spogląda jak na ciekawego, mało obleśnego obcego, coś jak szczeniaczka kudłatego, ale nie kotka… co to to nie! Ale coś takiego jak ona, jedyna na świecie, więc wybaczcie brak analizy porównawczej, fiksuje się na słowie. Po prostu wyłapuje je z powietrza, jeszcze ohydnie oślinione, poranne słowo i obraca je w myślach, bez podtekstów, zastanawiając się, jak ono tutaj się w ogóle dostało. Bo mężczyzna w drzwiach, domagający się jakiejś usługi musi być przecież snem, ale nie owo słowo. Słowa nie bywają snami, one zawsze są prawdziwe, namacalne i dziwnie sycące.

Tylko, że to wszystko brzmi tak dziwnie. Nie pasuje do dnia, wybudzenia, do owego stroju jakże nieprzystającego damie… do owego wpychania, uśmiechu i wielkiego samochodu w pomarańczach tak soczystych, że Wiedźma aż czuje, jak jej się obficie pośladki opryszczają!

– Tak – odpowiada tylko… bo w końcu litościwa komórka mózgowa, która chyba jako jedyna pozostała włączoną i nakierowaną na ową rzeczywistość w końcu załapuje język, w którym należy się wysłowić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książka na dziś, czyli co jedzą Wrony? Bo jak się mieszka na Wyspie, w owej dziczy, gdzie książki wciąż są drzewami, gałęziami, liściami, pąkami, kwiatami, owocami, nadzieją wiosny, snem zimy, kolorami jesieni i lepkością lata, pełnymi ruchu i marzeń, wzrastającymi ku niebiosom, korzeniami macającymi piekiełka, a zawarte w nich historie wciąż jeszcze nie mają napisu THE END…

… bo niektóre nigdy się nie kończą.

Z cyklu przeczytane: „U progu szczęścia” – opowieść dla dziewcząt. Oraz dla owych młodych kobiet, które wciąż marzą, oraz tych starszych, które pragną dokarmić sny bajką… oraz tych, które się zastanawiają, w którym miejscu umieścić samą siebie. Tych, które myślą o małżeństwie, rodzinie, o miłości… które są tak blisko postoju przy ołtarzyku Kopciuszka, Śpiącej Królewny i innych. Ale jeżeli wydaje się wam, iż to tylko i wyłącznie miałka opowieść w różach i pastelach, cóż… oto opowieść o dorastaniu. Dorastaniu w krókim czasie do decyzji.

Nagłym postrzeganiu świata w pełni…

… o ślubie, który może, ale przecież nie musi się wydarzyć. O miłości, która jest świeża i dziwnie nagle niepewna. O teściowej, co zdaje się być potworem z najniższych poziomów piekła, a przede wszystkim o młodej kobiecie, nagle zderzającej się z kwestiami: I DO, oraz FOREVER. Kobieca, współczesna i doprawdy zwiewna.

„Wszystko OK” – człowiek czasem się śmieje, choć powieść kompletnie nie dla niego. Kompletnie nie o świecie, który zna, ogólnie czysta fantastyka, która jednak dla wielu jest zwykłym życiem. Tym dramatycznym etapem zwanym dorastaniem! I o przyjaźni, oraz byciu dziwakiem… i owym specyficznym momencie, w którym dostrzegamy dziwactwo i nie tylko je akceptujemy, lecz zaczyna nas fascynować…

… ot opowieść o szkole, przyjaciółkach i domowych problemach. No wiecie, zwyczajne całkiem życie!

Wyspa jest pełna dziwaków. Znaczy, tak mi się wydaje… ludzi, którzy umknęli teraźniejszości, często wpatrujących się w fale, tulących drzewa, paranoicznie oddanych kawalątku ziemi na morzu… Ale nie, to nie o nich mowa. Raczej o tych, którzy tutaj się znaleźli, ale wcale nie chcą tutaj być. Owych dziwacznie niedostosowanych. Tych, którym marzyło się lepsze jutro, ale nie umieją docenić piękna natury, owego skarbu jaki się im trafił…

… oj pewnie, że jestem w tej chwili fanatyczna i pełna niezrozumienia. Jestem egoistycznie wyspowa i kompletnie wypruta z poprawności politycznej i tej cholernej tolerancji, która urasta do Greya biczującego mnie, ku mojemu wątpliwemu zainteresowaniu! Doprawdy życie jest krótkie…

… za krótkie, by zwalać na siebie problemy innych, a nie mierzyć się z własnymi ograniczeniami. Zostawać kolejnym świętym, któy serio ma w dupie… siebie. Ale z łaskawością zajmie się wszystkim i każdym innym.

Ludzie przyjeżdżają na Wyspę i jęczą. Oj pewno mają co jeść, mają gdzie mieszkać, mają… cóż nie mają powodów do marudzenia, więc jęczą, że w owym cudownym świecie nie jest tak jak tam, skąd wyjechali. Serio? Jak się nie podoba, krzyżyki na drogę – owe z najwcześniejszych epok, plecak i kop w nery! Bo to jest Wyspa, cud nad cudami, piękno zjednoczone i skondensowane, best before forever… ale jeżeli obrócisz się przeciwko niej, choć ona się ukłoni, cóż, sam sobieś winien!

Świat jest wielki! Wybierz sobie swój kawałek, bo nie ojczyzną jest to, co narzuca ci urodzenie, ale to co dusi w przełyku, co sprawia, że wydłubujesz komuś oczy, choć serio brzydzisz się dotykać ludzi i co kochasz, do końca. A nie przyjeżdżasz i chcesz zmienić, dopasować coś do siebie, bo ot polityka socjalna cię nęci…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.