Pan Tealight i Róże Fusowane…

„Dzień wstał zaskakująco optymistyczny, bujnie tchnący przyjemnie ciepłą jesienią, przynoszącą wspomnienia beztroskiego dzieciństwa – jeżeli ktoś takowego zaznał, barwnymi, lekko już mknącymi ku gnilności owocami i nieprzyciętą, dziwnie wolną, rozkoszującą się swoimi ostatnimi stokrotkami i dziwnymi, lekko miękkimi mleczowatymi żólcieniami, trawą.

Zło czaiło się jak zwykle w kącie.

Swoim kącie.

Zapuściły korzenie głęboko, utworzyło artystyczny pieniek, tuż pod musztardową ścianą, dziwnie zdradziecką, złowieszczo przydatną też i Kroczącemu Sąsiadowi. Przyczepione do niepewnych, mocno zardzewiałych gwoździ, pięło swoje czerwonawe macki w górę. Wyżej, tam ponad dach i dalej. Pewne, że tam, po drugiej stronie otrzyma więcej słońca, więcej pożywienia, wody i troskliwości. Podejrzliwie jednak, niepewnie zerkające dookoła, dumne ze swoich wielkich, zielonych wciąż, liści, nawoskowanych na najwyższy połysk i owych wielkich, lekko już zdrzewiałych kolców, ale też bojące się odrzucenia… Czerwone, krwiste pąki dawno już w nim przeminęły, a dziwnie wciąż zielonych owoców nie chciało mu się nosić. Były takie passe! Zło pragnęło jednak należnego mu rozkwitu i zapachów. Pragnęło żaru wrzątku i filiżanek, owych fajfokloków, swoich własych króliczków i walniętych wielbicieli nakryć głowy, takich z firanką… bo Zło chciało być Różą Herbacianą. Marzyło by nią być, by przebudzić się której wiosny i zwyczjanie wybuchnąć aromatem. Walić struktury i aksamitność płatków, po prostu zalać się w trupa i wonieć… A przyszło mu być tylko owym barwnym, może i aksamitnym, może i nęcącym strukturą płatków, ale wciąż tylko pędastym krzakiem fusowanym. Tym, który się nada, ot niech rośnie bo rośnie, ale nie jest wymarzonym aromatem bujnych, wielkich żółtych pąków. Nie jest spełnieniem marzeń Wiedźmy Wrony Pożartej

Zaś Wiedźma Wrona Pożarta krwawiła… Z porozrywanych palców wyciekały jej słowa, zdania, postacie trzymały się rozwartych krawędzi ran tylko paluszkami, niezależnie od jakich odnóży. Ale Róże Fusowane, Zło w najczystszej postaci, trzeba było przyciąć, by nie dotarło do Kroczącego Sąsiada, by się znowu w nim nie rozkochało, by nie zapłodniło mu ogródka i nie odebrało woli, by potem zwyczajnie rzucić go w kościste ramiona jakiejś wyuzdanej nastolatki, której się wydaje, że samotnie mieszkający mężczyzna, po prostu musi być Księciem

No i na dodatek nęcąco pozbawionym upierdliwej mamusi… Królowej! W dzisiejszych czasach Zło mieszka w dziwnych miejscach. I wymagało przycinania przy ziemi. Kładzenia spać jesienią, by dać wielu choć chwilę wytchnienia wypełnioną cudownych, białym puchem i sopelami! Ot trymowania nadmiernego, by gdyby coś, gdyby jednak przebudziło się zimą, nie dosięgło nikogo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Drużyna. Pościg” – są opowieści doprawdy przeznaczone dla młodszej młodzieży, oto jedna z nich. Autor już zapewnił sobie miejsce w sercach dzieciaków cyklem „Zwiadowcy” i to miejsce doprawdy znaczne. Dla wielu z nich to on stworzył powieść, którą po raz pierwszy, świadomie i nie przymuszani, sami przeczytali. Sami często wybrali! To on nauczył ich naprawdę… czytać. Ten cykl nie odbiega od poprzedniego. Znowu jest to opowieść o przyjaźni, znowu o walce młodych, o dumie i oddaniu, o owych pierwszych, naturalnych instynktach, chłopcach stających się mężczyznami…

… ot są książki, które czytać muszą młodzi, by nauczyć sie tego, czego dorośli nie chcą, lub wstydzą się powiedzieć. Albo zapomnieli już o opowieściach o honorze i dojrzewaniu. O owej dziwnej wstępnej dorosłości, którą każdy z nas przechodził… John Flanagan robi to nieźle za nich.

Recenzje: „Dziewiąty mag. Dziedzictwo”

Wyspa zdaje się łapczywie, jakby desperacko łapać ostatnie słoneczne dni. Łapie je i przytrzymuje niczym latawce na niebie, szarpane wiatrem, któremu serio spodobały się te papierowe cuda i z chęcią by sobie nimi wyłożył mieszkanie. W zamian owej sarej tapety z piórkami, fajnie wyglądałyby takowe barwne, różnokształtne, zawsze poruszane sobą samym latawce…

… ale ile jeszcze takich dziwnie miękkich, smacznych, ciepłych, zaskakująco małowietrznych dni? Ile owych nie wyszarpujących wnętrzności z dzielnie zażywającego spaceru – tudzież tylko wyprowadzającego czworonoga – człowieka. Wyspie się wydaje, że jeżeli dorwie cały bukiet takich dni i zatrzyma ich energię, jakoś to będzie, gdy wszelaka nagminna ciemność i szaruga opanuje jej zmysły. Gdy życiowe siły usną, by zregenerować czas.

Bo wszystko musi odespać to produktywne szaleństwo. By znowu pchnąć koło czasu do przodu, by od nowa ciągnąć to samo… by nie dać się zaskoczyć. By znowu, ech co tam, może tym razem zaskoczyć świat? Może jednak zmienić swoje upodobania i jakoś tak dać się zamrozić? Wyleźć, gdy jeszcze nie czas, przedwcześnie po prostu wystrzelić, przebić się przez nudnie rozleniwioną ziemię, poznaczoną cudownymi, dziwnie równiutkimi oranymi wzorkami, i tak pozostać. Niczym coś niezmiennego, coś na zawsze… znaczy jak najbardziej pewno wyłącznie do ocieplenia, ale wciąż. Po prostu nie iść w owocki, ale wybuchnąć kwieciem i niczym nad grobem Śpiącej Królewny, leniwej małpy jednej, co zwyczajnie nie chciała posprzątać swojej komnaty i odrobić haftowanek do szkoły Dziewic i Wyrodnego Uprzykrzajstwa, więc nażarła się jagódek i kima tak ściemniając światu, że ma to jakiś sens.

Że jest w tym jakaś legenda…

… że serio nie chodzi jej tylko o przystojniaka, co się pokłuje, a jednak masochistycznie wytnie te cholerne róże, poderwie ją, pocałuje, zmiecie zaklęcia i tak jakoś no… tak się jej wydaje, że będzie lepiej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.