Pan Tealight i Wiedźmie Poranki…

„Właściwie to chodzi tylko o światło przecież? Cholerna atawistyczna ekologia, czy coś więcej?

Bo gdyby nie owo światło, ów naturalny budzik, otwieracz do ludzkich puszek – aczkolwiek niekoniecznie i mózgowych, ta możliwość lepszego widzenia, mniejszej zdolności wyłacznego wymacania, zwalenia na wszelkie nieoświecenie, można chyba by tak wstać… wieczorem? Albo po południu? Bo i na cóż nam te bolesne, nadmiernie radosne poranki. Szczególnie teraz wilgotne i chłodne, wciskające się obrzydliwą przemocą w rozgrzaną snami pościel, wielce oburzoną, gdy ktoś chce ją opuścić dla czegoś takiego jak… dzień. Ot przecież trafia się codzień.

Jak nie taki dzień, to inny… tak już jest.

Chyba, że zaśniesz na wieki wieków, jak mawiają inni, chyba że jednak zdecydujesz się nie obudzić, pozostać w krainie, nad którą zdaje się iż możesz zapanować, wziąć w swoje karby tworzenie snów i mieć owe happy ever after. Ale czy się uda? Czy da się zasnąć tak, by jednak wymijać koszmary, wybrukowane zbyt wielkimi zakutymi łbami ulice? Owe potwory, dziwnie znajome z tego co nie było snem? Ale co nim w rzeczywistości nie jest? A może co jest?

Poranki są świńskie. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, gdy tylko chłodek rozmamlił się po wrzosach, wymija je sprytnie. Gdy one powoli, rozmyślnie, bo zawsze są w liczbie mnogiej, zauważyliście, zawsze to jeźdźcy świtu, nie jeden oszołom, bo kto by tam samopas powywalał ludzi z łóżek… więc gdy one gromadzą się na linii startu ona wstaje i blokuje drzwi. Drzwi do tak zwanej nierzeczywistości. Wsadza tam buty i drewienka, leje wosk w zamki i luzuje śrubeczki, smaruje cudactwem zawiasy, a owo cudactwo pęcznieje i naburmusza się, co potem ułatwia wyważenie. Przeciera szybki, by się Poranki odbiły w sobie same, zapatrzyły w siebie, bo puszczalsko narcystyczne są takie, bujne w kolorach, napalone dziwnie… niech patrzą, aż ich czas przeminie i pykną się jeden z drugim niczym bańki mydlane. A gdy już przygotuje wszystkie drzwi pakuje się Wiedźma do łóżka, pluszakami nakrywa i udaje, że śpi, a w rzeczywistości na wszelki wypadek stópki spod kołdry lękliwie wysuwa i giczę bezczelnie Porankom podstawia. Nie ma tak dobrze, jeśli chodzi o Poranki i Chatkę Wiedźmy. Zawsze w tym miejscu mają obsuwę z czasem, zawsze wolą zajrzeć tutaj na końcu… ale sprytne są. Promieniem słońca kuszą zmysły Wiedźmy, odbijają się w misiowych oczach, mamią ją, zmuszają, by opisała co widzi, zatrzymała co czuje, a ona się im daje, nie zawsze, ale jednak.

Na razie 1:1!

Poranki zatrzaskują drzwi nierzeczywistości, tępą brzytwą tną nici snów, odbierają i koszmar suchości i przyjemną wilgotność podniety. Łamią niebyt, zmuszają do przebudzenia… zazdrosne, bo nigdy nie śnią. Podglądacze owych chwil, gdy człek wyrwany nagle nie wie, czy już jest, czy wciąż go nie ma? Czy unoszące go ponad lasami skrzydła puściły już jego ciało, czy wciąż jeszcze zaplątany w sieci pajęcze unosi się gdzieś tam, gdzie wszystko ma kształt i sens?

A Wiedźma Wrona Pożarta wciąż się buntuje. Nawet wyrwana spoza zamkniętych oczu i tańczących gałek, wraca tam. Zawsze zaczepiona o wszystkie światy, nie pragnie tego, co namacalne dla wszystkich. Ona chce tego, co doznać może wyłącznie sama. Jako ona. Pod jej powiekami wciąż przesuwają się obrazy, wciąż rozmawia z tymi, co po tamtej stronie, niedowidząc tych tutaj… wciąż jest kimś innym, czymś inny, spoza światów. Bo po co zamykać się na inne? Po co poddawać się Porankom? Przecież się obudziła! Wypełzła z łóżka… ale nie znaczy to, że postępować będzie jak inni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książka na dziś – najnowsza, świeżości smakowitej wnosząca tony w moje ściany… strasznie pachnie. Jak chleb wystany w kolejce, który przywozili gorący, jak ciasto pieczone tylko od święta, jak coś specjalnego, jedynego…

… i z autografem!!! A. R. Reystone – „Dziewiąty mag. Dziedzictwo”! Czyta się, wciąga paskudnie, łomocze pod deklem, jak człek się wyrwie, by nie obsikać kolejnych portków…

Z cyklu przeczytane: „Jestem Grimalkin” – inna powieść. Dziwna. Kobieca, pełna inaczej opowiedzianych, znanych juz historii… fascynująco mroczna. Niesamowita! Dziwnie bardziej dorosła, dojrzała… niż poprzednie. Bo i bohaterka, narratorka, choć znana, to jednak inna. To nie chłopiec, nie mężczyzna, ale kobieta opowiadająca sowją historię. Ukazująca jak wiele stron ma dobro i zło, jak wiele odcieni ma biel i czerń w codzienności.

Naprawdę fascynujący obraz wyborów, które choć rozgrywają się w przeszłości, tudzież w świecie, któy dla wielu nie istenieje…. to jednak jakże wiele w nim prawdy. Siły, która nachodzi człowieka, gdy już wie, że nie ma nic do stracenia, gdy nie boi się niczego poza niewypełnioną wściekłością. Siłą męczącą sny i marzenia. Tak zwyczajnie, by w końcu wygrać, dokopać, by coś zakończyć… wciąż fantasy, wciąż przygoda, a jednak stawka rośnie!!!

Bo i z cyklem czytelnik winien się rozwijać, dorastać z nim, zmieniać się, czyż nie? Chyba o to w tym wszystkim chodzi…

Napuchła Wyspa wodami i sokami. Powoli zaspokaja swoje pragnienie i pozwala ostatnim, późnym jabłkom nabrać lekkich, pachnących rumieńców. Ale niewielkich, ot tak, jak być powinno. W końcu i tak większość czerwieni w tym roku wywaliła na śliwki i pomidorki. Na róże, które wybuchły na początku lata, a teraz rumienią się im tylko pędy dziwnie zaniepokojone własnym, przedwczesnym rozkwitem.

Oj no poszło wam w pączki, jakoś przeżyjecie, więcej ich nie będzie! Nie w tym roku, żadnych różyczek. Żadnych płatków do rozsypania w namiętnych pocałunkach, żadnych zabaw z wiatrem i obklejania mokrych szyb krwawymi plamami… poszło, wybuchło i nic się nie ostało. Ale zawsze jest następny rok.

Ot spać już chyba pora róże. Czas na was. Kolory poszły w jeżyny, w śliwki, wiśnie i inne cudaczności.

Puchną jabłka na Wyspie. Ot mnogość żarłoczności, a ino jeść nie ma komu. Jakoś i Wrony i Mewy wolą dietę morską. Grzebać w wodorostach, mięsko jakowe znaleźć, może i dać się uszczypnąć w pazur muszlą, może i lekko wonieją stopy od takiej diety, ale widać moc robi na pióra! A dzioby porastają porostami i muszelkami, niczym najpiękniejsze klejnoty, niczym najbardziej wymyślne mody akcesoria…

… może i rzeczywiście wszystko z morza i w morzu? Może i morze to kolebka, ale i powrót. W końcu i słońce się tam rozpuszcza i księżyc kąpie… Może i Wiedźma winna pójść na plażę i się obłożyć owym lekko woniejącym specyfikiem. Brązowościami, rdzawościami i czerwonościami? Może powinna possać sobie muszelki, wysmarować się mułem, wciągnąć w siebie więcej wilgoci?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.