Pan Tealight i Wrodzona Obronność…

„Najlepiej nie wychodzić.

Nie opuszczać swojej bańki, nie trzaskać domowej szklanej kulki, w której wirują zawsze śnieżne płatki, nie zbijać skorupki, nie otwierać owych drzwi szafy z zatęchłymi futrami i nie chwytać pierścieni. Nie dawać się połykać gadzinom, porywać wiatrom, czy zakładać czyichś butów… no to ostatnie, to nawet kiepskie higieniczne, ale co tam. Lepiej nie. Zwyczajnie nie! Nie odpakowywać tego, co zapakowane, zaadresować na kogoś innego, zostawić obwijkę, bąbelkową folię, choć ta kusi i przyzywa, wstążeczki powiewające na wietrze, naklejki i dziwnie obiecująco kształtną, milusio zachęcającą wnętrzność tam, gdzie jest. Gdzie może być tylko i wyłącznie, zachłannie obrzydliwie… taka po prostu bezpiecznie moja.

Egoistycznie paskudnie.

Ot lepiej.

Bo co mnie się tu będą do środka pakować z buciorami, albo skarpetkami zaprzeszłej świeżości, wątpliwej gościnności stopami i dłoniami. Zachęcać, żebym wylęgła się w końcu z owego gniazdka, wypełzła z torby koali, tudzież wyszła od dupy strony. Znaczy no sami wiecie, z tej strony co to rogi diabła kołysze – ha! Nie wiem już co lepsze lęgnąć się z jaja, czy stamtąd… mniejsza. Jedno w końcu człowiek już zaliczył, może i dobrze, że nie pamięta. Ale jeżeli ktoś jak ja, dziwnie i nadzawyczaj apolitycznie nie przepada za innymi, ceniąc sobie dookolne miejsce, własne aromaty i oględnie mówiąc bobki zajęcy niż zwykłą kupę musi wykształcić sobie obronność. Bo czasem trzeba. Zwyczajnie. Ot choćby by spróbować, czy wciąż jest się człowiekiem, a potem zakrzyknąć: a nie! Gryźcie się panowie Darwinowie!

I Beagle też!

W związku z tym, czyli owym niezbyt przymilnym i stadnym podejściem do świata, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki opracowała własną strategię obronności. Gdy już magia zaliczyła glebę, gdy ignorowanie, głupia mina, udawanie sztachety w szczerym polu, zebry na asfalcie, oraz ogólnie mało kumkającej żabki w czaderskich pończochach nie dawało rady, a natręt wciąż mlaskał, ona wyciągała z pajęczyn, starych anielskich włosów i opakowań po czekoladkach… ową jakże oldfaszjon, dziwnie pociągnięta odrdzewiaczem, lekko złoconą na brzegach… kobiecość. Bo w końcu i tak jej nie trawiła w formie ofiarowanej, a nieużywane coś lepiej zwyczajnie przetransportować w inne coś. Tak jak nie pragnęła krwawych kręgów i wzajemnego muskania się macicami, pogadanek wagin, bliskości sutków i wzajemnego splatania warkoczy… na stopach hobbitów, tudzież świadomości namnażalnej… mogła jednak wykorzystać jej pewne elementy. Dwa elementy.

Cycki od zawsze nienawidzone, były też najczystszą formą obronności! Mocą, która umiejętnie dawkowana, nęcywalna, ale nie macalna, potrafiła darować władzę, jednocześnie nie przemęczając się. Owym niewielkim rowkiem, dwoma wybrzuszeniami, które gubiły spojrzenia innych, udzielały zniżek, a nawet pozwalały załapać się na darmowe promocje! Temu zamieszaniu, które odbierały zmysły patrzącym z drugiej strony, niosły w sobie wyższą magię skuteczności… czyli temu, czego w rzeczywistości Wiedźma Wrona nigdy tak naprawdę nie widziała.

Bo nawet w lustrze, to nie to samo, zresztą ona i lustra!

Kobiecość była dla Wiedźmy zawsze bronią idealną. Takie łzy na przykład, no boska sprawa. Mina zbolałej damy, dziecięcia po przejściach, wiecznej księżniczki, słabej niewiasty, dla której płaszcz na kałużę, smoka w stekach podać… Życie było takie proste w tej dziedzinie, do czasu, gdy uświadomiła sobie, że coś chyba jest nie tak. Iż cały ten świat babski nagle obnażył wszelakie uzbrojenie. Nie dość, że pokazał gdzie składuje nuklearną, to na dodatek opchnął nicki szpiegów i ujawnił miejsca, w których poukładał kolorkami broń biologiczną. Z łatwością z każdej baby można było ściągnąć nie tylko ilość pozostałych żyć, ale i braki w osłonach! Od razu dawały się rozbroić, za szmatkę, torebkę, blask kamienia, dziwnie teraz bardziej męskie, dziwnie wspólne, nieświadome przeszłości, jakby już nie było owej mocy babskiej płci, przewrotnie fascynującej, jakby coś się zagubiło po drodze od wiedźmiej bańki, po ów wypad na skały. By nakarmić wrony i mewy, by dać się obsrać, na szczęście…

… i by przemyśleć, czy należy się zwrócić ku męskości i gdzie jej w sobie szukać, jeżeli babskość taka w kiepskim poszanowaniu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ta dziewczyna jest trochę dziwna” – dawno się tak nie ubawiłam. A książeczka niewielka, niepozorna, na dodatek dla młodszych nastolatków/tek… więc można chyba już mówić o owym uwstecznianiu się przemijania… chyba?

Mniejsza. Oto opowieść o rodzinie. Nietypowej, choć właściwie czy istnieją takie typowe? Mamy tutaj dwóch braci i siotrę i płonącą kupę, która może i nie należy genetycznie do rodziny, ale przechyla czarę goryczy i wymusza na głowie – czytaj tatuś – pewne zmiany. Zmiany, w których udział weźmie plan, brak chęci, bunt i pani Sukces!

Opowieść lekka, ale i prawdziwa. Dobra dla młodszych i starszych. Dla dzieci i dorosłych. Pokazująca siłę rodzinności, owej siostrzeńsko-braterskiej wspólnoty, która często podkłada nogę i zmusza nas do podpalenia kanapy sąsiada. Miłości. Z jednej strony czysta zabawa, z drugiej sprytnie przemycone prawdy o istotności owej najmniejszej komórki społecznej…

Naprawdę kapitalna!

Siedzę na skale.

Czekam, aż rozdziobią mnie wrony i mewy. Kruki jakoś nie dopisały, albo też dieta im nie odpowiada… Dookoła pełzają niedobitki turyścizny. Te bardziej wypasione, które stać na cieplejsze miejsca w hotelach, bo wiadomo nocą i chłodek i popadać przecież może, więc w namiocie zuo! Najczęściej w podeszłym wieku, zachwycający sprawnością fizyczną i pewną świadomością tego, że wolno im wszystko… I są jeszcze wycieczki nader wczesnej młodzieży. Takich wyrostków, którzy nie popuszczą, zajmą ulicę, zmuszą auta, by latały, a inni pełzali im między nogami. Oni też mają swiadomość, że wolno im wszystko, bezstresowo!

Ale ze sprawnością fizyczną dziwnie u nich inaczej…

… bo teraz człek nie boi się wielkiego draba z brodą. To pewno kolejny łagodny prawnik, czy lekarz na wakacjach, co to udaje maczo. Ale wychowany bezstresowo osobnik wsadzi ci nóż pod żebro bo tak, bo może, bo przecież to nic, bo inny to zrobił, a on też chce zaliczyć nową sprawność i dostać nalepkę na czoło…

… więc może jednak od razu strzelać? Od razu atakować, a karma rozpozna swoich? Z tego co pamiętam, było już stosowane na polach pełnych chrzęszczących panów w nader metalowych wdziankach

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.