Pan Tealight i Giacommo Cyc…

„Właściwie żal mu było człowieka. Pan Tealight nie wiedział już co ma zrobić, by ułatwić mu spotkanie z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki. Nie miał doprawdy pojęcia jak umieścić ich przy jednym stole – w dosłownym tłumaczeniu na wiedźmowski posadzić na podłodze i dać pić – by porozmawiali, na tenat Pana Cyca jątrzących problemów. Bo Giacommo Cyc miał doprawdy ogromne i zawsze, może się wydawać wielu mało oczywiste, zdublowane problemy. Najpierw odkrył istniejący we wsi ród zwany Trzecisutek i poczuł się odrobinę zaskoczony, potem, gdy już przespał kilka nocy, oburzony tym, że ktoś tak krąży wokół jego jakże wybitnego miana. Potem się okazało, że laktacja nie jest do końca tym, o czym informował go dotąd świat, a na dodatek… zawsze był rozmiar!

Dlatego potrzebował usług nadzwyczaj w końcu empatycznej Wiedźmy Wrony. Jakiegoś proszku i ziółek, naparu i maści, jakiegoś wewnętrznego sklątwienia, by radzić sobie z rzeczywistością, która dotąd była jedynie pasmem zaskakującej szczęśliwości. Ale ta wredna małpa, znaczy latająca wrona, podłe babsko, moczona w odmętach dosłowności… nie chciała się z nim spotkać. No dokładnie to, gdy Ojeblik poinformował ją o problemie – i to na piśmie i wcale nie dlatego, że mała, ucięta główka nie ufała sobie, że dokładnie wymówi nazwisko klienta, ale z powodu dziwnej czkawki, wyniku nadmiernego niedotlenienia, co to ją opadło, bo się obśmiała jak stado norek – Wiedźma najpierw otworzyła szeroko oczy. A umiała je rozewrzeć tak, że nie tyło dało się wleźć, zostawiając oczywiście buty na zewnątrz i mają zacerowane skarpety, ale i obejrzeć sobie ją i wszechświaty w niej bez lunety, ani magicznych szkiełek, bez wypraw w inne rzeczywistości i zachodzenia jej od tyłu. Można było sobie pozwiedzać ją od środka, gdy tak otwierała ślepia, gdy owe dziwne zielonkawe oczu bursztynowości uwalniały zatopione w sobie owady i słowa, opowieści i legendy. Gdy w końcu każda z mitologii miała sens, ogon, skrzydła i poprawnie ziała ogniem… ale jeżeli nie zdążyłeś wyjść, nim przymknęła je i wróciła do swego właściwego, zdziwieniowo uniesionono brwiowego stanu, cóż, zostawałeś w niej.

A to doprawdy nie było przyjemne.

Ale w końcu książki też jeść muszą, więc nie marudź, daj się strawić… a z butów zrobimy doniczki na miętę.

Gdy Ojeblik, roniąc wciąż łzy i krztusząc się i czkając wręczyła jej pismo, gdy oczy się otworzyły, brwi spotkały się z linią włosów – co było doprawdy wyzwaniem – Wiedźma Wrona Pożarta, a czasem i pożerająca chyba, najpierw lekko rozwarła usta. Potem oblizała dziwnie suche zęby, zamknęła usta, zagryzła dolną wargę, a potem dla bezpieczeństwa swego i okolicy ułożyła się na podłodze i zaczęła się zwyczajnie, głośno, łzawo, boleśniebrzusznie śmiać.

Aż się jej trzęsły cycki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Prosiaczek i dzięcioły” – człek się nie spodziewał, że z dzięciołów to takie kombinatory no! A z prosiaczka Fryderyka taka zmyślna dama… z ogonkiem! Ale do rzeczy. Oto kolejny tom świetnej, dziwnie jeszcze nie pomacanaje bzdurną inkwizycją opowieść. Jeszcze w niej wszystko jest białe co białe i czarne co czarne. Lepiej, nawet można użyć owych słów! Nie tknęła się owych książeczek żadna cenzura, przerażają świeżością i zmyślnością, powodują wybuchy śmiechu i dziwaczne zaintrygowanie niezależnie od wieku… i te rysunki!

Naprawdę Fryderyk to jest to!

Jeden problem. Książeczki nie są wydawane o kolei, nie dostajemy ich w porządku farmerskim spraw, więc kilka spraw może zaskoczyć, ale za to zmyślność autora wytłumaczy wszystko!

Deszcz się jakoś przedarł nad Wyspę. Rzuca tymi sporymi kroplami, rzuca i rzuca i się dziwuje, bo one zamiast wsiąkać w zbitą, spragnioną ziemię, suchą już nie jak pieprz, ale skóra nadmiernie solarowanej wiekuistej damy, odbijają się. I wracają z powrotem pomiędzy chmury…

… i co teraz? Deszcz tupnął nogą, wkurzył się dalej ciskać kroplami niczym pociskami, w owe wychylające się głowy i umykające, mało odziane ciała i w owe dachy, okna i drzwi, samochody i dziwnie rozrechotane krowy i konie… I w końcu krople zaczęły spływać. Najpierw tylko drogą, w końcu nie wsiąkną w beton ścieżek, asfalt szosy, ani wszelakie kamienne okładziny.

Ale ziemia wciąż nie ustępowała. Jakby obrażona, że tak długo nikt jej wilgocią nie muskał. Jakby dziwnie zfochacona, że o niej zapomniano, a teraz tak na siłę się chce w nią, tak gwałtem, bezczelnie!? Że niby dla jej dobra, dla wszelakiej wilgotności, braków kruszalności i figlarnej lepkości?

Bo przecież nie dla życia. Lato przeszło i odeszło, ziemia chce odpoczynku, wydała już na świat co miała, teraz może jeszcze ją zaorzą ozimym, może koniczyną dokarmią, a może i łubinem?

A ten Deszcz nic tylko bębni i bębni… bez prezentów i kwiatów, bez czekoladek, a już na pewno bez zaręczynowego pierścionka… I gdzie są przeprosiny, na które tak długo czekaliśmy? Za opuszczenie nas, za owe wszelakie nieodwiedzanie, nawet kartki nie przysłał! I co on robił tam, gdzie był? Kogo zaspokajał, kogo wilgotnością wielką obdarzał? Kochaniec innej!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.