Pan Tealight i Rogal Eremita…

„Wydawać by się niektórym, dziwnym i niemyślącym, Pan Tealight tym razem nie wpuścił gościa do Sklepiku, ale usiadł z nim na mostku. Z daleka od niego, jakby bał się nadmiernie oczy mu rozgrzeszyć zbereźnymi wnętrznościami owego jedynego w świecie przybytku. I choć wody w Rzeczce o Zmiennych nie było wiele, a raczej nadmienić należy, iż prawie niewidzialną stała się jakakolwiek w niej wilgoć, to jednak gość sam poprosił o mostek.

Jeżeli wydawało mu się, iż nikt nie będzie podsłuchiwał, no cóż, każdemu wolno żyć w nieświadomości.

– … tak więc nie do końca chodzi mi o jakiegoś boga, umartwienie, ogólną nieruchawość na słupie, tudzież lwy czołgające się u stóp, górskie szczyty, jaskinie, czy dziwnie niechętne ludziom odludzia. Nawet nie o modlitwę. Choć haj zapatrzenia w jeden punkt – znaczy najczęściej i tak w siebie, w końcu na kogo można patrzeć mając zamknięte oczy – jest doprawdy nadzwyczajnym przeżyciem. No i zapewniam, że nie jest to minimalizm, jak okazuje się wielu sądzi… przychodzą i zazdroszczą mi braku rzeczy – ciekawe co by powiedzieli, jak nagle kończą się i liście i papier, a kupę zrobić trzeba… Ot zwykła bieda i tyle, choć inni chcą widzieć w tym więcej, więc im na to pozwalam. Chyba kłamię? A może jednak taki sympatyczny ze mnie gość. Ostatni pustelnik. Nawet nie mój erem, nie moja asceza, jałmużna dziwnie poniżająca, do tego ten cały celibat, że aż dziwnie człowiek na jaszczurkę spoziera… a modlitwa, cóż. Ale nim jestem, ostatnim eremitą. Zakochanym w bycie niebytem.

Tak naprawdę kogo czczę? Chciałem, naprawdę chciałem czcić, taki był przecież plan! Tak mnie wychowano, dali mi od razu przy narodzinach boga, może nie do końca pasował, ale był i dali powołanie, wizję przyszłości wypełnionej siedzeniem, a siedzieć to ja lubię. Bardzo. Te pośladki przytykające się do powierzchni, owa świadomość małej ruchliwości, równość oddechu, wszystko dookoła lata, a je siedzię… I samotność lubię. Tylko, że teraz to nawet nie wiem dlaczego, po co i za kogo? Na co mi kult pośmiertny, na grzyba pomniczki… klasztorów stawiał nie będę. Opadło mnie takowe zwątpienie chyba? A może i mój bóg i powołanie zniknął, a może mieli rację? Bo widzisz nazywam się Rogal… eremici zwykle mają tylko jedno miano, no i moje rozumiesz, nie brzmi najlepiej. Niewybredne żarty są na dziennym porządku zwiedzających. A tak, bo mam i zwiedzających, starsze panie na kolanach przychodzą, bardzo to nieatrakcyjne, lizać mnie po rękach chcą, boję się, że w końcu któraś mi odgryzie palec, albo i całą rękę, albo rzucą się na mnie, jak przysnę, no i zeżrą całego. Jakoś tak nie mogę przestać o tym myśleć, czy święte za życia też obróci się tylko w kał, czy zaczną srać pierwiosnkami i sasankami na przykład? No mniejsza… młode też przychodzą, ale nie na kolanach i raczej cóż, te ich spowiedzi! Kto to teraz dzieci wychowuje? Bo durne one są tak, że nawet podniecenie spada… może i lepiej, że oklapuje, w tej krótkiej kiecce trudno być doprawdy tajemniczym i nie zdradzającym szczegółów.

Miało być o imieniu, więc Rogal. Tak, Matka nadała po dziadku. Nie wnikałem w szczegóły od małego małomówny byłem, ale cóż… Znajomy radził, żeby zmienić na Lagor. Bo niby to samo a brzmi lepiej, ale jak to, mój bóg zna mnie pod jednym imieniem, a ja nie wierzę w jego pamięć i cuda. Oj tak, bo nie wierzę. Bo siedzę, pośladkami cuda wymadlam i co, moja dupa gorsza od innych? Nic nie działa, kompletnie nic! Dupa siedzi, a dobra to dupa, żyjemy razem już szmat czasu, wiem, że się modli, że cierpi, że pełna wyrzeczeń… a nie działa.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wyspa kolorownieje w oczach. A może raczej rany posłoneczne w końcu się na niej goją? Bo wszystko wciąż nie napojone, poparzone, dziwnie umęczone. Trawa stara się w ogóle nie wychylać. Listki nie mają zamiaru wznosić się ponad ziemię i choć brakuje im głaskania, owych wietrznych tańców i całej tej łanowej rozpusty… to lepiej nie. Lepiej nie odchodzić od ziemi. Za bardzo męczy powietrze.

W owej całej suchości to tylko dziwnie szuranie słychać. Jakby ktoś papierem ściernym po osnowach i wątkach rzeczywistości przesuwał. Jakby złuszczał jej naskórek, choć brutalnie, ale cóż uroda nie ofiaruje niczego strachliwym… jakby chciał coś usunąć, wymazać, ale to się opierało.

Mocno.

A może zwyczajnie jakieś SPA dla nader sadomasochistycznych się tutaj zorganizowało i szorują się piaskiem, drapiącymi obłamkami granitu, kryształkami i morskim szkliwem? Może w obliczu apokalipsy kinowej udzieliło się ludziom nagle owo wszelako dziwnie niektórych podniecające cierpienie…

… a może mamy i jaskinię, a w niej nie eremitę, ale Greja. Greja co łachocze biczami dziouchy, a one tego chcą? Ech! Co się porobiło z tym światem… i dlaczego nagle owo łachotanie to taka nowość?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.