Pan Tealight i Icoztego…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki robiła za trupi prawie chodniczek. W paseczki i z frędzelkami równo rozłożonymi w sobie tylko znajomych kierunkach, skupiskach i ogólnej nerwicy natręctw.

Delikatną, lekko mało ruchliwą, co nieco woniejącą sugestię, rozkładającą się, aczkolwiek urokliwie, w drzwiach tarasu, by nie przeszkadzać, nie wchodzić i w ogóle, ogólnie, dla własnego dobra: nie oddychać, nie pierdzieć, nie mrugać… A wolno opadające rodniki i elementy zaschniętek skóry łapać w niewidzialną sieć, nim opadną z dzikim łoskotem na ziemię, nim musną dzwoneczki kwiatów, by jej owego leżenia nie naruszyć. By owej dziwnej, podejrzliwej spokojności, primo loco na pewno, nie naruszać… Chyba, że ktoś doprawdy marzył o operacji plastycznej bez znieczulenia i na gorsze, nawet w tym wykrzywionym świecie.

Nie znaczy to jednak, że robiła NIC. Jako osoba kompletnie niezdolna do wykonywania takiego rodzaju pracy oczywiście była bardzo, ale to bardzo bardzo zajęta. Icoztego wyprowadzał się ze swojej piramidy. Jako stary, bardzo omszały, aczkolwiek przez nikogo nie wspominany już w modlitwach bóg Majów… o których i tak już mało kto pamiętał też – ha! zemsta! W obecnym wcieleniu był kierownikiem sklepu z suwenirami… dla zabieganych, zawsze zajętych, niespokojnych, gdy nie było co zrobić, czyli ogólnie mówiąc dla mrówek.

Znaczy nie do końca tak, że Wiedźma Wrona uzależniona była od mrówek… wprost przeciwnie! Wpadała raczej w gik amok świętego Wita, gdy któraś postanowiła uznać ją za nazbyt miękką, obłą wersję pochyłej wieży w P., czy też owe mityczne, monstrualne brainowe postacie, których tylko głowy wystawały na wyspie nie do końca jednak niejulonocnej. Ale suweniry, cóż, oto jednak z nie tak sekretnych słabości owej dziwnej osoby…

Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta vel chodniczek, teraz z dziwnym napięciem we wszelkich tkankach spoglądała na byłego boga Icoztego, jak pakował swoje torby, woreczki, saszetki i walizeczki. Jak wiązał węzełki, pakunki i nadawał na mrówczej poczcie to, co było zbyt niewyrównane. Jak wszystkie inne mrówki wraz z nim, w dziwnym jednolitym rytmie zbroiły się do odejścia. W końcu! Jak bardzo go wielbiły, choć wcale tego nie okazywały, bo jak już się komuś postanowiło kopczyk-piramidkę, to czyż trzeba wyrażać jeszcze więcej?

Chyba nie, no przynajmniej w mrówczej opinii.

Drzwi suwenirowego przybytku zostały zastawione szczebelkami z wyschniętych traw, a potem zabezpieczone gliną zmieszaną z kocimi siuśkami. Niezbyt aromatyczne, ale Icoztego obiecał, że zapach w końcu odejdzie, a działa jak żelazobeton. Zresztą jak tu się czepiać boga, nawet takiego, któremu czas przydatności do spożycia nagle się skończył. Takiego nie do ugryzienia, którego nikt nie chciał, o którym zapomniano, jak wyschnięta parówka w ciemnej lodówce, w opuszczonym domu z frywolnymi firankami, który dawno temu przejął we władanie las.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Korona śniegu i krwi” – jakoś tak orgazm, trwałe inne spojrzenie na literaturę. Więcej! Bezczelne porównywanie tego co było właśnie do tej jednej, może i obszernej, ale przecież TYLKO książki.

Skrzywienie na wieki wieków i amen! Nic już nie będzie takie samo! Właściwie przyznaję, iż w mojej dotychczasowej karierze: czytacza, recenzenta, krytyka i ogólnie mówiąc słowożernej istoty… takie powieści jak ta zrzucały inne z piedestałów. Ogólnie, bez opłotków i ogródek… Autorka winna przeprosić innych pisarzy za napisanie owego dzieła, bo zwyczajnie wyglądają przy niej gorzej. Strasznie gorzej!!! Lekko jak zombie i nie nadgryziona zębem czasu Barbie.

Nie jestem w stanie powiedzieć, czy bardziej to powieść historyczna, czy dzieło sztuki. Wiem jedno, wywalcie podręczniki, zagłębcie się w faktach, oraz tym, co dziś zwą realizmem magicznym, a kiedyś było zwykłą, subtelną, wciąż pogańską codziennością. W owej elegancji słów, piękności dialogów, opisach, które nie przynudzają i życiu jakże namacalnym. Cherezińska nie tylko ofiaruje potężną powieść z taką mnogością aktorów, że G. R. R. Martin spogląda w nią śliniąc się. Nie tylko manewruje w jakże ważnym, ale i istotnym okresie historycznym Polski… przede wszystkim jednak udało jej się znaleźć złoty środek literacki. Pokazać prawdę, dać nam historię, ale też nie zapominać o jej prawdziwości. Dać nam przeszłość widzianą oczami tych, którzy ją tworzyli. Ludzi. Wierzących, wciąż rozciągniętych pomiędzy chrześcijaństwem a tzw. pogaństwem. Żyjących, pragnących więcej…

Z jednej strony to powieść tak mocno stąpająca po ziemi, z drugiej magiczna, symboliczna, wymagająca od czytelnika pełnej uwagi, życia, oddychania i myślenia tylko podług niej, jakby nic innego nie istniało.

… oto moja nowa ukochana Autorka! Planuję porwanie, zamknięcie w piwniczce i ogólnie mówiąc mieć ją tylko dla siebie. Dobrze, że jeszcze kilka jej powieści przede mną… jakieś chyba 6? Sponsora, sponsora, sponsora mi dajcie, a jak nie, to przyjdzie Leszy i was zje!!!

Na Wyspie oczywiście istnieją owady. Są i jakieś wężowate żmijowate i jaszczurki… ale owady wiadomo, moc białka. Mamy nawet endemicznego edderkoppera, znaczy pająka w jaskiniach. Znaczy jest czym się postraszyć, gdy ktoś serio potrzebuje mocniejszych wrażeń, szmeru w trawie pod stopami i tak przerażonymi, bo nie widząc przez buty co to się tam dzieje… nagle oblepiającej twarz pajęczyny, która doprawdy narusza naszą prywatność swoją lepkością i ogólnie, robale…

… obecnie wyczuwając zbliżające się ochłodzenie świntuchy pragną zamieszkać w człowiekiem. Bo to wiadomo człowiek i gotuje i kręci się ciągle i ciekawy jest jak jakiś ubaw w mydlanej operze. Tylko marnie wielki ten człowiek jest i niebezpiecznie skłizujący okolicę.

Przyznaję, że nie przepadam za towarzystwem. Czasem mam napady minimalizmu babskiego, ściśle powiazanego z PMSami, który wywala wszystko, czyści i marzy o białych ścianach oraz wszelkich przestrzeniach… żeby widzieć te robale i wiecie, pogrzeby to fajna sprawa!

Ale co zrrobić z obrazami? No nie da się żyć w totalnym minimaliźmie mając książki i obrazy. Nie da się. Choć można marzyć o własnym domu. Chatce z większym widokiem na morze, z biblioteką i pracownią… a reszta, cóż, łóżko wystarczy i łazienka i może kuchnia… Żadne tam szaleństwa. I bez robali! Ja wiem, że może one czują zew miłości w stosunku do ludzkości, ale ja nie!

Nie zmuszajcie mnie do kochania! Aczkolwiek suweniry wskazane… może poza wszelakimi odchodami, zwłokami w nadmiernym stanie rozkładu i takimi tam, no wiecie niezbyt aromatycznymi… znaczy nazbyt no!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.