Pan Tealight i Wiedźma Schudzalna…

„Przyjrzała się sobie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Nie, nie w lustrach, tego przecież nie robiła… Przyjrzała się, przejrzała w cudzych oczach, odbiła się w deszczowych kroplach, wyciągnęła stare, lepiące się i dziwnie buzujące niecierpliwością bombki z pozłotą i w nich się przeglądała. Potem doskoczyła do kałuży, oblepionej liściami i bezczelnie, nie pytając się jej o zdanie, też się odbiła… gwałtem narzuciła jej swoje dziwne, szeleszczące kształty. Potem od szyby, która od zawsze zakochana tylko w samej sobie, tak nie pragnąca wyglądać na zewnątrz, kolekcjonowała pajęczyny, plamy i odciski dłoni, dla subtelnego zniechęcenia wszelakich narcystycznych zboczeńców… Nie zdziwiła się może temu, co zobaczyła, ale coś sobie postanowiła. Nie coś nowego, oj nie, raczej odkurzyła stare…

Postanowiła się odchudzić.

Problem w tym, że Wiedźma Wrona nie należała do tych powolnych, działających z rozmysłem, szykujących długofalowe plany i robiących wszelakie próby, całkiem niegeneralne, tych z pomysłem, przewidywalnych, ostrożnych. Raczej był skrajnie impulsywna, poddana wszelkim mocom, totalnie, nie oszukujmy się, szalona i niezbyt stabilna emocjonalnie… ale przecież oficjalnie była dumna ze swoich wszelako umysłowych ułomności.

Dlatego zaczęła od siekiery.

Myślała nad prawą nogą, myślała nad lewą… uznała, iż mimo niezbyt satysfakcjonującego jej estetykę ich kształtu, obydwu jednak potrzebuje. Podobnie zresztą było z rękami. Z głową też jakoś nie chciała się rozstać, choć Ojeblik już się cieszyła, a co do korpusu, no ktoś w końcu musiał trzymać to wszystko w jednej kupie. Dlatego odrzuciła siekierę i zabrała się za usuwanie zbędnego owłosienia. Wszystkie misie Wiedźmy zjeżyły się na ową jej niereligijność w stosunku do pluszu i odrzucenie futerkowości, ale cóż można było zrobić, no zawzięło się babsko i tyle. Po obgryzieniu paznokci, wyjedzeniu rzęs i brwi, wzięła się oczywiście za dietę. Postanowiła zrezygnować z twardych okładek, co to nierzadko ciężarem się jej odbijały i nietrawialnymi barwnikami odbekiwały. Ale jak tu z nich zrezygnować, gdy takie fajne, obronne często, łatwe w resuscytacji półek i wszelkiej estetyczności. No nie samą miękką okładką Wiedźma żyje. A i miękka, wiadomo, często więcej papieru zawiera, ale jak tu czytać bez okładek? Jak utrzymać na wietrznej w końcu Wyspie w sobie te wszystkie strony? No i co z harmonią prawej i lewej strony, co z pewną symetrią… nerwicą natręctw?

… co z książkami?

Dlatego przymknęła oczy. Znaczy najpierw prawe, tak dla zachwiania wszystkim, czym mogła chwiać. Potem na próbę tylko lewe, bo przecież równowaga w środowisku doprawdy, choć zabawnie, jest ważna. Potem zawróciła sobie w głowie dziwnym oczekiwaniem, aż w końcu przymknęła i prawe i lewe oko. By nie widzieć. Nie odbijać, nie przyglądać, nie podpatrywać, nawet nie macać siebie. Zakazała ciuchom uciskać, fałdkom falować, włosom na głowie tylko bardziej rosnąć i ogólnie… chudziej się wszystkim częścią Wiedźmy prezentować.

Bo gdy się nie czuje, nie widzi… można nie myśleć, nie być, nie marnować czasu na takie pierdoły. Ale tylko wtedy, gdy nie ma zbyt blisko innych… bo inni mają natrętną atencję wytykania wszystkiego. Jakby świat w życiu nie był już sam dość skomplikowany i nie rzucający pod stopy tych książek, o których się marzyło.

A czasem bezczelnie odebierającym…

Bo jest w wiedźmach coś całościowego, coś co nie pozwala tak zwyczajnie poddać się kaprysom ciała, coś co zapobiega zmniejszaniu się ilości magii w świecie. A przynajmniej musiało być, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „GONE. Faza szósta” – chyba z cyklami powieściowymi jest tak, że albo się ma na nie pomysł od początku do końca, albo nie. I kleją się potem te książki do siebie na klej z mąki, który z czasem ktoś zwyczajnie wyżera… pewno głodny i tyle. A może nerwica natręctw? Mniejsza. GONE zaczął się od wielkiego BUM i w pewnym sensie wielkie BUM go kończy.

Nie oszukujmy się, nie wszyscy je przetrwają… zresztą sami pomyślcie, jak wrócić do codzienności po Etapie? Jak być znowu człowiekiem? Pakować plecak do szkoły, nie martwić się, czy będzie jutro coś do zjedzenia, albo czy gaiaphage nie pojawi się nagle na progu? Nasi bohaterowie mają mieszane uczucia. Najmłodsi wpatrzeni w swoich rodziców tylko czekają, starsi wiedzą, że czeka ich jeszcze walka… i iż możliwe jest, że nikt z nich jej nie przetrwa.

Nie ma tutaj optymizmu, nie ma fajerwerków radości – inne są – jest za to pożegnanie. I pytanie: czy można żyć PO…

Przegląda się Wyspa w sobie samej. W owych wyszorowanych, zielonych jeszcze liściach zimowy jabłoni, w owych wyjedzonych przez robale serduszkach w owocach. W owej pokrywającej wszystko dojrzałości. W owych owockach, jakże wypolerowanych, wywoskowanych na najwyższy połysk i w trawach, które dumnie i w złocieniach bawiły się z lekko przyciężkimi, późnoletnimi promieniami…

… cóż, każdego z nas poznaczyło to lato. Także i Wyspę. Trochę się obruszyła staruszka, gdy zobaczyła te zmarszczki, tą skórkę pozbawioną wilgoci, tak sporadycznie muskaną wiatrami. Te plaże, wciąż zatkane algami, dziwnie walczące o każdy kamyk i każdą garść piasku. Te drzewa, owocujące, ale jakby nie do końca zdecydowane, co teraz mają zrobić z tym ciężarem.

Wyspa obrosła dylematem. Z jednej strony strasznie znajomie, ale nie żeby była do tego przyzwyczajona, uciskają ją ścierniska. Wbijają się w nią owe ostre pozostałości po ciężkich kłosach, podgryzają ją lekko otumanione pędem maszyn myszki, wciąż bzykają uwielbiające opóźnione rozkosze bączki. Z drugiej coś wisi w powietrzu. I na pewno nie są to worki z prezentami. W powietrzu rozłożyła się na chmurce w kształcie dmuchanej kanapy – to na problemy z kręgosłupem – Niepewność jesieni i zimy.

Bo jeżeli wszystko takie miękkie, dziwnie spocone, takie wybuchłe przedwcześnie w dziwnym, zbyt wczesnym orgaźmie… to czy uda im się dojść może raz jeszcze? Bo przecież jak ciepło, to może spróbować?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.