Pan Tealight i Nocne Wrony…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spała.

Na płaskim, skołtunionym posłaniu wierciła się ona, książki, nienamalowane obrazy i niespisane opowieści. Pokotem leżeli wykorzystani przez nią bohaterowie wszelkich powieści i niemożliwe do scharakteryzowania podmioty wielce literackie. Oraz ci, których jeszcze nie dotknęła, nie zmacała, nie poznała, a dopraszali się tego, różnymi sposobami, aż zmęczeni zasnęli, czekając na kolejną akcję… Tam spod czerwonej poduszki wystawał ogon smoka, dość obśliniony, po drugiej stronie gołe półdupki Chochela, chochlika pisarskiego wiedźmy. Poniżej linii snów pełzały dziwnie ożywione, wszelkie diabły, utopce i demony, tęskniły za śpiacymi, ale wiedziały, że tylko teraz się pożywią bez utyskiwań na ich specyficzną dietę… Mieniący się kobaltem śluz pokrywał całą, nie zajętą przez Wiedźmę sferę.

Zawsze znikał rankiem i nikt nie wiedział o co mu chodzi.

Z drugiej strony strasznie chrapał, jak zwykle, rytmicznie gulgocząc i przełykając dziwaczne, nierealne napoje, Chowaniec Wiedźmy… jego strona łóżka jak zwykle wydawała się być jakże egoistycznie samotna, zawierająca wyłącznie jego, ale jakoś zawartości wiedźmiej strony snów, nie spieszyło się robić wycieczek. Wszyscy wiedzieli, że po Tamtej Stronie Pysia dzieją się toksyczne sprawy… Zbyt toksyczne nawet dla tych zbytnio mało widzialnych dla świata, lub tych jeszcze nie zdemiurgowanych. Nawet ci wykwitli z szatańskiego nasienia wzdrygali się na samą myśl. Wszelkie biaki, file i różnorakie łaki chrapały pospołu, nie bacząc na granice i zatargi, kłapiąc zębami na zbyt żwawe pchły i inne gryzaki…

Na wszystko to spoglądały dziwnie nazbyt żywotne oczy pluszaków i pulsujące ramy obrazów, a Wiedźma tylko śniła. Rozrzucone ręce kiełkowały ciemnymi piórkami, a nogi pokrywała dziwna łuska, ale nawet ci spod łóżka tego nie komentowali… mieli mało powietrza, co zdarzało się w zbyt ściśniętych środowiskach. Śliniła się, strużka cieczy leniwie zmierzała ku jej uchu gardząc prawami grawitacji, ale nie to było dziwne. Dziwne były trzy szare wrony siedzące na jej głowie, wczepione pazurami w skołtunione włosy, srebrzyste, dziwnie wyróżniające się swoją wykwintnością.

– Tylko miękkie tkanki, tylko soczyste, oczki podmroczki, śluziste…

– Gienka, ty się lepiej do roboty zabierz, serio jesteś opóźniona w czasie i przestrzeni, ssij z prawej strony ten o księciu, koniu i zamku, bo nam się towar opuści, omsknie na skali wiedźmowania i będziemy miały przedziobane! Wciągaj te pozytywne, rzygalnie tęczowe bzdury!

– Marzycieli nie rodzą
marzycieli tkają,
w proch tchną,
żywot obracają.

– No z kim ja kurna pracować muszę?!!! Wciągaj o pantofelku, wciągaj!

Bo są w świecie rzeczy, co stać się muszą i niby ludzie, którzy sobą powinni jednak pozostać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Skąd wieje wiatr” – opisywana jako powiesć oniryczna, rzeczywiście taką jest. Na poły realna, na poły baśniowa, ale jednak nie do końca spójna i czarująca. Kobiety, koty, mężczyźni, którzy niczeg nie rozumieją… oj nie jest to Bacigalupi czy Valente. To raczej autorka z potencjałem, która jednak nazbyt trzyma się wciąż rzeczyswistości.  Aczkolwiek warto spróbować, by przekonać się, że wciąż istnieją tacy, którzy próbują pisać inaczej, przekazać więcej!

„Morderstwo w Madingley Grange” – bardziej niż powieść kryminalna, dowcipna, sprawnie skonstruowana, kręcącą, wciągająca opowieść wybitnie angielska. Ot niewielka czarująca posiadłość, rodzeństwo, co to z chęcią przejmie ją z rąk ciotuni i pewien pomysł. Na grę starą jak świat. Zabijmy kogoś i rozwiążmy sprawę… Znamy to z Agathy Christie? Znamy, pewno… ale Graham dorzuca coś od siebie, ową subtelną dziwaczność społeczeństwa, współczesność, niespełnione marzenia…

… serio? Więcej tutaj ciekawej, pasjonującej mozaiki bohaterów niż rzeczywistego mordu i dlatego warto przeczytać! Dla niej zzombiłam nockę i nie żałuję. Kocham Caroline Graham, nawet jeżeli czasem zbyt wiele w niej Christie. A może właśnie dlatego? Pierun wie!!!?

Po palącej wprost suszy początku lata nadszedł lekki deszczowy dzień i wszystko ucichło. Jakby zalało wszelkie usta, nosy, gardła i inne wszelako mało chętnie macalne otwory głosowe. Tudzież te wydające takowe, zbieżne z dźwiękiem tony muzyczne. No sami wiecie. Wydawało się, że przez chwilę, bombardujący kroplami deszcz przegra z pragnieniem mojego sąsiada, by pobawić się jakąś warkoczącą zabawką… ale jednak natura wygrała. Wyspa chce ciszy. Albo zwyczajnie szykuje coś paskudnego, bo serio potrafi to, jak każda kobieta umie być wredna!

I dzięki temu wciąż zachowuje odpowiednia figurę na owej planszy bogów… te szachy, chińczyk, kości, monopoly, czy w co tam lubią sobie nami pograć?

Może czasem zwyczajnie nie chodzi tylko o nawodnienie rozpukujących się kasztanów, orzeszków choinkowych czy żołędzi? Może czasem jest w tym wszystkim coś więcej? Może jeszcze więcej niż mieści się nawet nazbyt wiele dumającemu osobnikowi pod kopułką? Może…

… może jest w tym jeszcze więcej, niż w ogóle można sobie wyobrazić? Oliwienie szafy do Narnii, podszywanie kapeluszów i odpajęczanie króliczych nor, szlifowanie hammerów, szlifowanie wrzecion i ostrzenie igieł? Mniejsza o cały ten bagaż myślowy, oto czas, w którym super się śpi i śni! I to mnie trochę przeraża, bo przecież to całe śnienie nie może być tylko chemią mózgu, nazbyt to wszystko pokitrane!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.