Pan Tealight i Onkel Fakler…

Onkel Fakler miał pewien krępujący go problem…

Problem, za który kobiety go kochały, uwielbiały, przez który wodziły za nim wzrokiem, zaskoczone przykucały, niby że sznurówki w butach im się poluzowały, nic to, iż wsuwki zwykłe na obcasie, potem przecierały okularowe szkiełka, najczęściej przyciemnione, montowały lepsze soczewki, a nawet niektóre sprowadzały lunety najwyższej, kosmicznej jakośc, ot tak, żeby zachować wiecie, pozory. Był to nadzwyczajny problem, którym je nęcił, zwodził, parzył ich wrodzoną niecierpliwość i ciekawość, zdolność do rozłożenia świata na najmniejsze plotki i rozpowiedzenia ich po morzach i polach, lasach i dolinach, kałużach, a nawet i zwyczajowych, gównianie codziennych szambach.

Ot każdy z nas zmaga się z czymś, czym życie go obdarowało, a na co nie do końca miał ochotę. No dobrze, może nie AŻ TAKĄ… sami wiecie. Jednakowoż Onkel Fakler był mężczyzną. I bratem rodzonym Pana Tealighta, aczkolwiek co do wspólnej matki, to nigdy nie doszli do jakiegokolwiek konsensusu. Zresztą wśród braci nie było to aż tak ważne. Tak, byli do siebie podobni, aczkolwiek wewnętrznie, na rezonansie magnetycznym, zwykłym RTG, czy też nawet podczas zabaw na lotnisku… poza tym problem takowy miał tylko Onkel.

Wielu by powiedziało, no i powiedzieli, gdy naprawdę nikt ich nie pytał, że nie ma przecież problemu, że jakże tak można nie doceniać natury, jak można być tak paskudnie niewdzięcznym… Łatwo im tak mówić! Za dnia na dodatek, w pełnej obecności słońca, odbić listrzanych i potęgujących elementów posrebrzanych, włączając w to wyczyszczoną świeżo zastawę po Prababci Gargonie.

Bo PROBLEM Onkela Faklera… świecił. Zresztą co tam świecił, nie był to w końcu byle pierniczony robaczek świętojański… Problem ów palił się samoistnie ogniem żywym, żwawym i nazbyt gorącym, a do tego nawet gdy się tylko żarzył, i tak psuł wiekuiście każdą odzież zwierzchnią. I nigdy nie zmieniał objętości. Jakby ów ogień go nie konsumował był, jakby zwyczajnie tylko muskał, choć boleśnie, tylko otaczał koroną, uwidaczniał i nagłaśniał sykiem bytność…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Partials” – nie odczuwałam lęku biorąc tę powieść do rąk. Zwyczajnie. Zakochałam się w sposobie pisania Dana Wellsa już jakiś czas temu i szlag mnie trafia, ale wiecie, tak dziennie co najmniej raz, gdy dowiaduję się, że ktoś tam nie wyda jego powieści. Bo Wells jest jednym z tych nielicznych, w których coś jest. Który potrafi zaskoczyć, potrafi nie tylko trzymać w napięciu do końca, ale też rozkochać się w bohaterach, za ową szczerość, za brak bigoterii, za specyficzną prawdziwość… I tak jest z „Częściowcami”.

Powieść to może i postapokaliptyczna, ale jakże świadoma sprzeczności naszej codzienności. Przepełniona karcącym tonem, ale przede wszystkim opowieść o honorze. O owej sile, która pcha nas, byśmy czynili to, co niemożliwe… o przyjaźni, miłości, przeznaczeniu, albo może tylko o maszynach? Cóż, każdy zyska potężny bagaż pytań i odpowiedzi po tej lekturze. Niestety lekturze, co to sprawi, że nocka zarwana, a człowiek po niej zombie, ale wciąż telepie mu się po głowie gromada dziwnych myśli. Na przykład, czy gatunek wymierający powinno się ratować nawet kosztem jego wolności? Czy kobieta, to macica na nogach? Jak daleko są w stanie posunąć się rządzący, dla tak zwanego DOBRA OGÓŁU?

Ptaki nadal uczą się na Wyspie latać. Jest w tym coś fascynującego, bo widać, w jaki sposób małe łobuziaki, rozwrzeszczane bestie naprawdę ziejące ogniem, choć takie milusie słodziackie kulki pierzate… Mniejsza. Widać, że taki maluch, to czysta tablica. Ciekawość w piórkowym wdzianku. Ktoś, kto pragnie robaka, a potem wypuścić się w świat, odkrywać… Nie boją się jeszcze ludzi, ot jest to dla nich kolejny rozdział życia. Przeszkoda w locie, albo zaciekawiająca, ruszająca się kupa mięska.

Nie boją się. Ot zwyczajnie, dla nich strach jeszcze nie istnieje. A nawet jeżeli, zawsze mogą zostać w gnieździe i wrzeszcześć: JEŚĆ!!!

Kiedy w nas zaczyna się strach?

Nie wiem, mi chyba dyskretnie towarzyszył od zawsze. Zwykły element przyczepiający się do każdego wnętrza i każdego krajobrazu. Uciekłam na Wyspę, bo chciałam się odczepić od tego strachu. Jakoś oderwać, odciąć, odszarpnąć, zlikwidować łączące nas guziki i dziurki, zamki i zaczepy, haftki i inne drewniane kołki. Wszelkie zawiasy i zaszewki… chciałam wyrzucić klucz od wspólnych drzwi, ale jednak tego nie zrobiłam. Bo strach to element mnie. Był ze mną zawsze i będzie. Ot tak już jest. Znamy się, to tak jakby rodzina i choć na Wyspie pozwala mi na więcej swobody, to on mnie łapie, gdy chwieję się w polu trzaskając fotki merdającym się makom i bławatkom. To on przynosi pęd wiatru, by osuszyć spocone czoło… to on jest przy mnie zawsze. Niezbyt subtelny kochanek, podejrzewam, że gdyby się mocniej zmaterializował, byłby nadzwyczaj odpychający… co by mi się spodobało.

Jestem przerażająca!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.