Pan Tealight i Wewnętrzna Barbie…

„Gdy Wiedźma Wrona Pożarta była tylko Małą Wiedźmą, jeszcze niezbyt zorientowaną, niewinną i poddaną zewnętrznym wpływom, bardzo starała się, przez nazbyt długi czas, zadowolić wszystkich… Potem z tego wyrosła, a przynajmniej tak jej się wydawało. Bo nawet teraz, gdy jej powiedziano, że powinna obficie porozmawiać ze swoją wewnętrzną boginią, ogólnie i zwyczajnie ją gdzieś tam w okolicach żeber posiadać, celebrować z nią krwawienia i często pytać się jej o radę… bo inaczej NIE JEST PRAWDZIWĄ WIEDŹMĄ! panikowała. Zagłębiła się w siebie, zajrzała pod skórkę, pod tłuszczyk, znowu tłuszczyk i mięśnie i kosteczki, we wszystkie załamania i zawirowania cielesności, wciąż nieodkrytego obszaru o zmiennej objętości, ale nie ma… Żadnej wewnętrznej boginii, jest tylko zwyczajowa Jaskinia, a w niej trzy, dziwaczne, lekko zmoknięte wroniaste kobiece duchy. Te same, co się wprowadziły po tym, gdy utraciła trzy części swojej duszy…

Nic ponad to.

Znaczy może inaczej, wiele ponad to, ale kurde żadnej wewnętrznej, pasożytniczej, nie płacącej czynszu za wynajem tak cudownego, magicznego, jedynego w swoim rodzaju miejsca, boginii!!!

Powiedzmy sobie szczerze, serio to nie było tam miejsca dla takiej postaci, co to muska sobie pieszczotliwie jajniki, bawi się w jajowodach, odkrywa alfabety w miejscach niepiśmiennych, celebruje swoje cycki i rozmawia z pochwą! O tych elementach w cielesności Wiedźmy Wrony się nie mówiło. Dyskretnie się zapominało. A w krwawienia się cierpiało i ćpało! Taka to tam magia i Polityka Wewnętrzna Wiedźmy… ale w takim razie co z ową prawdziwością wiedźmostwa? Może jestem rzeczywiście tylko NIEPRAWDZIWĄ WIEDŹMĄ? I niczym ponad ową, wydmuchaną na pewno dziwną stroną, definicją?

I wtedy przypomniała się jej ona… Barbie! Dziwaczna, plastikowa, obrzydliwa dwunożna, ciekawska i do końca nigdy nie zrozumiana osobowość… owo utracone marzenie Małęj Wiedźmy o byciu zwyczajnym, nudnym i kompletnie niewidzialnym elementem życia innych, wyposażeniem świata, paskiem na owady. To było coś na spróbowanie… coś, co miało tylko udowodnić, że sorry, ale to nie mój świat, a plastik mnie przeraża!!! I chyba to zrobiło?

Wygoliła jej najpierw włosy, potem zmieniła odzienie, potem zrobiła dziwne, przerażające, opisywane w mądrych książkach jako wstęp do zwyrodnienia i pierwsze kroki seryjnych morderców, rzeczy. I w końcu, dziwnie, jakoś tak niesamowicie Barbie zniknęła. Nie zabrała ze sobą zestawu bucików i małego, plastikowego komputerka, tylko zniknęła… Może tak naprawdę w zemście czystej Made in China, wniknęła w Wiedźmę Wronę? Może to ja należy zapytać o owe wszelkie sprawy? Może to ona w końcu donośnie dudniąć z wnętrza… przemówi. Choćby z czystej zemsty, owych wiecznie sterczących na baczność cycków, nie owłosionej cielesności bez pryszczy i skaz, bez cellulitu i nigdy opuchniętych kostek?

Należało to sprawdzić. Dowiedzieć się, czy czasem to nie Wewnętrzna Barbie sabotuje prawdziwość wiedźmostwa Wiedźmy Wrony Pożartej? I czy w ogóle istnieje coś takiego, jak definicja naturalności?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Oksa Pollock. Ostatnia nadzieja” – opowieść aż nazbyt przypominająca na pierwzy rzut okiem H. Pottera… a potem zaczyna się lepiej. Lekkie zaskoczenie. Sama Oksa może nie jest wybitną przedstawicielką młodzieżowych bohaterów literackich, ale jest intrygująca. Za to tym, co powala, jest wykreowany świat magii i wszystkiego, co możliwe. Świat pełen zaskakujących stworzeń, powalających zaklęć i roślin, które nie tylko mówią!

Mimo iż przeznaczona dla młodzieży, przyznaję, że dałam się porwać. Bo sama chciałabym być kimś z Edefii. Krainy, którą skrywa kolor nieopisywalny. Magii i możliwości, owej ulotnej szlachetności…

Siedzę na progu i czekam na deszcz. Czekam niecierpliwie, bo choć Wyspa się nade mną zlitowała i obniżyła słupki rtęci w termometrach, to jednak wciąż braknie mi wilgotności! Tych kropli deszczu młócących wciąż jeszcze ciepłe kamienie, drogi i pnie drzew. Owych liści zdobnych w kryształki kropli… tej drżącej, wrażliwej, mokrej codzienności. Tych tęcz i garnków złota, oraz nissenów, jakże bezczelnie i wrednie nieczułych na moje modlitwy i złote zapędy!

I co? I nic z tego… może jakaś gromada młodocianych aniołków coś tam popuściła, ale nic to, nic to, nic to!

Pamiętacie czasy, gdy po wielkiej ulewie człek wyłaził i bawił się w kałuży? Bez wymyślnych wdzianek, ot w najgorszych porciętach, bo po takiej zabawie i tak była tylko kąpiel i do łóżka. Teraz… oj na szczęście na Wyspie wciąż można tańczyć w deszczu, moczyć dupsko w kałużach, oraz nie być gołosłownym i zwyczajnie odkryć trochę skóry! Więc czekam z ową skórą zmęczoną słońcem, owymi palcami czekającymi na błotko przeciskające się między nimi, na owo darmowe SPA! Na szaleństwo kompletne, przecież nie właściwie wyłącznie osobnikom poniżej 1 metra wzrostu…

Tylko tej ulewy wciąż nie ma!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.