Pan Tealight i Koń…

„Ktoś robił Wiedźmę Wronę Pożartą w konia.

Chociaż zdawałoby się, owym logicznym bardziej niemożebnie, iż podkucie pazurów jest niemożliwe, to uświadomiła sobie ów fakt przemiany, gdy zaczęło ją wkurzająco swędzieć za… kopytem. Jej krótkie dotąd włosy, dość marnej jakości, nagle nabrały wściekłego, karego połysku, grzywa się jej wzburzyła odmawiając posłuszeństwa, poddana wiatrom, a cieniutkie warkoczyki zakończone chwostami i dzwoneczkami, skutecznie zaczęły rozpraszać ów cały magiczny szajs. Gdy zaczęła obdarzać nadmierną atencją marchewkę i to od owej zielonej naci strony, zaczęła się zastanawiać… mocniej niż zwykle, nad ową potęgą ludzkiej myśli, ową obrzydliwą insynuacją.

Nad owym zapewnieniem, w które tak dziwacznie, po starodawnemu, w imię: zrobiłam, więc jest pewne… wierzyła i innym, bogata w swoje nadmierne w rozmiarze natręctwa i nagminności, dziwactwa i nerwowości, nie biorąc kompletnie poprawki na współczesny tok rozumowania: komputer mi się zepsuł, mejl nie dotarł, nie bywam na Facebooku… To znaczy, nie jest to prawda?

Prawda?

Nigdy?

Ot naśmiewali się ludzie z łatwości chłostania Wiedźmy Wrony Pożartej wymówkami. Dobrze im z tym było, wierzyła. Naiwna taka… tosz przecież ino wiedźma, żadna tam wróżka jasnowidzka! Nosz się nie domyśli, a nawet jeżeli, zawsze można odwrócić kota ogonem. A odwrócony ogonem kot to dziwny widok. Nad podziw niesmaczny, estetyczny w prostocie przekroju podłużnego, a jednak nie do końca kot. Straszący otworem, w którym nie jeden pierścień uległby zutylizowaniu, podniesiony ogon, niczym bicz chłostający niewiernych… choć gdyby wywrócić go na drugą stronę, byłoby ciekawiej może? Tak współcześnie artystycznie w owym świecie gloryfikującym brzydotę?

Może i robią w konia, kurde, ale ja się ujeździć nie dam! Pomyślała Wiedźma Wrona i pokłusowała przez pola, bez derki, bez siodła, z tym metalowym czymś w ustach, co wciąż przeszkadzało, bez jeźdzca, ale z dziwnym przeciążeniem. Stępa pod Wiatrakiem, poprzez rzeczkę, mijając zdziwionych turystów gdakających do swoich telefonów, wzywających pomocy, Bosz Mój Jeżu Najkolusieńszy u bram Stajenki, na który Boska Stopa nadepnęła i wrzasku narobiła… przecież Jeźdzcy Apokalipsy nie powinni się rozdzielać nigdy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Gdański depozyt” – zaskakująco liryczny, pięknie napisany i powalający owym językowym smaczkiem, tymi słowami z epoki. Tymi damami w pończochach, owymi kostkami wzburzajacymi męskie pragnienia… no i tak, jak najbardziej jest tutaj i owa kryminalna intryga, ale mnie najbardziej ujął rys epoki!!! Oddany bajecznie! Wysmakowany w szczegółach najmniejszych. Owe postacie, jakby żywcem wyrwane z przeszłości… ten przedwojenny Gdańsk, poprawność w zarządzaniu uczuciami, owe stopniowania ważności… honor, Bóg, Ojczyzna? Sama intryga, słaba, ale cała reszta ach!

… to naprawdę się czyta pięknie!

„Triumf” – autora przedstawiać chyba nie trzeba, Sharpa podobnież. Ot, większość twierdzi, że typowe męskie czytanie… a mnie urzekło. Oj wiem wojna, bitwy, armaty, rozpisane kolejności dziobania w armii… miał człowiek w szkołach belki, ale niczego nie pamięta… a jednak kręci. Może to przez język, ową subtelną nieposłuszność głównego bohatera, może przez opis postaci, jakże rozmaitych, jednych honorowych, innych zwyczajnie podgarniających tylko do swojego gniazda… a może to jednak Cornwell, który do czegokolwiek się nie zabierze, zawsze pięknie pisze?

Nie wiem, ale warto. Panowie i Panie! Ot ważna lektura, historyczna opowieść, a tyle w niej człowieka!

Żar się leje z nieba, a i ziemia zdaje się buzować oparami nadmiernej ciepłoty. Wyspa roztapia się, delikatnie wpasowując w siebie kolejne ślady. Owych turystów, co to tylko chcieli pojeździć na rowerach, owych biegaczay i kłapaczy i nader letnim obuwiu. Te szczeniaki zabrane na pierwszą w życiu wyprawę i dzieci, nadmiernie znudzone, gdy tylko lekko podrosną.

Świat poddaje się Latu. Wściekły wiatr targa włosami, ponownie pragnąć Vidal Sassoon tym razem 2013. Namioty rozkwitają, niby nazbyt wiele skrywajace tajemnic rosiczki… a ponad tym wznosi się czysta pieśń, której jeszcze nikt nie narzucił ni słów ni rytmów. Sezon w pełni! Kto tym razem spali plecki, a kto nazbyt wyraziście zaszaleje… obaczym Wyspo? Obaczym!

Najważniejsze, że w końcu można rzucić się w owe otchłanie morskie. Lekko skołowane temperaturą utopce tym razem może nie pociągną w głębiny, spragnione ludzkiego towarzystwa. Ot nic z tego, iż owo towarzystwo puchnie z czasem, że kiepsko wygląda… nic nie poprawia humoru tak jak turyścizna z wodorostami. Taka na rozgrzanych kamieniach sprawiona, albo lepiej, wędzona nad nadmiernymi, rozbuchanymi wymaganiami przyjezdnych.

My lubimy Wyspę taką, jaką jest, to zwykłe uzależnienie Panie Turysto! No dobra, niech ci będzie… fanatyzm! A teraz bądź grzeczny i racz podać tamten zestaw noży, Tubylce tyż mieć do jedzenia coś muszą!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.