Pan Tealight i Wiedźma po sąsiedzku…

„Właściwie pewne niepokorne serca, te co to wiele krzyczą, ale zawsze uciekają, jak trza uzgodnić które dobrowolnie i z zaszczytami ma iść na ofiare… to uważają, że Wiedźma Wrona Pożarta mieszka w dziczy. I w pewnym sensie mają rację. Ot ani tutaj infrastuktury wielkich szopów, ani skajdrapaków, ani wrzaskunów reklamowych, ale jednak są ludzie. Znaczy bywają tutaj. Niektórzy dość codziennie, nie wszyscy nader chętnie. Niekórz wracają do swoich domów dość podejrzliwie, lękliwie, dziwnie drżąc, zerkając co rusz za ramię, za plecki – wygimnastykowani tacy, czy im się tam coś nie przykleiło, czy ten rozdwojony cień, dziwnie chwiejnie pełzający po drodze, to na pewno ich własność?

Ale CZY na pewno?

No pewno, że na pewno, no tosz to Wyspa.

Jako taka z geograficznego, naukowego i rozmyślnego powodu, wyznacza dla większości ostre granice. Wiedźma akurat lubiła taką granicę, nawet wielbiła i dobrze się czuła… taka odcięta. Usz, ale problem w tym, iż bycie sobą w jej przypadku nastręczało natręctw zmuszających do podglądania innych rzeczywistości, tych wszelkich równoległych peirdół i innych fizycznie niemożliwych. Takoż więc raczej był tłok. Tłok, gdy uświadomimy sobie przeludnienie Białego Domostwa, Trolla pod mostem, zakochanego w Havfrue, Diobły i Utopce, zarazem, morskie, rzeczne i te nijako deszczowe. Skrzaty zajmujące wszelkie poziomy roślinności, oraz duchy, dusze i przemieńców, odmieńców, podmieńców… i wielomieńców, łaki i legendarne heroiny z herosami. Wróżki, zwierzynę mitologiczną, łącznie z tymi odrzutami, co to o nich nikt ogólnie nie chciał nigdy pisać… Hobbitów nie było, na razie? Był i Bulgot i wrodzona osobowość Wiedźmiej Chatki, był Chowaniec, Chochel i Ojeblik… misie i obrazy… i tak, no tak, trzeba przyznać, tosz nie ma się czego wstydzić, no byli i owi nadzwyczaj nie do końca przecież, bo to niemożliwe, ludzcy Sąsiedzi!!!

Ciekawe, czy oni zdawali sobie sprawę z jej istnienia?

Bo ona jak najbardziej z ich bytności tak. Z Rodzinnej Mafii, która na jej ulicy najmłodszego – Sąsiad Krztuszący – przymuszała do pracy fizycznej, ciężkiej i okresowo stałej. Z Cholernego Zaczarowanego Ogrodu, zaglądającego jej w okienko Kuchni, w którym Paskud Paskud Mitoman trzymał w niewoli ponoć nadmiernej urody Ostatnią Dziewicę, ale wiecie, kto by tam w to wierzył. No i była jeszcze Gruntowna Rodzinka, tak po prawej, no i Soprano Dansk, of course, że spokrewnieni, właściwie strach myśleć kto z kim nie był? Był i Wkurw Meloman, który nie dość, że jeździł ciężarówką, w którą spokojnie każdy zboczeniec, lub zwykły student w potrzebie, pakował co najmniej trzy trupy na drogę i dwa worki brudnych ciuchów, to na dodatek zawsze słuchał głośno muzyki… asz może i ciekawej, ale akustyka okolicy rzucała w Wiedźmią Chatkę ino to całe „łup łup łup”. I był jeszcze i Malarz i Nagabywacz i Para z Lodami, oraz ci nieznajomi bardzo… Byli ci, których trza kiedys odkryć i nazwać, oraz ci, bez których na pewno da się żyć…

… a ponad wszystkim krzyczało Wronię Plemie.

Może więc i była to dzicz, ale jedyna w swoim i innych rodzaju!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Badyl na katowski wór” – czyli tom drugi opowieści o Flawii de Luce. Troszkę potrwało nim dorwałam kolejny tom, asz no prawie rok, ale nic to… było warto czekać. Bo przy powieściach Bradleya się jakos tak odpoczywa. Nie no wiem, że o trupach jest i zwłokach i umieralności, ale poza tym o miasteczku, powojennym dochodzeniu do siebie, specyficznej rodzinie, oraz zmyślnych dziewczętach, z których jedna, najmłodsza chemią się para…

… para na tyle, że atomówka, prosz! Ale przede wszystkim mała jest, więc widzi wszystko, łatwo wiąże to w całość i wykrywa winnych, podpisując ich pod chemiczne wzory, fajnie gdy wybuchowe. Policja doprawdy ma z niej pożytek, co do rodziny, to wiecie, ach te znaczki! Ale poza tym oto jest Anglia małego miasteczka, zaskakująca, zadziwiająca i historycznie doprawiona!

Humor included!

Nie wiem do końca jak to jest z tym sąsiedztwem na Wyspie. Nie no pewno, umarli są jak najbardziej czuli, opiekuńczy i aż nadzwyczaj ciekawscy, ale żywi, cóż, to troszkę skomplikowane, gdy się ich zwyczajnie unika. Doprowadziłam ową umiejętność szczerzenia ząbków – w moim przeświadczeniu nadzwyczaj drapieżnie, choć inni zwą to roztkliwiającym uśmiechem – do perfekcji. Kiwania głową i umykania, w przypadku zderzenia z żywą materią…

… więc nie mi oceniać. Jedno wiem na pewno, nic nie jest pewne. Kiedyś mi mówiono, że trzeba się najpierw zapowiedzieć, wyszło, że kłamisze, do niedawana nawet jaj sobie nie można było wzajemnie użyczyć i takie tam, ale jaka jest prawda? Nie wiem. Specyfika badanej grupy, owa intrygująca wtapialność owych napływowych opętanych przez Wyspę, zakłóca wyniki badań.

Nawet gdy ich nie ma…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.