Pan Tealight i Feminizm Wiedźmy…

„Nad morzem, przy płytkiej, piaskowo kamiennej strużynie, stała wierzba. Wierzba NiePłacząca. Wierzba Wzdychająca. Na jej pokręconych, specyficznie uformowanych, grubych gałęziach, na owych nagich, obwiewanych długimy, liściastymi pędami konarach, w owych zielonych pokojach… wisiał Pan Tealight i Wiedźma Płacząca, zwyczajowo Pożarta Przez Książki… dziś obsrana przez wrony. Obżarta szczęśliwymi płatkami bzu, trzyczęściowymi, pięciolistnymi i tymi, co to X-men by się kłaniał… Ot na szczęście kupa i delikatne kwiatuszki w bielach, fioletach i zaskakujacych purpurach. Asz dech zapiera, a wydech trąci perfumerią.

Dyndali tak obydwoje, głowami w dół, palcami przeczesując piasek drobny jak myśli… Ojeblik ponownie zmoczyła głowę, ale w jej przypadku było to raczej przewidywalne. Musiała ochłonąć. A Wiedźma Wrona mówiła dalej:

– Masz być silna, masz być kobieca… masz być silna, masz być kobieca… masz być silna, masz być kobieca… Do cholery jasnej, wrzodowej, ropiejącej dżumy czarnej w przetrwalnikach, moglibyście się w końcu zdecydować! Na jedno. Choć ja kobieca nie jestem, silna nie, więc może bramka numer trzy? Bo ja nie jestem silna, więc trza mi odpowiedzi. Oj gorzej. W cholerną mordę kubła na wodę, dziurawą, szczochami gołego menela podlewaną – z drugiej strony ubrany bardzo by nie podlewał… Hmmm? Nie chcę być! Nie chcę jazdy na traktorach i pracy w kopalniach! Chcę płakać czasem, mieć czas by krwawić i czas, by rozdrapywać blizny… Mężczyzn chcę drzwi otwierających i dźwigających ciężary, ot taka kurna wygodna widać chcę być! Nie żadna siłaczka, packman pierdniczony, nie kulturystycznie kulturalna, nie obmięśniona… chcę się chować, a jednak być widziana, chcę być sprzecznością, która dla siebie samej jest tajemnicą… ot kobieta. Puch marny! Bo czemu nie? Chcę by się mną opiekowano i chcę dawać tą opiekę, choć to pieszczota patelnią po łbie. Zwyczajnie kobietą. Nie chłopem, nie obojnakiem, nie zakochaną w innych kobietach, śniącą tylko i wyłącznie o cyckach i pochwach, bo tylko podobno one sobie znajome zrozumieją… Nie ciągnie mnie do bab! Nie rozumiem też, dlaczego mam być gorsza, bo nie chcę z babami no! Kto to wymyślił, że koniecznie mam uprawiać seks z babą? Wierzba, czy ty jesteś baba? Tak jak teraz tutaj wiszę, to chyba baba, co nie?

M. Kobieta z okrwawionym dziobem i rdzawymi, twardymi, łuszczącymi się plamami zamiast piersi spoglądała na ową scenę skąpaną w bieli piasku, błękicie nieba i odcieniach kobaltów morza. W zieleni drzew i furkocie wróbli. Patrzyła, słuchała, rozumiała… Jej palce dawno temu zmieniły się w pazury i teraz całkiem nieświadomie rozdzierały wielkie liści łopianu. Była nimi wszystkimi i żadną z nich. Była i nie istniała jednocześnie, nosząc dla każdej inną twarz…

– Wiesz, że kury robią teraz kwadratowe jaja, albo takie jak sputnik? Wrzecionowate takie? Co się dzieje w ich kurzo-babskich dupach, bo przecież nie o mózgi tu chyba chodzi? Kto je przekonał, że tak fajniej? Usz taka moda moje cipuszki, moda, a za modą trza podążać, wot gupi ten, co po staremu jaja sklepia… Gupi i nikt go na pewno nie polubi, nie pogłaszcze pod skrzydło, na kawę do dzioba nie zaprosi. I czy te tradycjonalistki wytykane są pazurem na grzędzie, ktoś nocą bije ich jaja, aż milkną skorupki? Podobno są mężczyźni, którzy potrafią doprowadzić świnię do orgazmu i to przy muzyce… nie wiem, ale wydaje mi się to dziwnie romantyczne… bo dziś dla ludzi chyba już nie ma romantyczności. Dziś nie wolno już, jak dziadkowie gdy byłam mała, zadać tych pytań, co czerwieniły policzki: masz dziewczynę? Niepoprawne toto tak politycznie. Podobno płci mają zakazać, bo i po co? Ja a ja mówię – dla bezpieczeństwa, dla owej cudownej pewności, że jest coś, przy czym nie muszę się zastanawiać. Jestem dziewczynką, wolno mi wszystko, jesteś chłopcem, znaczy wolno na co ci pozwolę, a co… mi wolno wszystko! I podobno wszyscy mają teraz sikać na stojąco… a ja nie rozumiem z jakiego powodu?

Wisieli obydwoje głowami w dół, Wierzba coś tam wzdychała, w morskich, ciepłych juz falach skakała mała, ucięta główka i łapała glony na włosy, ot zdrowotnie, kobieco. W oddali na maszcie z drewienka trzepotały gacie Chowańca, na łódeczce z kory płyną Chochel… w niewiadome… Bo ono wiadome takie. Swobodne i bezpieczne, bo wszystko może się zdarzyć!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wojna w blasku dnia” – jest w powieściach Bretta jakaś szybkość, tempo kosmiczne wprost… zwyczajnie piorunem się jego książki czyta. I nie przeszkadza rozrzucenie chronologiczne, geograficzne, filozoficzne, socjologiczne. Za to intrygująco fascynuje, w rzeczywistości nadzwyczajna skromność ilości owych bardziej opisywanych bohaterów. Jakby z jednej strony była ich cała masa, z drugiej właściwie mamy tylko dwóch Wybawicieli i dwie kobiety. Tak, kobiety w powieściach Bretta są zaskakująco istotne. Silne, przebiegłe, odważne, walczące do końca, intrygujące… niezależnie od tego, czy wyplatają kosze z liści palmowych, czy też parają się magią, są wspaniałymi postaciami!

Powieść jest intrygująca, jej nasycenie znanymi zwyczajami ludów pustyni sprawia, że jesteśmy pewni, iż mogła się wydarzyć… może w równoległej rzeczywistości, a może już za morzem? Tylko że… no właśnie, tylko że… tylko że czegoś mi brakuje. Zbyt wiele owego przewidywalnego, choć… nie wiem o co dokładnie chodzi, ale i tak chcę kolejny tom! Bo przecież muszę się dowiedzieć wszystkiego!!! Bo jakoś wciąga, mimo tego braku CZEGOŚ tam.

Na Wyspie świat się grzeje. Słońce pali bzy, ot pewno chciało zrobić konfiturę i raczej nie dopilnowało. Ot skwarek i tyle. Ale może tak Słońce lubi? Palone kwiatki, może topi je w herbacie porannej zamiast herbatników, bo na kwiatowej diecie jest, co nie znaczy, że w cukrze, miodzie i nektarze ich też nie macza… ot jedno zdrowe starczy przecież! Nie może się Słońce zacząć umartwiać!

Zresztą ma teraz tyle roboty, jakby co, nadprogramowe gramy szybko spali. Każdego Turystę trzeba przecież musnąć, dotknać, spalić jeżeli się da. Ot oporne te skóry teraz, smarują swiństwem jakimś, mocniej się trzeba wysilić, by nabrali ładnych barw. Asz Słońce tak lubi nie tych brązowiutkich, ale tych co to czerwienią się jak świnki. Ognistych strasznie takich… ci to dopiero kwiczą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.