Pan Tealight i Pierwsza Wyprawa Wiedźmy…

Wiedżma Wrona Pożarta nie lubiła wychodzić poza… nawet wszelakie macanie, muskanie i czochranie Wyspy, starała się uskuteczniać z ukrycia, z bezpiecznej strefy, najwyżej czasem błąkając się pod wpływem i w pełni istotności swej niepoczytalności w mniej więcej wyznaczonych okolicach… Ale w okresach owej swej sporadycznej, kłamliwej świadomości i przerażającego, w przebłyskach, maskującego się człowieczeństwa, uznawała z całą pewnością, słysząc śmiech normalnych zwyczajnych, bezsensowaność wszelakich wypraw, wizyt, wycieczek i wędrówek poza Wyspę. W ten podobno ciekawy i zajmujący świat. Nie chciała. Tutaj miała wszak wszystko i więcej, znane i czekające na dyskretne odkrycie. Nowe i stare, znajome i wciąż jeszcze nie do końca oblukane. Nie potrzebowała więcej… poza pisanymi słowami, herbatą, misiami błąkającymi się po świecie i tymi małymi, dziwnie niepotrzebnymi rzeczami, którymi czasem uśmiecha się Pokręcony Wszechświat.

Ale tej dziwnej nocy… wstała i wyszła. Znowu. Tak naprawdę nie po raz pierwszy, ale dopiero od tej dziwnej, zimnej i niespokojnej nocy, miała naprawdę pamiętać to, co się wydarzy. Powód? Brak. Opisy niepotrzebne. Zamotana w błękitny kocyk, zbyt obszerny, czepiający się namacalnego i zamiatający ułudne, wyłuskała się z posłania, otworzyła drzwi i niezwyczajnie wyszła.

Wiodła nią powieść i legenda, wspomnienie tych, co przed nią odważyli się w pełni żywotności podnieść zasłony i spytać: AKUKU?!!!. O owej wędrówce przedwiecznej, o ważnej wyprawie, poznaniu tego, co PO. PO tym co teraz, po życiu i przemijaniu. Ale nie oszukujmy się dla tej Wiedźmy wizja Piekła była aż nazbyt znajoma. Nie ma tam nic nowego, nic do odkrycia. Passe i tyle! Niebo? Oj nie dla tej pani. Faceci w kieckach wyłącznie w Szkocji, a co jak co, wszyscy wiedzą, że tam Nieba nie ma. No przynajmniej owego… więc wybrała się Wiedźma Wrona Pożarta do Czyśćca. W celach ściśle naukowych, antropologicznymi osądami nękana.

A tam właściwie to tłoki. Na wielkim szyldzie, skalpelem obrzezanym, nad sterylnie metalowym, kratą okutym odźwierzu, stoi bykiem i wołem pisane: „PRALNIA nietylko CHEMICZNA, UZMYSŁOWIMY CI TWOJE PLAMY”. I skrzypią czysto, najwyższym tonem bramy i śpiewa dzowneczek zawieszony na przydrożnym drzewku… a ścieżka nie żółtą, a ceramiczną, bielutką filiżanką wyłożona. Śliska jak rozlane białko, świeci się gorzej niż zawarte między tylnymi odnóżami elementy dumy samczej. Ale iść trzeba, bo w końcu odpowiedzi się pragnie, czyż nie Wiedźmo? Oj pragniesz odpowiedzi, ciekawska jesteś, choć się do tego nie przyznasz. Na szczęście patrz, ot któż się to zawinął w tumany kocyka, przewodnik czyżby? A nie to, tylko Chochel. Ale będzie z kim słowo zamienić… a nie zwiał. Kurcze zobacz gaci nawet nie zostawił! Zniknął nim się Bramy Czyśćca zamknęły za tobą, więc sama pójdziesz.

I poszłą Wiedźma Wrona, by potem móc powiedzieć: czułam, widziałam, więc wiem! I zobaczyła rzeki i strumienie, balie i wanny, pralki wszelkich pór świata, a i tnące wodą gejzery. I wszędzie zobaczyła ludzi piorących szmatki. Trących o tary, kopiących o kamienie, w piasku tarzających, witkami okładających… tych co prali w proszkach i płynach i tych, co mieli tylko szare mydło, garść soli i sadzę z komina. I zrozumiała w jednej chwili, że nie pomyliła się w życiu i uciekła.

A za nią mieszkańcy Czyśćca wciąż próbowali wyprać to, co było idealnie białe, szukając plam, których zwyczajnie nigdy nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dodger/Spryciarz z Londynu” – powieść od Dickensa. Oj pewno, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę, iż nie samym Dyskiem Pratchett żyje… że pomysłów ma więcej i wykonanie ich mu świetnie wychodzi… ale… Choć powieść dobra, intrygująca, bohaterowie Dyskiem pociągnięci niczym obraz werniksem, lekko, ale intrygująco zabarwieni… to jednak nie do końca mnie urzekła.

Powieść śliczna. O miłości, odwadze, wiecie honorze, tym wszystkim, co w przeszłości dalekiej miało jakieś znaczenie. O świecie kanałów i jego mitologii i pięknej dziewczynie. I o pewnym Żydzie, co się ze swoim Bogiem układa i o Dodgerze, który jest genialny, sprytny i lekko osobliwy jak Onan… więc dlaczego mnie nie powaliła? Bo to już było i u Dickensa i u pewnych muszkieterów.

Tylko dlatego. Ale może i dla tego, że ja od Mistrza wymagam zawsze cudów i tyle! Dobra powieść mnie nie zadowoli! Takam okrutna.

Pod Wyspą kryją się nader tajemnicze tajemnice. Bajer w tym, że na powierzchni cudów tyle, iż mało kto złazi w owe podziemia. A znaleźć tam można wszystko. Kżdy lęk przed ciemnością, każdego potwora spod łóżka i zza szafy… każde skrzypiące, kroczące monstrum, które było wyłącznie dźwiękiem… Zmaterializowane. Mają pod Wyspą swoje miasteczko, mają też sklepiki w jaskiniach, ale wiecie ruch mały, pi-ar niezbyt zachęcający, choć ederkoppery nader endemiczne się starają, naprawdę starają się jak tylko mogą, tkające chłopaki!

Ale ludzie mało teraz patrzą…

… znaczy mało patrzą dookoła. Bo w te małe, ciemne pudełeczka zawsze. Gadają do nich, robią nimi zdjęcia, głaszczą je i pieszczą często tak obscenicznie, że przydałaby się jakowaś polityczna poprawność, ale i ona się pieści, więc wiecie… przekitrane! Choć z drugiej strony więcej Wyspy dla Wiedźmy!!!

Bo to całe patrzenie w końcu zużywa widoki. Spłaszcza horyzonty, kolory jakoś wysysa, na pewno blaknie świat od patrzenia, czyż nie?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.