Pan Tealight i Potwory z ograniczoną…

„Świat rozsmakował się w tym, co niegdyś uznawał za potworność, straszność, nawet obrzydliwość. Buty jak protezy, zęby nadnaturalnie białe i równe, zmarszczki zaprasowane na kantach twarzoczaszki, wiek nieokreślany, ciała wszystkie takie same, bez zróżnicowania, no i te ciuchy, w których już nie ma nic pięknego. A i ze zwyczajnych ciał niczego nadzwyczjanego nie robią. A same potwory? Owe definicje strachu, czyste przerażenia, możliwości straszenia innych i sprowadzania maluczkich do porządku dziennego?

Gdzież one…

A tu są.

Ograniczone.

Ograniczono im dietę, spółkę musiały założyć z ograniczoną odpowiedzialnością, boć potworności jako takiej już nie ma, to tylko… choroba – blech, ot niemoc, uleczalne zdziwaczenie dopuszczalnej odmienności!!! Pożądane serum na współczesność, albo też zwyczajna nadmierna ułomność, która dziwnie wszystkich kręci. Wampiry i łaki, legendarne stwory i lekko nieproporcjonalni człekokształtni. Skrzydlaci mocarze, ci o nadmiernie płynnej diecie i ci o owłosieniu wspomaganym odżywkami, wielkoludy i mikre staruszki woniejące lawendą. Były niegdyś dumne z siebie potwory. Nosiły owe długie zębiska i szpony, futra i wszelakie nadnaturalności z dumą… a teraz nic im już nie pozostało.

Zabrali ludzie wszystko i uczynili swoim i modnym. A potwory tak bardzo nie chcą być codzienne. Zwyczajne i znane wszystkim. Chcą być wciąż cieniem na ścianie, na którą nie pada promień światła i poruszającą się firanką w całkowicie bezwietrznym dniu… czymś niemożliwym, a nie kolejnym kaprysem ludzkości. Mocą i magią, a nie przebrzydłą codzienną, zwyczajnością…

Tylko czy im się uda? A może trzeba uznać za potwora zwyczajność. Słodycz różowiutkiego bobaska, która z łatwością pluje kwasem i macki z odwłoka wypuszcza? Może kolorowe baloniki w rzeczywistości są tylko pożerającymi oddech tym, którzy w nie naiwnie dmuchają? A urocze, barwne miejskie rabatki… niech staną się wciągającymi zakochanych, co to się zagapią, po stokrotkę sięgną, bagnami wieczności?

Przecież w to nikt nie uwierzy, czyż nie?

Ech! Jakie czasy, takie potwory, czyż nie? Nasze chyba zaczynają być nudne… wcale nie otwrte i wolnomyślicielskie, akceptujące ułomności i ogólnie wspaniałomyślne… po prostu pozbawione wyobraźni, jeżeli potworom kradną specyficzność!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rudowłosa” – swoją przygodę z tą serią zaczęłam dziwnie, od środka. Dorwałam drugi tom i spodobała mi się taka odskocznia. Niestety… wyszło na to, iż „Mag w czerni” był najlepszym z całej serii.

Bohaterka o skomplikowanym drzewku genealogicznym oczywiście HOT i CRAZY, nie tylko demonuje, żłopie krew, ale i ma przed sobą wiele tajemnic swego żywota do rozwiązania. Na szczęście obraca się w intrygującym towarzystwie… które często odbiera jej status głównego bohatera!

„Zielonooki demon” – wpadając w coraz większe kłopoty, właściwie nic się nie wyjaśnia, ale czyta człek dla niego – DEMONA. Dla kotka bez włosków i Pussy Willow. Bo nie ma to jak barwne języki i postacie nietuzinkowe…

„Złotousta diablica” – i chyba czyta się tylko i wyłącznie dla owych pojawiających się dygresji, dla inności wygrzebanej z zakamarków myśli grzesznych… bo całą reszta krzyczy: ale to już było… Ale choć już było, lubię ich. Zwyczajnie. Owym pragnieniem poczytania czegoś znajomego, ale też szczerzącego zęby trochę inaczej…

Gdy nadciąga tzw. wieczór… cóż, długo by było czekać na mrok o tej porze roku, dziwnie jasnych nocy, ale wieczorność człek czuje w kościach. Ów lekki chłodek i zmęczenie materiału wnętrzności. Owo lżejsze kołatanie serca i drżące mięśnie… i szansę na to, że może znowu z nieba spadnie gwiazda i pierdolnie owego niezbyt lubianego prosto w miękki czerep?

Wyłażą chwiejne potwory umęczone słonecznym dniem, pewne, że i tak nikogo nie wystraszą. Bo ludzie boją się obecnie zakończenia ukochanego serialu, tego, że nowych ajfonów im nie starczy, albo, że w kolejce stojąc ktoś zwinie im stare… że odmładzające specyfiki nie zadziałają i ukochany celebryt jednak nie odmachnie im ze „ścianki”!!! Że telewizoró większych nie dostaną, albo świat zwyczajnie, samolubnie i bezczelnie skończy się, nim oni zdążą na kolejny sezon obrzydliwych torebeczek od Vuittona.

Dziwny ten świat, co to potworność w takich definicjach umieszcza… czyż nie? Dziwny ot jest!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.