Pan Tealight i Miłość dla każdego…

„Niewielu wiedziało, że nawet w książkach, w czymś co w końcu Wiedźmę Wronę stworzyło, co nią poruszało, co było tak bardzo znajome, co w niej biło i często… nadmiernie przyzywając psychotropy, do niej szeptało… Coś, czemu odpowiadała, co w sobie tuliła i czemu nuciła, fałszując, kołysanki… Było też owo coś, co ją przerażało, niepokoiło i trzęsło jej pozostałymi stronami. Co sprawiało, że płonęła niechcianym, dziwnie stroboskopowym rumieńcem, nie tylko w swoich odkrytych terenach, ale przede wszystkim tych mało znajomych, niczym owoc zakazany, co nie chce by go zerwać, tudzież zardzewiała dziewica, której ni w głowie ni w kadłubku, by z siebie rycerza wypuścić… Owo dziwne, zagmatwane, choć zwyczajne COŚ.

Otóż, jeżeli jeszcze nie wiecie, Wiedźma Wrona niektóre słowa w książkach pomijała i dziwnie w momencie ich napotkania ogólnie wyglądała. Czasem nawet akapity przeskakiwała, jęki odpychała od siebie, mlaski i stęknięcia z westchnieniem macicy miażdżyła. Czasem zdawało się, że nawet stronę z zamkniętymi oczami czyta, maca ją najpierw zapobiegawczo, jakby trującą miała się okazać, jak odskakuje, jakby ją ona sparzyła, potem drżącymi palcami ją przewraca, na wszelki wypadek jeszcze jedną i jedną… by się skończyło, by nie zwstydzało.

Cieleśnienie!

„Pani Kucipupa seks ze zmarłymi uprawiała
co było najważniejsze, do tego ich nie ożywała.”

No właśnie ten cały SEKS to nie był dla Wiedźmy!!! Znaczy ten opisowy. Ot owe męskości wypychające, się cieszące na widok jej lub kogoś innego, owe różdżki, mieczyki, stwardnienia całkiem w jednym miejscu skupione. Te pośladki kląskające niespójnym rytmem i mokre pościele. Owe piersi zwiększające się jak na wezwanie pierścienia Arabelli… i te jaźnie się splatające, chucie spławem w dół Niagary ruszające, nie bacząc na ostre kamienie.

NO ŚMIAŁA SIĘ… no!

Każdy ma jakieś swoje szaleństwa, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki miała ich udokumentowanych przez okolicę wiele. Jednak, gdy Pan Tealight przyuważył ją jak się nad opasłym tomem rumieni, jak dziwnie rozgląda, czy ktoś ja widzi, jak chowa po trawach i krzakach, jak unika niektórych stron… sprawdził przyczynę. I nie zrozumiał. Znaczy nie do końca, choć… potem zdybał Chowańca Wiedźmy i z całego serca, starajac się delikatnie nie naciskać na bolesne miejsca, zapytał. Gdy otrzymał odpowiedź, trochę nim majtnęło, bo któż by pomyślał, no i dlaczego akurat tak, pod tym kątem, w takich pozycjach?

Nigdy nikogo nie poznacie do końca, dopóki nie podejrzycie jak czyta różne książki. Jak wchłania rozmaite przygody… jak karmi się sytuacjami i jak się rumieni i w jakiej temperaturze!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wszędzie śnieg” – druga powieść tego autora i zaskoczenie. Bo oparta na faktach historia, w rzeczywistości nie tyle jest powieścią, ale rozbudowanym reportażem, próbą odpowiedzi na pewne pytania dotyczące szokującego odkrycia, zbrodni nigdy nie wyjasnionych oraz ludzi… o których mówi, że są potworami.

Szokująca, wciągająca, ale też inna. Nie jest to łatwa, opierająca się na rozdrapywaniu ran lektura, ale raczej przemyślany obraz wpływu otoczenia na winnych i niewinnych. Na zmarłych i tych, którzy mieliś owo szczęście – lub nie – by przetrwać! O prawdzie, która musi się wydostać!

„Upadek Hyperiona” – nie wiem dlaczego, ale potrafię powiedzieć o tej książce tylko to, iż jest niesamowita. Ogromna, potężna i odważna. Świat w niej przedstawiony nie tyle jest tłem, co głównym aktorem rozprawiającym się ze stereotypami i głupotami współczesnych ludzi. Bohaterowie są fascynujący i pełni, niepowtarzalni, choć tkwią stopami głęboko w tym, co dobrze znamy, naszej historii.

Jest w tej powieści, co ja mówię, w całym cyklu coś, co zawstydza. Co sprawia, że trzeba się kopnąć w dupę i spojrzeć na siebie inaczej. Jest owa pełnia filozoficznego pogmatwania, religioznawstwo i etnografia, socjologia i nauki, o których nie mamy nawet pojęcia. Jest i ów wciągający rytm, od którego nie można się oderwać, ale też ten brak lekkości, który przypomina nam o tym co książki NAPRAWDĘ potrafią!

Poważnie się zastanawiam nad tym co tak do grzyba zmurszałego grzmi mi dookoła? Burzy nie ma, w niebiesiech ino owo wszystko niebieskie, błękitne, ot chmurki nawet nie uświadczysz przemykającej na granicy horyzontu. A grzmi jednak. I psuje mi tutaj otoczenie swoim tętniącym hałasem.

Może i my jesteśmy na styku owych płyt, ale ziemia nie drży, więc pewno znowu się srzelają… ech! Nie lubię tych cholernych manewrów. Chłopięcych zabaw z bronią, szcozteczkami do zębów i wszelkimi toaletami. Może i nie wyrosłam z fascynacji mundurem i sznurem, ale jednak wkurw większy mnie ogarnia, gdy się panoszą militarnie po Wyspie!

Lepiej położyć się w trawie i nie bacząc na zwiedzające małżowiny uszne, oraz wszelako wnętrzności naszych mózgowin, ruchliwe robakostwo, zniknąć. Wsunąć się w ziemię, wilgotną, choć i tęskniącą za deszczami, lekko rogrzaną, pulsującą pragnieniem wydalenia nowego życia… może nie zauważą, że zniknęłam? W końcu ze mnie nie celebryta… ino zwykły dziwaczny, w jakimś tam procencie ludź.

A w ziemi, pod trawą i pragnieniem rozrodu, wyrzucenia w niebo pyłków i zielenin wszelakich, w prześciganiu się któż to w tym roku ładniej się wiosennie zzieleni… schowam się ja. W ciszy wszelakiej. Głębokos, tam gdzie ciemno i spokojnie, gdzie nadmiar dźwięku nie znajdzie…

… i tylko te robaczki niepokoją!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.