Pan Tealight i Mleczyki…

„W świecie zieleni i wszelkiej ostrości trawników, zapanowały ponownie Stokrotki i Mleczyki.

Te, nienawidzące się od zawsze dwa kwietne plemiona, toczyły ze sobą wojnę od dnia zarania miejskich terenów zielonych. Oraz przydomowych wariacji w temacie minimalizmu i paranoicznego utrzymania sztucznej czystości rasy trawnej. Obydwa uważały, iż mają pełne prawo kalać ową nadmiernie jednolitą zieleń markowych łodyżek z labelami… a jednak przecież Kosiarkowy Wymiar Sprawiedliwości skutecznie i przewidywalnie chronologicznie, ukrócał ich zapędy. Po równo każdej ze stron. Po główce, łodyżce i listowiu. Bo co tylko zdążyły się otrząsnąć z podstrzyżyn, co tylko uniosły głowy, opłakały zmarłych, powołały do życia nowe… zatrzepotały płatkami, zapyliły, okazując swoją całkowitą wrogość i wolę chlorofilu, nadchodziła znowu ona – Mroczna Boginii Kosiarka!!!

Ale nie dbały o to. Wyznawały jej cześć i oddawały pokłon… gotowe zawsze zpałacić ofiarę w tych, którzy dosięgnęli błękitow i słońca. Co widzieli zbyt wiele, co mogli może zmienić zdanie!!!

… ale…

Ich jedyną wolą życia była walka. Płodzenie kolejnych miało sprzyjać wyłącznie stworzeniu nowych wojowników i wojowniczek. Silnych, zawsze zdolnych się uchylić, zadać cios ostrą krawędzia płatka, podciąć łodyżką inną łodyżką i zamachnąć się liściem. Miały być wielkie, miało ich być wiele.

Tak wiele, by trawa przybrała pokornie ich barwy!

Skupione wokół rodzin, pradawnych pędów niezdolnych do unicestwienia, tylko czekały na swój moment. Na kolejną bitwę, wiedząc, że nigdy nie będzie to zakończenie walki. Bo ani Mleczyki, ani Stokrotki, nie miały zamiaru się poddać. Gdy nadchodził czas ruszały. Pod osłoną ciemnego księżyca splatały korzenie i łodyżki, miażdżyły soczyste pędy i pąki, nie znały litości. Wiedziały, że nie mają czasu, że Bogini upomni się o swoją ofiarę, a ich życie ma określony czas… a jednak walczyły. Dzielnie. Zawsze do końca. Stokrotki ostrzyły jasne płatki, od owej młodziutkiej czerwoności i zaróżowień po stateczną biel. Mleczyki wzmacniały swoje pylące właściwości i nakręcały delikatne, mordercze w swej przebiegłości haczyki na główkach.

Każde plemię miało swoje sposoby, każde miało szpiegów i przebiegłe dowódzctwa. Każde chciało wygrać i wierzyło, że kiedyś się uda… każde marzyło, układało pieśni i legendy o tych, którzy zginęli…

Czy ktoś o to dbał? One na pewno nie dbały o innych… Nie obchodziły ich dłonie plecące z nich wianki, suszące i przywiązujące do nich jakieś dziwne, boskie znaczenie… Nie interesowały ich te odliczające, melodyjnie szepczące usta, kalające swym zaintersowaniem ich wojowniczy żywot. Owe wielkie stopy, depczące, oraz ta dziwaczna, dojąca Mleczyki Wiedźma Wrona Pożarta. Susząca Stokrotki w swoich pożółkłych, książkowych stronach.

Co robiła z mleczykowym sosem… lepiej nie wiedzieć! Na co jej były wszelkie kwietne zwłoki? Lepiej nie wnikać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Świat nocy” – czyli kolejna opowieść z serii jak to mnie życie na świat powołało, choć mi się nie chciało. Spłodzony, a nie kochany, zrodzony z połączenia kobiety i demona Kal dawno już stracił nadzieję, że jego życie będzie czymś więcej niż ucieczką. Na szczęście ma przyrodniego brata… więc uciekają razem. Oczywista świat roi się od boboków, grendeli i tym poodobnych, ale co tam!

Właściwie kolejna opowieść z serii: w miastach tyż magia istnieje. Problem? Nudna. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że bohater w wieku niereformowalnym, pieńkowym? A może przez to, że jednak durny jakiś taki? Nie mam pojęcia, ale przewidywalność treści mnie uśpiła. Wynurzenia młodzieńca takoż… Chyba wyłącznie dla masochostów i niewymagających wielbicieli klimatu.
I pewnego serialu, choć nie nalegam!

Ciepło… Świat Wyspy otula ciepło. Nie, no ja rozumiem, że po Zimie, to ludzie chcą owo cieło, ale ja tak bardziej niechętnie. Zresztą czyż ukrywam swoje mroźne preferencje? Chyba raczej nie! Bo i po co?

Lepkość nie jest w moim zwyczaju. Owa słodka, nadmierna potliwość tym bardziej, a już skwar niemożliwy! Do zniesienia oczywiście!

Ale humanoidy to lubią. Dziwne, że to lubią.

Pocić się.

Topić swoje tłuszczowe powłoczki wciąż uzupełniane. Wylewać na siebie wodę i wstępować w jej tonie tylko po to by z wrzaskiem wypaść, poślizgnąć się, pacnąć dupskiem na kamienie i wrzeszczeć: ale zimna ta woda!!!

No zimna… na szczęście!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.