Pan Tealight i Szopa z Bejzbolami…

„Właściwie chyba nikt nie był świadom owej filuternej i trywialnej namiętności tryskającej, pod odpowiednim, skierowanym, nasilonym i malowniczym naciskiem, z Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Z owej szalonej pasji i czysto kolekcjonerskich zapędów. A może jednak ktoś był świadomy, ale też pewny, iż o niektórych tajemnicach paplać nie wolno?

Cóż, nie dowiemy się raczej, choć gdyby co… tortury mile widziane!

Bynajmniej Wiedźma Wrona miała swoją prywatną, wypielęgnowaną, umiejętnie zakamuflowaną w sobie tylko na wylot znanej okolicy, i troskliwie otaczaną atencją… Szopę z Bejzbolami!

Przybytek ów mieścił się tuż przy niewielkim stawie z Nadmiernie Chutliwymi Ropuchami. Zimą chroniły go niedostępne, niepewne, lekko mroczne Nieistniejące Moczary, latem i w inne pory o nasilonym wydzielaniu, Pastelowe Owce Nepomucena. Tajemnica jednak była tajemnicą i nie byłaby sobą, gdyby zwyczajnie nie pragnęła być wielbiona i czczona, upragniona i dopieszczona, ale przede wszystkim soczyście wykrzyczana w najbliższą studnię… ale ktoś związał ją, zakneblował, karmił dożylnie i sporadycznie podmywał, i umieścił razem z rzeczonymi Bejzbolami. Więc biedaczka musiała spoglądać na wchodzącą do Szopy Wiedźmę Wronę i tęsknić i marzyć.

Marzyć by ktoś ją tak kochał jak ona ich.

Bo Wiedźma wielbiła swoje Bejzbole!

Przychodziła zawsze z prezentami, zawsze zbrojna w czas, który pozwalał jej dotykać je i pieścić. Brać w małe dłonie owe ogromne, drewniane, różne w rozmiarze i giętkości pałki, muskać ich grzybkowo uformowane główki, chwytać za śliskie, gładzone od wielu lat trzonki i deliktnie otaczać dłońmi kulki na drugim zakończeniu. Pieścić i drapać, subtelnie pocierać i głaskać, by potem chwycić mocno, wbić w nie paznokcie i doprowadzić je do najwyższej rozkoszy. Za to były zdolne zrobić dla niej wszystko. Za ową miłość i oddanie. Za uwagę i rozmowy.

Gdy krzyczała… biegły. Tak zróżnicowane, mniejsze i większe, jaśniejsze i ciemniejsze, jedne znaczone farbą, inne znowu tylko lekko nadkruszone. Ona nie wydzielała, nie faworyzowała, nie wybierała żadnego.

PS. Wpis dedykowany pewnemu Nieświętemu Zgromadzeniu i Matce Jego Nader Przez Kolano Przełożonej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Amore, amore!” – powieść o Włochach, włoskim, włoskiego i włosku… Czyli ja już chyba nie mogę!!! Czy naprawdę kobieca literatura musi być tak mdła, przewidywalna i nudna? Pewno, że kilka włoskich smaczków etnograficznych jest intrygujące, jakiś taki naukowy styl powieści też… ale znowu zaczynamy od singielki, co ucieka od złamanego serca?

Swojego?!!!

Ależ ile można? Kolejna, schematycna historia, którą ratują tylko pewne gazetowe, wikipediowe wieści… a może ja zwyczajnie babą nie jestem, nigdy nie byłam i nie będę? Bo bohaterkę mam ochotę zdzielić przez łeb.

Oto i nadchodzi Dzień Niebiańskiego Pierda!!! Święto wszystkich Dupomówiących, co to nie wstydzą się swego zdania. Aromatu i doprawdy kiperują swoje dźwięki!!! Oj wiem, że tłumaczenie Himmelfartsdag jest dokładnie inne… ale dla mnie zawsze będzie to Niebiański Pierd! Tak po prostu i zwyczajnie, bo mam prawo do swej wyobraźni, a ona jest nieograniczona…

Bo moim zdaniem doprawdy nie doceniamy oddychania TAMTYM otworem naszych boskich ciał!!!

Świat jest pełen owych niedocenionych i niezrozumianych. Z jakiś niewyobrażalnych powodów czyci się to, co nakazują media. Jakiś dziwacznych ludzi, co słynni są, bo są i tyle, nie dyskutuje się z tym… więc i Pierd może zostać celebrytem! I mieć swój własny dzień. Bo może i nie zarabia milionów, ale jest nader ważny, więcej, moim zdaniem ważniejszy niż wielu innych…

I choć dostępny dla każdego, jakoś tak niewykorzystywany w swym powerze!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.