Pan Tealight i Piekielne Złudzenia…

„Ona nie stąpała dostojnie, raczej zwiewnie, leciutko, nic nie ważąc, nie ufająć siłom fizyki, unosiła się kilkanaście centymetrów nad ziemią. Ot by jej szalona w swej bieli, koronkowa sukienka z trenem, mogła delikatnie łopotać nad usianym mleczami i stokrotkami, fiołkami oraz przylaszczkami, polem. By skrzydła chłonęły cały ruch okolicy, a jej oczy głaskały wyłącznie łagodne pastele.

By ów cieniutki, pajęczy welon, mógł zwyczajnie, aczkolwiek czule, potwierdzać jej każdy gest… by była mgnieniem, szelestem kobiecości, pragnieniem i spełnieniem każdego w każdym!

Świat był ciepły i lekko wietrzny. Kwitnący, pachnący i pozbawione wszelkich mechanicznych zakłóceń. Był jej!

Każde pasmo jej długich, jasnych włosów, miejscami skręconych w misterne loczki, posiadał własny czas i miejsce. Jej idealnie ukształtowana twarz promieniała, uszy przylegały do czaszki, nos był zaledwie figlarnym mgnieniem, a oczy toniami, w których chiało się oddać życia… I usta, w owej soczystej barwie najsłodszych malin i wiśni z jagodami, wspomnień lodów jedzonych na troskliwych kolanach, które zawsze miały przy sobie chusteczkę, pierwszych pocałunków, pierwszych miłości, pierwszych zwycięstw i spełnionych marzeń.

Szła taka okolona blaskiem… a drobniutkie konwalie, upięte frywolnymi girlandami nęciły jej uszy zapachem i lekkim pobrzękiwaniem. Była zwyczajnie najpiękniejsza. Najbardziej pożądana i najwłaściwsza. Idealna, choć nie budząca lęku swoją wyniosłością. W odpowiednim kolorze, rozmiarze, w stanie umożliwiającym zadowolić wszelkie, nawet pobieżne, zmysły…

Gdzie szła, czy też raczej sunęła, jakby świat nie był pewien swego prawa do muskania owej białej boskości jej maleńkich, doskonale ukształtowanych stóp, skrytych pod spódnicą nóg, anielskiej urody, taktu, delikatności i wszelakiego dobra… nie było istotne. Ważne, że była. Że istniała. Taka smukła i sprężysta. Ni nazbyt wysoka, ni niska. Z idealnie uplasowanymi kończynami, sprawna, a jednak kobieca, giętka, ale nie pozbawiona owego wrażenia kruchości porcelany… Gdzie przemknęła rodziło się dobro, marniały sfary i durne pomyłki. Gniew i głupoty usychały, pozbawione żywiących je mocy. Kolory nabierały sił, muzyka stawała się idealnie współgrać z duszami. Smrody zmieniały się w ciepłe aromaty, a miłość dostawała kopa…

… a nad nią leciał motylek,
a przed nią drobił baranek,
wszelaki nie muskał jej badylek,
jakby to było mu zakazane…

… dookoła Wiedżmy Wrony Pożartej Uploaded bzyczały nieżądliwe pszczółki, a na niebie tańczyły dwa gołębie… Pod ziemią, skryte, by nie ranić jej nerwowości pląsały węże, jaszczurki i pająki. Robale wszelkiej maści chowały się, by niegodne nie mącić jej rozległego horyzontu. Gdzieś w oddali skowronek ze słowikiem zaczęli się sprzeczać, kto ma teraz robić za podkład muzyczny, ale jej jeden uśmiech, skinienie głowy, zmrużenie oczu wustarczyło, by zanucili razem.

Zdawało się, że tam, gdzie przeszła rozkwitały czeremchy i hiacynty, tworząc aromat zdolny odpędzić każdą niepewność. Odwaga wtłaczała się w serca skromnych, tych, którzy od dawna chcieli powiedzieć: kocham cię…

I tak naprawdę nikt tutaj nie spał.

Nikt…

NIKT!!!

– O kurwa?

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książka na dziś… niektórzy kupują buty i fajnie im, inni znowu szaleją za biżuterią znanych firm, ajfonami i innymi przeżutymi owockami, jeszcze inni chodzą na zakupy często, a jeszcze kompletnie inni są uzależnieni od zwykłych, starodawnych, ot tak prostackich, no ZUO straszne, tak zwanych, książek.

Z cyklu przeczytane: „Portret Doriana Gray’a” – klasyk fascynujący, szalony. Treści opowiadać nie trzeba, film większość oglądała… no właśnie. Film. Bo powieść nie jest jak film. Co więcej, mimo umieszczonych fotosów jest od niego nader odległa i dla wielu może się zdać nazbyt ciężka.

Starodawna!

A te problemy współczesnych książce, idiotyczne.

… więc po co czytać? Po kiego kiełba w ogóle sięgać po ową klasykę, gdy nazbyt nie przystaje do naszej codzienności? Nie wiem. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Sama w podstawówce przeczytałam „Cichy Don” tylko dlatego, że już nic innego nie było, a tam tomów troszkę. Po co w ogóle nam owa klasyka? Bo zapominamy! Zapominamy, że świat był inny, rządził się innymi prawami, nosił inne znamiona. Że KSIĄŻKA to było coś więcej niż opowieść o pierdołach!!! To jak fantastyka, tylko z bardziej pokrętnym językiem. Czyta się ją, warto przeczytać… przez ową wstrętną ciekawość, a też żeby mieć własne zdanie. Bo moralizatorski i symboliczny wydźwięk owej powieści, pewno już niewielu zaklekocze pod deklem?

„Oskarżony pluszowy M.” – mam specyficzny stosunek do pluszaków. Misiów w szczególności. Pamiętacie scenę z A.I.? Tego misia? Tia, nie wolno mi oglądać takich filmów, ale książkę musiałam przeczytać. I mimo łez, oraz chęci wymordowania bohaterów… było warto. Choć bolało, było warto… Bo choć człek wie, że świat jest durny, to pokazanie owej głupoty ludzkiej w ten sposób… wali między oczy!

Czytać z misiem!

Wyspa stwierdziła, iż przeprowadzenie intrygującego eksperymentu polegającego na łajaniu Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki dziwacznymi snami, będzie zabawne!!!

Oczywiście dla niej…

No przecież niby gdzie się ma Wiedźma poskarżyć? Nie ma już wyższej instancji, sama sobie taki los zgotowała, jest ino Wyspa! Tylko jak długo można nie spać? A gdy już się zaśnie, jak wiele można znieść?

Wyspa kwitnie. Można uznać Wiosnę za w pełni rozpanoszoną. Turyścizna napływa na razie wąskim, aczkolwiek już upierdliwym strumieniem. Świat się wybudził, umył zęby, a nawet przystrzygł paznokcie u stóp i wygolił pachy! I tylko te Przylaszczki w lesie wciąż takie nierealne. Mogę przysiądz, że nocami nrzęczą, dzwonią, stroją te swoje płatki i przygrywają słowikom…

Nosz raj jaki, czy co?

I tylko ta Czeremcha taka zaskakująca… na tulipany uroku w roku tym nie ma, za to żonkile o tyle o ile…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.