Pan Tealight i Głodne Duchy…

One in the oven,
one in a pot.
If you are guilty
you may burn not.

One in a fryer,
one in a pan.
whoever betrayed me
will burn burn burn!

One in a dryer,
one on a porch.
You will enlighten me
like a bright torch.

One bought me flowers,
one came with sweets.
If you let me think twice
we can maybe meet?

If you are guilty
of not mine sins,
we can see both,
what the future brings.

One in the oven
one in a pot.
If you are not guilty
you may burn hot.

If you are not guilty
work on in… if not…

Szła Wiedźma Wrona Pożarta leśną ścieżką ku granatowej wilgotności, ku czerwieniejącym się liściom zeszłorocznych lilii, ku owym pąkom, jeszcze tak nie do końca zdecydowanym, czy wyjść z kumkającej głębi, czy jednak nie? Szła powoli, czepiając się każdej przeszłości, wspomnienia rzuconego niedbale, niechcianego, bolesnego niczym długie gałązki jeżyn. Depcząc porzucone marzenia i zbyt mało lepkie myśli. Szła zbierając szalem zeszłoroczne liście, czepiając się konarów, kory i korzeni.

Po prostu szła.

Dębiejąc na widok Przylaszczkowych Rozkoszy. Pól obcujących ze sobą bezwstydnie kwiatków. Ocierajacych swoje listki i płatki, pieszczących promienie słońca i nadających wszystkiemu sens. Szła nie depcząc owych klejnotów… a przynajmniej taką miała nadzieję, ślepa w końcu komenda z niej! Szła potykając się o omszałe kamienie, torbą zahaczając o splątane chaszcze. Szła by zwyczajnie tylko tak sobie iść… a one szły za nią. Czołgały się i leciały. Podskakiwały, tańczyły, drobiły kroczkami, sadziły susy, przemykały, turlały się i wszystkie tuliły się do myśli, że mogą zwyczajnie pójść z nią. Celowały z małych kuszy, owymi duchowymi niciami i podciągały się do niej… niektóre próbowały skakać na spadochronach, nie zawsze lądując gdzie chciały, inne znowu wybrały spływajace z drzew liście. Jedne ukończyły szkoły cyrkowe, by tylko się udało, inne zamykały oczy i po prostu czekały, marzyły, życzyły sobie…

Głodne Duchy.

Zapomniane.

Niechciane.

Nieuległe nowoczesności…

Nie pasujące do tego wszystkiego co jest. Znudzone i zbolałe tym, co było. Niemożliwie niepotrzebne.

A ona szła i śpiewała. Nie była to może aria, ani coś co właściwie słucha się z jakąś masochistyczną przyjemnością, pozostawiając wszystkie plomby na miejscach i nienaruszone gałki oczne, ale śpiewała… dla nich. A może tylko dla siebie. Śpiewała niespiesznie, gubiąc wszelki rytm, z każdym krokiem stając się cięższą. Głaskała drzewa i muskała listki, piła wodę ze strumienia i ściskała kamienie. Umazała się w żywicy, by pachnieć ładniej, a potem przykleiła się do pąków brzozy…

… i się brzozie spodobało!

Tarzała się Wiedźma Wrona, turlała w owej leśności. Nie widziała ludzi, a ci nie chcieli widzieć jej… ot bo obciach. Bo przecież jak to? Czyżby miała ona pięć lat? Że zachowuje się tak… i ci dziwni ludzie, skwaszeni, szli dalej swoją drogą. Aż w końcu podchodzili do drzewa, zdenerwowani, bacząc, by nikt ich nie podejrzał… i dotykali chropowatej lub aksamitnej kory…

… i podobało im się!

A Głodne Duchy zlatywały się zewsząd. Lądowisko na plecach Wiedźmy sobie oznaczyły. Nocą plimkają światełkami, w dzień dźgają Wiedźmę, by wydała jakiś dźwięk… i mają coś, czym mogą się pożywić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Bohaterowie” – są powieści, w których właściwie nic się nie dzieje. Ot w tym przypadku będzie bitwa. Wojna dokładnie i kilka bitw… Niby niewiele, a jednak Abercrombie potrafi zajrzeć pod każdy kamień i w każdą duszę, dokładnie obejść okolice w czasie i przestrzeni, by potem wywalić na zewnątrz każdy intrygujący szczegół. Tyle historii ile ludzi i tyle opowieści ile wydarzeń. Tyle stron, że zdaje się, iż czytać będziemy tygodnie, a potem pożeramy ten język, zwykłe sytuacje urastające tutaj do legend i ową smętną codzienność wojowników… rozterki, obietnice, przeznaczenia oraz wszelkie tajemnice…

U niego wszystko jest istotne, a coś takiego jak główny bohater nie istnieje… tutaj wszyscy są ważni, łącznie z kamiennymi pamiątkami! Naprawdę warto, dla tych, któych opisuje. Bo sama historia, cóż na wojnie niewiele się dzieje…

I tak rozsiały się Przylaszczki po jeszcze, nie do końca zbutwiałej brązowej szarości. Delikatne, a jednak tak silne. Grupujące się w kohorty, plemiona, nacje, narody i drużyny. Czasem, typujące samotnego generała, wodza, szamana, który usadzony na omszonej kamienności, na owej niewidocznej dla ludzkiego oka grudce ziemi, władał całą okolicą. Trzymając się kamiennej podstawy, wiedział wszystko.

Mógł wszystko i był wszystkim. Bogiem, królem, panem i władcą.

Byli tacy, co się mu poddawali.

Przylaszczki poddane prawom, wierzące, jeszcze dziwnie ufne tym, co na górze, charyźmie i definicjom honoru… I były owe dziwne, lekko fioletowe buntowniczki. Nie wierzące już w to, że są tacy mądrzejsi, ważniejsi, zdolni wzywać lud w jedno miejsce,  by bieliło, zieleniło i kwiatowało las… To one czekały na swojego Mesjasza, który zdepcze generała i ofiaruje im lekkość buntowniczej fantazji…

„A dziś nocą,
na miotłach młocą
wiedźmy wszelakie,
rozkoszy spragnione,
cnoty pozbawione.”
Ch.J

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.