Pan Tealight i Majowanie…

„Właściwie to wszyscy mieli już dość i wszyscy tego chcieli. Wolności, pierwotnej bliskości natury, świeżego powietrza chwytanego haustami, obcowania z każdą wzrastającą nadzieją i zieloną przyszłością spełnionych życzeń… Ale jak docierało co do czego, to w rezultacie nikt tak naprawdę nie rozumiał, iż to było to, czego chciał i… cóż, nikt nie był do końca wszystkim usatysfakcjonowany.

Ale przecież to był MAJ… pachniało co pachnieć miało, zieleniło się, drażniło smakowe kubki i wyganiało na zewnątrz… Czas płodności, czas miłości, miziania i wszelakich zbereźności. Jak koty mogą, to czemu nie inni. Ptaszki to robią, sąsiad możliwe, że też… więc czemu nie? Płoty są gęste, choć wciąż prześwitują, nikt nie podejrzy, a jakby podejrzał, powinno być już zrobione!

Ale każdy to robił.

Nie było innego wyjścia. Były te tam wielkie marzenia, oczekiwania przysypane posypką, pomazane lukrem z kruszonką, otoczone w cukrze-pudrze podane z owocami i owa… hmm, rzeczywistość z alergią pokarmową. Gdy się zbliżały do siebie iskrzyło, a potem były za blisko, czemu nie można było zapobiec zwyczajnie, czy nawet w ów bardziej baśniowy sposób, następowało zderzenie i oczywiście byli tylko ranni i pokrzywdzeni. Oczywiście co roku. Ale za każdym razem wydawało im się, że będzie jednak lepiej. Jak w baśniach, jak u księżniczek, elfów, wróżek i kucyków pony…

– Ustaw się, ale prosto. Widzisz otwór? Stoi, no pewno, ze stoi, przecież jakby leżał nic by z tego nie wyszło. Trzymaj go, nie pozwól mu oklapnąć, może trza go do czegoś przywiązać jednak? Może posmarować? Przytrzymaj go przy głowie, zobacz, prawie sie uśmiecha, jakby mnie słuchał, weź i obejmij go, mocno, ale troskliwie… No mówiłam, że jednak powinniśmy posmarować. Wilgotny lepiej wchodzi. Ale weź nakieruj i ostrożnie, odpakuj!

Ostrożnie, ale wielki!

A jaki gruby korzeń!!!

Włóż go, no wsadzaj nim oklapnie, no wsadzaj, nie mam już siły, nie chcę czekać!!! Nie mogę już, nie wytrzymam!!!

Cóż wielu przegrywało z tzw ogródkiem, ale jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki… była to zawsze trawnikowa apokalipsa! A choinka chyba nie miała korzeni?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Córka żelaznego smoka. Smoki Babel” – opowieści o smokach, ale takich innych. Pełne symbolicznych odniesień, futurystycznych, przemieszanych z legendarnymi wtrętów, trochę fantastyki, trochę fantasy, a wszystko oczywiście zahaczone głęboko w jądrze człowieczeństwa. A mówiąc wprost – bardzo dobra powieść!!! Dokładnie dwie w jednej. Poruszające, wstrząsające miejscami i na pewno nie dla dzieci. Powieść wymaga czytalnika dorosłego nei tyle chronoligicznie, co wewnętrznie. Otwartego i rzeczywiście przygotowanego na długą, a nawet drobiazgową, rozsmakowaną w szczegółach historię.

To powieść, która zszokuje, zkopie, powali… a potem uzmysłowi nam, jak cholernie puste potrafią być w dzisiejszych czasach książki!!! Inne książki!!! I jak wiele wnoszą te rzadsze, te mniej reklamowane, przechodzące spokojnie przez półki…

Na moim równo przystrzyżonym trawniczku pysznią się stokrotki… te ocalałe, bojowniczki, amazonki cholerne, którym albo udało się nie wyrosnąć nadto, albo też umiejętnie pochyliły główki, gimnastyczki gumy jedne, gdy nadjeżdżał nienażarty, zielony potwór kierowany przez Chowańca.

Bazyliszka, który swym wzrokiem nie mroził, nie zmieniał w łagodny kamień, ale przycinał… dekapitował, okaleczał…

… bezsercowej istoty pragnącej jedynie prostej poduchy zieleni. Żadnych kwiatków, żadnych krzewinek, żadnych w dywanie zakłóceń i żadnych do grzyba rabatek, czy grządek!!! Zieleń miała panować i tylko ona, a zaprawdę wtedy powiem wam, że mniej robactwa dotrze do mojego doma!!! A resztę i tak zwykle zeżerają wiatry i pomarańczowe wściekłe ślimaki!

Znaczy taką mamy nadzieję!!! A może zwyczajnie tylko i wyłącznie jest to przejaw kolejnej wady, kolejnej nerwowości, no dobra, niech wam będzie, przecież czy ja kogoś definiuje, czy coś… no nerwicy natręctw!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.