Pan Tealight i Miłość…

„Były sobie czasy, gdy Miłość była najważniejsza. Oficjalnie wszyscy pławili się w myślach, że to obciach, że passe, że jakże niemęskie, a i babom nazbyt mącące pod kopułkami.. ale i tak wszyscy czekali, aż ich ona Miłość ucapi. A w międzyczasie nabijali się z tych, którzy już na szaleństwo się załapali!

Pomiędzy jednym szabrem a drugim, kolejną popijawą, najazdem i wikingiem, gdzieś w oparach jeszcze ataku wojowniczego berkserskiego szału, wpychając sobie kolejne błyskotki do sakiewki, nizając uszy na sznurek czy obcięte paluchy, obrabiając pola, czy właśnie czyszcząc skóry…

Ona przybywała.

Miłość.

I pierniczyła człowiekowi życie, niezależnie od pojemności puszki jego mózgowej. Czy był chłopem, czy królem, niewolnikiem czy zwykłym parobkiem, szulerem, farmerem, elementem/elementką ciżby ili motłochu… Zwyczajnie dopadała Miłość każdą jednostkę i swawoliła sobie w jej życiu.

Ot, bo mogła.

Rzucał więc człek łuk i grabie, widły i kosy, młot czy szpadę, miecz ili inną broń intrygującą, kończył ćwiartowanie zwłok, wypychanie cudzych teściowych, czy klejenie kolejnego golema, opuszczał matulę i igłę wtykał w zazdrosny zadek niegdyś przyjaciółki, krosna czy czepiec w ogień wpychał. I się miłośnikował. Miłościował i miłośnieświergolił… miłościwiewierzgał i rzgał.

Dopadała Miłość na równi i onych złotych i srebrnych, czarnych i zielonkawych, cmentarne hieny płci wszelakich, grabarzy, kostuchy i czerwone kapturki, ot było jej za jedno. Nie schowały się przed nią ni święte ni grzeszniki! Ni owe rozszerzalne w biodrach tak jak drzewa rozłożyste, czy też te w pochwach niczym miecze wąskie…

… zwyczajnie kiedyś Miłość dopadała i rzgała. Zmuszała ludzi do szaleństwa, zapomnienia się, zmienienia, odłożenia normalności na bok.

A teraz sie na nią pigułki brało. Bo kochać to fuj i w ogóle. Bo kochać to dać się zniewolnić. Bo to fuj i w ogóle, no i kochają jak już to wyłącznie osobniki płci takiej samej. Przeciwna ma zakaz! Nie przystoi. Najpierw praca, oto nowy władczy demiurg i bóg się objawił… a Miłość?

Zapomnieli. Skopali, ukamieniowali, zatruli i rozczłonkowali. Ot niemodny to już dodatek z dawnej przeszłosci. Ot nie warto.

I tak zamieszkała skromnie zahukana Miłość w białym, małym domku nad morzem. Pod jabłonką, obok skalistego ogródka, tuż pod żyłą rózowego granitu… wciąż miała styl! I wspomnienia.

Zakochać się.
Ot takie to teraz passe i cliche!
Do filmów się nadaje,
do rzeczywistości nie!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi”) Chepcher Jones


Recenzja: „Ja i Oni. Pół żartem pół serio”

Zachłysnęła się Wyspa hiacyntami i kicha. Uzmysłowiwszy sobie, że czas nawożenia pól nadszedł, więc otoczyła się cebulkami fioletowych i białych, ale coś ją kręci w nosie, coś smera w gardle, coś wkurza i denerwuje.

… ale odetchnąć normalnie nie może, bo cuchnie. Smrodek krówkowo-świnkowy przenika ją całą, ale ta stara się nie zauważać, ot bo przecież ekologia. Bo natura i tak dalej!!! Przecież to jej świat…

A jak jej świat, to i jej kupy, czyż nie? Nie oszukujmy się cały słodkawy aromat hiacyntów i fiołków, smrodek żonkili, a nawet chuch dzikiego czosnku niedźwiedziego, sobie z tym nie poradzi.

Widać czasem trzeba zwyczajnie se pośmierdzieć!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.