Pan Tealight i Panna Oczywiste…

Panna Oczywiste przybyła z Wiosennym Wiatrem. Na gapę właściwie się załapała, przez zachłanny przypadek i całkowicie bezmyślnie. Oczywiście! O swoim oczywistym przybyciu poinformowała barwnymi, krzykliwymi plakatami, treścią wyrytą odrzutowcami na chmurach, herodem o schrypniętym głosie i oczywiście przypomniała bilecikiem każdemu z osobna. Jako siostra bliźniaczka Pani Dobrej Rady, wiedziała gdzie uderzyć najpierw.

Ale się zdarzyło jej, po raz pierwszy, że komuś jej oczywistość natrętne, wstrętnie grzechów wypominanie, umknęła. Umknęła pochylonej nad nasionkami Wiedźmie Wronie Pożartej. Tej co nie uznawała telewizji, mejli, akurat w ziemię patrzyła i ogólnie telefonu nie miała.

Umknęła.

Nieoczywiste!

Ale oczywiście nie odebrało jej to sił, bo to co oczywiste musiała przekazać światu. To co każdy wiedział, o czym czytał i uczył się, z czego doskonale zdawał sobie sprawę, ale myśleć nie chciał. Ona musiała gadać. O owym oczku, które w pończosze Pannie się spieszącej poleciało, wiedziała przecież o nim owa Panna, opluła je nawet, ale starała się nie myśleć… Ale wiedziała. Przypomniane jednak nagle oczko, schwytana za ramię, owa skaza na zgrabnej nodze, nagle urosła do rozmiaru problemu nie do pokonania… i nie poszła Panna na randkę. Książę czekał i jej szukał, ale ona w łapach Panny Oczywistej straciła pewność siebie, zmarniała, wkurzyła się i znikała. Stawała się tym czym wszyscy, a tej Książę nie kochał!

Potem owe oczywiste prawdy zaczęła Panna Oczywista wbijać w małą uciętą główkę, Ojeblika. I puchnąć zaczęła tym co jej znane główka i dziwić się… Bo jakze to możliwe, by tak oczywiste, namacalne rzeczy za odkrycia nowe uznawać? Jak możliwe, by nikt wcześniej nie czytał, nie słuchał, nie widzial, nie myślał… nie wiedział. Jak możliwe? Ale Panna Oczywista profesorem od oczywistych i zwykłych, codziennych i dostępnych dla każdego prawd, przecież była. I dumna z tego była, a ową dumą nasiąknięta rosła, uświadamiając Panu Brzuchatemu, że brzuch ma wielki, Panu Trójokiemu, że trzy ma oczy i Panience Brokatnej, że się mieni… Tłumacząc Panu Tealightowi, że szary jest taki i stary pradawnie, że przecież słońce wzeszło i na burzę się ma. Że dwie stopy to coś dobrego, a buty wkłada się na nogi. Na prawy prawą na lewą lewy, a na obydwie dobrze skarpetki.

A Wiedźma Worna Pożarta nic nie słyszała, nic nie widziała, maleńkie ziarenka przerzucałą przez palce i pieściła z osobna każdy, co to bratkiem ma być, marchewką i cebulką, nowym wróżkiem i krasnalem, nowym skrzatem, gnomem, a może i zombim płatkowym, nowym drzewem i krzakiem, nowym pomysłem, może marzeniem i snem? Fiołki zbierała Wiedźma i cukrzyła ich kruchości, cukrzyła zamykając dla czarów miłosnych kolejne porywy Pana Wiosny. Tak sobie, bo ktoś musiał przecież, bo to takie nieoczywiście nierzeczywiste!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Cherem” – podobno opowieść bluźniercza itp, itd… widać mnie nie tak łatwo zbluźnić i w ogóle czymś zaskoczyć. Może gdy ktoś wciąż stara się być tzw. dobrym chrześcijanem, to coś z tego go przerazi… ja się znudziłam. Znudziłam historią, prostą fabułą, którą autor trochę próbował pokręcić, zaskoczyć dekonstruktywną narracją, choć tak bardzo starał się nasycić treść untrygującymi osobowościami… no nie wyszło. Ale może tylko mi nie wyszło? Bo przecież osobowości są, intryga jest i sensacja oraz niepewność w powietrzu, jest pięknie opisany Gdańsk…

Powieść przewidywalna, ot jakich wiele, ale niektórych może zaskoczy? Nie męczy, ale też nic nie wnosi.

W słonecznej spokojności Wyspy prażą się Wczesne Nasiejne Krasnale. Obżarły sie zeszłorocznych jabłuszek i kupy sadzą. Bo wiadomo, że to sianie i nawożenie w jednym. Ludzie też się pobudzili i ruszyli do ogródków. Pieszczą się rumianie w słoneczku, grzeją dupska i sadzą. Ale ci bardziej leniwi, od razu spragnieni sukcesów, pobiegli do sklepu coby bajeczne bratki i inne galantne kwiatki sadzić, ale od razu w dobie kwitnienia. Bo i po co czekać. Bo przecież od razu chcą i zieleni i kolorków, a cebulki z chłodnej wciąż ziemi leniwie wyłażą…

… takie czasy, że się nie czeka? Drzewka od razu z jabłkami dostaniesz, nie wiesz nawet, że korznei nie ma…

Plastikowe, wymyślne w kształtach doniczki, pysznią się barwami… Bardziej dumne niż same kwiatki, które gdzieś pogubiły swą dzikosć. Oj do czasu wy skurczybyki ekologicznie zbereźne, do czasu!!! I tutaj przecież słonko nagminnie grzejąc wypali z was tę całą barwność i nadmierną pobudliwość, w depresję was wpędzi.

Zszarzejecie.

Jak my wszyscy…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.