Pan Tealight i Zbieżności lingwistyczne…

Pan Tealight i dokładnie wszyscy zainteresowani, a nawet i kilka delikatnie nieznajomych mord, kilka dziwnie podenerwowanych obserwatorów i garść dziwadeł, które miały zaistnieć w czasie przyszłym… przysłuchiwali się rozmowie, ze szczelnie zamknętymi oczami, patrzałkami i postrzeganiami pozazmysłowymi. A rozmowa toczyła się dość intrygująco, empirycznie przewrotna…

Oł sirjesli, sirjesli, sirjesli? – może i Wiedźma Wrona Pożarta nie posiadała telewizora, ale niektóre cytaty wyłapywała z przestrzeni fal wszelakich. – A spieprzaj mi z tą łaciną! – Wiatr burzył ją wokół 2 postaci, 4 kamieni zabarwionych na lekko łososiowy kolor z szaro-zielonymi wtrętami, i 1 niebieskiej, włochatej torby. – Myślisz, że jeżeli używasz zagramanicznych słówek, to zabłyśniesz? Oświecisz nas swą madrością i rozbierznym traktowaniem mody? Myślisz, że nagle wszyscy się pokłonią? Koleś! Przecież nikt ciebie nie rozumie! A nie rozumienie oznacza brak wiary… nie, no oczywiście dostaniesz swój strach, ale poza tym, gdy już wyciszysz ten chrapliwy, stonowany głos, oni wstaną i zaczną się śmiać! Stylizuj się na coś innego, bo tutaj jest MOJA WYSPA, MÓJ ŚWIAT, MOJE MOCE i MÓJ JĘZYK… –

Mężczyzna w futrzanym płaszczu, brodaty, z loczkami czarnych włosów radośnie poddających się wietrznym zabiegom, wzdrygnął się i spojrzał na Wiedźmę Wronę z góry. To akurat nie wymagało magii. Niska jest i to nadal – co trochę pewno spojleruje… Patrzył tak, jak spogląda się na obrzydliwego, wijącego się, tłustego robaka, który nagle miał czelność spojawić się w obrębie własnego widzimisię. Bez zaproszenia i bez wieczorowego stroju… Szeptał coś pod nosem, widocznie w łacinie, z której Wiedźma niegdyś otrzymała śmiejącą się tróję i postanowiła o wielu bólach zapomnieć, nucił nawet, ale wiatr tylko prychał mu w loczki. W te symbole lśniące, owe czarymary z połyskujących kamyczków, wypasione koraliki mejdinczajna… W to futereczko, które przecież powinno szczerzyć pazury i porywać wypasione niemowlęta, olewającym obowiązki rodzicielskie mateńkom i tateńkom, czy co tam…

Wiedźma Wrona, zaś była nadal sobą. Chaosem w czystej postaci. Myła się w końcu codziennie! Łyskała tylko czasem srebrem z uszu i grzechotała kamieniami z plaży… Oto i był armageddon sobie… ZNOWU!

W końcu, zmarznięta, no i znudzona, nie było jak wyjąć książki i zwyczajnie olać przybysza, zaczytać, podniosła pochyloną dotąd głowę i uśmiechając się nader obrzydliwie, podejrzanie dziwacznie optymistycznie, rzuciła w wiatr wierszyk.

Ogon w dupę,
dupa w troki,
pierd cie niesie
pod obłoki!
Pryszcze,
wrzody
i otarcia,
całkiem jesteś
tak do zdarcia!
Tutaj kop
tam też kop
nawet nie tknę,
a już wymiot!

I świat znowu był dalej sobą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Istoty chaosu” – trzeci tom dość dobrej serii, obecnie z tego co mi się obiło o członki, filmowanej. Cóż, dość specyficzny, niejednoznaczny, ale jakiś taki niedokończony, niedorobiony… jakiś taki nietaki!

Na szczęście są bohaterowie, wyraziści, poboczni, którzy wciąż trzymają poziom i naprawdę dają popalić! I ten humor w obliczu wszelakiej apokalipsy, końca wszystkiego, oj to mocna strona tej książki.

A zakończenie, zwala z nóg!

Styczeń powoli dobiega do mety… a zresztą, co ja się oszukuję. Prawda jest taka, że czas jedzie na jakiś dopalaczach! Pędzi, gna, zmienia te pory roku, wariuje ze światłem i temperaturą… tylko co mu tak śpieszno?

Mi tam się aż tak nie spieszy!

Śnieg mi się topi. I tak jakoś mam niewielką, ale jednak, nadzieję, że spadnie jakiś nowy. Tak sporo go spadnie, zawieje, zamrozi, tak choć na dwa – trzy dni, cobym mogła się jeszcze potarzać, cienie na śniegu porobić, zabawić się z płatkami, zbałamucić jakiegoś bałwana może też?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz