Pan Tealight i Wiedźma i Kolor…

„Ułapił się najpierw podeszwy, bo blisko było, bo nie protestowała. Takiej traktorowej, rzezanej we wzorek, łapczywie zbierającej śmieci, kamyczki, korę i patyki. Nienażartej wieczyście… Trzymał się jej mocno, gdzieś pomiędzy ząbkiem, a dziwną, mrugającą do niego wypustką było mu dobrze. Ale jednak z czasem zrozumiał, że mimo wilczego głodu, zbyt często Podeszwa Zwyczajnie Depcząca wymienia swoich pasażerów. Dlatego postanowił wspiąć się wyżej. Po brzegu buta, po cholewce, czepiając się zbyt długich, skołtunionych sznurowadeł… podążał. W rytm stąpania, biegu, podrygiwania i przykucania, omiatał zarośla i targał kamienie, łachotał dziwne, zimowe kotki roślin i wciągał w siebie zapach morza. Obchodził go ten cały szarawo-biały świat, ale jakoś tak dziwnie, tak ziemiście dookoła.

On. Kolor!

W końcu ucapił się Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. I postanowił za nic jej nie puszczać! Dawała mu się taka barnwie wyposzczona, jakaś sprawgniona natężenia kolorowego… Pomarańczowy był przecież słonecznie, cytrusowy i świąteczny, nawet nie nadeschnięty, ot obierka świeżynka. Czekał tak na nią. W śmieciach jeszcze leżąc, tak dla kontrastu, podpisawszy umowę ze Słońcem, że w odpowiednim momencie rzuci ono w niego promieniem. I wceluje!

I się udało… i piękne będzie teraz życie i ciekawe i soczyste… bo po Wyspie Wielka Szroniona Fama o Wiedźmie Wronie Pożartej chodzi. Się znaczy ona sprawnie chodzi, jak się nie potyka o sznurki i pułapki na nią zastawione. Czyli częściej pełza i czołga się, starając się zawczasu przekonać, co tam na nią za zakrętem czeka, czy znowu worek na głowę, czy z procy grochem w dupsko opasłe i miękkie – ku upadkom jakże nieopornie wdzięczne?

Że tylko tu wolność, że tu u niej najlepiej… Wszyscy do Wiedźmy, ot dla odmieńców to przecież raj!

Oj Ty biedny mój Kolorku, mój Kolorku,
co się trzęsiesz mi u portek już od wtorku…
Czy ty wiesz zwinięta łusko, zwinięta łusko,
że w Wiedźmie uczulenie na cytrusy budzi swe dupsko?

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książki na dziś… wyczekiwana paka od DużeKa, za którą naprawdę i zarazem szalenie dziękuję, bo powoli zaczynałam już być głodzie.

Z cyklu przeczytane: „Zatopione miasta” – jak zwykle genialnie dołujący! Brutalny, naturalistyczny, świetny! Smutny, jak nie wiem co. Jak życie w kartonach na brzegu ulicy. Tej samej, gdzie ktoś inny wydał na ciebie wyrok. Owa opowieść o przyjaźni, w świecie, w którym człowiek tak naprawdę nie ma wartości, gdzie istnieje tylko przemoc i przetrwanie, najczęściej wątpliwe, brutalnie krótkie i bolesne… boli. Boli jak cholera! Przypomina nam o tym, do czego nie chcemy dopuścić, gdzie nie chcemy żyć. O idiotyźmie wojny, któa tak naprawdę rozrywa nie tych bawiących sie z wybuchami, ale bogatych, otłuszczonych, co mają kasę i chcą i tak się im podoba…

Bacigalupi mnie przeraża. Przeraża, bo wiem, że świat jest coraz bliższy, a miejscami właściwie już rozparty i nażarty siedzi w miejscu, które on opisuje… a poza tym on to robi tak dobrze!

„Atlas chmur” – powieść, o której głośno, ekranizacja i w ogóle… Jak dla mnie wiele szumu. W rzeczywistości to, co otrzymałam, to dobra historia, a raczej kilka historii rozsztrzelonych w czasie i przestrzeni, łączących się jakimiś na poły mistycznymi elementami. O ludziach, którzy postępują dobrze. O takich, dla których ważne, istotne są pojęcia takie jak honor, miłość do sztuki i prawda.

Ale tak naprawdę, poza tym, że temat nie nowy… to o co chodziło autorowi? By opowiedzieć o tym, że mimo upływu wieków, świat zawsze jest taki sam? A może psychologiczne wielce zawijasy?

Moje wyalienowanie chyba osiąga jakieś zatrważające okolicę i okolicznych internetowo, koła i kółeczka. Fale przy tym robi i w ogóle… ale to nic. BUUUU!!! Tak, tak, tak, my inni bardzo też zaludniamy planetę!

A Wyspa zimowa wciąż… cicha. Taka, jaką będę pamiętać, gdy turyścizna znowu nam plaże i drogi obmyje potokiem ciał spoconych… Tymi dziwnie zrowerowanymi nogami, pedałami, zmęczonymi strasznie, nie do końca świadomymi tego, co chcą zobaczyć, czy co ważniejsze, poczuć.

O co im tak naprawdę chodzi…

Czy tylko o to, by potem w social mediach zabłysnąć wynikiem iluśtam przepedałownych kilometrów?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz