Pan Tealight i Wiedźma wprost oskarowa…

Wiedźma Wrona Pożarta była zajęta… udawaniem.

Wszystko się znaczy zazębiało w babie, co przyszła nie proszona i jej własnym, nadmiernym jak zwykle, wiedźmim myśleniu: co by tu napisać, by wyglądało, że pracuję, ale jednakowoż inteligentnie, no i dodatkowo żeby mnie nikt nie nachodził, nie zaczepiał, nie nękał, oby tylko nie dotykał… Tak wiecie, totalnie zainteresowana i zajęta jest, ojeojoejojoej strasznie zajęta nie burzmy tego natchnienia, stukotu paluchów o białą już z ciepełka klawiaturę… i wyłącznie tylko dlatego po prostu łba nie podnosi, z gościem nie gada bełkocząc, choć jej drętwieje na maksa, nie dlatego, że ludzi się boi paranoicznie… nie z innych, dziwacznych powodów jak te, że nie wie po co gadać i dokładnie wie, że babsko przylazło tylko i wyłącznie dlatego, że coś znowu z komputerem jej nie halo teges… żesz szlag może trafić, ale kogo to obchodzi… ludzie są tacy bezczelnie zawsze egoistyczni… a może tylko ja nie potrafię być egoistyczna? Może powinnam, bo byłoby łatwiej przecież dopasować się do tego cholernego ogółu, który tak bardzo dziwaczne wykształcił w sobie definicje poprawego postępowania… no może?

Ale ja nie potrafię, no nie potrafię, na zmrożoną kurzą łapę i kuper nader niezjadliwy, nie umiem… taka ograniczona jakaś jestem, jakaś taka dziwacznie bezczelnie na umyśle leniwa, a może nawet uszkodzona we właściwych współczesności cząstkach śmieciowego DNA?
Aj któż to wiedzieć może? Bo przecież nie onaja sama, ona nic nie wie… choć może coś wie, ale na pewno jest to coś kompletnie niepotrzebnego, kompletnie zbędnego, podniesionego z ulicy, najpierw bezczelnie wyrzuconego, bo ot się błyszczało, połyskiwało w promieniach nieistniejącego słońca, promieniach, któe nie chciały przeceiż tutaj nawet zaistnieć, bo po co, to jest tylko śmieć… choć się świeci, jak go ruszy, choć się milusio tak łasi… jakoś tak nawet ciepło brzęczy, swojsko tak się zdaje załamaniami uśmiechać…
… ale nie ważne to, nie ważne, by tylko pisać, stukać w klawisze, by sprawiać wrażenie przed babą, bo przecież wszyscy tak łatwo wierzą w kłamstwa i we wszelakie aktorskie gry, nawet te jakże kiepskie… celebryckie zapędy w Wiedźmiej Wroniej Pożartej Przez Książki odsłonie…

Jak nic Oscar będzie.
… co najmniej glob być powinien, miś może i nawet, syrenka jakaś… są nagrody syrenki? A może złote bokserskie rękawice, może jednak choc one, no coś być musi, bo kark sztywny, a i plecy zaczynają odmawiać posłuszeństwa… ale babsko wciąż siedzi, kawę siorbie, wkurzająco przywłaszcza sobie okruchy czekoladowego tortu…

Podkulone nogi Wiedźmy zaczynają drętwieć, więc ból z tego będzie koszmarny na pewno… jak to wszystko się da skleić, rozkleić, jakoś tak rozczepić, do nieudawalności przywrócić się na nowo…
… ale może jednakowoż onaja wciąż gra, tak samo jak ma publiczność i potrzebę, jak i nikogo nie… a może tylko przed jedną z siebie, jakoś tak się jej wydaje właściwym, zawsze tylko grać… nigdy prawdziwieć.

Bo bycie sobą jest przecież takie straszne, takie przerażająco prawdziwe, zbyt niemożliwe by to wszystko ogarnąć, zbyt brutalnie jednostajne i niezmienne, a i przecież los sam w sobie jest taki przerażający… Owo namacalne, niemożebnie przyczepne, nie dające przed sobą umknąć – JA – owo najgorsze co się może komuś przytrafić. To, co zmienia siłę na początku, wtargnięciem burzy, miesza w kształtującym się zarodku, płód naznacza, a potem chce być sobie w człowieku…

Ale z wiedźmami nie jest tak łatwo…

… babsko sobie nie pójdzie, Oscar jak najbardziej mi się należy za stukanie rytmiczne, może i Grammy muzyczne chyba są, co nie? Może i milusie takie jakieś złotawe sopele z posypką, kulki na patykach, maliny pewno też, a już na pewno jakieś cholerne spa za to zginanie się nad klawiaturą i ściemnianie okolicy, że jednak się jest tak zajętym, iż rzeczywistość nie ma prawa mnie nawet dotknąć, kompletnie prawa nie ma, bo czy ona mi się daje obmacać?

Zresztą czy ja bym chciała współżyć z rzeczywistością? Jakaś taka odpychająca mi się wydaje, jakaś taka nie moja… wolę pokudlować się z przeszłością nigdy co nie zaszła i przyszłością, na którą miejsca i tak przecież w tym wszystkim nie ma…
… bo wyobraźnia ma to do siebie, że zmienia to co się wydarzyło na gorsze i mocniej akcentuje ból, albo też to, co było dobre zmienia, wykrzywia, nadaje mu o wiele większe znaczenie, lepsze niż wydawało się nam wtedy, lepsze, niż miałoby się wydawać kiedykolwiek…
… a przecież wcale takie nie było, wcale takie nie chciało być, ale to czas bawi się z tym, co było i tym co będzie… a to co jest, to właściwie tylko ułuda i zmienność, gra aktorsk, celebryckie zapędy, tutaj nagroda, tam nagroda, postawisz sobie na kominku, mantelpisie podgrzewanym drzewami, co już nie śpiewają i wspomneiniem liści, które już nigdy nie zatańczą…
… bo przecież co z tego…
… bo przecież co z tym…
… bo przecież co z tamtym…
… ale też, dlaczego nie? Przecież jeżeli mogę, to mogę i spróbuję, to muszę, bo inaczej plując sobie w brodę wyrzeźbię w niej takie kaniony, iż zatrudnić trzeba będzie cholernych kanalarzy bo na pewno zaludnią się tam miasta, wioski, na pewno znajdą się tacy, co zamieszkają… bo czemu nie… oni też mogą to powiedzieć…
… dla nich z tym, z tego i tamtym…
… baba wyszła…

PS. Wiedźma Wrona Pożarta dziękuje za współpracę Ibupromowi Zatoki!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu powieści ukochane – Mercedes Lackey… i jej książki. Pamiętam, że gdy się w niej zakochiwałam już było trudno zdobyć wcześniejsze pozycje. I szukało się po rodzących się dopiero centrach handlowych, tworzących się shopach gigantach, sklepach co plajtowały, zmieniały się w durne, nieczytelne zupełnie poza mdłymi metkami, odzieżówki… Wszystko tak szybko się zmieniało. Allegro było wtedy przyjaźniejsze… a ja chciałam, z dziwym oślinionym czytelniczym pyskiem, tylko opowieści o Heroldach i ich wspaniałych Towarzyszach. O magii i miłości. Ech! Nadal łezka się kręci i coś w duszy pobudza, gdy przypomnę sobie pierwsze czytania tych tomów!

Tą dziwną naturalność opisów, tych bohaterów, którzy wiedzą, że potrzebują też siebie nawzajem i otwartość mówienia o homoseksualiźmie… a tak, niewielu o tym wie, założę się o to!

Bo Lackey ma gdzieś konwenanse. Jej światy muszą żyć od początku do końca. A magia to cudowny dodatek, najważniejsza jednak jest przyjaźń i miłość, choć często tak bardzo boli i po łbie daje. Państwa i różnice kulturowe aż szczypią w oczy, osobowości bohaterów skaczą i motają, każdy znajdzie tutaj odpowiednik siebie… no i są jeszcze gryfy. I to wcale nie jest inna historia.

Moje tomy są takie zczytane, uświadamiam sobie, że mają po dwadzieścia lat… żesz człek stary no, ale ile się naczytał w życiu to jego, co nie?

Moja Wyspa chyba jakoś jogging zaliczyła, czy siłkę, czy coś w ten deseń, bo się spociła i ociepliła i mój piękny śnieg trochę podtapia… ale poczekam aż mi ostygnie, nie dam śniegu, to wciąż mój czas naśnieżania!!!

Żadnych mi tu odchudzających zachowań Moja Ukochana, co jak co, ale kochamy śnieg, nie psowamy go!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz