Pan Tealight i Barachudło…

„Do końca nie wiadomo skąd się Barachudło wzięło.

A raczej wzięła, bo żeński w niej pierwiastek nagminnie dawał o sobie znać. Mniejsza z tym, przyjdzie czas i te tajemnice zgłębiać, na razie oto jest. Stało się słowo ciałem gdzieś poza Wyspą, a teraz szukało azylu z całą swą przeszłością i przyszłością. Ogólnie mówiąc: pyrka na długich, pajęczych dwóch nóżkach, z chudzinkimi rączusiami zakończonymi czymś w rodzaju rozmiękłej zaspy przestarzałego śniegu. W ziemniaczanej bulwie dwie oczne bulwy ruchliwe, o dziwnie błękitnym kolorze, nos nad podziw ogromny, zakończony purchawką, uszy oklapłe jak u zająca, zdejmowalne, a w przypadku zagubienia dwie dziurki i trąbka… Bulwa nosowa barwy intensywnie fioletowej. Ale wiecie, barwnie tak jak u biskupa na kiecy! Do tego beret, taki wersja z antenką, rękawiczki, skarpety za duże o kilka rozmiarów i spódniczka baleriny – wersja łabędź czarny…

… i zdolności prorocze oraz klątwowalne, klątwiła jak najęta, gdzie się dało i ile wlazłom na całego.

To tak z grubsza. A! Umie też przepowiadać nadchodzący deszcz, kłaczki się jej na bulwie robią takie mechate, białe i szare! No i ma swojego przytulaka. Takiego peta-mumię. Znaczy się wiecie niewielki, co to dawno oddychać przestał, zasuszony osobnik w bieluchnych bandażach –  wersja z wymienialną okrywą! Pluszak się znaczy. Nigdzie się bez niego nie rusza, a na imię mu Ted.

Z niewiadomych powodów Barachudło okazało się być niepożądane w Sklepiku dla Niepotrzebnych. Nie żeby był ktoś rasistą, ależ nie, zwyczajnie jakoś tak wyszło samo z siebie kompletnie i z wora, że miała zamieszkać u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Honor złodzieja” – czyli powieść jak powieść, no świetna zabawa, przednia, ale TO TŁUMACZENIE by Łukasz Małecki!!! ten brak byków!!! Chyba nie jestem przyzwyczajona do TAKICH książek!

Co za świat, coby się czytacz sapiens homo od dobrze przetłumaczonych książek odzwyczaił!!!

No mniejsza… czas na treść, a ta całkiem jest niezła. Może lekko nie do końca spójnia i zbieżna, może czasem mąci i kompletnie nie wiadomo kto z kim, dlaczego i zacz, może dorzuciłabym więcej opowieści o świecie, w którym toczy się akcja… ale to ja! Autor widać miał zamierzenie takie, by oprzeć swą historię na bohaterach, więc poznajcie ich, pokochajcie niezależnie od miejsca ich stania, siedzenia, czy wiszenia, a potem przyłóżcie sznurem tym, którzy was mocniej wkurzą.

Dobra, łotrzykowska przygoda. Może za krótka, ale warto! Tym bardziej, że podobno będzie ciąg dalszy? A i magia się w niej plącze, tajemnice z przeszłości z zapomnienia wychodzą, władza w ciągłej reinkarnacji wolę swą tłucze… Nawet wampirów i zombie nie ma! Za to jest świat, miasto, które tajemnice i układy, jak to miasto, swoje barwne i zmienne, hołubi.

Olbrzym z Morza, co to zwykle za dziwne wiatry odpowiada – ot taka przemiana materii i dieta olbrzymowa – tym razem postanowił być dowcipny. Wziął swoją gigantyczną solniczkę i dalejże solić… solić na pola i drogi, na domki i lasy.

I mamy coś na kształt śniegu w ilości marnej, ale zawsze ŚNIEGU!!!

Kołacze się we mnie, i więzy próbuje poluzować, jakaś taka myśl niepewna, że co jak co, z soleniem miło z jego strony, ale ponownie fasoli na cebulce z kapustką sobie nie odmówił. Choć może to te ryby, albo mityczne morskie rodzynki, te muszą być dopiero wiatry aromatyzujące i stymulujące… bynajmniej, znaczy się oględnie mówiąc, oczywiście znowu wieje!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz