Pan Tealight i Wiedźma NMP…

„Nad Chatką Wiedźmy Wrony, bez zezwoleń i kompletnie na bakier, rozbiła obóz dziwaczna światłość. Barwna moc ciepłego moczu na antybiotykach, nie tylko delikatnie obmywała sam domek, ale też poświatą znaczyła bezczelnie żwawy, zielony, zimy unikający trawnik. Tutaj zajrzała, tamte zakątki spenetrowała, pod kupę liści nawet, na ślepo odważnie, promień wsadziła. Poczyniała sobie owa jasność dość bezczelnie, ale nie było nikogo, kto mógłby na nią nawrzeszczeć… Wszyscy istotni dla wątku siedzieli w Chatce, która na ową dziwaczną i jej zdaniem mocno przerysowaną w komiźmie sytuację, przestrzeń swą magicznie złamała.

A na kuchennej podłodze, wyniośle dupska chłodzącej, siedziała krzywo i w damy niegodnej pozie, lekko zielonkawa, omdlała dziwacznie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, opierając się na oplutym w spazmach śmiechu Chowańcu i dziwnie wykrzywionycm Chochelu, chochliku pisarskim obecnie nie do użycia, ale w gaciach z Simpsonem B. Przed nimi, na unoszącym się kilka centymetrów ponad chłodną wyniosłość linoleum, dywaniku we wzorki barwne frędzle i paseczki, coś jak IKEA, leżały mirra, kadzidło i złoto. A w otoczeniu stoworów wszelakich tulili się do siebie, dziwnie tracący rezon, pozbawieni swoich celebryckich min Trzej Królowie (Czwarty pozostał podobno przy wielbłądach, ale jak wieść w komunie się niosła, zwiał raczej zaraz po tym, gdy zrozumiał, wpław na nich do Szwecji). Pstrokato odziani, sami w kolorach ciepłych, kuszących napojów, zawoalowani w słowa i zwoje materii, już nawet nie starali się dziwić. Darom właściwie było już wszystko jedno, ale unoszący się i bujający dywanik wywoływał u nich totalne mdłość. Jednak jak na razie wszyscy trzymali fason. Nawet Chochel, bo dokonaniu wiekopomnego odkrycia: oni nie mają na sobie gaci!!! – zwątpił we wszelkie świętości.

I tylko Barachudło, co to się na zimę do Wiedźmy sprowadziło, nuciło klątwiło sobie pod nosem:

„Tako rzecze Barachudło,
nigdy ci nie będzie nudno,
nigdy ci nie będzie smętnie,
zawsze znajdę ci zajęcie.”

Ogólnie mówiąc tak bardzo nikt nie chciał im odbierać nadziei. Tak bardzo nie fair było powiedzieć mądrym i władczym, dobrze zbudowanym mężczyzną, że zwyczajnie i sromotnie pobłądzili… Jakoś było to idiotycznie nieładnie i niezgodnie z brakiem honoru, by wywalić ich na zbute pyski. No i przynieśli prezenty. Głupio tak wywalić kogoś, kto z gościńcem wparadowuje do domu, śpiewem na ustach i nadzieją z oczu wyciekającą nadmiernie.

– Znaczy dziecięcia nie będzie? –

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Obsydianowe serce” – powieść w tomach dwóch! Historia z przeszłości niby nie odległej, ale jakże odmienne od tej, którą wciskali nam na lekcjach historii!!!

Historia tak niepewna, tak dzielnie od faktów oddzielna, tak przemieszana i fantastyczna… a jednocześnie znajoma. Jest tu i dama w opersji, aczkolwiek nie do końca, jest i śpiewaczka i trzech dzielnych, mężnych i przystojnych. Jest tajemnica i manuskrypt, oraz zło pragnące spenetrować… no serio, spenetrować dziewicę, a i ten, co chce nad światem przejąć władzę… obecny! No i są tajemnice, oraz przedziwne byty zwane Si. Wszelako magiczne, wepchnięte do jednego wora, takie, o których w odpowiednim towarzystwie się nie mówi.

I… mnie nie urzekła ani pierwsza ni druga. Nie, że zła, że kiepsko napisana. Nawet wstrętni mnisi są, okrutni… tylko jakoś mi nie gra. Znaczy cała opowieść we mnie. Akcja dzieje się w hotelu, lekko spójnością nie grzeszy, ale co gorsze nie porywa, a powinna. Jakaś jest nazbyt romantyczna. Jakbym czytała romans z czasów sprzed internetu, w który ktoś wtopił moce magiczne niezwyczajnie, oraz przeszłość cnotliwej odkrył. A może to nie moja bajka? Nie, no przecież kocham takie tematy!!!

Bynajmniej raczej do niej nie wrócę.

Czytało mi się tak raczej po grudach. A już tego „kocham cię/nie kocham/kocham/a nie” dość mam serio!!! Nie porwało, a sam wątek niby główny, aż nazbyt niepewny i właściwie wciąż chyba nie wiem o co chodziło?!!!

O władzę nad światem, rasizm, czy też ino o ową słodką dziewicę?

Recenzja: „Złodziej dusz”

Mojej Wyspie widać spodobało się wianie, bo po dwóch dniach względnego od wiaterów spokoju, znowu coś tam mąci na wantach. Ale co dziwniejsze, choć przecież często tak bywało, ale tym razem jakoś tak mocniej chyba… uczucia szalone z wiatrami przychodzą. Człowiek kompletnie niepewnieje w granicach własnej świadomości. Taka wsteczna ignorancja własnego ja się w nim rodzi…

I kim jest więc? Tylko ludziem, czy nie tylko? Może jakąś dziwaczną mieszanką, pojemnikiem na przywiane myśli i uczucia?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz