Pan Tealight i Tunell Krasnalli…

Chochel, chochlik pisarski niższego stopnia Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, potakiwał głową tak mocno i z takim natężeniem komicznym, że Pan Tealight zaczął się zastanawiać, czy Ojeblik, mała ucięta główka, nie zyska równego sobie wzrostem przyjaciela… ale należało się upewnić. Bo i po co na ten dziwny, mlaszcząco-kropelkowy dzień, wysnuwać się spod koca:

– Czerwoną? –

Widać naprawdę czerwoną. Nie ma się co kłócić, sprawdzić jednak trzeba. Wiedźma Wrona zamotana w czerwoną pelerynkę – pewno z Zasłonek, bywają nader przekupne – z koszyczkiem i przerażającej zawartości, skradająca się w górę rzeki Robiącej O, była niepokojącą zmienną na Wyspie. I gdzież mogła iść w owych kamuflujących barwach… W taki dziwnie słoneczny dzień, jakby obniżkę na świeczki zrobili na błękitnym niebie, w tak mokry, błockiem zdobiący, tak dziwnie chrzęszczący zagubionymi poprzez Mróz czarami… Gdzie mogła iść? I to sama? Ot otulona w sprzeczny z jej życiowymi poglądami kolor, cichaczem, bez rozgłosu? I po kiego grzyba?

W końcu to zima, są ino pleśniaki i krasnale brody.

Cóż, sprawnie zamknąwszy przeszkadzających w Białym Domostwie, Pan Tealight, totalnie nie chcąc, udał się za nią. A że sprawniejszy fizycznie w swych odcieniach szarości, dorwał Wiedźmę za trzecim Mostkiem Przejściowym. Tuż przed wodospadem Ruchliwym Inaczej, przed tunelem, w którym jeżeli stąpnąc na znany sobie kamień, można iść dalej, ale jeżeli stąpnąć na ten inny… czas mógł się zacząć przeciągać i zbroić i cierpliwość. Poszła do Krasnalli. Tylko dlaczego? Wszyscy wiedzieli, że męski rodzaj o wzroście mikrym – a niskiej Wiedźmie, wiekiem żywicznej, serio łatwo było w tej gestii dogodzić – to ona toleruje wyłącznie w formie piniaty. Albo przydrożnego świątka o romantycznym wejrzeniu. Tudzież kołka w płocie.

Fakt jednak przemawiał głośno i dobitnie, Wiedźma Wrona w formie rdzawo-karmionowej kroczyła nie bacząc na wodę i błocko, umorusana jak stworzenie permanentnie diabelskie, do Tunellu Krasnalli. Gromady stworków, co to o azyl polityczny i religijny prosiły na Wyspie. Tuż przed końcem roku pojawiły się z mgły. Sponiewierane ciekawie, ale też dziwnie niepozorne, a przerażona Sylwestrem Wiedźma nie zaintrygowała się ich losem. Dostali od razu kąt i robotę, coby Wyspa na podatkach oszkwapiła Wyższych Liczących Na Innych… ale nikt ich jeszcze tak naprawdę nie poznał.

Dlaczego więc ona właśnie właziła do ciemnego tunelu? Dlaczego czerwona i z tym babskim koszyczkiem?

Dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Syreni śpiew” – powieść, która mnie zawiodła. A dokładniej znudziła. A przecież nie powinna no! Czegoś jej brakuje, czegoś ma w nadmiarze. Intryguje otwartością złoczyńcy i nuży tzw. dobrymi… Korci, coby w końcu walnąć nią w ścianę, ale jednak człek czyta dalej…

Czyta, ale się wkurza. Opisy i drobiazgowość nie pozwalają się skupić na zbrodniczej części powieści. Doktor Hill też jakoś dziwnie nieruchawy… ale człek i tak czyta, więc coś w tym jest. Coś więcej niż zło, obrzydlistwo, zwłoki i posoka.

„Miasto zagubionych dusz” – czasem powinno się wiedzieć kiedy ze sceny zejść… dla tej serii chyba powoli nadchodzi ten moment. Oj pewno, że postacie wciąż żwawe i żywotne nadzwyczaj, szczególnie owe demoniczne w smaku, ale jednak coś już skostniało. Coś skrzypi, nawet oliwienie nie pomaga…

Ale nadal bohaterowie kapitalni. Dialogi żwawe, rytm się nie łamie… każdy wciąż zdaje się być sobą, ale czegoś brakuje.

Książki na dziś – całkiem niespodziankowe – a i całkiem mocno chciane!!! Super prezent poświąteczny!

Dziękuję!!!

A dziś spojawiło się słońce i, mimo zapowiedzi Pogodynki, waliło dzionek cały, a nie ino do 12tej!!!

Ha!

Wiedziałam, że to kłamliwa dzioucha dziwa musi być ta Pogodynka – i nie chodzi o zazdrość, o nie, wcale a wcale nie, wcale… Gorzej jak ona jest jakiś ukryty chłop. Znaczy co, dziw dziouch?

Bynajmniej stwory i potwory wylazły na ulice, ścieżki i dróżki, by podziwiać świat poświąteczny. Zaśmiecony petardami i frajerowerkami. To tu, to tam przemykają się szeleszcząc i mlaskając błockiem ci, co to pragną zrzucić kilogramy… znowu tam skradają się ci, co też żałują, że nażarci, ale jednak biegać nie mają zamiaru…

A ja czołgałam się w kurhanach… bo niektórzy żywią się inaczej. A Babcia mówiła, że głodnych trzeba nakarmić!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz