Pan Tealight i 2013…

„Właściwie to nie tak, że nie mieli nic do roboty… wiecie jak to jest, niby dzień wolny, poleniuchować by można, niewolnictwo pogonić, kogoś do lizania stóp przysposobić, ale nie. Nie w tym miejscu i nie w tym, jakże specyficznym czasie. Nie na Tej Wyspie! Bo oto nastał i był, ten jedyny pierwszy dzionek, ot osesek 2013. A to oznaczało wiele: poniżenie, ubaw, psychiczne i fizyczne nękanie, oraz wszelaką, kompletnie bezpodstawną i żałosną rozrywkę!

Czas więc wstać i grzeszyć więcej!!!

Zresztą on sam się dopraszał. Świat istniał już od tak dawna… TAK DAWNA, a jednak on wciąż to robił. Wciąż pojawiał się świtem – tym razem wersja mokre ciacho z nader lgnącą wilgocią włoszką, oraz ogólnym wietrznym zamętem. Miał na sobie jakieś pelerynki, woale i szale, jakieś tam cuda nader może kiedyś wida, obecnie przezroczyste i cmokająco słucha, haleczki i togi, może i pończoszki, właściwie przez zaparowane okienko Kuchni Chatki Wiedźmy, nie do końca można było stwierdzić co zacz dokładnie miał na sobie tym razem. Zresztą nie oszukujmy się, lepiło się i był to raczej pokaz mokrego podkoszulka, niż jakieś wietrznie opływowe romantyczne jednwabne uniesienia. Ale cóż, robił to. Nie bacząc na rzucane – kiepsko może i celnie, ale jednak – przez Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki pomidorki z Hiszpanii i ziemniaki z KopcaZakopca i nader silnie nadpsute, krwawiące karotenem marchewki ze Starej Poszewki. On tańczył. A dokładniej zdaniem Ojeblika, małej uciętej główki, miał jakiś atak. Może i wylew, bo lewa strona jakoś tak mu się pociągała.

Kompletnie nie bacząc na problem braku fonii, w rytmie pykających popkornowych groszków, ekipa lekko moknącego Sklepiku z Niepotrzebnymi, gapiła się na owo błazeństwo.

– I mówisz, że on się jej chce przypodobać? Ale dlaczego? Dlaczego tak i dlaczego jednak JEJ? –

Nikt nie odpowiadał na te pytania, ale pytania kotłowały się w każdej z głów. A dokładnie gdzie to tam na nie miejsce miał. Nie dyskryminujmy tych bezgłowych! Nieładnie by chyba było, co nie? Tym bardziej, że on naprawdę się starał. Młodziutkie ciało się gięło i wyginało, podrygiwało i potrząsało. Jako, że młode i jędrne, nie oklapywało, ale raczej jędrnie ocierało się o przestrzeń… czasem było w końcu samo. Dopiero po rozmiękłym gumowcu, który wirując minął jego twarz o milimetry, zaginając jednocześnie przestrzeń, chyba doszedł do jakiegoś wniosku. A może to dlatego, że Wiedźmie Wronie kończyła się amunicja, a na obiad miały być pyrki?

Nie wiadomo, ale nagle jedwabie, aksamity, koronki i hafty, szyfony, oraz co tam jeszcze może i metr bawełenki, no opadły… i męskość Nowego Roku 2013 stanęła w pełnym pełnego krasie, przyrodzeniu. Znaczy ten jeden rok poszedł na całość. I był na pewno męski. Pan Tealight zakrył oczy Ojeblikowi, a raczej taki miał zamiar, ale niestety jego szara eminencja została drapieżnie i łapczywie usunięta, przez drapieżnie śliniące się Wiedżmy z Pieca, Miotłę, Wygódkę… znaczy się żeńską część obserwujących. Czasoprzestrzeń sama wygięła się tak silnie i nieprzewidywalnie, że wszystko było możliwe przy takim stanie rzeczy… a on NIM kręcił. Machał i kółeczka tworzył, a i trójkąciki, no i pyrki wygotowywał… a one tylko patrzyły.

Nikt nie zauważył jedynego, schludnie i przewidywalnie ekshibicjonistycznie znającego się na TAKIEJ rzeczy Chochela, chochlika pisarskiego, który siedział w kącie pod stołem, i trzęsąc się niemiłosiernie, starając się jednocześnie wydłubać sobie z głowy oczy, oraz te wszelkie inne elementy widzące, kołysząc się niczym kobra na boki, jęczał muzycznie na znaną wielu nutę…

– I mawiali, że gdzieś istnieje,
że istnieje takie pole…

Moglibyście myśleć, że tym razem się udało. Że nie znosząca zmian Wiedźma Wrona dała się przekonać zadziwiającemu spektaklowi, w końcu była babą… no miejscami. Ale jednak ona tylko chrząknęła, uśmiechnęła się pod nosem i musnęła palcami wiszący na szyi wishingujący, srebrny szałwiowy listek

I świat zaczerpnął powietrza i już tak pozostał.

Na długo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Skrzydła gniewu” – drugi tom cyklu C. S. Friedman. Fascynujący!!!

Powieść się rozrasta, a dokładniej, to jakby ustalona kula świata puchła gdzieś od środka, prowadząc całkiem nieprzewidującego tego czytelnika, w mroczne i jątrzące zakamarki przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Odkrywa tajemnice, robi miejsce na nowe, intryguje i nęci, by potem z hukiem i kompoletnie bezczelnie odebrać nam bohatera, którego zdążyliśmy pokochać.

Takie fantasy wielbię!!!

I wielkie wiatery męczą moją cudowną Wyspę i deszcze zacinają… i tak sobie myślę, że gdyby to wszystko zamrozić, oj piękna zima by była… ale się nie da. Oj takie Snestormy by się wzajemnie ze sobą zabawiały, takie piękności mroźnie by czarowały, takie śnieżne czapy składały na ciemnych gałęziach, łkających w tym deszczowym zacięciu. I po co mi tyle wody, no po co?

Zawilgnę i skrzypieć jeszcze zacznę…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz