Pan Tealight i Madame Sti…

Madame Sti była skomplikowana. Raz nadzwyczajnie prosta, raz rozmyślnie kręta. To pędziła przed siebie przecinając brutalnie horyzonty i otwierając drapieżnie przestrzenie, rozdzielając miedze i rozczepiając splątane gałęzie… to znowu zwalniała. Krążyła dookoła każdej kępki traw, każdego zagajnika i przerzucała mosty przez każdy, choćby sezonowy ciek… Była sobą. Istotą nieistotności, przydatnością nieprzydatności i potrzebą oznaczenia tego, co względnie bezpieczne. Tylko, że tutaj na Wyspie, mogła być czymś więcej. Czymś co czasem się burzyło, zarastało, zalewało… co przestawało istnieć, jeżeli tylko taki miała kaprys. Była powalonym pniem, ot względną przeszkodą, dbaniem o istotną skoczność spacerowaicza i wędrowca. Była kupą pułapką, dostatecznie lepliwą, by przypominać o sobie przez dłuższy czas… i była obecnością. Choć tak naprawdę nikt nie wierzył, że w ogóle istnieje. W końcu można iść nawet nie wiedząc, że właśnie po niej stąpamy. Bo przecież nie każda droga jest przycięta, wydeptana i ogołocona z większych kamieni, niczym migoczący szlag między skałami.

I Pan Tealight się zakochał. Tak zwyczajnie. Nie tak jak wtedy, gdy jeszcze jego wybranka miała igły… gdy świat był względnym początkiem. Ale też nie jak wtedy, gdy pokochał Panią Zimy. Zakochał się inaczej, zresztą może i nie było to zakochanie a tylko lekko bolesne, niezrozumiałe, zaczerwienione zauroczenie? W końcu jego miłość do Mroźnej Damy była czymś silnie raniącym, czymś co pominięto w zeszłorocznym sprawozdaniu, a co nagle wróciło… ot tylko kilka dni temu i zapukało do wiatrakowego okienka.

… i nikt nie odpowiedział.

Problem w tym, iż Madame Sti zawiadywała każdą drogą. Każdą mniejszą od szosy i asfaltowej czerniny. Każdą skrywającą pułapki i mącącą mirażom ich własne drogi. Tak po prostu, zwyczajnie. A w końcu drodze zawsze się wierzy. Że doprowadzi nas tam, dokąd wiedzie, dokąd napisano, że prowadzi… zawsze wiadomo było, że idąc wytyczoną ścieżką nikt nie zabłądzi. Cóż, nic bardziej mylącego. Bo droga może mieć własny pomysł na cel swej drożności. W końcu nikt się jej zwykle nie pyta dokąd prowadzi, wierząc kłamliwym mapom i niedoinformowanym legendom…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Recenzja: „Rodzina na pokaz”

Śnieg szykuje się by stopnieć… tak jakoś dziwnie, oszukańczo i nie pytając się mnie o zdanie. Bezczelność!!! Ale z drugiej strony to jego decyzja. Śnieżnej Jego Wyoskości. Tylko czy to oznacza, że spadnie nowy, czy że tylko tyle go miałam tej Zimy?

Bo jednakowoż mi nie wystarczy tylko tyle… chociaż, czy kiedykolwiek mogę uznać, że „wystarczy – gotowa” jest określeniem dostatecznego, sezonowego wypchania wiedźmy śniegiem?

Cóż, jeżeli chodzi o tą jedną jedyną… NIE! Bo ja potrzebuję śniegu jak inni wakacji i torebki od prady, czy innego ajfona. Ja muszę oddychać śniegiem przez jakiś czas, by przetrwać cały rok.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz