Pan Tealight i Zapodziana Dusza…

„Przyczepiła się do Wiedźmy Zapodziana Dusza.

Samotna taka jakaś, ale i spragniona uwagi. Ot rozmiar niewielki, może porzucona, zagubiona niechciana; zwolniona z roboty, nagle zbeszczeszczona, ale też złakniona jakiegoś ludzia. Łazi za nią wszędzie. Łasi się niczym kocica, której coś się futra smrodliwego uczepiło. To Wiedźmę Wronę za koszulkę łapie, to zaskoczy ją w negliżu. Krzyki się niosą po zadupiu, w wiatraka skrzydła wpadają, dziwną mąkę pędzą… A Dusza nie puszcza, nie dopuszcza. Choć popuszcza, ale komu się nie zdarza? Ot biologia istot po życiu! Duszowa ektoplazma plami jak jakie wredne lepiszcze. Ale też się skrapla, tu uwisła cząstkami u powały i kap, kap, kap sobie stuka, cholery dostać można, ale co zrobić? No co z nią zrobić? Sprzątnąć jakoś tak niegrzecznie, ktoby chciał być grabkami, czy też miotłą pośmiertnie muskany? Gilgotany ściereczką, spryskiwany czymś na kurze i mole? Tam znowu bulgocze, jakby wściekła się nagle, ale ino tymczasowo i ino w tym kawałku, smrodek się niesie po świecie, ale Dusza nie zważa.

Bo się uczepiła i już nie jest sama.

Chciał Pan Tealight Duszę odpędzić, zegzorcyźmić niebogę, ale się nie dała. Oczadzić i skadzić nie pozwoliła… furkotnęła ino wściekła, zębiszcza wysunęła – któż by pomyślał, że Dusza taka ostra, że taka papryczka, pieprze i sosy piekące, wasabi możliwe, że w ramach pielęgnacji smarowana?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Prowansalski balsam na złamane serca” – wiecie jedna z tych opowieści, co to pachną, co jeść się po nich chce ale tylko tych PRAWDZIWYCH rzeczy. Tych pełnych, starodawnie tłustych i słodkich.

Dorzucili mi do książki sole do kąpieli, lawendowe… ot wanny ino brak, bo w powieści się nie wykąpię, choć miejscami i deszczowa i łzawa i basen jest. Niezła ta powieść ot o śmierci. O mężczyźnie, który odszedł za wcześnie, o kobietach, które są rodziną i zmianach, oraz o domu, który jest miłością.

Domu, co świat naprawi… ale jeśli mu się pozwoli.

Naprawdę niepaskudna powieść. I choć nie przepadam, to bez bólu, bo tak jakoś dobrze ułożona. Dźiegciu do cukru ktoś dosypał, miłość niełatwa, niejednolita, każdy grzeszy i każdy szuka czegoś dla siebie… i ta góra! Magia jakaś taka i brak skorpionów. Naprawdę na spokojność, do wanny świetna książka.

Świat się dziś u mnie, jakby rzutem na taśmę, ot raz ostatni w tym roku tak jakoś zazłocić, zażółcił, jakby w piekarniku nagle wyobracany, żółtkiem pobełtany bułczany raj się otworzył. Z cukrem i pudrem i rodzynkami. Pachnący skórką pomarańczową i cynamonem. Gorący… i z kruszonką, dokładnie taką, jaką robiła Babcia.

Bo pewne rzeczy tylko Babcie potrafią.

Piękny ten mój raj, bez żadnego szopa od foto. Taki doskonale barwny, dopasowany w odcieniach, które ludziowi już by nie przypasowały, a Wyspie pasują. Bo Wyspa jest więcej. Po prostu więcej…

Babci by się spodobał.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz