Pan Tealight i Sensej FredOgRo…

OM wyło.

Lekko się łuszcząc mozaikowo w wilgotnym, jesiennym poranku, ciepłym, ale dziwnie pachnącym zimą, wzbijało się powoli do góry, by potem opaść i zgęstnieć. Na nich. Na zebranych na rozoranym, ale też lekko zieleniącym się ozimie polu pod wiatrakiem. Polu Sklepika z Niepotrzebnymi, gdzie zebrali się wszyscy.

To Pan Tealight wpadł na ten pomysł relaksacji, z którego objęć dyskretnie świecąc wymówkami wysunęli się najpierw Chowaniec Wiedźmy, oraz Ojeblik, mała ucięta główka… a potem majtając gaciami w okolicach chudych kostek, wyrwał się panicznie i Chochel. Zdrajcy!!! Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki niestety nie uciekła. I cierpiała. Zadomowione w niej poczucie grzeczności, robienia innym dobrze i umartwiania swej zarazem cielesności, jak i podzielonej na trzy duchowości… nakazało jej siedzieć na wielkiej grudzie zmarszczonej ziemi. Piaszczystej, wciskającej się bezczelnie w wycięte gacie. Kto by pomyślał, że Wiedźma Wrona nosi takie gacie? Chyba lepiej o tym nie myśleć. Powierzchnia bieliznowa wiedźmy nie jest czymś, o czym ktoś chciałby rozmyślać… nawet zboczeńcy i fetyszyści unikają tych tematów? Tylko zaraz, ale skąd ja to wiem? No mniejsza…

Siedzieli, a OM ich obtaczało w panierce swej dźwięczności. Wychodziło z Senseja FredOgRo. Wędrującego uciszacza i pieśniarza spokojności, rozrzucającego pokój i piórka błękitów, chudego kolesia w prześcieradle! Łysego, aczkolwiek w pełnym makijażu? Cóż, myślenie często szkodzi, ale widać spokój lubi dobra oprawę. OM na pewno! Właśnie zawisło na chmurze i spoglądało na tych poniżej, trzymając ich na wdechu. Okrutne było też. Za to z powrotem spadło z lekkim furkotem i wróciło do nich w dziwnym mroźnym wrażeniem. Wiedźma Wrona miała siedzieć spokojnie. Wiedziała, że wszyscy ją obserwują, OM też. W końcu wiedźmy nie nawykły do spokojnosci… więc zaczęło się od stóp. Najpierw podrygiwały. Rytmicznie, jakby zasłuchane w sobie tylko słyszalną melodię. To w prawo, to w lewo, w końcu przyłączyły się do nich dłonie, najpierw palcem podrzucały malutkie kamyczki, w końcu całe dłonie zanurzyły się w glebie i zaczęły tworzyć malutkie zamki z ziemi…

Gdy była już rozmytą plamą na horyzoncie, Sensej podniósł się, otrzepał prześcieradło i przechodząc obok dziwnie uśmiechającego się Pana Tealighta, wcisnął w jego zaomioną osobowość kilka banknotów. Cóż, może i był bardziej uduchowiony, ale ten zakład zawsze przegrywał… OM poleciało za nim zahaczając o żółcące i czerwieniące się, powoli łysiejące czubki drzew.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zmiennoskóra” – powieść z dreszczykiem w dreszczykach… chociaż mimo dobrej zabawy, to serio nie rozumiem jak zamiast wypełnić zadanie, bohaterka wciąż gdzieś łazi. No rozumiem, że się przemienia, Bestia też chce dać głos – zresztą Bestia jest super!!! ale przecież ona ma zadanie! Jane poluje na wampira pośród wampirów i lepkości Nowego Orleanu. Fascynuje indiańskimi legendami, pociąga… a potem nagle przestaje być konsekwentna. Ale ten świat jakoś mnie wciągnął, więc jak najbardziej piszę się na dalszy ciąg. Szczególnie, że w tle brzmiała intrygująca wiedźma! Zresztą, lubię ten typ książek, a ten dodatkowo jest indiański… a ja nie kochałam zapałek na zakrętach, ale zawsze always forever WINNETOU!!!

To dobre czytadło. No i ma potencjał na przyszłość!

Recenzje: „Dziewiąty Mag tom 2. Zdrada” i „Hinduskie zaślubiny”.

Deszczowość Wyspy miesza się ze słonecznością. Fascynuje mnie to inne trochę Gudhjem. Mam w końcu dla niego więcej czasu, mogę obserwować każdy kawałeczek i bawić się w kolorowych liściach! Po prostu mogę!!! To moje najukochańsze miejsce na świecie… uzależnienie!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz