Pan Tealight i Pan Fjoletovy…

– Ale przecież jestem szalony. Mam bzika. Fioła! Jestem niepoczytalnie, niemoralnie, niemożliwie nienormalny… Że co? Że wszyscy tu jesteście tacy? Ale ja jestem specyficznie! Inaczej! Upierdliwie walnięty, pierdolnięty, bzyknięty. Nie do wyleczenia i nie do zresocjalizowania. Mam kompletnie niepoukładane w każdym elemencie mojego istnienia! I co, wciąż nic? Kolekcjonuję worki na śmieci – z zawartością! i gumowe rękawiczki. W każdym rozmiarze. A na prześcieradle mam plastikową nakładkę, bo lubię jak trzeszczy. Jestem FJOLS wariat. –

Pan Tealight tylko kręcił głową i wzdychał, a Ojeblik, mała ucięta główka, zwyczjanie kręciła się w kółko. Właściwie chyba tak do końca nikt go nie słuchał, jakby wiedzieli co Tove Fjolet chce powiedzieć i jakoś ich to nie ruszało.

– Nie jesteś nikim specjalnym Chochel stanął w drewnianych, rdzewiejących drzwiach młyna i kręcąc młynka gumką od majtek z Mikołajem – wersja całoroczna – uśmiechał się. Raczej podejrzliwie. – Tutaj nikt nie podlega definicjom. Sam mieszkam z ptakiem i wiedźmą w jednym, a tak naprawdę kot ją wie co tam w środku jeszcze niej siedzi. Raczej nie chcę wiedzieć. A ty? Ty jesteś tylko szalony. Lekko nienormalny. Definicyjnie walnięty. Nic specjalnego. Jesteś potrzebny tamtemu światu, na zewnątrz, by mógł on zachować balans. Musisz się z tym męczyć. Taki twój los panie Fjolet. Może ciężki i niefortunnie skomplikowany, ale pomyśl, stanowisz balans! Tutaj mieszkają tylko ci, których nikt i nic już nie potrzebuje. Nawet dla określenia: jestem niepasującym ogniwem społeczeństwa…

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Gears of war. Pola Aspho” – czyli powieść, której chyba… nie do końca pojmuję.

Znacie ową pieśń patriotyczną… no leci jakoś tak „Wojenko, wojenko…”, nie cierpię jej, ale katowana patriotyzmem w szkole, jakoś mi ułożyła się we łbie. I chyba od tego czasu nie przepadam za powieściami wojennymi. Tą ciągłą strzelanką, lataniem z bronią plującą, rażącą, palącą. Ale się skusiłam. I wiem, że nie zrobię tego nigdy więcej.

NEVER!

Ale chyba nie dlatego ten tom tak mnie odpycha. To owa „amerykańskość”. Ten dziwacznie pojmowany patriotyzm. To: my jesteśmy faceci, latamy z bronią i mamy problemy w domu. Przeszłość chłoszcze nas demonami – oj my biedni!!!

Oj pewno, jest akcja. Jest fabuła i bohaterowie. Mają te swoje problemy, trupy i duchy… a poza tym wszystko można przewidzieć. Zero niespodzianek. I ta przenikająca mnie płytkość. Tutaj biegną, strzelanka, potem tu, coś tam tratatatatatata z kałacha. Oj dobra i jeszcze robale są. Tak, zdaję sobie sprawę, że powieść na podstawie gry, ale czyż nie można było dać jej WIĘCEJ!?

Czytać mi się chce. Ale coś dobrego proszę. Oj błagam, no litości!!! Czy ktoś mnie słyszy? Dlaczego wydawnictwa decydują się na wydawanie kitu, brną w serie płytkie, a świetne powieści przemykają za plecami księgarń i czytelników bez promocji? Albo gorzej, mówią, że mimo świetnych recenzji i zachwytu tłumów, seria nie będzie kontynuowana… bo zwyczajnie nie? Bo się NIE SPRZEDAJE?!!!

Teraz dorwać coś dobrego pośród tej masy wydawanej, to cud!

To Graale Święte kurde są!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz