Pan Tealight i Wielki Popłoch…

Pan Tealight się skradał. Cały był wyłącznie cichaczem, szelestem i szeptem, wtapianiem się w tło i maskowaniem. Pochylony poniżej linii smakowicie serowych w barwie traw, właściwie czołgał swoją szarość po Wyesowanej Ścieżynce prowadzącej do młyna, w którym mieścił się teraz Sklepik. Łapczywie połykał sobą każdy zakurzony centymetr, by jak najszybciej znaleźć sie w Chatce-Kołysce Wiedźmy Wrony Pożartej.

Pan Tealight, choć wstyd się do tego przyznać, uciekał. Aczkolwiek starał się to robić z gracją i dyskretnie, to jednak dało się zauważyć popłoch w jego ruchach. Kołyszące się na trawach brzoskwiniowe owadzie oczy spoglądały na niego z lekkim uśmiechem błądzącym po złożonych skrzydełkach. W końcu był czymś nowym – rozrywką! On sam oddalając się od Seniora Windmilla w tempie przyspieszonym, bez przesiadek i taryfy ulgowej, chciał zostawić to wszystko za sobą.

Oj choć na chwilę, należało mu się!

Umknąć przed sprzeczkami i kłótniami, latającymi przedmiotami pragnącycmi posmakować definicji zbrodni i przed pytaniami w stylu: czy ja tu mogę zamieszkać, bo jeśli nie to… Przed tym całym zamieszaniem, gigantycznym popłochem zawartości niegdyś tak unormowanego życia. I przed sprzątaniem. Bo to wszystko robiło naprawdę straszny bałagan. No i przed Ojeblikiem – małą, uciętą główką, która z miną generała radziła sobie ze wszystkim tak dobrze, że Pan Tealight odczuwał mrowiący strach w koniuszkach stóp szarych.

Ale niestety gdy dotarł do Chatki Wiedźmy, gdy tylko podniósł się i spojrzał ponad Nigdyniestrzyżonym Żywopłotem i Strzeżonymi Czereśniami, zobaczył ją… Zobaczył Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki kołyszącą się rytmicznie nad Pobłażliwie Czernioną Wielką Plamą.

I wiedział, że będzie więcej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane – „Taniec ze smokami” część 2 – czyli brnę dalej w ukochane przecież od lat wielu: smoki, wielu królów, zimę, mur i wiecie, całą tą wielką opowieść – pieśń.

I przyznaję się, że… z jednej strony mnie to już trochę nudzi, z drugiej nie sposób nie zobaczyć władowanej w to pracy. Coś intryguje, coś kręci, mania nie pozwala mi pozostawić opowieści niedokończoną. Ale czegoś jednak i brakuje, coś już nie gra. Jakby wielka pieśń pogubiła nuty na wyboistej drodze. Wszystko się ciągnie, wlecze, mota… przez to, że nie jestem w stanie, a raczej nie byłam, bo czytać zaczęłam tę historię wiele lat temu, brać wszystkiego na jeden gryz – no gubię się.

Ale i tak czytam. Bo w tym wszystkim wciąż coś jest, a może to tylko ja tak bardzo się rozkochałam w niektórych bohaterach?

Z cyklu przeprowadzka: obrazy wiszą na ścianach, a książki będą miały półki – oj no dobra, bez przesadyzmu, nie wszystkie się zmieściły i upchane na tych biednych półkach tak, że jeżeli mebelki mają jakiegoś adwokata, to pozwą mnie o nadgodziny, ale co tam… mam półeczki!

Cywilizacja chyba, czy coś?

Za to Gudhjem piękne tak jak zawsze. Po prostu je kocham!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz