Pan Tealight i Pibuszczak…

„Katalogowanie tego, co niepotrzebne i nieistotne, zdawać by się mogło kompletnie pomyloną sprawą, gdyby nie fakt pedantyzmu Pana Tealighta. Pedantyzmu, z którego słynął, który to jednakowoż chwiał się ilokroć spojrzeć trzeba było na przybrudzone szyby, czy kurz tworzący w kątach totalne metropolie.

Pedantyzm Pana Tealighta był specyficzny jak on sam i odnosił się wyłącznie do wybranych spraw. Katalog sklepikowych niby towarów był jedyną z nich! A odpowiedzialnym za jego prężne działanie, za kilometry rolek papieru najtwardszego i ostatecznego, był Pibuszczak.

Kwintesencja nieistotnej, niepotrzebnej i kompletnie, permanentnie względnie zbędnej… inności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytane!

Najnowsza Kira Izmajłowa, czyli „Flossia Naren” tom 1. Przyznam, że czuję się totalnie zawiedziona. Nie, książka nie jest zła. Po prostu to wszystko już było, magii co na lekarstwo, a i cała otoczka wokół bohaterki jakaś taka znikoma. Jakaś nierówna i na siłę ciągnięta na złą stronę mocy. Chociaż może drugi tom podda rozwiązania, odpowie na pytania?

Nie wiem, na razie go nie mam, więc się nie przekonam.

Opowieść, a dokładniej zestaw powiązanych ze sobą opowiadań dzieje się w świecie, gdzie magia i szkodzi i leczy. Magicznych stworów jak na razie nie opisano, choć jest smok, a i wizja smoków zmieniających się w poczwary – znaczy w ludzi! Więc może jakieś inne stwory są?

CDN?

Na razie mamy . Maga niezależnego, pannę raczej lekko opleśniałą, totalnie niezależną zawsze cyniczną i zgryźliwą. Nie robiącą żadnych ustępstw, zjadającą małe puchate kotki i takie tam… Jako jedna z niewielu, a właściwie prawie jedyna w swym fachu poddana nietuzinkowego władcy, może wiele. Albo prawie wszystko. Jest królewskim detektywem, ale i czasem dorabia sobie na boku. Choć ceny ma wygórowane. Z drugiej strony gwarantuje sukces. Oczom czytelnika zaś ukazuje kilka spraw, w których bierze udział. Czynny i brutalnie szczery. Niektórzy zawisną, inni zostaną pogrzebani… pewna tzw. urodziwa znajdzie się na ulicy. Flossi Naren obce są sentymenty. Samotna, lubiąca to, kopcąca fajkę i mająca gdzieś etykietę… oferuje jazdę bez trzymanki, choć jak dla mnie po zbyt znajomych scieżkach…

No bo sami powiedzcie. Znowu baba detektyw. Toż nawet te jej moce, tak cała magiczność jakaś taka nieobecna. Więcej w niej Sherlocka, a i to bardziej z fajki, niż „Wyższej magii”. Jakoś tak w połowie z tego wszystkiego przysnęłam, a potem jakoś dobrnęłam do końca. Nawet ta „zołzowatość” mnie nie ruszyła, opisy świata próbowały, ale suche fakty w końcu zmusiły do nawodnienia struktur własnych. Ot nieczuła jest, ma do tego prawo. Toć przecież to mag niezależny. Może wszystko!

Dlaczego więc nie może WIĘCEJ? Bo właśnie owego „więcej” jakoś tak brak. Cała historia klepie się po łebkach, a ja wiem tylko, że ona zołza? Za mało tej przygodowości, owego zaskoczenia… dziadka za mało, a kręci! 🙂

W ramach zajrzenia do powieści, którą chcę przeczytać tylko i ze względu na intrygującą osobę autorki… dziś zabieram się za Jolantę Kwiatkowską. Kobietę, która zaskoczyć może w szczególności tych tzw. „młodych” 😉 Kogoś o nieprzewidywalnym języku i umiejętności intrygującego nim władania. Wiecie, jednej z tych Dam, które to nagle sprawiają, że bycie dorosłym, dojrzewanie i całe to „starzenie”, to taki cholerny mit… dowodu na to, że 50+ to ino liczba, która za grzyba nie rozumie co oznacza. Tych od kradzenia koni! od skakania przez wszelakie płotki i biegu przez przeszkody.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz