Pan Tealight i Rozgadany Nagrobek…

Pan Tealight pragnął ciszy i spokoju. Pragnął ich nader namiętnie, aczkolwiek nie spytał, czy one odwzajemniają jego uczucie – właśnie w tym momencie… to dlatego udał się na cmentarz. Cmentarz, jak to cmentarze mają w zwyczaju, zdawał się być miejscem doprawdy wiekuistego spokoju.

Dookoła sporego, bielonego kościelnego gmachu, specyficznie uśpionego w promieniach rozleniwiającego, letniego słońca, rozłożyły się nagrobki. Niczym podejrzanie dojrzali adepci sztuki wiekuistego przysmażania się, wraz z kamienistymi ręczniczkami i pojemnikami na kwiaty, oraz okazjonalnymi świeczkami i figurkami zwierząt, milczeli. Wystawiali swoje ciała na żar i karmili kamienne płyty światłem. Opalenizna była widać tutaj w cenie. I nikogo nie zniechęcał fakt, że do morza był spory kawałek. Wystarczyła im samotna studnia, ręce podlewajace zieleń przynajmniej raz dziennie i ktoś, gotowy zawsze by zagrabić okolicę.

– Ci mówię kolego, no jak na plaży nudystów!

Pan Tealight podskoczył na żwirowej dróżce, potknął się, opadł na kolano, uświadomił sobie, iż dróżka jest wściekle różowa, aczkolwiek naturalnie granitowa, a potem w owym specyficznym zbliżeniu spojrzał z wyrzutem na Ojeblik. Mała ucięta główka jednakowoż spoglądąła na niego też. Z większym wyrzutem, spowodowanym ekspresją wyłącznie jednej partii posiadanego przez nią ciała.

– Wiem, wiem, podobno milczysz jak grób, tak o mnie mówią, ale patrz jakie ja mam kształty. No bo jak ja mam milczeć, gdy wciąż oglądam te pogrzeby. Oj jak oni się stroją, Ci powiem, jakby kurcze na ślub szli. Nie mam nic przeciwko, ale co ja tu jeszcze oglądam… Sąsiadka krewniaka z lewej parcelii, to złapała swojego starego z jakąś młódką na płycie starego Jensena! A znowu ta garbata, ta przy tej kupce co to miała aniołem być, to widziała swoje kolczyki u tej młodej, co to miała się wydać za jej syna, ale się nie wydała. Żywi to zawsze mogą nagrobek rozochocić.

Pan Tealight uciekał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak widać… cóż nawalam pewnikiem w temacie: kobieca i tajemnicza 😉 No przecież tosz to cała ja! Przyznajcie. I to jako dedykacja na książce, na którą od momentu zapowiedzi ostrzę sobie i dzioba i pazury! „Królewskie Psy – Morrigan” by Piotr Olszówka. Ale Ci ludzie mnie znają…

Niby wiedziała, że Autor posiada TALENT, ale nie wiedziałam, że aż taki. Cudna jestem, co nie 😉 Jakby Was korciło, to poczytać sobie można Autora także i na blogu Wujka Piotra! Polecam!!! A dla najbardziej leniwych same obrazki na deviantart i te wierszyki, aż się człekowi ryjek cieszy jak do sera… no dobra, może być i do schabowego, wedle upodobań!

O czym owa książka? No jak to o czym, o tym co ptaszydła lubią najbardziej. W skrócie fantastyka, historycznie pokręcona, nader dowcipna, choć miejscami doprawdy głęboka – a jestem dopiero po fragmentach.

Recenzja jak skończę!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz