Pan Tealight i bajka…

„W Sklepiku z Niepotrzebnymi istniały zwyczaje i obrzędy, każdy miał ulubioną porę dnia, posiłek czy też nadwrażliwą potrzebę… Mogłoby się wydawać, że mieszkańcy tego specyficznego miejsca, bogaci w swą różnorodność i obciążeni wszelkimi niedogodnościami, jakie ona ze sobą niesie, nie będą mieli wspólnych szaleństw… poza tym, by zostać tutaj, nigdzie już nie iść, mieć gdzieś poznawanie świata, który ich nie chciał. Prawda była taka, iż w tej różnorodności czas bajki był w pewnym sensie świętością. Dla wszystkich bez wyjątku. Pan Tealight siadał wtedy w swoim fotelu z Ojeblikiem przytulonym do stopy i opowiadał. A raczej łapał trzepoczące się wokół niego słowa, te używane nazbyt często i te przyprószone ładunkiem kurzu i składał z nich historie…

Nowe.

Niespotykane.

Temu, co niepotrzebne nadawał inne znaczenie i sens, inne potrzeby i marzenia… cele.

– Za górami, za lasami, za morzami, rzekami, jeziorami, strumykami i wielkimi kałużami, splecionymi w miłosnym uścisku z niewiadomymi ciekami o nazbyt ostrej woni… Za skałami, drogami, ścieżkami i polami, zaroślami oplatającymi dziwne budynki i tymi chatkami, które stały się już częścią ekosystemów… Za głosami, myślami, marzeniami i pragnieniami, gdzieś za ostatnim oddechem, psim skowytem i kocią kulką… No wiecie, zwyczajowo miejsce takie nazywa się zadupiem – z akcentem wyniosłym na cztery litery… Bynajmniej więc w owym miejscu, które jest na końcu zupełnym, zwyczajnie za nim nie ma już na cokolwiek miejsca, ani cokolwiek nie wyraża zgody by być zadupiem Zadupia… więc w tamtym miejscu było NIC…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kartka ze Szkocka z odwiecznym pytaniem – co z tą bielizną 🙂 od Izy co pożera haggisy?!!!? 🙂 Siostra no rozpieszczasz mnie!!!

ciekawe czy znaczek lizany czy lepiony?

na pewno nie skasowany 😉


I z cyklu dostane, przeczytane i wcale nie było tak źle: „Z ciemnością jej do twarzy”. Zderzyłam się z masą recenzji nie tyle krytycznych co zlewających tę książkę… a ja bawiłam się całekiem nieźle. To taka POCZYTAJKA… przyjazna odbiorcy opowieść o siedemnastolatce nie znającej swej rodziny, poszukującej i zdziwionej tym, co otrzymuje – cóż, kto by się nie zdziwił, że jest Gorgoną, może zmieniać ludzi w kamienie i ma węże we włosach, a na dodatek w wieku 21 lat nie będzie już żyć… Na dodatek, jako dziwadło w swoim świecie, dostaje się do miasta, w którym jej „dziwaczność” to pikuś!!!

Pewnie, że sama rozpisałabym tą opowieść, dorzuciła tonę retrospekcji, więcej inoformacji z mitologii… ale wtedy byłaby to opasła powieść. A tak mamy przyjazną poczytajkę. Taką historię, w którą jeśli się wczytać, jeśli jej pozwolić… może w naszej głowie zrodzić szalone pomysły, fascynujące obrazy i myśli oszałamiające. No i Nowy Orlean. Mimo braku opasłości autorce udało się oddać ten specyficzny smak, ową wilgoć, siłę pnączy, magię… zaintrygowałam się i chcę więcej 😉 Kelly Keaton to intrygująca postać na pisarskiej arenie. Jakaś taka prawdziwa, naturalna, potrafiąca zajrzeć w duszę, przypomnieć sobie opowieści i mity i wkleić je pośród codzienność.

Ja się po prostu dobrze bawiłam z tą opowieścią, a tego właśnie potrzebowałam. Zabawy 😉 Wydawnictwo Znak – ostatnio wydają sporo opowieści dla młodzieży i to opowieści, no całkiem całkiem!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz