Pan Tealight i Widelec Potępienia…

„Oj tam…

… nie żeby od razu potępiał, ale jednak…

Wiecie, coś było w tych czterech szpikulcach… bo on czteroszpikulcowy był, wiecie, nie że od deserów, nie… żadne tam słodkości, on chciał brutalności, prawdziwości życi, śmeirci jednych, by żyli inni… a przynajmniej, no wiecie, naogląda się tot za młodu takich filmów, do tego jeszcze te gry komputerowe… nie no, z tego kompletnie nic innego nie może wyjść, jak właśnie takie myślenie.

Ech…

Ale… był.

Był Widelcem Potępienia. Nie miał w sobie ni nadziei ni miłości, ni wszelakiego postrzegania pozytywnego rzeczy, widział tylko czerń. Żadnych szarości, żadnego wybaczeni ni nawet, ni nawet przymrużenia oczu, odwrócenia wzroku, twarzy, zrozumienia innych czasów…

Czegoś.

Ludzkiego?

Ale przecież nie był człowiekiem, był tylko narzędziem. Tylko i wyłącznie nim i to mu odpowiadało. Naprawdę. Do końca. Rozumiał to i chciał tego więcej, poprawnego wykonywania swej pracy.

Ona sam.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

… a może to tylko chodzi o ten odgłos morza?

Nie wiem.

Może nie o mewy, nie o oną przyrodniczość, wszelakie zwolnienie poza sezonem, czy też lockdownową specyfikę… nie, może chodzi wyłącznie o morze? Wiecie, o ono szumienie, ciągły ruch, jakby wszystko starało się nas informować o tym, że żyje, że wciąż żyje, iż nie daje sobie w dupę dmuchać, choć może by i naprawdę nie miało nic przeciwko takim rozrywkom seksualnym, ale jednak… morze… ono morze…

Nawet jak go człek nie widzi, to jakoś tak czuje.

Nawet jak nie jest to jakiś wielki sztorm, to jednak wie, że ono tam jest.

I brzmi… może właśnie dla niego?

Może… przecież naprawdę czasem człek może sobie pozwolić na pewnego rodzaju egoizm egystencjonalny, tudzież wiecie, marzenie o tym, iż ona przyroda naprawdę o niego, jakoś tak… no wiecie, cares. Cares for me, cares for you… maybe even notices? A może i nie. Może to tylko…

Szum.

Fale.

Wiatr.

Nie wiem, ale czasem, a może i coraz częściej, bo po odwołaniu tego i tamtego i jeszcze tego, choć może coś będzie, po tym jak poranki znowu są ciemne, szarawe i pochmurne, a i zdarzają się takie dni, porywiste i wszelako pewno niektórych przygnębiające, a dla mnie pełne powietrza w końcu!!! I radosnej bezrobotności, chociaż jakoś w to się jeszcze nie bawiłam.

Wiecie… w nicnierobienie.

W końcu po co?

Jak tak żyć bez niczego? Bez jakichś myśli do zapisania, rozbicia pewnych teorii, zawiązania sznurków nowym, albo i też… no wiecie, zwyczajnego mycia podłogi, plewienia ogródka, zdjęć układania w plikach…

Albo nowej przygody?

No co…

Ostatnimi czasy jestem otwarta na propozycje. Nie żeby na wszystkie, ale jednak. Jakby co… bo wiecie, ten świat znowu się robi pandemiczny. Jakoś nagle pojawiły się obrazki o odstępch i tak dalej. Już nawet nie chodzi o tych polityków, Niemcy, czy cokolwiek innego, ale jednak… czy w wakacje naprawdę tych ludzi było aż tyle, że przykrywali te zakazy i nakazy, hold afstand i tak dalej?

Chyba tak…

… więc teraz zostały ino one plakietki.

Wszelakie plakaciki i naklejki.

Bo plaga wróciła. Chociaż, tak serio, to nikt nie wie czy na pewno, nikt nie wie, czy na pewno coś i czy w ogóle to nas dotyczy? I jak sobie z tym radzić? Bo druga fala drugą falą, ale jednak, ludzie chyba myśleli, że to wszystko się skończy… w końcu jakoś wyciszy się na amen, a tutaj wcale nie, wprost przeciwnie.

Co z maseczkami?

Czy uzależnimy się od onych alkoholi?

Jakoś nie wciągnęłam tyle przez całe życie. Co prawda doskórnie, no ale jednak, weźcie no, może oni chcą z nas alkoholików zrobić. LOL

A tak szczerze, to strach powraca.

Jakoś słońce łatwiej go rozdmuchiwało, a szum morza i szarość w powietrzu sobie z tym tak widać nie radzi. Ale ponieważ ja mam inaczej, to wiecie, myślę sobie, że te odstępy i to, że wsio można przez internet… i że pewno, iż są wciąż idioci, którzy to olewają i cię wyśmieją za cały ten cyrk, ale jednak…

… he, wolno ci z nikim nie gadać.

Ha ha ha!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.